RSS
 

Archiwum - Kwiecień 13th, 2014

Trochę radości i trochę smutku.

13 kwi

Foto: http://lonely2.flog.pl/

Wiosna! Wszystko budzi się do życia. Z okna mieszkania (chciałam napisać mojego okna – a tak nie jest), w którym mieszkam, z czwartego piętra widać drzewa śliw pokryte białym kwieciem. Kiedy przechodzę pod tymi drzewami czuję ich słodki zapach. Rano, po przebudzeniu otworzyłam okno i usłyszałam śpiew ptaków, tak jak na wsi, tam gdzie mieszkałam. Czwarte piętro, miasto a słychać śpiew ptaków. Wiosna panie sierżancie! - chciałoby się rzec. Wiosna. Niedługo święta. Dziś Niedziela Palmowa. Nie mam palmy. Nigdy nie przywiązywałam wagi do tej strojnej gałązki. Wiem. Chrześcijaństwo. Tradycja. Gałęzie palmy pod nogami osiołka, na którym jedzie Chrystus. Wielkie palmy w Kadzidle i maleńkie palmy w dłoniach wiernych w kościele. Ważny dzień. Mnie palma – przystrojone bazie –  zawsze będą się kojarzyć z kłótnią rodziców. Wymaganiami matki i nieporadnym zagubieniem ojca, bo przecież przyniósł, tylko mamie się nie podobała. Mama zagniewana, bo taka brzydka, bo bazie za małe, za duże, bo zawsze coś… Przyniósł, ale nie taką i ona znów musi wszystko robić sama. Głos matki pełen wyrzutu. Później w jej dłoniach pojawia się palma – gałązka przyozdobiona wstążeczkami, sztucznymi kwiatkami. W kościele wysuwa ją w stronę idącego z kropidłem księdza. Poświęconą przynosi do domu i zatyka za obraz. Nie rozumiałam dlaczego tak robiła a ona mi tego nie wyjaśniała. Komu te bazie potrzebne? Po co wsuwa je za obraz a później zakurzone wrzuca do kuchni i pali. Jaki w tym sens? Kiedy byłam dorosła trochę poczytałam na temat święconych bazi. Rozśmieszyło mnie wierzenie, że zjedzenie poświęconego „kotka” ma chronić przed bólem gardła. :-) Oj! Chrześcijanie! Wiara w Boga i wiara w zabobony. Przecież to tylko symbol. Kiedy Chrystus przejeżdżał na osiołku ludzie rzucali pod kopyta zwierzaka palmowe gałęzie. Cieszyli się. Wychwalali Jezusa – Mesjasza. Później ci sami ludzie wołali przed Piłatem „Ukrzyżuj Go!”. Palma – symbol naszej zmienności. Od uwielbienia do nienawiści?! Życie…

Wczoraj piękny wieczór! Szkoda, że nie widziałam przedstawienia z widowni. Zamiast tego „skręcałam” się w worku pokutnym jako Dusza z Szeolu – oczywiście z innymi Duszami. Charakteryzatorka tak nas przeistoczyła, że nikt nie mógł nas poznać. Dopiero, kiedy zaczęliśmy się odzywać, padał okrzyk:

- A to ty! Nie poznałam/łem cię!

2/3 przedstawienia słyszeliśmy zza kulis. Sceny w pałacu Kajfasza, Wieczernik ze śpiewem Marii Magdaleny i głosami apostołów, głos apostoła Piotra, donośny głos Jezusa i delikatny, śpiewny głos Jego Matki i wiele innych scen. Tylko głosy – publiczność widziała resztę.

Następne wejście jako lud Izraela. Piękna rola apostoła Piotra. T. T. przeistoczył się w apostoła. Stał się nim. Z ogniem w oczach przemawiał do ludu, do osób zgromadzonych na widowni. Słowa, gesty, spojrzenia pełne prawdy, naturalne. Nie było T. – tego pana z brodą, do którego na próbach przytulała się żona (grała kobietę z Wieczernika). Na scenie stał Apostoł, który z ogniem w oczach krzyczał: „Nawracajcie się! Jest dla was nadzieja! Dla was i dzieci waszych!” A lud podążał za nim, by później po scenie chrztu ruszyć w piękny taniec. MAGIA!

Po przedstawieniu, kiedy wszyscy kłanialiśmy się widowni, zobaczyłam moją córcię. Siedziała z koleżanką na ławeczce przed sceną, a ja ją zobaczyłam dopiero wtedy, kiedy dziękowaliśmy. Dwie ślicznotki! Pomachałam im ręką i posłałam całusa. Usłyszeliśmy mnóstwo miłych słów. Podchodzili do nas ludzie z zapłakanymi twarzami, ale uśmiechnięci i dziękowali za piękne przedstawienie. Miłe! Reżyser, aktorzy, muzycy, choreografka, charakteryzatorka i inni ciężko pracowali na taki efekt a efekt był – widać to było po widowni.

Zdjęcie z przedstawienia - jeżeli macie ochotę – zapraszam do obejrzenia.  :lol:

Dobrze, że miałam przez jakiś czas taką „odskocznię” od swojej rzeczywistości. Bardzo dobrze!  

Właśnie policzyłam, że już 10 miesięcy mieszkam sama z dziećmi w „dziupli na 4 pietrze”. Prawie rok. Wciąż przeżywam silne emocje, kiedy słyszę jakieś wieści ze wsi dotyczące mojego męża. To jeszcze mój mąż. Jeszcze…

Tydzień temu kuzynka poinformowała mnie, że J. zaginął. Nikt nie widział go dwa tygodnie. Zadzwoniłam do sąsiadki teściowej, bo teściowa, kiedy usłyszy mój głos wyłącza telefon. Sąsiadka potwierdziła. Rzeczywiście. Nie było go u matki dwa tygodnie. Zapytałam, czy ktoś był u niego w domu,czy ktoś sprawdzał, co się dzieje.

- Ale na podwórze nie można wejść. Wszystko ogrodzone i to nie tylko siatką, ale też drutem kolczastym. Na drodze leżą gałęzie, pniaki, żeby nikt nie przejechał. Psy spuszczone. Tam nie można wejść – relacjonowała.

Nie ustępowałam. Poprosiłam o sprawdzenie. Zgodziła się. Zadzwoniłam wieczorem.

- Nic nie wiem. Dom zamknięty na klucz. Nic nie można zobaczyć przez okno, bo jest ciemno. Żadne światło się nie świeci.

Podziękowałam. Nie jestem z nim, ale 15 lat robi swoje. Jest chory. Przestraszyłam się, że coś sobie zrobił. Nie wiedziałam, co robić. On ma rodzinę – ma matkę, siostry. Dlaczego się nim nie opiekują? Dlaczego zostawiły go samego. Miałam nadzieję, że teściowa coś zrobi. Nic nie zrobiła. Następnego dnia zadzwoniłam na policję z prośbą o sprawdzenie, co tam się dzieje. Jakiś miły pan obiecał wysłać patrol. Zadzwoniłam też do najbliższego szpitala psychiatrycznego, żeby sprawdzić czy w ciągu ostatnich dwóch tygodni nikt o takim nazwisku nie został przyjęty. Nie było go. Wieczorem jeszcze raz zadzwoniłam na policję. Zapomniałam podać swojego numeru i nie mogli do mnie zadzwonić. Pan zaczął rozmowę w dziwny sposób:

- To był pani mąż? Tak?

Skóra mi ścierpła, a więc  nie żyje…

- To jest jeszcze mój mąż. Nie mamy rozwodu.

- Byliśmy na interwencji. Weszliśmy do domu. Oczywiście pojechaliśmy tam z karetką…

- Boże – pomyślałam – co się stało?

- Mąż był w domu. Nic się nie stało. Siedział w pokoju. Oczywiście nie wyraził zgody na leczenie szpitalne, na jakiekolwiek leczenie. Mówi, że jest zdrowy.

Odetchnęłam. Żyje.

- Dziękuję i przepraszam za kłopot.

- Żaden kłopot. Dobrze, że mogliśmy pomóc.

- Dziękuję. Do widzenia.

Odłożyłam telefon. Żyje.

Wczoraj, kiedy szykowałam się do wyjścia na przedstawienie zadzwoniłam do B., żeby zapytać, czy będzie i powiedzieć, że zaproszenie, którego nie zdążyłam jej dostarczyć będzie na nią czekać. B. podziękowała i nieśmiało zaczęła:

- Powiedziałabym ci coś, ale boję się, że będziesz się denerwować. Powiem po przedstawieniu.

- Nie. Mów teraz.

- W poniedziałek w sklepie był J. Nie poznałam go. Był w czapce i ciemnych okularach. Stanął między półkami i nie ruszał się. Stał w jednym miejscu przez pięć godzin. Mówiłam kierowniczce o dziwnym człowieku, który stoi pomiędzy regałami, ale zareagowała dopiero jak zamykaliśmy sklep. Nie chciał wyjść. Zadzwoniła po policję. Przyjechali, ale kiedy zobaczyli kto to jest, wezwali karetkę. Zwrócili uwagę kierowniczce, że narażała klientów, że wiedzą kto to jest i że niedawno byli u niego na interwencji. Nie wiem, co się działo później, bo wyszłam.

- Dziękuję.

- A. dlaczego rodzina się nim nie interesuje. Przecież widać, że to chory człowiek. Wszyscy mówili na ciebie. Ciebie winili. Myśleli, że wymyślasz. 

- B. jest mi go szkoda, ale ja tam nie wrócę. Wiesz dlaczego. W czerwcu ledwie udało mi się uciec. To był koszmar. Szanuje własne życie i spokój dzieci. On ma rodzinę. Niech w końcu przejrzą na oczy.

- Tylko, że nikt się nim nie interesuje. Jak oni mogą?

Mogą, oj mogą! 

Jest ustawa o chorych psychicznie. W ustawie czytamy, że jeżeli chory dobrowolnie nie zgodzi się na leczenie nikt nie ma prawa go do tego zmusić. Schizofrenia. Jak człowiek z zaburzoną świadomością może podjąć racjonalną decyzje o leczeniu, skoro dla niego leczenie to realne zagrożenie. Jak człowiek żyjący w świecie urojeń może podjąć mądrą decyzję. Paranoja. J. tak naprawdę jest bez leków od marca 2013 r. z miesięczną przerwą w szpitalu psychiatrycznym. Pogrąża się coraz bardziej. Przestaje jeść. Zamyka się we własnym domu i nie wychodzi tygodniami. Wygląda jak własny cień. Nie wie, gdzie się znajduje. „Zastyga” na kilka godzin w jednym miejscu. Czy potrzeba tragedii, żeby oddać go na leczenie. Czy to nie jest działanie, które zagraża jego życiu i zdrowiu? On powoli wyniszcza siebie. Potrzebuje pomocy. Na mnie reaguje agresją a rodzina nie chce mu pomóc. Sprawa karna, która miała zdecydować o leczeniu ciągnie się od października i jeszcze nie została rozstrzygnięta. Czy wszyscy są bezradni? Czekam na kolejny werdykt sądu. Ja dam radę a on? Z nim jest coraz gorzej.

 


http://www.gazeta.policja.pl
 - „Policja a chorzy psychicznie”

Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego – Synapsis on line

Przyjęcie do szpitala psychiatrycznego bez zgody osoby chorej psychicznie na stronie: http://prawo.e-katedra.pl/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie