RSS
 

Po 6 miesiącach spokojnego życia i po…

09 gru

Dopiero teraz, powoli doszłam do siebie. Ochłonęłam po rozprawie, ale jeszcze nie całkiem. Jeszcze przeżywam składanie zeznań, kiedy wszystkie złe wspomnienia wróciły. Wróciły wspomnienia, strach, łzy, poczucie bezsilności i opuszczenia. Dożo złego. Minęło 6 miesięcy, od kiedy jesteśmy sami. Po rozprawie uświadomiłam sobie, że mogę wrócić do bezpiecznego miejsca. Mojej dziupli na czwartym piętrze. Miejsca, gdzie spokojnie mogę żyć, gdzie nie ma człowieka, który przez 15 lat zatruwał mi życie a ja tkwiłam w tej chorej sytuacji  i tłumaczyłam sobie, że to dla dobra dzieci, bo muszą mieć ojca, dla dobra małżeństwa zawartego w kościele – małżeństwa sakramentalnego, gdzie składa się przysięgę „na dobre i złe, w zdrowiu i w chorobie, (…) nigdy cię nie opuszczę”. Trwałam. Nie opuściłam. Cierpiałam, ale nie opuściłam, bo tak trzeba, tak należy, bo zawarte w obliczu Boga, bo dzieci, bo praca, bo … a gdzie w tym wszystkim ja. Gdzie?

W sądzie patrzyłam na niego, jakby był dla mnie obcym człowiekiem. Nie czułam do niego złości ani nienawiści. Ze zdziwieniem spostrzegłam, że jest mi obojętny, aż do momentu składania zeznań. Wtedy wszystko wróciło. Nerwy. Jednocześnie świadomość jego choroby, która zasłania go jak tarcza. To co zrobił, jak się zachowywał było wynikiem choroby. Trudno to wszystko ogarnąć. Wytłumaczyć sobie i dzieciom. Nie umiałam tego zrobić przez 15 lat i nie umiem nadal. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jego matka ma mi za złe, że sprzeciwiłam się i odeszłam. Mam wrażenie, że najlepiej gdybym dalej tkwiła w tamtym miejscu i sytuacji, pozwalała na to , żeby się nad nami znęcał i „nie robiła z jej syna głupiego”. On nie jest głupi – on jest chory i tą chorobę można leczyć i w miarę normalnie z nią żyć, tylko trzeba chcieć. Jego rodzina nie ma tej świadomości. Teraz ja jestem dla nich największym wrogiem a przecież chodzi tylko o leczenie.

Przyszłam do domu rozbita. Nie odzywałam się do dzieci. Patrzyły na mnie i o nic nie pytały. Wiedziały. Najważniejsze, że jesteśmy razem i kochamy się. Jesteśmy dla siebie oparciem – ja dla nich a one dla mnie. Dobrze, że teraz mamy chociaż spokój.

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Życie

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~M...

    8 czerwca 2014 o 12:28

    Przychodzi taki moment w życiu, gdy po cierpieniach dostajemy od Boga/siły wyższej siłę by powiedzieć dość, lub zebrać się i powiedzieć, że trzeba coś zakończyć. Uświadomić sobie, że już nie ma o co walczyć, i podjąć kroki by zamknąć drzwi do przeszłości. Wtedy, po takim przełomowym momencie przychodzi cisza… a z czasem i ulga. „Leczenie”, wylizywanie się z ran jest skuteczne, gdy znów umiemy cieszyć się bliskimi, otaczającą nas przyrodą i słońcem…

     
    • Anula

      8 czerwca 2014 o 12:37

      To prawda. Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że jestem na tym „końcowym etapie”, ale wiele spraw już poukładałam, wiele przepłakałam a teraz uczę się a właściwie mam odwagę się uśmiechać i cieszyć tym, co mamy – ja i dzieci. Powiem szczerze, bardziej podobam się sobie uśmiechnięta niż ta zdołowana i zapłakana. Kiedy przychodzą „ciemne dni” wiem, że miną, ale wkurzam się na samą siebie, że znów się rozłażę :-(

       
      • ~M...

        11 czerwca 2014 o 19:21

        Życzliwa osoba powiedziała mi, że wież lub nie, Szatan, który nienawidzi Boga działa by zniszczyć drugiego człowieka. A najlepiej mu robić to za pomocą najbliższych…
        Ktoś gdzieś napisał, że żyje się dla kogoś. Dzieci dają tą motywacje. Człowiek nie zawsze jest w stanie przyjąć wszystko na klatę, na plecy. Bo co za dużo to i plecy się zegną, a czasami upada się na kolana… Złość to normalne zachowanie, nie można wiecznie tłumić emocji, przecież to nie sielanka, spokój i miłość tylko się oberwało od życia. Na terapie u psychologa przychodzą „twardzi” mężczyźni, którzy się wkurzają na siebie, że tak długo to trwa. Ta złość, wspomnienia i tzw „momenty”. My (faceci) w porównaniu do Was kobiet jesteśmy bardziej niecierpliwi ;) Z tego widać, że ten końcowy moment trzeba nie raz trochę poczekać, ale jedno jest pewne, że on nastąpi. Małymi krokami, tak, gdy poczucie ulgi będzie częstsze niż poczucie krzywdy. Kto wie, ja tego jeszcze nie doświadczyłem, ale może kiedyś ta ulga całkiem wyprze to co było złe. Czego i (jeśli mogę) Tobie życzę :)

         
        • Anula

          11 czerwca 2014 o 21:04

          Nie tylko mężczyźni są niecierpliwi – ja też czasami sie denerwuje na siebie, że nie umiem wszystkiego zapomnieć, iść dalej, że rozgrzebuję coś, co powinnam już dawno zamknąć. Denerewuję się, że zbyt wolno to wszystko się dzieje, bo ja bym chciała już, natychmiast a tu nie tak. Walczę – jakkolwiek to brzmi – ze sobą, dzień po dniu, zbieram siebie jak okruchy rozbitego naczynia (bardzo poetycko ;-)). Sklejam. Wiem, nic już nie będzie takie samo jak kiedyś, ja nie będę taka jak kiedyś – będę inna, silniejsza, czego i Tobie życzę. Pozdrawiam