RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2014

„Marzenie – dialog” – przeczytane na FB

28 kwi

Marzenie – dialog

- Spróbuj… – szepnęło Marzenie.
- Co?! Znowu?! – zdenerwowało się Doświadczenie.
- Ha! Znów wszystko przeze mnie, – uśmiechnął się Powód.
- Nie! Przeze mnie! – zaprotestowała Pycha.
- A może nie trzeba… – wyszeptała Ostrożność.
- Oto jestem! – oznajmiła Stanowczość.
- A dokąd to beze mnie? – zapytało Upojenie.
- Bez ciebie to donikąd, – odpowiedział Spokój.
- Może lepiej jutro…? – zainteresowała się Wątpliwość.
- Teraz albo nigdy! – zripostował Upór.
- Byle nie tak jak wczoraj, – uprzedziła Codzienność.
- To co było wczoraj już się nie powtórzy, – uspokoiła Głupota.
- Wszystko będzie inaczej, – skłamało Przeczucie.
- Coś mi to przypomina, – zamyśliła się Pamięć.
Marzenie wstało i wyszło…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Facebook.com, Internet

 

„Wolni od niemocy” – czyli jak dokonać dobrych zmian w życiu. cz.1

27 kwi

23349

Czytam bardzo ciekawą książkę Augustyna Pelanowskiego „Wolni od niemocy”. Augustyn Pelanowski właśc. Piotr Pelanowski (ur. 1963 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim). Jest zakonnikiem - paulinem, ojcem duchownym w Wyższym Seminarium Duchownym Zakonu Paulinów w Krakowie na Skałce , rekolekcjonistą, kaznodzieją, autorem książek, publicystą, artystą malarzem – jednym słowem ciekawym człowiekiem. Dlaczego ta książka – bardzo intrygująca jest notka wydrukowana na tylnej okładce   :” Nie widzisz sensu swojego życia? Czujesz się nikomu niepotrzebny, nieakceptowany, niekochany? Jesteś ciągle smutny i zniechęcony? Uważasz, że nic nigdy ci się nie udaje? Jeśli tak – TA KSIĄŻKA JEST DLA CIEBIE!” – więc kupiłam i czytam. Rzeczywiście treść daje dużo do myślenia. Czasami mam wrażenie jakbym czytała o sobie.

Autor tak pisze o osobach, które cały czas wracają do swoich problemów, dla których bolesne doświadczenia są cały czas aktualne i nie potrafią wyjść z zaklętego kręgu swoich złych historii. Tacy ludzie są porównani do chorych na bolesną, swędzącą wysypkę. „Jak się zachowuje człowiek z wysypką? Drapie się cały czas i rozdrapuje swoje rany. Taki człowiek cały czas musi te swoje problemy boleśnie rozważać! To one są w centrum uwagi a nie Jezus! Dlaczego taki człowiek nie wyjdzie z problemów, bo ciągle go „swędzi” rozdrapywanie ran, więc ma bolesną przyjemność, która nie prowadzi do zagojenia, tylko do jeszcze większych samouszkodzeń. (…) ciągle ma kompulsywna potrzebę odświeżania w sobie urazów i bolesnych wspomnień, ale bynajmniej nie po to, by wreszcie coś sobie lub komuś przebaczyć, lecz po to, by jeszcze bardziej się „nakręcić” na użalanie się nad sobą i powiększanie nienawiści do kogoś lub siebie. (…) Ciągle w obiektywie jego skupienia jest tylko jego ból, jego konflikty, jego problemy, jego załamanie, to, że stale siebie nienawidzi, to, że mu się nie udaje, to, że ktoś go upokorzył i wyrzuca sobie, jak mógł do tego dopuścić. To wszystko staje się powoli jego bóstwem, bo bogiem jest dla nas to, czemu poświęcamy najwięcej uwagi i serca! 

Egocentryczna przyjemność , odczuwana z tego rozdrapywania starych ran, dałaby się ująć w słowach:

Ach jak mi dobrze, gdy mi źle! Jak ja lubię się tak dręczyć, jak ja lubię rozpaczać!” (s. 51) – Wielu ludzi tak ma. Emanują cierpieniem, skarżą się a kiedy słyszą radę, jak poradzić sobie z taką, czy inną sytuacją, patrzą zdziwieni i przestraszeni, bo co z ich cierpieniem – przecież ono jest najważniejsze.

„Tyle jest w tobie dobra, ile potrafisz znieść zła. Jeśli byle jaka złośliwość wyprowadza cię z równowagi, to nie myśl, że jesteś dobry. Niewiele było w tobie ognia, skoro mały podmuch złości go zdmuchnął” (s.55)

„Osoby najbardziej zdołowane przez los są najbliższe Bogu!”

Szukam odpowiedzi jak poradzić sobie z tym, co czuję. Wiem, że mam problem z określeniem – zdefiniowaniem złości. Złość jest przeze mnie traktowana na równi z agresją. Mówię – wywołuje to we mnie złość a wtedy krzyczę, a krzyk to już agresja. Złość jest dobra a agresja powoduje wiele szkód.

Artykuły o złości:

Kilka prawd o złości.

Złość i sposoby radzenia sobie z nią

„Wielu ludzi wymiennie używa słów: „złość” i „agresja”. Tymczasem złość jest UCZUCIEM, tak jak uczuciem jest smutek czy lęk. Agresja natomiast jest ZACHOWANIEM krzywdzącym drugą osobę, albo raniącym ją psychicznie, albo uszkadzającym jej ciało. Można przeżywać złość i nie zachowywać się agresywnie. Np. część ludzi „chowa do środka” swoją złość, przemilcza ją a w sytuacji, która wzbudziła ich złość zachowują się ulegle. Inni, czując złość wyrażają ją w sposób wyważony, nie raniąc drugiej osoby, ale informując, że jakieś jej konkretne zachowanie uruchamia w nich złość. Jest to tzw. asertywny sposób wyrażania siebie, swojego sprzeciwu czy swojej złości.” Fragment artykułu: Złość, która nie krzywdzi a pomaga.

O książce „Wolni od niemocy” jeszcze napiszę. Jeszcze czytam :lol:

Fragmenty tekstu pochodzą z książki „Wolni od niemocy”, A. Pelanowski OSPP, POMOC, Częstochowa 2013.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Książka

 

A było tak pięknie…

25 kwi

Dziś króciutki wpis, bo nie mam siły. Pięcio godzinne przesłuchanie w sądzie biskupim. Nie wiedziałem, że to będzie takie trudne… Mówiłam pojadę na godzinę, góra dwie a okazało się pięć.

Och życie…

A ktoś mi mówił: Po co ci to? Po co masz się denerwować i przeżywać. Źle ci? Podobno najważniejszy jest spokój. Z przerażeniem patrzę na uczulenie na dłoni, które cholernie swędzi. Reakcja na stres.  Zastanawiam się, ile jeszcze będzie kosztować moja wolność?

Po co to wszytko?

Porządkowanie spraw, tylko jakim kosztem?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Jest coraz lepiej!

23 kwi

1382812704_hhpp7d_600

Jest dobrze i tego będę się trzymać!

Życie jest piękne!

Czego i Wam życzę!!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie

 

Blizny w człowieku – słowami ks. J. Pałygi.

22 kwi

1374942625_mmrifa_600

BLIZNY

Są w człowieku blizny

Porażek i zwątpień

Niepogodzenia ze światem i sobą

Sprzeczności i klęsk

Doświadczeń wielkich i małych.

*

Nie wstydź się ich

One nie szpecą, ale ubogacają

Nadają nowy sens życiu

Uczą szukać i tworzyć

Pracować, cierpieć i kochać

A także marzyć.

*

Ceń zwłaszcza marzenia

One milczącym przywracają głos

A zrozpaczonym nadzieję

Są darem niebios

I wezwaniem do czynu.

*

Człowiek bowiem jest tym, czym jest

I tym, czym pragnie być.

A pragnąć możemy tak wiele

Tego, co na ziemi i w niebie

Co jest w nas

I poza nami

Tego, co jest i będzie

Płyniemy bowiem przez czas

A życie nie jest snem

Tylko drogą do wieczności

Która jest kresem wszystkiego.

Jan Pałyga SAC

„Boże, gdzie jesteś?”, Warszawa, s. 57

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Poezja

 

Świątecznie… chociaż niekoniecznie.

21 kwi

 

www.demotywatory.pl

www.demotywatory.pl

SZUKAĆ W ZŁYM MIEJSCU

Jeden z sąsiadów zastał Nasruddina na kolanach, szukającego czegoś.

- Czego szukasz, mułło?

- Mojego klucza. Zgubiłem go.

I obaj, na klęczkach zaczęli szukać zgubionego klucza.

Po chwili zapytał sąsiad:

- Gdzie go zgubiłeś?

- W domu.

- Święty Boże! W takim razie, dlaczego szukamy tutaj?!

- Bo tu jest więcej światła.

Cóż jest warte szukanie Boga w miejscach świętych, jeśli zgubiłeś Go w swoim sercu?

Anthony de Mello, Śpiew ptaka (PDF), s.10

*

 Kroniki mówią, że Tomasz z Akwinu, jeden z najwybitniejszych teologów, jakich zna historia, pod koniec życia nagle przestał pisać. Gdy jego sekretarz skarżył się, że dzieło pozostaje niedokończone, Tomasz mu odpowiedział:

- Bracie Reginaldzie, przed kilkoma miesiącami, sprawując liturgie, doświadczyłem czegoś z bóstwa. Tego dnia straciłem wszelką ochotę do pisania. Tak naprawdę, wszystko to, co napisałem o Bogu, wydaje mi się nie więcej warte niż słoma.

Czyż może być inaczej, gdy intelektualista staje się mistykiem?

*

Kiedy mistyk schodził z góry, zbliżył się doń ateista i powiedział z przekąsem:

- Coś nam przyniósł z ogrodu wspaniałości, w którym przebywałeś?

Mistyk odpowiedział:

- Rzeczywiście, zamierzałem napełnić chustę kwiatami, aby po powrocie podarować niektóre z nich przyjaciołom. Ale tak odurzył mnie zapach ogrodu, że zapomniałem nawet o chuście.

Mistrzowie zen wyrażają to krócej:

„Kto wie, nie mówi. Kto mówi, nie wie.”

Anthony de Mello, Śpiew ptaka, s. 12

*

To tak z myślą o przeżywaniu świąt i naszej wiary. Nie wszystko o Bogu musimy wiedzieć. Chwalić Jego wspaniałości słowami, bo wtedy wygląda to tak, jak byśmy przez piękne słowa samych siebie chcieli przekonać do wiary w Boga a wiara jest czymś, co czuje nasze serce i co często nie da się ubrać w najpiękniejsze słowa. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Książka

 

List do matki – z aborcją w tle.

18 kwi

Foto: demotywatory.pl

Moja córka przyniosła z kościoła mały folder – książeczkę dotycząca duchowej adopcji. Modlitwa w intencji dziecka zagrożonego aborcją.  Na ostatniej stronie wydrukowano modlitwę codzienną. Oto jej treść: „Panie Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz wstawiennictwem świętego Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość, odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen”. Ja dodałabym jeszcze: Panie daj miłość rodzicom i zdolność jej okazywania temu dziecku, jeżeli przeżyje. Nie zostawiaj go w tej rodzinie bez ciepła miłości, bez uśmiechu matki, jej przytulenia. Proszę wlej w serce rodziców morze miłości, którą będą później okazywać temu właśnie dziecku.

Przeczytałam list kobiety, która przez całe swoje dziecięce życie słyszała, że jest dzieckiem, które uniknęło aborcji. Straszne. Wiem co to jest syndrom postaborcyjny i wiem, że dotyka on kobiet, które dokonały aborcji a tu pisze kobieta, która przeżyła całe to „zamieszanie” związane z aborcją i to ją dotknął syndrom, chociaż ona była dzieckiem, które przeżyło.

Foto: http://huzunkalirgeriye.tumblr.com

„Moi rodzice! (wstęp skreślony i później dopisane) Mamo!

Nie pamiętam, czy miałam napisać list do rodziców, czy list do matki, a może miałam zrobić coś innego. Piszę list. Nie wiem, czy pomoże.

Mamo i tato – nie piszę tych słów dużymi literami, bo chyba was nie kocham. Znalazłam się w waszym życiu przez przypadek. Nie byłam chciana i oczekiwana. Nie! Mieliście już duże, wychowane dzieci, kiedy zorientowałaś się, że jesteś w ciąży. Chciałaś mnie usunąć, bo miałaś 41 lat (prawie tyle samo, co ja teraz). Mówiłaś: „Jestem za stara na dzieci, nie wychowam, nie chcę!” A ja rosłam w twoim brzuchu. Wiem, że mnie nie chciałaś. Czułaś się zagrożona. Nie chcę współodczuwać twojego stanu, bo znów zacznę cię usprawiedliwiać. Wiem, że mieliście ciężko, ale trudno mi sobie wyobrazić jak bardzo mnie nie chciałaś. Nie widzę w tym wszystkim ojca – jakie było jego stanowisko. Później często mówiłaś, że następną ciążę usunęłaś. Czułaś się winna. Kiedy umierałaś na raka powiedziałaś, że to kara za to, co zrobiłaś.

Nie było mi z wami dobrze. Zawsze czułam się nie na miejscu. Nie pamiętam, czy mnie przytulałaś – kiedy sięgnę wspomnieniami wstecz nie widzę tego. Brakowało mi twoich przytulań, pocałunków, rozmów. Byłam sama. Musiałam zabiegać o twoją uwagę dobrym zachowaniem. Nigdy nie marudziłam, nie miałam zachcianek, o nic nie prosiłam. Kiedyś, kiedy odważyłam się o coś poprosić, ty zaczęłaś krzyczeć, że jestem zła, niewdzięczna, że cię nie kocham, że ty się starasz a ja jestem taka okropna. Poczułam się winna. Płakałaś a mnie serce pękało, bo cię zawiodłam i znów usłyszałam tekst o niechcianej ciąży. Przestałam marudzić. Potulnie zgadzałam się na wszystko i byłam wdzięczna, że mnie nie zabiłaś, bo ciąże po moim porodzie usunęłaś. Często mówiłaś, że to musiał być chłopiec, bo przychodził do ciebie we śnie i pytał, dlaczego go zabiłaś. Dlaczego mi to mówiłaś? Nienawidziłam tego. Czułam się u was obco. Jak u obcych ludzi. Nie pamiętam z tamtych lat ojca – pamiętam ciebie – z twoimi łzami, pretensjami, twoim wiecznym niezadowoleniem. Czułam się winna. Myślałam, że dobrym zachowaniem, cichością, brakiem własnego zdania, uległością zapewnię sobie twoje uczucie, ale ty zawsze byłaś niezadowolona. Nie chciałaś na mnie spojrzeć jak matka – byłaś obca. Miałaś swoje sprawy. Kiedy ja miałam jakieś problemy ty zawsze mówiłaś – bądź cicho, masz co jeść i w co się ubrać i jeszcze coś chcesz? Nie było między nami rozmów. Brakowało mi tego. Było między nami milczenie. Ty milczałaś, bo mnie nie akceptowałaś a ja milczałam, bo chciałam zasłużyć na twoją miłość. Chciałam się poczuć jak w domu. Chciałam, żebyś mnie przytuliła, porozmawiała jak matka z córką. Chciałam być dla ciebie ważna. Pamiętam pewną sytuację, kiedy ty płaczesz, bo ja ośmieliłam się powiedzieć, co myślę. Krzyczałaś, że jestem zła. Pamiętam te ogromne poczucie winy. Poczułam się tak, jakbyś coś we mnie zabiła. Przestałam być sobą. Stałam się dobra – cicha, spokojna, uległa, uśmiechnięta, taka, której wszystko pasuje, która ze wszystkim się zgodzi, która dostrzeże zły humor mamy i będzie się starać jeszcze bardziej. Starałam się być dla ciebie dobrą uczennicą – kiedy dostawałam dobre oceny widziałam uśmiech na twojej twarzy. Kiedyś napisałam wypracowanie z języka polskiego – charakterystykę matki. Dostałam za nie piętkę. Napisałam, że cię kocham, że jesteś najlepszą kobietą na świecie i masz takie piękne, spracowane dłonie. Takie kochane.Tyle uczuć, abyś ty zechciała mnie pokochać. Przeczytałam to wypracowanie w domu – chyba wtedy płakałaś, ale mnie nie przytuliłaś. Zawsze był między nami dystans – wszystko na odległość. Nie widzę w tym wszystkim ojca – dostrzegam tylko ciebie – twoje potrzeby, twój smutek, płacz, twoje poczucie skrzywdzenia ze strony ojca a później te sytuacje, kiedy cię bił. Właściwie to nie widziałam tych scen, kiedy on ci coś robił fizycznie, to znaczy szarpał, uderzał. Pamiętam tylko twój krzyk, łzy, strach – kiedy uciekałyśmy. Pamiętam jego szaleństwo spowodowane alkoholem, przekleństwa, agresję skierowaną do ciebie. Straszył cię. Ganiał. Razem uciekałyśmy. Pamiętam, jak ukryłam się kiedyś w ciemnym pokoju a on wbiegł pijany z krzykiem. Uciekałam z tobą. Chciałam cię bronić, chronić. Chciałam… Chciałam tym zachowaniem zapewnić sobie twoją miłość.

Zawsze byłam przy tobie.

Wybrałam ogólniak. Teraz wiem dlaczego. Myślałam, że jak będę się uczyć i mieć dobre stopnie, to mnie pokochasz. W ogólniaku miałam problemy z nauką. Ciężko mi było poradzić sobie z nowym otoczeniem. Starałam się a oceny były słabe. Chciałam się przenieść do budowlanki. Poszłaś ze mną do dyrektora po dokumenty. Dyrektor powiedział, że nie jest tak źle i nie ma sensu, abym się przenosiła. Ty nic nie mówiłaś, ale w uszach brzmiały mi twoje słowa dotyczące wyboru szkoły. Według ciebie lepiej było wybrać zawodówkę, bo po niej będę miała zawód. Zostałam w ogólniaku.

Nie czułam od ciebie wsparcia. Nie było w tobie matczynych uczuć. Traktowałaś mnie jak kogoś, kto jest, bo jest. Nigdy ze mną nie rozmawiałaś na tematy związane  z moimi obawami, przeżywanymi miłościami. Stworzyłaś – dałaś mi zimny dom. Twoje zagubienie, nieporadność, smutne chwile starałam się jakoś ukoić. Na wszystko się zgadzałam, abyś nie była smutna. Później zaczęłaś chorować. Rozwinęła się nerwica. Starałam się temu jakoś zaradzić. Spałam z tobą, aby w nocy kłaść ci rękę na sercu i sprawdzać czy bije. Sprawdzałam czy żyjesz i zamierałam, kiedy serce biło nierówno. Modliłam się wtedy do Boga, aby dał ci jeszcze pożyć. Pamiętam swoje ślubowanie – obiecałam Bogu, że kiedy wyzdrowiejesz ja pójdę do zakonu. Chorowałaś coraz bardziej. Skończyłam szkołę. Poszłam do pracy a później na studia – teologiczne – zaoczne. Ciężko pracowałam na produkcji, żeby opłacić czesne, bo od ciebie słyszałam: nie mam, nie dam. Wiem, że miałaś pieniądze, bo zawsze potrafiłaś odłożyć, ale mnie nie chciałaś pomóc. Uparłam się. Postanowiłam, że dam radę sama. Z satysfakcją pokazywałam 5 i 4 w indeksie a ty miałaś wtedy łzy w oczach a ja nadzieję w sercu, że w końcu mnie przegarniesz do siebie i powiesz, że jestem kochana, taka dobra – ale tego nie usłyszałam. Ty biegłaś do swoich zajęć. Dalej nie było między nami bliskości i miłości.

Byłam z wami a czułam się jak rzecz w przechowalni. Zawsze byłaś obojętna na to, co ja czułam, co się ze mną działo, chyba, że to w jakiś sposób zagrażało twojemu dobremu imieniu, wtedy się denerwowałaś a ja miałam poczucie winy. Czułam się winna, że ośmieliłam się żyć, że czegoś chcę, więc przestałam czegokolwiek chcieć od ciebie. To było i jest trudne – mówić i czuć, że ktoś jest ważniejszy a ja jestem nikim – rzeczą, której nie usunęłaś ze swojego brzucha a teraz ta rzecz żyje i jeszcze czegoś żąda. To boli do dziś.

Znalazłam mężczyznę, którego ty nie zaakceptowałaś. Nie zgadzałaś się na mój związek z nim. Coś tam wiedziałaś. Denerwowałaś się, krzyczałaś a ja podjęłam błyskawiczną decyzję o ślubie. Nie byłaś zadowolona. Z siostrą okazywałyście mi złość. Odbył się ślub a później zamieszkaliśmy u ciebie w domu. Pomagałaś mi przy dziecku. Opiekowałaś się wnukiem. Kiedy się od ciebie wyprowadzaliśmy mówiłaś, że nie dam rady, zginę, szybko wrócę z powrotem. Dawałam radę, chociaż w tym moim domu miałam piekło. Nie skarżyłam się. Utrzymywałam z własnej pracy rodzinę. Później zachorowałaś na raka. Właściwie to zachorowałaś, kiedy jeszcze mieszkałam u ciebie. Oddałam krew dla ciebie chociaż trzy miesiące wcześniej urodziłam dziecko i wyglądałam jak kościotrup, ale ty byłaś ważniejsza. Twój stan się nie poprawiał. Wyprowadziłam się, ale przyjeżdżałam z obiadami. Próbowałam się tobą opiekować. Ojciec krzyczał, był zły, przeklinał cię. Nie chciałam tego słuchać. Podjęłam decyzję, żeby cię przewieść do mojego domu. Twój stan był bardzo zły. Cierpiałaś i to bardzo. Opiekowałam się tobą chociaż czasami było bardzo ciężko. Nie mogłam patrzeć jak wymiotujesz, jak zwijasz się z bólu. Byłam przy tobie. Nawet wtedy nie spojrzałaś na mnie jak matka na córkę. Przepisałaś mi dom, jakbyś chciała uciszyć wyrzuty sumienia. Dać mi coś, zamiast po prostu mnie przytulić. Nie chciałam tego domu. Był mi niepotrzebny. Ja miałam gdzie mieszkać.

Umierałaś dwa razy. Pierwszy raz, kiedy czułaś, że odchodzisz chciałaś, aby był przy tobie twój mąż i twoje dzieci. Żegnałaś się z nimi. Nie pamiętam, czy pożegnałaś się ze mną. Drugi raz, kiedy umierałaś naprawdę zostałaś tylko ze mną. Bałam się tej śmierci, ale trzymałam twoją coraz zimniejszą rękę w swojej dłoni. Odmawiałam modlitwy z teściową. Włożyłam ci do ręki zapaloną gromnicę. BAŁAM SIĘ, ale czułam, że MUSZĘ być przy tobie. Strasznie krzyczałaś, przeklinałaś. Mówiłaś, że boli. Włożyłam ci do ust tabletkę przeciwbólową. Chciałam ci ulżyć. Teściowa odmawiała litanię do wszystkich świętych a kiedy skończyła ty przestałaś oddychać. Krzyczałam, że chyba nie żyjesz. Teściowa sprawdzała ci puls. Miałaś otwarte oczy. Teściowa powiedziała, żebym je zamknęła. Przesunęłam palcami po twoich powiekach. Nie chciały się zamknąć. Przestraszyłam się, że zrobię ci krzywdę. Nie chciałam ich zamykać. Zrobiła to teściowa.Później, kiedy obcy ludzie przyjechali cię ubierać i zaczęli szarpać za sztywne ręce nie mogłam na to patrzeć. Powiedziałam, że sama cię ubiorę. Poprosiłam o wskazówki, jak zakładać kolejne części garderoby. Mówiłam do ciebie łagodnie: mamusiu i powoli ubierałam. Bałam się, ale uznałam to za swój obowiązek.

Jeżdżę na twój grób – teraz trochę częściej. Przez całe moje życie brakowało mi twojej miłości, twojego ciepła, przytulenia, dobrego słowa. Byłam obok ciebie a nie z tobą. Patrzyłaś na mnie i traktowałaś mnie jak wyrzut sumienia, przykry obowiązek.Miałam przechowalnie a nie dom. Brakowało mi bliskości z tobą a zamiast tego miałam stałe poczucie winy, że nie jestem aż tak bardzo dobra, cicha, usłużna, że sprawiam kłopoty, że jestem niedobra i nic niewarta. Dlaczego mi to zrobiłaś? Dlaczego?

Dziś mi na to nie odpowiesz, ale kiedyś też byś nie odpowiedziała. Zalałabyś się łzami i zaczęła krzyczeć, że jestem niewdzięczna, bo ty dla mnie tyle zrobiłaś. Wiem – nie usunęłaś mnie. Zrezygnowałaś z aborcji, bo siostra powiedziała, że mnie wychowa.

Jestem… sama nie wiem, co czuję. Jestem drętwa w środku i lecą mi łzy po policzkach. Zawsze wolałam być drętwa w środku, niż coś czuć. Gdybym coś czuła wykrzyczałabym to tobie, pokłóciła się, zaczęła przeklinać a ciebie przecież nie mogę urazić, bo jesteś taka biedna – chora, ze złym mężem, który pije i bije – więc wolę być drętwa. Boję się siebie prawdziwej, z uczuciami, bo co ty byś powiedziała. Nie ma cię fizycznie, ale dalej tkwisz w mojej głowie i nie pozwalasz mi normalnie czuć. Jeżeli coś robię po swojemu, zaraz mam wyrzuty sumienia, że tobie się to nie spodoba. Nie żyjesz już 13 lat, ale stale jesteś obecna. Nawet teraz, kiedy piszę ten list myślę, co ty byś na to powiedziała. Pewnie, że jestem wyrodną córką i że szkoda, że mnie urodziłaś.

Nie chcę być drętwa w środku! Nie chcę czuć się winna! Nic złego nie zrobiłam! Chcę cieszyć się życiem – nie czuć depresji. Nie chcę być w takim stanie, kiedy życie boli. NIE CHCĘ!

Nie wiem, czy będę odwiedzać twój grób. Tam jest tylko trumna. Nie ma tam ciebie. Nie wstaniesz i mnie nie przytulisz. Nasz wspólny czas minął. Nasza szansa – twoja szansa. Układam sobie swój świat – teraz sama. Czasami jest bardzo trudno i mam wątpliwości, czy dam radę. Najgorsze jest to, że kiedy jest trudno słyszę w głowie twój głos. Twoje słowa: mogłam cię usunąć. Boję się śmierci. Chcę żyć. Dlaczego mi to mówiłaś. Przez ciebie uwierzyłam, że lepsza jest śmierć niż życie. Nie umiem kochać. Mylę to uczucie z poczuciem obowiązku, pomocą innym, zaskarbianiem uczuć, uwagi i dobrego słowa. Mam poczucie, że nie zasługuje na nic dobrego. Płaszczę się przed innymi a mam w zamian pogardę, lekceważenie, nieudane małżeństwo, samotność, opuszczenie, pustkę w środku, odrzucenie. Kto by to chciał mieć? Ja nie a jednak to mam. Boję się śmierci a czuję się winna, że żyje.

Twoja – chociaż wolałabym nie być twoja

córka”

Czym jest syndrom postaborcyjny w artykule A. Zięby „Syndrom postaborcyjny”

Dziś Wielki Piątek – Chrystus umiera na krzyżu. Życzyłabym tej kobiecie, żeby jej problemy też „umarły”, żeby „zmartwychwstała” – odnalazła spokój, radość życia, potrafiła cieszyć się małymi rzeczami, doceniła to, co ma i nie wracała do przeszłości, bo tam nic dobrego ją nie czeka. Czas Wielkiego Postu minął. Czas umartwienia, wyrzeczeń, płaczu, czas oczyszczenia. Wielkanoc – radość ze zmartwychwstania. Z najgorszej tragedii można się podnieść – trzeba tylko chcieć. Zamknąć przeszłość i do niej nie wracać. Żyć i cieszyć się życiem – tego jej życzę.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Internet, Muzyka, Życie

 

Kim naprawdę jesteśmy – czyli znów o zmianie siebie według de Mello.

16 kwi

LUDZIE GWAŁTOWNI

Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.  (Mt 11, 12)

Porównaj spokojną i prostą wspaniałość kwitnącej róży z twoim życiem pełnym niepokoju i napięć. Róża obdarowana jest cechą, której tobie brak: jest onacałkowicie zadowolona z tego, czym jest. W przeciwieństwie do ciebie nie zaprogramowano w niej już w chwili narodzin niezadowolenia z siebie, tak więc nawet na myśl jej nie przychodzi, by mogła być czymś innym. Oto dlaczego jest ona obdarzona naturalnym pięknem i brakiem wewnętrznych konfliktów; stan, który w świecie ludzi można spotkać u małych dzieci i mistyków.

butyZastanów się nad swoim smutnym położeniem. Jesteś ciągle z siebie niezadowolony, bez przerwy chcesz się zmienić. Tak wiec w konsekwencji pełno jest w tobie gwałtu i braku tolerancji dla samego siebie, które w miarę wysiłków, by się zmienić, tylko się potęgują . Każdej zmianie, którą udaje ci się osiągnąć, towarzyszą wewnętrzne konflikty. Ty sam cierpisz, gdy widzisz, że inni osiągają to, czego ty nie posiadasz, albo stają się kimś, kim ty nie jesteś.

Czy byłbyś tak dręczony zazdrością i zawiścią, gdybyś jak róża był zadowolony z tego, kim jesteś i gdybyś nie pragnął być kimś innym. Ale ty ciągle dążysz, czyż tak nie jest, by być kimś innym; kimś, kto więcej wie, lepiej wygląda, kto jest bardziej popularny, czy kto odniósł większy sukces życiowy. Pragniesz być bardziej cnotliwy, chcesz być bardziej kochany, więcej rozmodlony, chcesz znaleźć Boga, chcesz bardziej zbliżyć się do swoich ideałów. Pomyśl o smutnej historii twoich wysiłków, by stać się coraz doskonalszym, które kończyły się zwykle całkowitym fiaskiem albo dokonywały się za cenę walki i bólu.

Załóżmy teraz, że całkowicie rezygnujesz z wysiłków, by stać się kimś innym, i że zgadzasz się na siebie takiego, jakim jesteś. Czy byłbyś w takim przypadku skazany na bierną akceptację siebie takiego, jakim jesteś, i swego otoczenia takim, jakie ono jest? Oprócz pracowitego zmagania się ze sobą albo zupełnie biernej akceptacji istnieje jeszcze jedna droga. Jest to droga samozrozumienia.

To wcale nie jest droga łatwa, gdyż aby zrozumieć, kim naprawdę jesteś, musisz się całkowicie uwolnić od pragnienia zmiany siebie na kogoś innego, musisz się nastawić na coś zupełnie innego. Zrozumiesz to, jeśli porównasz postawę uczonego badającego zachowanie się mrówek bez najmniejszej nawet próby oddziaływania na nie z postawa trenera, który poznaje zwyczaje psa, by nauczyć go określonych zachowań. Jeśli będziesz przyglądał się sobie bez zamiaru zmieniania siebie, jeśli będziesz poznawał swoje reakcje wobec ludzi i przedmiotów bez osadzania czy potępiania, czy wreszcie bez pragnienia reformowania siebie, to twoja obserwacja nie będzie selektywna, ale wszechogarniająca, nie będzie prowadzić do sztywnych wniosków, ale będzie w każdej chwili świeża i otwarta. Wtedy dostrzeżesz, iż dzieją się w tobie cudowne rzeczy: będziesz zalany światłem samoświadomości, staniesz się przejrzysty i przekształcisz się.

A wiec zmiana się dokona? Ależ tak. W tobie i w twoim otoczeniu. Ale nie będzie wynikiem działań twego chytrego i niespokojnego „Ja”, które zawsze musi walczyć, porównywać, wywierać nacisk, moralizować i manipulować poprzez swoje ambicje, prowadząc do powstawania napiec, konfliktów i oporów pomiędzy tobą i Natura. Jest to wyczerpujący i prowadzący do samozniszczenia proces, przypominający jazdę samochodem przy włączonych hamulcach. Tutaj dzieje się zupełnie coś innego.

Przekształcające światło samoświadomości pomija twoje schematyczne i szukające siebie  ”ja”  i pozostawia całkowita swobodę Naturze, która dokonuje w tobie podobnych zmian jak w kwiecie róży: naturalnych, pełnych wdzięku, bezwiednych, zdrowych i nie skażonych wewnętrznymi konfliktami.

Jako że wszelkie zmiany są gwałtowne, również i ta zmiana nie obejdzie się bez gwałtu. Jednakże gwałtowność Natury ma w sobie te cudowna cechę, że nie jest ona konsekwencją nietolerancji i nienawiści wobec samego siebie. Tak wiec w gwałtownej ulewie znoszącej wszelkie przeszkody nie ma gniewu, tak jak nie ma go w rybie pożerającej swoje młode potomstwo, posłusznej tylko tym nie znanym nam prawom ekologii, albo w komórkach ciała, które niszczą się nawzajem dla dobra całego organizmu. Kiedy Natura niszczy, to nie czyni tego z żądzy niszczenia czy dla zaspokojenia własnych ambicji, ale dlatego, że jest posłuszna tajemniczym prawom, które zapewniają dobro całego kosmosu za cenę życia i dobra poszczególnych części. Ten sam rodzaj gwałtu budzi się we wnętrzu mistyków, którzy walczą przeciwko ideom i strukturom zakorzenionym w społeczeństwach i kulturach, kiedy samoświadomość budzi w nich wrażliwość na zło, Podczas gdy im współcześni stali się na nie zupełnie głusi. Ten sam rodzaj gwałtu sprawia, że róża minio wrogich jej sił, zakwita. Ta sama gwałtowna siła sprawia, że róża, podobnie jak mistyk, bezgłośnie umrze po wystawieniu swych wonnych płatków na słonce, żyjąc w delikatnym, pełnym wrażliwości uszczęśliwieniu, niepomna, by dodać choćby jedną minutę do wyznaczonego jej czasu życia. Tak oto żyje pełna błogosławieństwa i piękna jak ptak powietrzny i jak kwiat polny, bez śladu niepokoju czy niezadowolenia, zazdrości, leku czy rywalizacji tak charakterystycznej dla ludzi usiłujących wszystko kontrolować i do czegoś zmuszać, zamiast pozwolić zakwitnąć samoświadomości, pozostawiając cała troskę potężnym siłom Boga w Naturze.”

Anthony de Mello „Wezwanie do miłości”, s.32-35 (PDF)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

Trochę radości i trochę smutku.

13 kwi

Foto: http://lonely2.flog.pl/

Wiosna! Wszystko budzi się do życia. Z okna mieszkania (chciałam napisać mojego okna – a tak nie jest), w którym mieszkam, z czwartego piętra widać drzewa śliw pokryte białym kwieciem. Kiedy przechodzę pod tymi drzewami czuję ich słodki zapach. Rano, po przebudzeniu otworzyłam okno i usłyszałam śpiew ptaków, tak jak na wsi, tam gdzie mieszkałam. Czwarte piętro, miasto a słychać śpiew ptaków. Wiosna panie sierżancie! - chciałoby się rzec. Wiosna. Niedługo święta. Dziś Niedziela Palmowa. Nie mam palmy. Nigdy nie przywiązywałam wagi do tej strojnej gałązki. Wiem. Chrześcijaństwo. Tradycja. Gałęzie palmy pod nogami osiołka, na którym jedzie Chrystus. Wielkie palmy w Kadzidle i maleńkie palmy w dłoniach wiernych w kościele. Ważny dzień. Mnie palma – przystrojone bazie –  zawsze będą się kojarzyć z kłótnią rodziców. Wymaganiami matki i nieporadnym zagubieniem ojca, bo przecież przyniósł, tylko mamie się nie podobała. Mama zagniewana, bo taka brzydka, bo bazie za małe, za duże, bo zawsze coś… Przyniósł, ale nie taką i ona znów musi wszystko robić sama. Głos matki pełen wyrzutu. Później w jej dłoniach pojawia się palma – gałązka przyozdobiona wstążeczkami, sztucznymi kwiatkami. W kościele wysuwa ją w stronę idącego z kropidłem księdza. Poświęconą przynosi do domu i zatyka za obraz. Nie rozumiałam dlaczego tak robiła a ona mi tego nie wyjaśniała. Komu te bazie potrzebne? Po co wsuwa je za obraz a później zakurzone wrzuca do kuchni i pali. Jaki w tym sens? Kiedy byłam dorosła trochę poczytałam na temat święconych bazi. Rozśmieszyło mnie wierzenie, że zjedzenie poświęconego „kotka” ma chronić przed bólem gardła. :-) Oj! Chrześcijanie! Wiara w Boga i wiara w zabobony. Przecież to tylko symbol. Kiedy Chrystus przejeżdżał na osiołku ludzie rzucali pod kopyta zwierzaka palmowe gałęzie. Cieszyli się. Wychwalali Jezusa – Mesjasza. Później ci sami ludzie wołali przed Piłatem „Ukrzyżuj Go!”. Palma – symbol naszej zmienności. Od uwielbienia do nienawiści?! Życie…

Wczoraj piękny wieczór! Szkoda, że nie widziałam przedstawienia z widowni. Zamiast tego „skręcałam” się w worku pokutnym jako Dusza z Szeolu – oczywiście z innymi Duszami. Charakteryzatorka tak nas przeistoczyła, że nikt nie mógł nas poznać. Dopiero, kiedy zaczęliśmy się odzywać, padał okrzyk:

- A to ty! Nie poznałam/łem cię!

2/3 przedstawienia słyszeliśmy zza kulis. Sceny w pałacu Kajfasza, Wieczernik ze śpiewem Marii Magdaleny i głosami apostołów, głos apostoła Piotra, donośny głos Jezusa i delikatny, śpiewny głos Jego Matki i wiele innych scen. Tylko głosy – publiczność widziała resztę.

Następne wejście jako lud Izraela. Piękna rola apostoła Piotra. T. T. przeistoczył się w apostoła. Stał się nim. Z ogniem w oczach przemawiał do ludu, do osób zgromadzonych na widowni. Słowa, gesty, spojrzenia pełne prawdy, naturalne. Nie było T. – tego pana z brodą, do którego na próbach przytulała się żona (grała kobietę z Wieczernika). Na scenie stał Apostoł, który z ogniem w oczach krzyczał: „Nawracajcie się! Jest dla was nadzieja! Dla was i dzieci waszych!” A lud podążał za nim, by później po scenie chrztu ruszyć w piękny taniec. MAGIA!

Po przedstawieniu, kiedy wszyscy kłanialiśmy się widowni, zobaczyłam moją córcię. Siedziała z koleżanką na ławeczce przed sceną, a ja ją zobaczyłam dopiero wtedy, kiedy dziękowaliśmy. Dwie ślicznotki! Pomachałam im ręką i posłałam całusa. Usłyszeliśmy mnóstwo miłych słów. Podchodzili do nas ludzie z zapłakanymi twarzami, ale uśmiechnięci i dziękowali za piękne przedstawienie. Miłe! Reżyser, aktorzy, muzycy, choreografka, charakteryzatorka i inni ciężko pracowali na taki efekt a efekt był – widać to było po widowni.

Zdjęcie z przedstawienia - jeżeli macie ochotę – zapraszam do obejrzenia.  :lol:

Dobrze, że miałam przez jakiś czas taką „odskocznię” od swojej rzeczywistości. Bardzo dobrze!  

Właśnie policzyłam, że już 10 miesięcy mieszkam sama z dziećmi w „dziupli na 4 pietrze”. Prawie rok. Wciąż przeżywam silne emocje, kiedy słyszę jakieś wieści ze wsi dotyczące mojego męża. To jeszcze mój mąż. Jeszcze…

Tydzień temu kuzynka poinformowała mnie, że J. zaginął. Nikt nie widział go dwa tygodnie. Zadzwoniłam do sąsiadki teściowej, bo teściowa, kiedy usłyszy mój głos wyłącza telefon. Sąsiadka potwierdziła. Rzeczywiście. Nie było go u matki dwa tygodnie. Zapytałam, czy ktoś był u niego w domu,czy ktoś sprawdzał, co się dzieje.

- Ale na podwórze nie można wejść. Wszystko ogrodzone i to nie tylko siatką, ale też drutem kolczastym. Na drodze leżą gałęzie, pniaki, żeby nikt nie przejechał. Psy spuszczone. Tam nie można wejść – relacjonowała.

Nie ustępowałam. Poprosiłam o sprawdzenie. Zgodziła się. Zadzwoniłam wieczorem.

- Nic nie wiem. Dom zamknięty na klucz. Nic nie można zobaczyć przez okno, bo jest ciemno. Żadne światło się nie świeci.

Podziękowałam. Nie jestem z nim, ale 15 lat robi swoje. Jest chory. Przestraszyłam się, że coś sobie zrobił. Nie wiedziałam, co robić. On ma rodzinę – ma matkę, siostry. Dlaczego się nim nie opiekują? Dlaczego zostawiły go samego. Miałam nadzieję, że teściowa coś zrobi. Nic nie zrobiła. Następnego dnia zadzwoniłam na policję z prośbą o sprawdzenie, co tam się dzieje. Jakiś miły pan obiecał wysłać patrol. Zadzwoniłam też do najbliższego szpitala psychiatrycznego, żeby sprawdzić czy w ciągu ostatnich dwóch tygodni nikt o takim nazwisku nie został przyjęty. Nie było go. Wieczorem jeszcze raz zadzwoniłam na policję. Zapomniałam podać swojego numeru i nie mogli do mnie zadzwonić. Pan zaczął rozmowę w dziwny sposób:

- To był pani mąż? Tak?

Skóra mi ścierpła, a więc  nie żyje…

- To jest jeszcze mój mąż. Nie mamy rozwodu.

- Byliśmy na interwencji. Weszliśmy do domu. Oczywiście pojechaliśmy tam z karetką…

- Boże – pomyślałam – co się stało?

- Mąż był w domu. Nic się nie stało. Siedział w pokoju. Oczywiście nie wyraził zgody na leczenie szpitalne, na jakiekolwiek leczenie. Mówi, że jest zdrowy.

Odetchnęłam. Żyje.

- Dziękuję i przepraszam za kłopot.

- Żaden kłopot. Dobrze, że mogliśmy pomóc.

- Dziękuję. Do widzenia.

Odłożyłam telefon. Żyje.

Wczoraj, kiedy szykowałam się do wyjścia na przedstawienie zadzwoniłam do B., żeby zapytać, czy będzie i powiedzieć, że zaproszenie, którego nie zdążyłam jej dostarczyć będzie na nią czekać. B. podziękowała i nieśmiało zaczęła:

- Powiedziałabym ci coś, ale boję się, że będziesz się denerwować. Powiem po przedstawieniu.

- Nie. Mów teraz.

- W poniedziałek w sklepie był J. Nie poznałam go. Był w czapce i ciemnych okularach. Stanął między półkami i nie ruszał się. Stał w jednym miejscu przez pięć godzin. Mówiłam kierowniczce o dziwnym człowieku, który stoi pomiędzy regałami, ale zareagowała dopiero jak zamykaliśmy sklep. Nie chciał wyjść. Zadzwoniła po policję. Przyjechali, ale kiedy zobaczyli kto to jest, wezwali karetkę. Zwrócili uwagę kierowniczce, że narażała klientów, że wiedzą kto to jest i że niedawno byli u niego na interwencji. Nie wiem, co się działo później, bo wyszłam.

- Dziękuję.

- A. dlaczego rodzina się nim nie interesuje. Przecież widać, że to chory człowiek. Wszyscy mówili na ciebie. Ciebie winili. Myśleli, że wymyślasz. 

- B. jest mi go szkoda, ale ja tam nie wrócę. Wiesz dlaczego. W czerwcu ledwie udało mi się uciec. To był koszmar. Szanuje własne życie i spokój dzieci. On ma rodzinę. Niech w końcu przejrzą na oczy.

- Tylko, że nikt się nim nie interesuje. Jak oni mogą?

Mogą, oj mogą! 

Jest ustawa o chorych psychicznie. W ustawie czytamy, że jeżeli chory dobrowolnie nie zgodzi się na leczenie nikt nie ma prawa go do tego zmusić. Schizofrenia. Jak człowiek z zaburzoną świadomością może podjąć racjonalną decyzje o leczeniu, skoro dla niego leczenie to realne zagrożenie. Jak człowiek żyjący w świecie urojeń może podjąć mądrą decyzję. Paranoja. J. tak naprawdę jest bez leków od marca 2013 r. z miesięczną przerwą w szpitalu psychiatrycznym. Pogrąża się coraz bardziej. Przestaje jeść. Zamyka się we własnym domu i nie wychodzi tygodniami. Wygląda jak własny cień. Nie wie, gdzie się znajduje. „Zastyga” na kilka godzin w jednym miejscu. Czy potrzeba tragedii, żeby oddać go na leczenie. Czy to nie jest działanie, które zagraża jego życiu i zdrowiu? On powoli wyniszcza siebie. Potrzebuje pomocy. Na mnie reaguje agresją a rodzina nie chce mu pomóc. Sprawa karna, która miała zdecydować o leczeniu ciągnie się od października i jeszcze nie została rozstrzygnięta. Czy wszyscy są bezradni? Czekam na kolejny werdykt sądu. Ja dam radę a on? Z nim jest coraz gorzej.

 


http://www.gazeta.policja.pl
 - „Policja a chorzy psychicznie”

Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego – Synapsis on line

Przyjęcie do szpitala psychiatrycznego bez zgody osoby chorej psychicznie na stronie: http://prawo.e-katedra.pl/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie

 

Dziś wielki dzień – PREMIERA

12 kwi

Foto: www.odkrywcy.pl

 

PRODUCENT ETYKIETEK

 

Życie jest tak butelka dobrego wina. Niektórzy zadowalają się czytaniem etykiety, inni wolą spróbować jej zawartość.

Pewnego razu Budda pokazał swoim uczniom kwiat i poprosił, by powiedzieli coś o nim.

Przez chwilę kontemplowali go w milczeniu.

Jeden wygłosił filozoficzny wykład na ten temat.

Inny ułożył o nim wiersz.

Jeszcze inny wymyślił przypowieść.

Każdy się starał być lepszy od pozostałych.

Producenci etykietek!

Mahakaszjap spojrzał na kwiat – uśmiechnął się i nic nie powiedział. On go tylko zobaczył.

Gdybym tak miał spróbować ptaka, kwiat, drzewo,  ludzką  twarz… !

Ale niestety! Nie mam czasu.

Jestem zajęty uczeniem się  odczytywania etykietek i wytwarzaniem moich własnych.

Nigdy nie upiłem się winem.

Anthony de Mello, Śpiew ptaka,  s. 11

 

MEDALIK

Człowiek jest sam, zagubiony w tym ogromnym wszechświecie. I jest pełen leków.

Dobra religia czyni go odważnym.

Kiepska religia potęguje jego lęki.

Pewna matka nie mogła sobie poradzić z synkiem, który zawsze wracał do domu po zmroku. Dlatego przestraszyła go: powiedziała mu, że na ścieżce do domu pojawiły się jakieś duchy wychodzące zaraz po zachodzie słońca. Odtąd nie musiała mu przypominać, by wracał do domu w porę. Kiedy jednak chłopiec urósł, tak bał się ciemności i duchów, że nie było sposobu, by wyszedł z domu wieczorem. Wtedy matka dała mu medalik i przekonała go, że gdy będzie go nosił, duchy nie będą mu mogły zrobić nic złego.

Teraz już chłopiec wchodzi odważnie w ciemności, mocno ściskając swój medalik.

Kiepska religia daje wiarę w medalik.

Dobra religia pozwala wiedzieć, że takich duchów nie ma.

Anthony de Mello, Śpiew ptaka, s. 23

 

Dwie przypowieści mojego ulubionego jezuity i mistyka. Ta druga to tak a prpos noszenia przez nas różnego rodzaju dowodów naszej wiary – medalików, bransoletek, itp. Tak naprawdę nic nas nie ochroni, jeżeli Boga nie będziemy mieć w sercu, bo to, co nosimy jest tylko symbolem i niekoniecznie musi świadczyć o naszej wierze, ani o mocy Boga.

Dziś wielki dzień – PREMIERA przedstawienia „Lamentacje (…)”. Wczoraj próby do późna, do godziny 23 a dziś wielki dzień! Jacy piękni są odtwórcy głównych ról. Maryja – kobieta o pięknym głosie. Kiedy śpiewa to tak, jakby słyszało się delikatne dzwoneczki – soprany. Kiedy stoi pod krzyżem i patrzy na niego udręczona –  sama jest tą udręką, bólem, utratą jedynego syna.

Maria Magdalena – dziewczyna pełna energii. W jednym momencie pełna optymizmu, śmiechu, radosnego śpiewu, by za chwilę wybuchnąć płaczem, krzykiem, szalonym strachem. Przepiękna.

I św. Piotr - człowiek ”skała” ze swoimi wątpliwościami, niepewnościami, zawiedziony sobą i swoją postawą w stosunku do mistrza. Piękny człowiek - piękna postać na scenie.

Muzyka …

Chciałabym wszystkie te wrażenia przelać w słowa, ale po ludzku się nie da – to wszystko trzeba obejrzeć, przeżyć, wysłuchać. Poczuć jak „jeży” się się skóra, poczuć ciarki na karku, oniemieć na widok postaci i gry aktorskiej.Wsłuchać się w muzykę i piękne głosy. Przeżywać, oglądać, smakować…

A ja jestem tylko Duszą Pokutującą – jedną z wielu Dusz a później Kobietą z Ludu. Cieszę się, że mogę być z nimi na scenie.

Nie chcę być „producentem etykietek” – chcę „pić wino”! I dziś będę to „wino” pić… a co po premierze? Zobaczymy…

Reszta jutro…

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Książka, Życie