RSS
 

Archiwum - Luty 9th, 2014

Schizofrenia – życie w lęku chorego i rodziny.

09 lut
 Foto: http://huzunkalirgeriye.tumblr.com

Foto: http://huzunkalirgeriye.tumblr.com

Długo myślałam nad umieszczeniem tego wpisu. Opisuje na blogu różne historie. W notce o sobie napisałam: uczę się żyć na nowo sama. Odeszłam. Nie napisałam, że przez 15 lat byłam przy schizofreniku. Byłam i jeszcze jestem jego żoną. Na dobre i złe. Według przysięgi: w zdrowiu i chorobie, dopóki śmierć nas nie rozdzieli, jak się okazało ponad pół roku temu mogła  to być moja śmierć. Dziś bardzo osobisty wpis. Para w „blogierski” gwizdek po piątkowych przeżyciach. Długi wpis, więc jeżeli ktoś nie ma cierpliwości nich nie czyta.

Z mediów słyszę wiele opinii dotyczących osób chorych psychicznie. Jest wiele chorób, których podłożem jest psychika człowieka – olbrzymia „paleta” od nerwic do najcięższej schizofrenii. Ta ostatnia też ma wiele „twarzy”. Wspólnym mianownikiem tych chorób jest wyłączenie chorego z normalnego – zdrowego psychicznie – życia. Mówi się o izolacji, stygmatyzacji, piętnowaniu, odtrąceniu chorych. Takie mówienie sprawia, że świat dzieli się na dwa obozy – osoby zdrowe – czytaj – bez żadnych problemów i osoby chore – biedne, pokrzywdzone i odtrącone, których nikt nie chce. Dwa obozy – czarny i biały, żadnych szarości. Otóż nie. Istnieje „strefa szarości”, czyli osoby, które decydują się na życie z osobami chorymi psychicznie a jest ich wiele. Mężowie, którzy są przy żonach i żony, które są przy chorych mężach. Słyszy się wtedy o poświęceniu, miłości, zrozumieniu, oddaniu, ale nikt nie widzi cierpienia tych osób, ich uwikłania się, współuzależnienia.

Męża poznałam kiedy miałam 26 lat – czyli byłam osobą dojrzałą. Skończyłam jedne studia, zaczęłam następny kierunek. Pracowałam. Pragnęłam mieć rodzinę, dzieci, spokojny dom – pełen miłości. Coś, czego nie miałam w domu rodzinnym. Poznałam człowieka spokojnego, bez nałogów, dobrego dla mnie. Nieważne było czy on był bogaty, czy biedny, jaką skończył szkołę. Nie niepokoiło mnie, że nie ma stałej pracy. Szybka decyzja o ślubie, szybki ślub i długa droga przez mękę. Ukryta schizofrenia. Kiedy udało mi się przyprowadzić męża na wizytę do psychiatry, po opowiedzeniu co się z nim dzieje, usłyszałam:

- Skończyła pani studia, miała psychologię i nie domyśliła się, że mąż jest chory na schizofrenię. Dziwię się …

Mówiła coś jeszcze , ale to zdanie najbardziej utkwiło mi w pamięci, najbardziej zabolało. Odebrałam to, jak stwierdzenie: – skończyłaś studia a dalej jesteś głupia.

Dzisiaj, po kolejnych sprawach w sądzie, też odnoszę podobne wrażenie. Tak, jakby dawano mi do zrozumienia, że powinnam wysłać go na leczenie a nie podczas awantury domowej dzwonić na policję i prosić o pomoc. Łatwe, a ja jestem taka „głupia”. Teraz sąd ma problem z wydaniem wyroku, bo oskarżony jest chory psychicznie – czyli nie odpowiada za to, co zrobił. Ja mam czuć się winna? Jak długo jeszcze? Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie zrozumiem. Nie znam przepisów prawnych, które można zastosować w takich sytuacjach.

Mąż w obecności innych ludzi jest bardzo spokojny (dopóki nie mówi się o przymusie leczenia). Jest potulny, małomówny. Siedzi biedny, przelękniony. Nic tylko podejść, przytulić, popłakać nad nim…

Niestety ja widzę tą „drugą stronę medalu”. Sceny jak z horroru, który niestety wydarzyły się naprawdę i dotyczyły mnie i moich dzieci. Dotyczyły mojego życia.

Dom na odludziu. Otoczony z trzech stron lasem. Każdy przyjezdny zachwycał się urokliwym miejscem, pięknem krajobrazu, ale też padało pytanie:

- Nie boisz się tu mieszkać? Daleko do ludzi. Jakby coś się stało, to nikt nawet by ci nie pomógł.

- Nie – odpowiadałam – a co tu może się stać?

I działo się. Kolejne epizody schizofreniczne. Strach. Ból. Rozpacz.

Pierwszy, kiedy dzieci były małe. Dziwaczne zachowanie męża – chowanie jedzenia, oskarżanie o trucie, oskarżanie o zdrady a w końcu bicie i … to przemilczę, bo jest zbyt osobiste, intymne. Czułam się jak mysz, którą bawi się kot. Próbowałam udawać, że nic się nie dzieje. Czułam, że to musi być choroba, bo czym wyjaśnić takie zachowanie. Teściowej ośmieliłam się opowiedzieć. Wyśmiała mnie. Jak to, jej ukochany, jedyny syn? To niemożliwe, to ja jestem zła i chora. Pracowałam, ona przychodziła do dzieci. Wszystko było ok. Nie wytrzymałam w pracy, kiedy mąż przyszedł na rozmowę z dyrektorem. Chciał zapytać dlaczego został moim kochankiem. Na moją prośbę zadzwoniono po karetkę. Na nieszczęście w szpitalu tego dnia nie było psychiatry. Wróciliśmy do domu. Mąż wyjął wszystkie noże i zaczął je ostrzyć. Byłam przerażona. Wieczorem wzięłam dzieci do najmniejszego pokoju, bo tam drzwi otwierały się do środka. One leżały w łóżkach a ja na podłodze, z poduszką pod drzwiami. Myślałam: Jak będzie wchodził odsunie najpierw mnie. Będzie mu trudno. Jakoś dam radę. Nie spałam prawie tydzień. Napięcie. Przerażenie. Gotowość do obrony i poczucie bezsilności – brak pomocy od kogokolwiek. Wstyd, że to dzieje się u mnie. Zawód – bo moje małżeństwo miało być oazą spokoju i szczęścia. Osamotnienie – bo nikt mnie nie rozumie, nikt nie chce, albo nie może pomóc. Chęć ucieczki – tylko dokąd, z dwójką małych dzieci i marną pensją. Jak mysz w pułapce. Najgorsze jest poczucie niemocy. Tego, że jestem w tym wszystkim sama. Miałam dać sobie radę ze wszystkim i nie dałam, więc jestem do niczego.

Takich epizodów było cztery. Dwóch ostatnich nie byłam w stanie „ogarnąć” sama. Pobita, zawiadomiłam policję.

Przedostatni zimą – uciekaliśmy z dziećmi mroźną, zimową nocą. Ledwie ubrani, bo ważniejsze życie. Zaprowadziłam dzieci do babki a sama czekałam na policję i karetkę. Przyjechali. Pokazuję wypis ze szpitala psychiatrycznego i oświadczenie podpisane przez męża ze zgodą, że w takich sytuacjach dobrowolnie poddaje się leczeniu. On jest spokojny. Odpowiada na pytania bardzo racjonalnie. Zabierają go. Przyprowadzam dzieci a po godzinie karetka przywozi go z powrotem. Pytam dlaczego, co teraz mam robić, bo się boję. Oni odpowiadają – jest spokojny. Obiecał, że sam zgłosi się do lekarza. Widzę przerażenie w oczach dzieci. Pytam samą siebie – kto ma większe prawa – rodzina, którą gnębi agresywny chory, czy chory, który przy obcych staje się potulnym barankiem. Na wizytę do lekarza zawiozłam go dopiero po dwóch tygodniach. Tygodniach strachu, namawiania na branie leków, czuwania, czy nic się nie dzieje.

Ostatnie zajście. Najgorsze. W środku nocy uciekałam z domu przez okno, bo drzwi były pozamykane. Pobita, spryskana gazem pieprzowym. Skóra paliła jak przypiekana ogniem, ledwo widziałam. Gdybym się nie wyrwała i nie uciekła, dziś by mnie nie było. Uciekałam z przerażonymi dziećmi w ciemności. Stopy ślizgały się po błocie. Dobijaliśmy się do zamkniętych bram i drzwi. Za nami biegł on. Cudem udało nam się znaleźć otwarte drzwi. Wpadliśmy do obcego domu. Zamknęłam drzwi na klucz. W sieni pojawiła się zdziwiona sąsiadka. Pozwoliła nam zostać. Policja przyjechała po 20 minutach.

Zanim zabrało go pogotowie była godzina szósta rano. O siódmej dostałam wiadomość:

- Proszę uważać na siebie. Mąż uciekł z izby przyjęć.

Zadzwoniłam do szpitala. Rzeczywiście. Porozbijał szyby, wyrządził inne szkody i uciekł. Około godziny dziesiątej zadzwonił na telefon syna.

- Przyjedź po mnie. Idę do domu.

Jakby nic się nie stało, jakby nie pamiętał co zrobił. Znów przerażenie. Pojechałam na policję prosić o pomoc. Przecież przyjeżdżali na interwencję. Wiedzą, że jest niebezpieczny. Pomogą. A tu niespodzianka. Na moją informację o całym zdarzeniu dotyczącym ucieczki ze szpitala pada odpowiedź;

- Proszę pani my głupich nie będziemy ganiać!

- Jak to?! To co teraz?! Ja mam się bać? Co z nami?! Gdzie ja pójdę?! Mąż jest pobudzony, agresywny. Gdzie ja pójdę? Proszę coś zrobić! Ja się stąd nie ruszę! Wiem gdzie teraz jest mąż, proszę tam pojechać. Przecież on nam zagraża.

Policjant widząc moją desperację na odczepnego zaczął dzwonić do szpitala, z którego mąż uciekł. Po rozmowie padły słowa:

- Jest ustawa o chorych psychicznie. Jeżeli chorzy sami dobrowolnie nie poddają się leczeniu nikt nie ma prawa ich do tego zmusić. A mąż przecież nie wyraził zgody na leczenie. Prawda?

- I nie wyrazi – pomyślałam. Opadły mi ręce – więc zdrowy nie ma żadnych praw. Potulnie muszę wrócić do domu, do schizofrenicznego kata. Cierpieć i modlić się, w nadziei na przeżycie.

Policjant popatrzył na mnie i powiedział:

- Jedyne co możemy to być przy telefonie. Niech pani zadzwoni jak będzie się coś działo.

- Jak zdążę – odpowiedziałam i przed oczami stanęła mi scena przeżyta w nocy, kiedy wyjęłam telefon, żeby zadzwonić o pomoc a mąż rzucił się na mnie. Leżałam na podłodze, przygnieciona kolanami a telefon został rozbity o posadzkę. Walczyłam o życie. Wyrwałam się …

Opisałam to wszystko, bo mam dość. Dość kolejnych rozpraw, które do niczego nie prowadzą. Nie ma żadnej decyzji ani o karze ani o leczeniu. Dzieci się boją. Ja się boję, bo nie wiem, co mąż wymyśli. Panika i psychoza strachu. My wiemy, czego się boimy a obcy widzą spokojnego, potulnego człowieka, który w sądzie siedzi z nieobecnym wzrokiem. Muchy by nie skrzywdził a co dopiero nas. Po każdej sprawie jestem rozbita i trudno mi się pozbierać. Jestem pokrzywdzona a czemu czuję się winna. Winna, bo głośno powiedziałam, że dzieje się nam krzywda, że nie daje sobie rady z mężem, który nie chce się leczyć i jest dla nas niebezpieczny. Powinnam go ubezwłasnowolnić i zająć się leczeniem – słyszę wtedy. Pytałam o ubezwłasnowolnienie lekarza, który leczył męża i usłyszałam, że nie ma do tego podstaw, więc dałam spokój.

Kto jest w gorszej sytuacji – chory, który nie odpowiada za to co robi, czy zdrowy, który w takich sytuacjach jest w potrzasku, bo nic nie może, a wystarczy tylko jedna decyzja sądu.

Za miesiąc kolejna rozprawa.

 
Komentarze (66)

Napisane w kategorii Życie