RSS
 

Archiwum - Luty, 2014

Uwierz w siebie, zamiast wierzyć innym – czyli email od Macieja.

27 lut

 

W wiosce, gdzie żył Mistrz Zen Hakuin, pewna dziewczyna zaszła w ciążę. Ojciec zmuszał ją, by wyznała imię kochanka. By uniknąć kary, w końcu powiedziała mu, że to Hakuin. Ojciec nic nie powiedział więcej, a gdy przyszedł czas i narodziło się dziecko, natychmiast zabrał niemowlę do Hakuina i dał mu je. “

- Zdaję się, że to twoje dziecko –  powiedział nie szczędząc zniewag i szyderstw na temat tego haniebnego wydarzenia.

Hakuin tylko odpowiedział:

-Ach, więc to tak – wziął niemowlę w ramiona. Gdziekolwiek później szedł, brał dziecko, zawinięte w rękaw jego postrzępionej szaty. Podczas deszczowej pory i burz nocnych, chodził prosić o mleko do sąsiednich domów. Wielu z jego uczniów, uważając, że zawiódł, odwracało się od niego i odeszło, lecz Hakuin nie powiedział ani słowa. W tym czasie matka zdała sobie sprawę, że nie może znieść dłużej bólu rozłąki ze swoim dzieckiem. Wyznała imię jego prawdziwego ojca, a jej ojciec udał się do Hakuina i padł przed nim na twarz, prosząc o wybaczenie. Hakuin rzekła tylko:

- Ach, więc to tak? – i oddał mu dziecko.

Dla zwyczajnego człowieka, to co mówią inni, znaczy bardzo wiele, gdyż nie ma on nic swojego. Obojętne za kogo się uważa, jest i tak tylko zbiorem opinii innych ludzi. Ktoś rzekł “Jesteś piękny”, ktoś inny rzekł “Jesteś inteligentny”. A ten człowiek zbiera w sobie wszystko. Dlatego zawsze się boi; nie powinien zachowywać się w taki sposób, by utracić swoją reputację, poszanowanie. Zawsze boi się opinii publicznej, co powiedzą ludzie, gdyż wszystko co o sobie wie, pochodzi z opowieści innych ludzi. Jeśli zostanie mu to zabrane, będzie nagi i nie będzie wiedział, kim jest i jaki jest; brzydki, piękny, inteligentny czy nie. Nie ma nawet najmniejszego pojęcia o swoim własnym istnieniu; polega
na innych ludziach.
Człowiek medytacji (wiary) nie potrzebuje opinii innych ludzi. Zna siebie, nie ma więc znaczenia, co mówią inni ludzie. Nawet jeśli cały świat będzie mówił coś, co jest przeciwne jego własnemu doznaniu, on tylko się roześmieje. Taka może być najwyżej jego reakcja – nic nie zrobi, aby zmienić opinię o sobie u innych ludzi. Kim oni są? Sami siebie  nie znają a jemu chcą przypisać jakąś etykietkę. Taki człowiek odrzuca wszelkie etykietki. Powie tylko: „Jestem tym, kim jestem i taki właśnie będę”.

Stale odczuwaj w sobie to, co jest takie samo bez względu na zdarzenia wokoło. Gdy ktoś cię obraża, skup się na słuchaniu tej osoby – nic nie rób, nie reaguj, tylko słuchaj. Ten człowiek cię obraża. Gdy ktoś cię chwali – tylko słuchaj. Obrażanie czy wychwalanie, honor czy zniewaga – tylko słuchaj. Zaburzeniu ulegnie twoje otoczenie. Przyglądaj się i temu, nie staraj się tego zmienić. Przyglądaj się, zostań  w głębi swego centrum, patrz z tamtego miejsca. Powstanie w tobie pewien dystans, który nie jest wymuszony, jest spontaniczny, naturalny. Kiedy już poznasz poczucie tego dystansu, nic nie może cię zakłócić.

Takie wiadomości można otrzymywać od:  maciej@zyjswiadomie.eu lub przeczytać na stronie żyj świadomie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet

 

„Słowa jak węże do ucha (…)” – czyli o kłamstwie.

25 lut

„A kiedy będziesz szeptać jej do ucha

Te wszystkie kłamstwa, które znam
To nie zapomnij, ona słucha
Bo nie zna Ciebie, tak jak znam Cię ja

I będzie ufnie chłonąć wszystkie słowa
Naiwnie wierzyć w każdy gest
I nie zrozumie nic,
Bo ona jest tylko plastrem na samotny dzień

Słowa, jak węże do ucha
Słowa, jak opium i miód
Ona, tak chętnie ich słucha
Słowa, poznałam je już”

Kiedy można kłamać? Czy w ogóle można? Kiedy kłamstwo jest usprawiedliwione?

Chrześcijańska etyka moralna wskazuje, że w postępowaniu moralnie dobrym muszą być użyte moralnie dobre środki. Cel jest ważny, ale też ważne są środki użyte do osiągnięcia celu. Jeżeli środki są złe, to nie może z nich wyniknąć dobry cel, chociaż intencje są dobre i osiągnięty efekt też jest dobry, ale sposób osiągnięcia celu jest zły,np. nie można kraść, aby mieć za co utrzymać rodzinę. Dobrze, ale nie o tym chciałam pisać! Moje dywagacje są właśnie spowodowane pewną historią, której reżyserem było życie. Historia o kobiecie i mężczyźnie :-) .  Obserwowałam tę historię z ciekawością. Zastanawiałam się, kiedy ta kobieta „przejrzy” na oczy, kiedy otrząśnie się z zauroczenia pewnym mężczyzną, który w stosunku do niej był delikatnie mówiąc, bardzo nieszczery.

Kasia a właściwie Katarzyna, bo to już kobieta dorosła, poznała przypadkiem Pawła. Od lat mieszkają w jednym mieście, ale ich drogi skrzyżowały się ponad rok temu. Katarzynę i Pawła połączyła trudna historia życia – bardzo ciężkie, wręcz traumatyczne przeżycia małżeńskie. Jakie? Nie będę pisać, bo nie w tym rzecz – miałam przecież pisać o kłamstwie. On samotnie wychowywał syna a ona dwie córki. Zaczęło się od niezbyt zobowiązujących rozmów, od przypadkowego uśmiechu, uścisku ręki, spojrzenia w oczy. Niby nic, a jednak. Rozmowy były coraz częstsze. Kasia bardzo długo potrafiła siedzieć ze słuchawką  telefonu przy uchu i słuchać a że była kobietą pełną empatii więc coś tam zaczęło kiełkować w jej samotnym sercu. Według niej Paweł był taki „biedny”. Wychowywanie małego dziecka, ogromny smutek po stracie żony, walka z „depresją”, samotność. Nareszcie znalazł pokrewną duszę. Żalił się przez telefon do Kasi a ona słuchała, słuchała, słuchała… A że była kobietą energiczną rozpoczęła akcję RATUJEMY PAWŁA. Matka Teresa,  Matka Polka, siostra miłosierdzia w jednym. Nareszcie poczuła się potrzebna. W jej życiu znów pojawił się cel. Do tej pory załamana (przecież jest kobietą samotną z dwójką dzieci) zaczęła tryskać optymizmem i energią. Jej „dziełem” były kolejne akcje typu – sprzątam dom u Pawła, robię piknik dla dzieci, gotuję obiad dla Pawła a nawet wyjazd z trójką dzieci na wakacje. Jedna wielka akcja POMOC DLA PAWŁA.  A Paweł oczywiście dziękował, był zauroczony, podziwiał, chwalił, patrzył w oczy Kasi mówiąc jej, że jest najlepszą i najpiękniejszą kobietą na świecie, że ma szczęście, że ją spotkał i oczywiście w dalszym ciągu żalił się nad swoim losem. Katarzyna dwoiła się i troiła. Było jej ciężko, ale nie narzekała a wręcz przeciwnie była szczęśliwa. Jej były mąż nigdy nie zachwycał się nią w taki sposób. Nie mówił takich miłych słów. Akcja POMOC trwała.

Pewnego dnia Kasia usłyszała, że ktoś widział Pawła w kawiarni z brunetką (Kasia była blondynką). Ktoś inny widział Pawła w kinie – chyba z tą samą brunetką. U Kasi zapaliło się czerwone światełko – blado czerwone – bo nie chciała wierzyć ludzkiemu gadaniu.

- Ja jestem dla niego najważniejsza – sam mi to mówi. Przecież on nie ma nikogo. Miał, owszem, ale to już przeszłość. Sam mi to mówił – powtórzyła, jakby chciała samą siebie przekonać. Niepewność a z nią niepokój zostały jednak zasiane, ale… akcja POMOC trwała dalej. Kasia się „wkręcała” . On oczywiście żadnych deklaracji miłosnych jej nie składał, ale… Ona bez słów wiedziała, że ją kocha.

- Przecież tak się mną zachwyca – mówiła, kiedy ktoś ją ostrzegał.

- On musi mnie kochać, przecież tak patrzy w moje oczy, a kiedy mnie przytula świat przestaje istnieć – pełna romantycznych uniesień wyznawała przyjaciółce.

- Oj Kaśka, ty lepiej uważaj!  - ostrzegała przyjaciółka.

Ale jak uważać? Po co? Świat znów dla Kasi wydawał się wspaniały. Promieniowała szczęściem a przyjaciółka jest po prostu wredna i zazdrosna – myślała Kasia.

Pewnego wieczoru Katarzyna ze znajomymi wybrała się do kina. Nowa komedia nomen omen „Wkręceni”.

- Fajna obsada. Chodź, rozerwiesz się! – zachęcali znajomi.

- Dobra i tak nie mam żadnych planów- przyznała Kasia i pomyślała jeszcze – racja, przecież Paweł nigdzie mnie nie zabiera, ani do kina, ani do kawiarni, nie przedstawia mnie rodzinie ani znajomym. Dziwne, ale…

Seans był wieczorem. Kasia z grupą znajomych, rozgadana i roześmiana szła w kierunku budynku kina. Weszli do środka i stanęli w kolejce po bilety.  Katarzyna coś z przejęciem opowiadała znajomym kiedy jej wzrok padł na fotele pod ścianą. Siedział tam Paweł a obok niego TA właśnie brunetka. Rozmawiali ze sobą. On patrzył w jej oczy i trzymał ją za rękę. Ona wpatrzona w niego, jak w tęczę, zasłuchana. Sielanka. Katarzyna stała z opuszczonymi rękami, blada jak ściana.

- Więc jak to?! Przecież to miało być skończone. Przecież mówił. On mi to mówił, zapewniał… Więc…

Koleżanka zobaczyła, co się dzieje i taktownie wyprowadziła bladą i roztrzęsioną Kasię na zewnątrz, na świeże powietrze.

Nie było scen typu – jak mogłeś, dlaczego kłamałeś. Nie było krzyku. Z oczu Kasi kapały rzęsiste łzy.Ramiona drgały wstrząsane szlochem. Koleżanka podała chusteczkę i mocno przytuliła roztrzęsioną kobietę.

Przecież nic się nie stało. On jej nic nie obiecywał ani tym bardziej nie wyznawał miłości, więc skąd te łzy?

Ech życie…

Tego wpisu można posłuchać w aplikacji Audioblog

logo_audioaudioblog_small_white1.png

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Audioblog, Muzyka, Życie

 

Problem wiary – wierzyć Bogu, czy ludziom?

23 lut

Foto: http://www.kartkireligijne.eu/

Opowiadanie o Marysi i Zbyszku wywołało ogromne zainteresowanie. To był i jest nadal trudny temat – temat wiary i choroby. Ludzie chorzy czekają na cud, modlą się o cud uzdrowienia. Ufają Bogu, bo ludzkie możliwości już się skończyły, albo nic już nie mogą pomóc. Pozostaje modlitwa i oczekiwanie. Wiara kontra racjonalizm. Mamy czasami ogromny problem w odbieraniu naszej postawy wobec Boga i wiary. Szukamy Boga a on jest obok nas i cierpliwie czeka aż o Nim sobie przypomnimy. Boję się ludzi „nawiedzonych”, którzy w imię wiary robią innym krzywdę. Wiara powinna być miłością, rozważną tolerancją, wspieraniem a nie „gwałtem” na psychice innych, którzy myślą inaczej. Osoby, które zostają liderami we wszelkiego typu ruchach katolickich powinny o tym pamiętać i nie niszczyć innych, zwłaszcza tych, których psychika jest delikatna, lub nadwyrężona przez chorobę.

Przytoczę  fragment z publikacji o. Wacława Oszajca – „Niemszalne kazania” s.286 – 287

” O tak, jestem głęboko wierzący i praktykujący. Inaczej być nie może, przecież moja religia jest najprawdziwsza z najprawdziwszych. Nie ma cienia wątpliwości, cała prawda jest w moim, naszym Kościele, w innych religiach coś tam pewnie też jest coś z prawdy, ale to w gruncie rzeczy się nie liczy. [...] W podobny sposób myśleli i mówili o swojej wierze nasi poprzednicy, w tym rodacy Jezusa, Żydzi. Zauważa to również sam Jezus, a jednocześnie takie myślenie o wierze kwestionuje. Pochwala wiarę swoich słuchaczy, swojego narodu, ale zarazem mówi, że to jednak nie oni, tylko rzymski oficer, setnik, poganin odznacza się największą wiarą. [...]

Słuchając Jezusa wygłaszającego pochwałę wiary poganina, trzeba powiedzieć, że wiara w Biblię, w dogmaty, w doktrynę to nie wszystko. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że da się wierzyć w Kościół i jego nauczanie, i jednocześnie nie wierzyć w Boga, a raczej Bogu.”

Szkoda, że nie wiedzą tego tzw „ludzie mocno wierzący”, którzy chcą narzucać swój sposób myślenia i postrzegania Boga innym.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

„Doktor od duszy. (…) Proszę zacząć siebie słuchać”.

20 lut

Opowieść niestety nie moja, ale tak piękna, że ośmieliłam się ją „ukraść”.

Foto: http://monamornak.wordpress.com/

Doktor od duszy      

- Do widzenia, kochanieńka i proszę pamiętać: wybaczać, wybaczać i jeszcze raz wybaczać! Trzy razy dziennie po jedzeniu! Zdrowia życzę! Następny!
- Dzień dobry, panie doktorze…
- Niech i dla pani będzie dobry. Co pani dolega?
- Boli dusza. Pan jest przecież doktorem od duszy?
- Od duszy. Taką mam specjalizację. Co się stało z pani duszą? Coś ją zraniło?
- Nie wiem, Chyba tak. Jakoś jej nie czuję, drętwieje ciągle. I w ogóle źle się czuję. Nie potrafię wymawiać „lubię” ani „kocham”.
- O, to bardzo powszechna choroba. Proszę mi powiedzieć, jak się pani odżywia.
- Odżywiam? Zupy jadam, warzywa, owoce. Lubię czasem coś sobie przygotować smacznego. Uwielbiam pomarańcze, kocham lody, czekoladę też kocham.
- To jednak potrafi pani mówić „kocham”?
- Nie zrozumiał mnie pan. Ludziom nie potrafię tego powiedzieć.
- Rozumiem. Proszę oddychać. Głębiej! Po co się pani tak napina?
- Nie potrafię głębiej. Zatyka mnie.
- Dobrze, zapisuję: „nie pozwala sobie na oddychanie pełną piersią”. Teraz proszę nie oddychać. Nie oddychać, nie oddychać… Już, może pani oddychać. To chyba już pani nawyk – nie oddychać?
- Dlaczego pan pyta? Przecież jakby oddycham…
- No właśnie – jakby. A w rzeczywistości tylko pani udaje. Boi się pani otworzyć drzwi. Zamknęła pani wszystkie uczucia w komórce i je tam więzi. Pilnuje pani, żeby nie wylazły. Zaciska je pani coraz bardziej. 
- Ale przecież uczuć nie powinno się pokazywać. Dławię je w zarodku.
- No to ma pani przyczynę kłopotów z oddechem. Nazbierała pani zarodków, całe płuca zajęte. Dławienie uczuć to zbrodnia wobec własnego organizmu.
- To co mam z nimi robić?
- Uznać, że istnieją. Nazwać je po imieniu. I pozwolić im być. Zaprzyjaźnić się z nimi.
- Potem się nimi zajmę, a teraz przyszłam do pana, bo nie umiem mówić „kocham”.
- Proszę się wyprostować. Opukam panią.
- Ojej! Auć! Proszę nie dotykać! Boję się!
- Ach tak, znaczy, że tym stukaniem obudziliśmy obawy. Bardzo dobrze! Ale przecież to panią nie boli, więc czego się pani boi? 
- Bólu. Nie chcę, żeby bolało!
- A kiedy boli?
- Jak się uderzę albo oparzę, albo przewrócę… Dużo jest takich możliwości, żeby bolało…
- Kochanieńka, to pani się boi miłości!
- Ja? Boję się? A co miłość ma do rzeczy…
- Przecież miłość to właśnie wzloty i upadki, ostre zakręty, stłuczki, płomienie i fale. Miłość nie może być ostrożna!
- Wiem, doktorze… Zdarzało mi się…
- I teraz się pani boi?
- Tak. Boję się. Odrzucenia, zdrady, kłamstwa. Porzucenia też się boję.
- Dlatego więzi pani swoje uczucia, ochrania je pani z każdej strony, ratuje przed bólem. A one gniją w niewoli, cierpią… Pani choroba jest uleczalna, ale musi pani pokochać siebie. Wówczas nie pozwoli pani, aby ktokolwiek panią zranił – to nie będzie możliwe. Będzie pani bezbłędnie dokonywać najlepszych dla siebie wyborów.
- To znaczy, że teraz siebie nie kocham?
- Przecież pani do mnie przyszła, więc jakiś początek już jest. Zaczęła się pani o siebie troszczyć, a to oznacza rozpoczęcie kuracji.
- A jak to jest kochać siebie?
- Proszę zacząć siebie słuchać. Swoich życzeń, swoich odczuć. Przecież o co bym pani nie zapytał, to pani mówi „nie wiem”, „nie czuję”… Jeżeli sama pani się do siebie odnosi z takim lekceważeniem, to czemu inni mieliby panią traktować poważnie?
- To co ja mam robić? Jak nauczyć się miłości do siebie?
- Proszę się oszczędzać, wspierać, pochwalić siebie czasami… Nie przeciążać się, nie forsować. Robić tylko to, na co pani ma ochotę. Nie na wszystko ma pani ochotę? Tak zrobić, żeby ochota była, żeby radość była w każdym pani działaniu… Nie obrażać się.
- Dobrze, spróbuję… kochać siebie, radość, być sobie życzliwą…
- To tyle. Niedługo poczuje pani, że w środku zwolniło się miejsce na miłość. Myślę, że możemy się już pożegnać. Medycyna zrobiła swoje, teraz wszystko w pani rękach.
- Panie doktorze, ale jak się to miejsce ma zwolnić, jak tam tyle tego wszystkiego?
- Tak, to prawda, nagromadziła pani sporo. Kamienie… zarodki… połknięte urazy… Dużo tego.
- To co ja mam z tym zrobić?
- Wybaczać, wybaczać i jeszcze raz wybaczać! Trzy razy dziennie po jedzeniu! Zdrowia życzę! Następny!

Opowieść ze strony:

Po Pierwsze Ludzie 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com

 

„Z ciężkim sercem” – gdy jest naprawdę ciężko.

18 lut

 

1088202_81558771_737458_bgCzęsto, gdy jest bardzo ciężko czytam modlitwę zapisaną na małej karteczce. Karteczka jest przypęta do lodówki (obok zdjęcia przedstawiającego samotną kobietę na kamienistej plaży). Modlitwa prosta, ale …

Z ciężkim sercem

Żyjący Boże,

Ty wiesz, jak ciężko mi na sercu.

Nie wiem, co robić.

Pomóż mi Boże.

Wierzę, że chcesz dla mnie dobrze,

że stoisz za wszystkim, co mnie spotyka,

i że wszystko obrócisz ku dobremu.

Nie dopuść,

żeby lęk zyskał władzę nade mną.

Tobie powierzam ten dzień

i całe moje życie…

Prowadź mnie jak chcesz

i jak jest dla mnie dobrze.

Czy będę żył, czy umrę, jestem przy Tobie

i Ty jesteś przy mnie,

mój Boże.

 Czasami pomaga…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

Siła kobiety. Siła, która zadziwia nie tylko mężczyzn.

15 lut

 

Przyszła do mnie. Odważyła się. Stałam się jej potrzebna właśnie teraz. Zobaczyłam jej umęczone oczy.

- No co tam?

- A nic. Zbyszek znów jest w psychozie …

Spotkanie przypadkowe, ale ja wiem, że nie ma przypadków. Spotkałyśmy się, bo byłyśmy sobie potrzebne – właśnie teraz, w tym momencie.

- W niedzielę odwieźli go do szpitala.

Dlaczego nie byłam zdziwiona? Wiedziałam, że tak się skończy odstawienie leków, ale wiedziałam też, że żadne tłumaczenie ani tym bardziej namawianie do zmiany ich decyzji nic nie da.

Znów podstępna i obłudna schizofrenia. Przyjaciółka z tysiącem twarzy. Jak Światowid tylko, że on miał cztery zwrócone w cztery strony świata a ona ma ich dużo więcej.

Marysia jest wspaniałą kobietą. Jest przy Zbyszku już bardzo długo. Dochowali się gromadki dzieci – dobrych, grzecznych, cichych, posłusznych i mądrych dzieciaków. Najstarszy syn już na studiach. Trójka pozostałych w domu i Zbyszek – piąte dziecko z przyjaciółką schizofrenią.

Marysia jest silna. Daje sobie radę. Ogarnia wszystko – swoje dzieci i męża – jak kwoka pisklęta. Dba o ciepło rodzinne, o atmosferę w domu, o to, aby wszyscy mieli co jeść i gdzie mieszkać. Nie skarży się. Jest pogodna, gościnna, uśmiechnięta. Siłaczka! Matka Polka! Kiedy ją poznałam nie mogłam wyjść z podziwu. Ja tu się szarpię, płaczę,mówię, że jest mi źle a tu przyjeżdża Marysia z czwórką dzieci, mężem, gitarą. Uśmiechnięci. On zaczyna grać. Razem śpiewają. Cieszą się życiem. Nie chce mi się wierzyć, że on choruje. Ona cierpliwie mi tłumaczy. Ja płaczę i opowiadam moją historię jak relację z pierwszej linii frontu. Marysia słucha. W jej oczach czasami też szklą się łzy. Mówi, że mnie rozumie i opowiada o sobie. Jej opowieść jest jednak inna – optymistyczna. Radośnie się uśmiecha. Mówi o Zbyszku, że pisze dla niej wiersze. Jest najlepszym mężem pod słońcem. Jest jej radością, światłem. Milczę i czuję się winna. Ja nie potrafię w ten sposób podejść do choroby męża. On jest inny.

Mijają lata. Dla mnie ciemne i bolesne. Dla Marysi radosne. Zbyszek bardzo kocha Marysię. Mówi do niej „kochanie”, śpiewa piosenki. Marysia też pisze wiersze dla Zbyszka. Sielanka.

Oboje są bardzo religijni. Kiedy przychodzę do ich domu Boga czuć prawie namacalnie.Działają prężnie w ruchu katolickim. Jeżdżą na rekolekcje, konferencje, zjazdy. Kiedyś nawet widziałam reportaż z ich udziałem. Marysia ze Zbyszkiem mówili o pięknie życia rodzinnego, małżeńskiego, chrześcijańskim wychowaniu dzieci. Reportaż był wyświetlany na zjeździe młodzieży, coś w klimacie Lednicy. Poczułam wtedy zazdrość, bo Marysia tak świetnie sobie radzi a ja tylko płaczę i narzekam.

Półtora roku temu Marysia i Zbyszek pojechali na rekolekcje dla małżeństw. Po powrocie byli zachwyceni, w euforii. Opowiadali o prowadzącym rekolekcje duchownym. Opowiedzieli też o spotkaniu z chrześcijańskim psychiatrą pochodzącym z Niemiec. Zbyszek dostał się na konsultacje do tego lekarza.

- Wiesz okazało się, że Zbyszek nie ma schizofrenii. To jest jakiś uraz psychiczny związany z przeżyciami z dzieciństwa. To te silne przeżycia wpłynęły tak na jego życie. Doktor powiedział, że musi wybaczyć swojemu ojcu, który jest alkoholikiem i swoim zachowaniem go skrzywdził i krzywdzi nadal. Zbysiu mu wybaczył. Pogodził się z sytuacją. I co najważniejsze doktor powiedział, że Zbyszek nie musi brać leków a nawet powinien je odstawić. Leki już nie są potrzebne. Musi tylko dużo się modlić i przystępować codziennie do Eucharystii.

- Widzisz, nie jestem chory – potwierdził zadowolony Zbyszek z błyskiem w oczach.

Byłam zaskoczona. Patrzyłam z niedowierzaniem.

- To teraz rozglądaj się za pracą. Marysia tak ciężko pracuje. Jesteś zdrowy, więc pomyśl w jaki sposób jej pomóc – odparowałam.

- Na razie będę w domu. Będę pomagał przy dzieciach.

- Ale dzieci już są duże, a w waszej sytuacji każdy grosz się przyda.

Zbyszek popatrzył na mnie a ja na niego. Pomyślałam, że uwierzę w te cudowne uzdrowienie kiedy on zacznie pracować. Łatwo można rzucać różne słowa, obietnice, które nic nie kosztują.

Często widywałam Marysię i Zbyszka w kościele. Zawsze razem. Zbyszek przystępował do Eucharystii codziennie. BYŁ ZDROWY. Nie mogłam wyjść z podziwu i z zazdrości, ale patrzyłam na to bardzo sceptycznie, bo przecież… Z tyłu głowy tliła się myśl, że jednak choroba jest. Przyczaiła się. Oni nie chcą jej widzieć. Chcą przez jakiś czas poczuć się wolni, szczęśliwi, bez piętna. Widać było to szczęście. Zwłaszcza przy przekazywaniu znaku pokoju. Zbyszek brał  wtedy Marysię za prawą dłoń i czule całował a ona uśmiechała się do niego pełna miłości. Podstępna przyjaciółka schizofrenia była jednak z nimi.

W Księdze Rodzaju można przeczytać: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem.” (Rdz 2,24) Tu jest mowa o małżeństwie – jedno ciało. Jeżeli cierpi jeden organ cierpi całe ciało. Nie dziwię się Marysi, że pozwoliła sobie uwierzyć w cudowne uzdrowienie Zbyszka. Choroba  Zbyszka to choroba całego „ciała”. Brzmi strasznie, ale tak jest. Cierpi „głowa”, ale czuje całe „ciało”.

Dzisiaj Marysia cierpi w dwójnasób. Nie „dopilnowała” Zbyszka. Uwierzyła w cud. Zrezygnowali z leków. Zbyszek zapadł w ciężki stan psychotyczny. Świadkami psychozy były dzieci, które po raz pierwszy w tak drastyczny sposób zobaczyły na co choruje ich ojciec. Wcześniej dostawały „gorzką pigułkę”  w „słodkim lukrze” opowieści Marysi o chorującej duszy taty – aby mniej się bać. Teraz boją się dwa razy tyle, bo dojrzalsze widzą, jak ciężka to choroba, jak zmienia człowieka, jak zmieniła ich tatę.

Najbardziej żal mi Marysi. Dalej chce być twardą kobietą, ale poczucie winy ją zjada. Myśli co jeszcze mogła zrobić, żeby do tego nie doszło.

Przyjaciółka schizofrenia jest bardzo podstępna, jak każda choroba psychiczna. Tworzy iluzję w której chory żyje sądząc, że to świat realny. Wciąga w swój świat osoby najbliższe. Jego opowieści, uczucia, zachowania są takie prawdziwe. Rodzina nie jest specjalistami – psychiatrami i żyje tym światem czasami bardzo długo. Cieszą się wtedy ze spokoju i normalności. Razem z chorym są w euforii. Schizofrenia przeraża zdrowe osoby, paraliżuje. Kiedy zdrowy zorientuje się, że z jego najbliższym dzieje się coś złego chce uciekać, ale uciec przecież nie może. Nie pozwala mu sumienie, chrześcijańskie wychowanie, zasady moralności. Nie  wypada zostawić chorego. Trzeba się nim opiekować.

Nie jesteśmy w stanie wejść w głowę chorego i DOBRZE, bo sami wtedy stalibyśmy się chorzy. Chory ma świadomość tego, że powinien brać leki i na wszystkie sposoby od tego ucieka. Chorzy nie mają odwagi przyznać, że niektóre sytuacje są tylko wytworem ich umysłu. W przypadku Zbyszka iluzja wspaniałego życia, pełnego Boga, miłości, dobra po lekach pryska jak bańka mydlana. Realny świat jest szary, zły, rozczarowuje i przysparza tylu problemów. Który jest lepszy? Oczywiście, że ten bez leków. Więc … Boże daj siłę kobiecie, która się nim opiekuje.

 Do przeczytania ( jeszcze :-)) artykuł z Tygodnika Powszechnego „Każdy może zachorować” o lęku przed chorobą psychiczną i artykuł  w Wysokich Obcasach „Pobudzenie, agresja, psychoza. Ludzie na huśtawce” – historia bardzo podobna do opisanej przeze mnie, tylko o depresji.

Tego wpisu można posłuchać przez aplikację Audioblog

logo_audioaudioblog_small_white1

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Audioblog, Internet, Życie

 

„Czy wiesz, że jesteś kimś bardzo ważnym?”

12 lut


http://www.rat.prw.pl/

 

 

 

Usłyszałam rozmowę, a właściwie podsłuchałam , albo ładniej byłam świadkiem rozmowy pomiędzy kobietą i mężczyzną. Rozmowy o trudnym dzieciństwie, trudnym małżeństwie, nieudanych związkach, próbie wyjścia z sytuacji wydawałoby się wręcz beznadziejnej. Słuchałam z ciekawością. Może się czegoś nauczę, czegoś co ubogaci również mnie.

- Kolejny raz poznałam kogoś, kim muszę się opiekować. Dlaczego tak się dzieje? Sama potrzebuję wsparcia, a tu jak na złość ktoś, kto mi tego wsparcia nie da. Nie chcę być wieczną pielęgniarką!

- Czyżby?

- Pewnie. Mam pecha!

- Zaraz, zaraz. Pomyśl zanim powiesz o pechu. Poznajesz mężczyzn, którzy są inni – to znaczy chorzy, załamani, opuszczeni.Ty chcesz się nimi opiekować, poświęcać. Syndrom Mesjasza. Chodzące dobro. Tylko zauważ – ty im nie pomagasz, ty ich kontrolujesz.

- Też coś! Kontroluję!

- Pomyśl – to nie jest zdrowa relacja.

- Wiem. Zdaje sobie z tego sprawę. Przeszkadza mi to. Denerwuje. Uwiera. Czuję się jak w pułapce, ale nie umiem inaczej. Nie wiem, jak z tej pułapki wyjść.

- Nie wiesz, czy nie chcesz?

- Jak to nie chcę. Nie umiem znaleźć wyjścia.

Kobieta na chwilę zamilkła. Mężczyzna popatrzył na nią uważnie i stwierdził:

- Wchodzisz w sytuacje, które znasz, które miałaś. Wiesz, jak w danej sytuacji się zachować, jak postępować. Ja tutaj nie widzę przypadku, czy pecha. Odnajdujesz osobę, której będziesz „pomagać”, czyli taką nad którą będziesz sprawować kontrolę. Spotkałaś ją niby przypadkiem, ale to nie był przypadek. Inną osobą tak byś się nie zainteresowała.

- No dobra – może i racja. Jak się zmienić? Nie umiem.

- Nie umiesz, czy nie chcesz?

- Denerwują mnie te pytania. Gdybym nie chciała nie zaczynałabym rozmowy.

- No więc…

- Dobra. Chyba to drugie – nie chcę. Masz rację. Teraz kiedy pomyślałam, chyba naprawdę pasuje mi to użalanie się nad sobą. Płakanie, narzekanie. Pozwalam się wykorzystywać, pomagać, bo wtedy czuję się potrzebna. Zaczynam istnieć i rzeczywiście kontroluję sytuację, bo im bardziej pomagam tym bardziej angażuję też drugą osobę – uzależniam ją od siebie. Okropne, ale tak jest. Jestem rozczarowana i załamana, kiedy ktoś mnie odsuwa od siebie, kiedy mówi, że nie jestem potrzebna. Stwarza dystans – boję się tej próżni. Boję się, że nie będę nikomu potrzebna. Przeszkadza mi to. Chcę się zmienić, ale się boję.

- Nie boisz się, nie chcesz!

- Znów to samo. Człowieku! No dobra – nie chcę. bo nie umiem sobie wyobrazić takiej sytuacji, kiedy ktoś będzie ze mną tylko po to, aby być. Niczego ode mnie nie żądać, nie stawiać mnie na baczność, akceptować mnie taką, jaka jestem. Dla mnie to kosmos. Nawet jak teraz o tym myślę to czuję panikę. Czuję się teraz  jak osoba, którą ktoś spycha na głęboką wodę, bo wie, że umiem pływać a ja ze wszystkich sił  się trzymam tego kogoś i krzyczę, że utonę, że nie dam rady. BOJĘ SIĘ. Zapomniałam, że umiem pływać. Buntuję się, bronię, tłumaczę. Jeszcze nie jestem gotowa, ale myślę, że już dużo dla siebie zrobiłam.

- Bardzo dużo. Czy wiesz, że jesteś kimś najważniejszym, osobą niezastąpioną i niepowtarzalną? Potrzebną?

Kobieta popatrzyła na rozmówcę zdziwionym wzrokiem i stwierdziła:

- Wiem. Jestem potrzebna dla moich dzieci. Muszę dla nich żyć.

- Niezupełnie. Tu chodzi tylko o ciebie…

- O mnie? Mnie nie ma… Jestem wtedy, kiedy jestem komuś potrzebna. Wtedy się pojawiam…

- Jesteś pewna?

- Czasami chciałabym zniknąć zupełnie. Wiem, to myślenie depresyjne, ale ja tak czuję. Istnieję dla kogoś, kto potrzebuje pomocy. To boli, ale tak jest.

Zobaczyłam jak po jej policzkach spłynęły łzy.

- Mnie nie ma – powtórzyła.

- To nieprawda…

Mężczyzna mówił coś jeszcze. Kobieta słuchała i odpowiadała.

Rozmowa, która zapadła mi w pamięć.

Ten wpis można wysłuchać w aplikacji Audioblog logo

 

Przeczytałam ciekawy artykuł: „Dzień świstaka, czyli czemu pakujemy się w beznadziejne związki”  to tak w klimacie powyższej rozmowy, czyli dlaczego wielokrotnie powtarzamy te same błędy tworząc kolejne związki. Dlaczego dochodzi do takich powtórek? I dlaczego nie umiemy /nie chcemy wyjść z zaklętego kręgu naszych zachowań. Warto przeczytać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Wymyślone, Życie

 

Optymistycznie – aby nie zwariować!

12 lut

Dobra! Dosyć tych smętnych tematów! Jest nieciekawie, ale będzie lepiej. Pracuję nad tym!

 

 

I mój ulubiony skecz o teściowej. Pan Gajos jest jednak wielki!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Facebook.com, Internet

 

„Uzależnione myślenie.(…)” – sztuka oszukiwania siebie.

11 lut

Dzisiaj o książce „Uzależnione myślenie. Analiza samooszukiwania” A. J. Twerskiego – znów dostałam lekturę do przeczytania. Dobrze, bo czymś się mogę zająć. Nie myśleć o tym, co mnie bardzo dołuje i czasami przerasta. Czasami jest bardzo ciężko – zwłaszcza przed nadciągającą rozprawą, lub zaraz po niej. Jestem wtedy rozbita. Pełna dołujących, obsesyjnych myśli typu: nie dam rady; jestem zła; jestem zła, bo zostawiłam chorego męża, czuję się przeraźliwie samotna; czuję, że nie zasługuje na nic dobrego i nic dobrego mnie nie spotka. Moje „ja” się wtedy nie liczy. Mnie nie ma. Jest tylko ból, jak to ktoś ładnie nazwał „ból duszy”. Nie umiem tych myśli uciszyć, płaczę. Jest ciężko. Potem cała burza mija, aż do następnej rozprawy i tak od nowa. Parę dni wyjętych z życiorysu.

Książka „rzuciła” światło, wyjaśniła dlaczego takie emocje targają moim zachowaniem i wpływają na moje życie.

Kiedyś pisałam na temat współuzależnienia. Osoba, która podsunęła mi książkę „Uzależnione myślenie” uchyliła szerzej drzwi do poznania tego mechanizmu. Współuzależnienie dotyczy nie tylko choroby alkoholowej, ale też bycia przy osobie chorej psychicznie. Bardzo podobne matryce zachowań. Choroby różne, ale…

Zacznę od natrętnych myśli przytłaczających wszystkie inne, tak zwane obsesje, wysysające z człowieka energię psychiczną. Mogą pojawić się w dowolnym momencie i wszelkie próby pozbycia się ich na ogół jedynie wzmacniają ich intensywność. „Próby odpędzenia natrętnych myśli przypominają usunięcie z drogi zwiniętej sprężyny przez ściskanie jej: z im większą siłą naciskamy na nią, tym silniej się ona rozkręca”. Takie obsesyjne myśli opanowują mnie bardzo często. Nie wiem jak sobie z nimi poradzić, ale mam nadzieję, że się nauczę.

Okazało się, że mam wszystkie cechy osoby współuzależnionej. Teraz jestem sama, nie mam się kim opiekować, więc się gubię, ale kiedy byłam w z mężem czułam się w swoim żywiole. Płakałam, cierpiałam, ale miałam swój porządek. Porządek został zburzony. Czytając książkę zakreśliłam fragment: „Osoba współuzależniona ma obsesję na punkcie chorego oraz konieczności kontrolowania go.  Natrętne myśli – irracjonalne myśli, połączone z natrętnymi zachowaniami, czynnościami”. Myślenie uzależnione cechuje się pozorną logiką, która może być kusząca i zwodnicza, a lęk przed zmianą może być tak wielki, że często ludzie wolą oszukiwać samych siebie. Oszukiwałam siebie myśląc, że dam radę towarzyszyć osobie chorej na schizofrenię, że zniosę wszystko, nawet przemoc. Byłam załamana, przestraszona, wycofana, czułam się jak w potrzasku. Dopóki brał leki mój strach malał, ale był przy mnie obecny. 15 lat w ciągłej gotowości, „na baczność”. Równocześnie trzeba było pracować, opiekować się dziećmi, robić remonty domu (najczęściej własnoręcznie – stałam się ekspertem w cięciu płytek, malowaniu ścian :-) itp.) – czyli normalnie żyć. Żyć z mężem, ale sama. Udawałam, że jest normalnie, że wszystko ogarniam. „Jak długo ktoś zaprzecza rzeczywistości, tak długo może trwać przy swoich nawykowych zachowaniach. Jeżeli człowiek uzna, że rzeczywistość jest taka, jaka jest, może to wciągnąć go w bardzo trudny dla niego proces zmian.”  Moją rzeczywistość zaczęłam zmieniać wstępując najpierw do Kościoła Domowego – ruchu katolickiego dla małżeństw. Myślałam, że mąż widząc inne – dobre – małżeństwa sam będzie chciał coś zmienić na lepsze. Nie udało się. On nie chciał. Wzbudzało to w nim agresję, więc odpuściłam. Nastąpiła długa przerwa. Przyczaiłam się ze zmianami i w 2012 roku trafiłam na rekolekcje REO. Niby z ciekawości. Zaczęłam chodzić na katechezy i poczułam klimat panujący w grupkach dzielenia, poczułam akceptację innych, którzy słuchali opowieści o moich problemach. Słyszałam świadectwa ludzi, którzy mieli problemy, niektóre podobne do moich i wyszli z nich. Nie opuściłam żadnego spotkania. To czego tam doświadczyłam spowodowało, że zaczęłam myśleć o sobie i swoich potrzebach. Latem 2012 roku odważyłam się pojechać z dziećmi na wakacje, co wcześniej było nie do pomyślenia. Było nam wspaniale. Nie chciało się wracać, bo do czego. Zaczęłam powoli odpuszczać w relacjach ja- chory mąż. Dalej go woziłam do lekarza, kontrolowałam branie leków, bo bałam się o nasze bezpieczeństwo, ale coś się zmieniło. Kiedy w kwietniu przestał brać leki zaczęłam szukać wyjścia z sytuacji. Zaczęłam przygotowania dotyczące wyprowadzenia się. Uprzedziłam pracodawcę o moich zamiarach (taką mam pracę) i zaczęłam szukać mieszkania.

Przestałam zaprzeczać rzeczywistości, oszukiwać się, że dam radę. Nareszcie trzeźwo oceniłam sytuację. Bałam się tego, co się stanie, ale nie zrezygnowałam. Znajomi nie mogli zrozumieć, dlaczego tak ciężko podjąć mi decyzję o przeprowadzce, dlaczego się zastanawiam, chociaż wszystko już gotowe, dlaczego czuję się winna, płaczę.  Dziwili się, kiedy ja zamiast cieszyć się spokojem w nowym miejscu, cały czas jestem smutna i obarczam się winą. Rozpoczęłam trudny proces zmian.

Wrócę jeszcze do czasu, kiedy z całych sił starałam się zrozumieć chorobę męża i przez to rozumienie zachowywać się tak, aby się zmienił – stał się zdrowym człowiekiem. „Osoby współuzależnione mogą na przykład usilnie szukać pomocy w przekonaniu, że specjalista powie im, co zrobić, żeby powstrzymać kogoś (…)”. Wożąc męża do specjalistów też pytałam jak się zachowywać, jak z nim rozmawiać, żeby on normalnie zaczął się zachowywać – uczestniczył w życiu domowym, był ojcem i mężem. Bardzo denerwowało mnie jedno  zdanie powtarzane przez jednego z lekarzy: „Proszę pani, jeżeli człowiek jest chory na gruźlicę to kaszle. Pani mąż jest chory na schizofrenię i zachowuje się odpowiednio do choroby”. Nie rozumiałam tego. Byłam zła, że nie dostałam wskazówek, recepty prowadzącej do przeze mnie oczekiwanych zmian. Buntowałam się, płakałam z bezsilności. Kiedy on był w szpitalu wpadałam w euforię. Mówiłam: teraz wracamy do normalności. Nie dopuszczałam do świadomości, że tej „normalności” u nas nie będzie. „Kiedy dowiadują się, że nie mogą zrobić nic, żeby zmienić zachowanie uzależnionego (tu chorego) czują się bezsilne, rozczarowane.”

Wiele cech uzależnionego myślenia wypływa z niskiej samooceny. Większość problemów emocjonalnych związana jest z niską samooceną. Odnosi się to do negatywnych uczuć, jakie człowiek żywi wobec siebie a które nie mają uzasadnienia w faktach. Osoby o niskiej samoocenie mają poczucie, że są gorsze od innych, do niczego się nie nadają i nic nie są warte.. W moim przypadku , czyli przypadku osoby ze zniekształconym postrzeganiem dotyczącym niskiej samooceny odnalazłam swoje poczucie wartości w relacji z osobą chorą psychicznie stając się dla niej kimś ważnym (w moim odczuciu), kto ją kontroluje i niestety z jej powodu cierpi.

Nadawałabym się na członka grupy Al-Anon, lub do grupy Al- …, bo do mnie można byłoby zastosować potrójną zasadę: „Nie ty to SPOWODOWAŁEŚ, nie jesteś w stanie tego KONTROLOWAĆ, i nie możesz WYLECZYĆ” . Ja niestety czułam się odpowiedzialna, kontrolowałam w przekonaniu, że mogę go uzdrowić. „Czasami odnosi się wrażenie, że osoba współuzależniona chce powiedzieć ‚Mam tak wielką władzę, że mogę (…) leczyć. To nie jest poczucie wyższości ani arogancja – wręcz przeciwnie, takie przekonania są często reakcją obronną wobec poczucia niższości”. (…) Często występuje samookłamywanie w takich formach, jak zaprzeczenie, racjonalizacja i projekcja. Mają miejsce sprzeczne przekonania, występuje zaciekły opór wobec zmiany oraz pragnienie zmiany innych.

Zaprzeczenie – tą chorobę można wyleczyć, on może być normalny, może być dobrym ojcem i mężem;

Racjonalizacja – kiedy będzie się leczył (przyjmował leki) będzie normalny, będzie tym człowiekiem, którego poznałam. Cudowny lek – cudowna przemiana.

Racjonalizacja wzmacnia zaprzeczenie. Dzięki niej osoba uważa, że nie musi przeprowadzać koniecznych zmian. Racjonalizacja może powodować ból fizyczny.

Projekcja – przekonanie, że dam ze wszystkim radę. Uzdrowię męża i będę miała szczęśliwe życie – pełne miłości, spełnienia, spokoju. NIE UDAŁO SIĘ!!!

Droga ku normalności.

1. Uświadomienie sobie własnego bogactwa – jestem osobą wartościową. „Puste komplementy, czy pochlebstwa nie mają żadnej wartości”. Mam czuć się dumna z tego, czego dokonałam a inni to dostrzegli.

2. Zmaina negatywnego obrazu siebie.

3. Nie bać się złości. Nie tłumić jej w sobie.

4. Pozwolić sobie na płacz.

5. Pozbyć się głęboko tajonych uraz. Uwolnić się od ciężaru zaległych żalów, które się w sobie nosi. Uświadomić sobie, że „żywić urazę oznacza pozwolić komuś, kogo nie lubię, żeby za darmo zamieszkał w mojej głowie.”. Dzielenie się spostrzeżeniami i uczuciami z innymi oraz spojrzenie z dystansu zmniejsza urazę i może pomóc pozbyć się jej całkowicie. Program (Dwunastu Kroków – terapia AA) powrotu do zdrowia pozwala dostrzec destrukcyjną naturę wściekłości i urazy.

Ze współuzależnienia można wyjść, ale nie zrobimy tego samotnie. Potrzebna jest druga osoba, której zaufamy. Może to być przyjaciel, ale dobrze jeżeli to będzie terapeuta. Terapeuta jest osobą neutralną, nie pozwoli na zbyt bliskie relacje, żeby nas pocieszyć. Widzi wszystko z pewnego dystansu, obiektywnie, nie podziela naszych emocji i zwodniczych reakcji. Wskazuje drogę. Podpowiada. Nie jest podatny na współuzależnione myślenie. Z jego pomocą można lepiej zrozumieć własną rzeczywistość.

Zamieszczone cytaty pochodzą z książki: A.J. Twerski „Uzależnione myślenie. Analiza samooszukiwania”, Jacek Santorski & CO Wydawnictwo, Instytut Psychologii Zdrowia, Warszawa 2001.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

Schizofrenia – życie w lęku chorego i rodziny.

09 lut
 Foto: http://huzunkalirgeriye.tumblr.com

Foto: http://huzunkalirgeriye.tumblr.com

Długo myślałam nad umieszczeniem tego wpisu. Opisuje na blogu różne historie. W notce o sobie napisałam: uczę się żyć na nowo sama. Odeszłam. Nie napisałam, że przez 15 lat byłam przy schizofreniku. Byłam i jeszcze jestem jego żoną. Na dobre i złe. Według przysięgi: w zdrowiu i chorobie, dopóki śmierć nas nie rozdzieli, jak się okazało ponad pół roku temu mogła  to być moja śmierć. Dziś bardzo osobisty wpis. Para w „blogierski” gwizdek po piątkowych przeżyciach. Długi wpis, więc jeżeli ktoś nie ma cierpliwości nich nie czyta.

Z mediów słyszę wiele opinii dotyczących osób chorych psychicznie. Jest wiele chorób, których podłożem jest psychika człowieka – olbrzymia „paleta” od nerwic do najcięższej schizofrenii. Ta ostatnia też ma wiele „twarzy”. Wspólnym mianownikiem tych chorób jest wyłączenie chorego z normalnego – zdrowego psychicznie – życia. Mówi się o izolacji, stygmatyzacji, piętnowaniu, odtrąceniu chorych. Takie mówienie sprawia, że świat dzieli się na dwa obozy – osoby zdrowe – czytaj – bez żadnych problemów i osoby chore – biedne, pokrzywdzone i odtrącone, których nikt nie chce. Dwa obozy – czarny i biały, żadnych szarości. Otóż nie. Istnieje „strefa szarości”, czyli osoby, które decydują się na życie z osobami chorymi psychicznie a jest ich wiele. Mężowie, którzy są przy żonach i żony, które są przy chorych mężach. Słyszy się wtedy o poświęceniu, miłości, zrozumieniu, oddaniu, ale nikt nie widzi cierpienia tych osób, ich uwikłania się, współuzależnienia.

Męża poznałam kiedy miałam 26 lat – czyli byłam osobą dojrzałą. Skończyłam jedne studia, zaczęłam następny kierunek. Pracowałam. Pragnęłam mieć rodzinę, dzieci, spokojny dom – pełen miłości. Coś, czego nie miałam w domu rodzinnym. Poznałam człowieka spokojnego, bez nałogów, dobrego dla mnie. Nieważne było czy on był bogaty, czy biedny, jaką skończył szkołę. Nie niepokoiło mnie, że nie ma stałej pracy. Szybka decyzja o ślubie, szybki ślub i długa droga przez mękę. Ukryta schizofrenia. Kiedy udało mi się przyprowadzić męża na wizytę do psychiatry, po opowiedzeniu co się z nim dzieje, usłyszałam:

- Skończyła pani studia, miała psychologię i nie domyśliła się, że mąż jest chory na schizofrenię. Dziwię się …

Mówiła coś jeszcze , ale to zdanie najbardziej utkwiło mi w pamięci, najbardziej zabolało. Odebrałam to, jak stwierdzenie: – skończyłaś studia a dalej jesteś głupia.

Dzisiaj, po kolejnych sprawach w sądzie, też odnoszę podobne wrażenie. Tak, jakby dawano mi do zrozumienia, że powinnam wysłać go na leczenie a nie podczas awantury domowej dzwonić na policję i prosić o pomoc. Łatwe, a ja jestem taka „głupia”. Teraz sąd ma problem z wydaniem wyroku, bo oskarżony jest chory psychicznie – czyli nie odpowiada za to, co zrobił. Ja mam czuć się winna? Jak długo jeszcze? Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie zrozumiem. Nie znam przepisów prawnych, które można zastosować w takich sytuacjach.

Mąż w obecności innych ludzi jest bardzo spokojny (dopóki nie mówi się o przymusie leczenia). Jest potulny, małomówny. Siedzi biedny, przelękniony. Nic tylko podejść, przytulić, popłakać nad nim…

Niestety ja widzę tą „drugą stronę medalu”. Sceny jak z horroru, który niestety wydarzyły się naprawdę i dotyczyły mnie i moich dzieci. Dotyczyły mojego życia.

Dom na odludziu. Otoczony z trzech stron lasem. Każdy przyjezdny zachwycał się urokliwym miejscem, pięknem krajobrazu, ale też padało pytanie:

- Nie boisz się tu mieszkać? Daleko do ludzi. Jakby coś się stało, to nikt nawet by ci nie pomógł.

- Nie – odpowiadałam – a co tu może się stać?

I działo się. Kolejne epizody schizofreniczne. Strach. Ból. Rozpacz.

Pierwszy, kiedy dzieci były małe. Dziwaczne zachowanie męża – chowanie jedzenia, oskarżanie o trucie, oskarżanie o zdrady a w końcu bicie i … to przemilczę, bo jest zbyt osobiste, intymne. Czułam się jak mysz, którą bawi się kot. Próbowałam udawać, że nic się nie dzieje. Czułam, że to musi być choroba, bo czym wyjaśnić takie zachowanie. Teściowej ośmieliłam się opowiedzieć. Wyśmiała mnie. Jak to, jej ukochany, jedyny syn? To niemożliwe, to ja jestem zła i chora. Pracowałam, ona przychodziła do dzieci. Wszystko było ok. Nie wytrzymałam w pracy, kiedy mąż przyszedł na rozmowę z dyrektorem. Chciał zapytać dlaczego został moim kochankiem. Na moją prośbę zadzwoniono po karetkę. Na nieszczęście w szpitalu tego dnia nie było psychiatry. Wróciliśmy do domu. Mąż wyjął wszystkie noże i zaczął je ostrzyć. Byłam przerażona. Wieczorem wzięłam dzieci do najmniejszego pokoju, bo tam drzwi otwierały się do środka. One leżały w łóżkach a ja na podłodze, z poduszką pod drzwiami. Myślałam: Jak będzie wchodził odsunie najpierw mnie. Będzie mu trudno. Jakoś dam radę. Nie spałam prawie tydzień. Napięcie. Przerażenie. Gotowość do obrony i poczucie bezsilności – brak pomocy od kogokolwiek. Wstyd, że to dzieje się u mnie. Zawód – bo moje małżeństwo miało być oazą spokoju i szczęścia. Osamotnienie – bo nikt mnie nie rozumie, nikt nie chce, albo nie może pomóc. Chęć ucieczki – tylko dokąd, z dwójką małych dzieci i marną pensją. Jak mysz w pułapce. Najgorsze jest poczucie niemocy. Tego, że jestem w tym wszystkim sama. Miałam dać sobie radę ze wszystkim i nie dałam, więc jestem do niczego.

Takich epizodów było cztery. Dwóch ostatnich nie byłam w stanie „ogarnąć” sama. Pobita, zawiadomiłam policję.

Przedostatni zimą – uciekaliśmy z dziećmi mroźną, zimową nocą. Ledwie ubrani, bo ważniejsze życie. Zaprowadziłam dzieci do babki a sama czekałam na policję i karetkę. Przyjechali. Pokazuję wypis ze szpitala psychiatrycznego i oświadczenie podpisane przez męża ze zgodą, że w takich sytuacjach dobrowolnie poddaje się leczeniu. On jest spokojny. Odpowiada na pytania bardzo racjonalnie. Zabierają go. Przyprowadzam dzieci a po godzinie karetka przywozi go z powrotem. Pytam dlaczego, co teraz mam robić, bo się boję. Oni odpowiadają – jest spokojny. Obiecał, że sam zgłosi się do lekarza. Widzę przerażenie w oczach dzieci. Pytam samą siebie – kto ma większe prawa – rodzina, którą gnębi agresywny chory, czy chory, który przy obcych staje się potulnym barankiem. Na wizytę do lekarza zawiozłam go dopiero po dwóch tygodniach. Tygodniach strachu, namawiania na branie leków, czuwania, czy nic się nie dzieje.

Ostatnie zajście. Najgorsze. W środku nocy uciekałam z domu przez okno, bo drzwi były pozamykane. Pobita, spryskana gazem pieprzowym. Skóra paliła jak przypiekana ogniem, ledwo widziałam. Gdybym się nie wyrwała i nie uciekła, dziś by mnie nie było. Uciekałam z przerażonymi dziećmi w ciemności. Stopy ślizgały się po błocie. Dobijaliśmy się do zamkniętych bram i drzwi. Za nami biegł on. Cudem udało nam się znaleźć otwarte drzwi. Wpadliśmy do obcego domu. Zamknęłam drzwi na klucz. W sieni pojawiła się zdziwiona sąsiadka. Pozwoliła nam zostać. Policja przyjechała po 20 minutach.

Zanim zabrało go pogotowie była godzina szósta rano. O siódmej dostałam wiadomość:

- Proszę uważać na siebie. Mąż uciekł z izby przyjęć.

Zadzwoniłam do szpitala. Rzeczywiście. Porozbijał szyby, wyrządził inne szkody i uciekł. Około godziny dziesiątej zadzwonił na telefon syna.

- Przyjedź po mnie. Idę do domu.

Jakby nic się nie stało, jakby nie pamiętał co zrobił. Znów przerażenie. Pojechałam na policję prosić o pomoc. Przecież przyjeżdżali na interwencję. Wiedzą, że jest niebezpieczny. Pomogą. A tu niespodzianka. Na moją informację o całym zdarzeniu dotyczącym ucieczki ze szpitala pada odpowiedź;

- Proszę pani my głupich nie będziemy ganiać!

- Jak to?! To co teraz?! Ja mam się bać? Co z nami?! Gdzie ja pójdę?! Mąż jest pobudzony, agresywny. Gdzie ja pójdę? Proszę coś zrobić! Ja się stąd nie ruszę! Wiem gdzie teraz jest mąż, proszę tam pojechać. Przecież on nam zagraża.

Policjant widząc moją desperację na odczepnego zaczął dzwonić do szpitala, z którego mąż uciekł. Po rozmowie padły słowa:

- Jest ustawa o chorych psychicznie. Jeżeli chorzy sami dobrowolnie nie poddają się leczeniu nikt nie ma prawa ich do tego zmusić. A mąż przecież nie wyraził zgody na leczenie. Prawda?

- I nie wyrazi – pomyślałam. Opadły mi ręce – więc zdrowy nie ma żadnych praw. Potulnie muszę wrócić do domu, do schizofrenicznego kata. Cierpieć i modlić się, w nadziei na przeżycie.

Policjant popatrzył na mnie i powiedział:

- Jedyne co możemy to być przy telefonie. Niech pani zadzwoni jak będzie się coś działo.

- Jak zdążę – odpowiedziałam i przed oczami stanęła mi scena przeżyta w nocy, kiedy wyjęłam telefon, żeby zadzwonić o pomoc a mąż rzucił się na mnie. Leżałam na podłodze, przygnieciona kolanami a telefon został rozbity o posadzkę. Walczyłam o życie. Wyrwałam się …

Opisałam to wszystko, bo mam dość. Dość kolejnych rozpraw, które do niczego nie prowadzą. Nie ma żadnej decyzji ani o karze ani o leczeniu. Dzieci się boją. Ja się boję, bo nie wiem, co mąż wymyśli. Panika i psychoza strachu. My wiemy, czego się boimy a obcy widzą spokojnego, potulnego człowieka, który w sądzie siedzi z nieobecnym wzrokiem. Muchy by nie skrzywdził a co dopiero nas. Po każdej sprawie jestem rozbita i trudno mi się pozbierać. Jestem pokrzywdzona a czemu czuję się winna. Winna, bo głośno powiedziałam, że dzieje się nam krzywda, że nie daje sobie rady z mężem, który nie chce się leczyć i jest dla nas niebezpieczny. Powinnam go ubezwłasnowolnić i zająć się leczeniem – słyszę wtedy. Pytałam o ubezwłasnowolnienie lekarza, który leczył męża i usłyszałam, że nie ma do tego podstaw, więc dałam spokój.

Kto jest w gorszej sytuacji – chory, który nie odpowiada za to co robi, czy zdrowy, który w takich sytuacjach jest w potrzasku, bo nic nie może, a wystarczy tylko jedna decyzja sądu.

Za miesiąc kolejna rozprawa.

 
Komentarze (66)

Napisane w kategorii Życie