RSS
 

Archiwum - Czerwiec 23rd, 2014

Chronologia według Anuli. Moja mała rocznica.

23 cze

26 czerwca 2013 roku w nocy urodziłam się na nowo.  

28 czerwca 2013 roku zamieszkałam w Dziupli na czwartym piętrze.

Jak ten rok szybko minął.

Czerwiec 2014 

Jak dziecko uczyłam się (i uczę się) wszystkiego od nowa. Ponieważ nie lubię nagłych zmian, do wszystkiego długo się przygotowuję to ta zmiana była dla mnie szokiem. Bez wsparcia rodziny. Tylko ja i dzieci. Słyszałam krytykę od osób, które wydawały mi się bliskie. Miałam ogromne poczucie winy. Słyszałam, że nie cieszę się z przeprowadzki, że za dużo płaczę, ktoś oczekiwał innej reakcji po mnie. Więc się starałam. Ogarniałam. Miało być lepiej… Zostałam sama z dziećmi. Ta samotność mnie przerażała.

Planowałam to odejście dużo wcześniej. Wygrywało poczucie obowiązku, wdrukowane wzorce zachowań, wiara w zmianę ludzi i ich zachowań (mąż i jego rodzina,moja rodzina), religia. Mnóstwo rzeczy trzymało mnie w starym „ciepełku” i gdyby nie zwierzęcy instynkt przetrwania i chronienia dzieci dalej bym tkwiła w starym. Ktoś może powiedzieć – wytrzymałaś 15 lat i co, tak nagle zdecydowałaś, że już dość. Tak. Już dość. Jest niepewność, jakieś lęki, ale nasza trójka nareszcie jest bezpieczna.

Planowałam to odejście. Planowałam od pierwszego epizodu schizofrenicznego męża w 2004 roku. Planowałam, kiedy zobaczyłam, że mąż przestał brać leki. Kolejna „polka galopka” miała się rozegrać.Trzy miesiące nieprzespanych nocy, ogromnego lęku, szukania pomocy i oczekiwania na najgorsze.

Rozpytywałam o mieszkanie. Uprzedziłam drugiego pracodawcę o moich zamiarach – taką mam pracę, że muszę się nienagannie „prowadzić”, być przykładem moralności a tu konsternacja – zostawiam chorego męża, ojca dwójki dzieci. Jak mogę?! Przeczytałam wtedy artykuł w gazecie i zapamiętałam słowa: „Nie ma takiej miłości, czy wiary, w imię której mamy być poddani przemocy.” Powtarzałam to jak mantrę. Już dość…

Pytałam jednego ze swoich znajomych o wynajem:

- Może coś wiesz? Potrzebuję mieszkania.

Ot tak, na razie niezobowiązująco. Tydzień później, we wtorek po świętach wielkanocnych poszłam do tego znajomego z córką. Obydwie przerażone. Ona usiadła na krześle pod ścianą a ja z przerażeniem w oczach wykrztusiłam:

- Pomódl się za mnie!

- A o co chodzi? – zapytał z kpiącym uśmiechem, jakbym opowiedziała dobry żart.

- Pomódl się za mnie! Mąż przestał brać leki! Boję się…

Spoważniał. Spojrzał na mnie i na córkę.

- Mam mieszkanie. Mogę ci udostępnić.

Zaniemówiłam. Poczułam się , jakby mi złożył niemoralną propozycję, a w głowie pojawiła się myśl:

- Nie mogę, przecież jestem mężatką. Zostawić chorego męża…

- Nie wiem… – wykrztusiłam.

- Pomyśl. Mieszkanie będzie czekać.

- Proszę pomódl się za mnie – wymamrotałam i wycofałam się do córki. Złapałam ją za rękę i pociągnęłam do wyjścia.

- Pomyśl o tym mieszkaniu – zawołał za nami znajomy.

- Pomyślę… nie wiem… boję się… – mamrotałam.

Czułam się tak, jakbym zdradzała męża. Wstyd, strach, wina i chęć normalnego życia. Jak w matni.

Nie zrozumie tego nikt, kto przez to nie przeszedł.

Przez ostatnie dni przeżywam „ostrą melancholię”. Siadam w kuchni i spoglądam przez okno. Na parapecie stoją moje ulubione (po fiołkach oczywiście) orchidee. Zakwitły…

Za oknem kępa zielonych drzew – klon i trzy brzozy. Podobno kolor zielony jest kolorem nadziei…

Jest dobrze i niech tak zostanie.   P1030145

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Życie