RSS
 

Archiwum - Marzec 30th, 2014

Tydzień poza domem.

30 mar

 

Nie było mnie tydzień. Długi tydzień – przynajmniej dla mnie. Mój organizm się zbuntował. Mówiłam „ogarniam wszystko” i chyba nie ogarniałam. Tydzień spędziłam w szpitalu.

W niedzielę poczułam się źle. Pomyślałam grypa i zaczęłam się sama leczyć. Gorączka, więc biorę coś na gorączkę. W południe dwie tabletki, wieczorem dwie tabletki a tu gorączka nie spada a do kompletu pojawiły się plamki na twarzy. Pomyślałam: „do rana przejdzie”. Budzę się rano a tu plamki już na szyi, ramionach, górnej części tułowia. Pędzę do dermatologa. Pani ogląda mnie uważnie i zapada wyrok: koklusz i proszę szybko do rodzinnego.

- Czy to bardzo zaraźliwe, bo widzi pani mam dwoje dzieci?

- Raczej. Szybko do rodzinnego.

Pędzę więc do rodzinnego. Doktor mnie przyjmuje. Ogląda uważnie.

-Nie, to nie koklusz .

Ja oddycham z ulgą a za chwilę słyszę:

- To może być albo różyczka, albo odra…

Wyciąga jakieś opasłe tomiszcze. Wertuje kartki, fuka w trakcie czytania. Spogląda na mnie uważnie.

- Czy na stopach ma pani krosty?

- Nie – ale dla pewności zdejmuję buty i sprawdzam stopy – nie mam! – wykrzykuję z ulgą.

Doktor spogląda i stwierdza:

- To mi wygląda na różyczkę, ale … – i coś tam mruczy do siebie. Wypisuje receptę.

W aptece realizuję wypisaną karteczkę i dostaję scorbolamid i jakieś tabletki na kaszel. To dopiero kuracja! Klękajta narody!

W domu kładę się do łóżka. Biorę oczywiście ów scorbolamid i czekam, żeby spadła gorączka i tu przykra niespodzianka, bo gorączka nie spada a wręcz rośnie do 39,6 . Pat, bo nie wiem co dalej robić. Plamek coraz więcej a w końcu pojawiają się też bolące guzy na karku, za uszami i pod pachami.

Na szczęście dzwoni znajoma, której mąż jest lekarzem. Przez łzy opowiadam co się dzieję. M. rozłącza się i dzwoni po 10 min.

- Szykuj się na SOR.

Powoli zwlokłam się z łóżka. Spojrzałam w lustro. Plamy na twarzy rozlały się w jednolitą, spuchniętą, czerwoną maskę.

- Jeszcze tylko pióropusz i mogę odtańczyć taniec wojenny – pomyślałam, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. Zadzwoniłam do znajomego z prośbą o dowiezienie do szpitala. Przyjechał bardzo szybciutko i zawiózł mnie. Poszłam na SOR i tam już zostałam. Zrobiono badania. Dostałam kilka kroplówek i o godzinie pierwszej w nocy zapadła decyzja o przewiezieniu mnie do szpitala zakaźnego w sąsiednim mieście. Czułam się okropnie i jeszcze te bolące guzy. Gorączka po lekach nieznacznie spadła, ale dobrze nie było. I tak od wtorku, od pierwszej w nocy umieszczono mnie w szpitalu zakaźnym i tam przeleżałam do soboty rano. Robiono mi badania. Karmiono lekami. Powoli dochodziłam do siebie. Bałam się co z dziećmi. Często do nich dzwoniłam. Na szczęście zajęła się nimi sąsiadka – wspaniała kobieta. Mogłam być o nie spokojna. Dzwonili znajomi. Przychodziła do mnie M. Nie zostałam sama dzięki nim. DZIĘKUJĘ WAM!  Ja jednak mam szczęście do dobrych ludzi!

W piątek na obchodzie lekarz zauważył:

- Nikt z rodziny panią nie odwiedza…

- Ja…jestem sama. W domu zostało dwoje dzieci… i dlatego proszę o szybsze wypisanie. Gorączki już nie ma więc…

- Zobaczymy.

W sobotę było dobrze, to znaczy uczulenie zeszło, gorączki nie było i po obchodzie lekarz zdecydował, że mogę już iść do domu. Moja sąsiadka, która dzwoniła z pytaniami jak się czuję przez cały tydzień, zadzwoniła też i w sobotę rano.

- A. już mogę wyjść.

- To za godzinę po ciebie będę.

Tak normalnie. Jakbym była kimś z jej rodziny a przecież nie jestem. Bez zbędnych próśb, słów, tak normalnie – za godzinę będę – dlatego mówię, że to wspaniała kobieta. Też Anna – Anie są jednak najwspanialsze!!!!

W domu czekała na mnie niespodzianka. W piątek miałam urodziny i syn kupił mi piękny bukiet żółtych tulipanów. Czekał na mnie w pokoju na ławie. Najpiękniejszy bukiet od syna. Dobrze wrócić do swoich – oj, jak dobrze!

Kiedy byłam w szpitalu często dzwonili do mnie znajomi. Myślałam, że nikt nie zauważy, że mnie nie ma a tu taka niespodzianka, tyle dobrych słów, tyle wsparcia. Nie jestem sama. DZIĘKUJĘ!

A co to była za choroba? Nie wiem. Dowiem się w poniedziałek, jak pojadę po wypis. Od początku kwietnia zeszłego roku (od kiedy zaczęło źle się dziać – tzn. zaczęły się nerwy i permanentny stres) pojawiło się uczulenie tzw. egzema. Miałam ją wcześniej, ale znikała a tu można powiedzieć „zadomowiła” się na stałe. Nic nie pomagało, żadne maści a do lekarza nie miałam czasu chodzić. Egzema była i myślę, że cała ta historia jest spowodowana tym właśnie uczuleniem. Nie mogę sobie pozwolić na następne takie „wczasy” od dzieci. Myślę, że to uczulenie to odpowiedź organizmu na niedawne wydarzenia – dwie sprawy – obydwie nierozstrzygnięte i jeszcze bardzo nieprzyjemna historia z kimś, komu za bardzo zaufałam i poczułam się bardzo oszukana. Bardzo przeżywam to wszystko. Mówię: „ogarniam’, „daję radę”, lecę dalej, tłumaczę sobie a organizm wie lepiej. A. też mi powiedziała:

- Tak, ty wszystko „ogarniasz” sama. Mówisz, że „dajesz radę”. Przestań. Pozwól sobie pomóc!

Ma rację. Czasami trzeba pozwolić, żeby ktoś mógł wkroczyć w nasze życie ze zwykłą pomocą. Przez 15 lat dawałam sobie radę sama i nie umiem przyjmować cudzej pomocy. Mam sobie wtedy za złe, że jestem taka nieporadna, taka zależna. Teraz zobaczyłam, że czasami bez pomocy innych nie dałabym sobie rady sama.

W szpitalu przeczytałam do końca książkę „Sztuka mówienie NIE”. Super książka. Niedługo podzielę się z wami uwagami dotyczącymi tej lektury. Niedługo. Cierpliwości.

Dobry Boże dziękuję Ci za tych prawdziwych przyjaciół.

Za tych, którzy pomagają nawet wtedy kiedy mówię, że „daję radę”.

DZIĘKUJĘ !!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie