RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2014

Superwoman, czyli słodko-gorzki smak miłości doprawiony ostro sarkazmem (moim).

31 sie

superwomanKiedyś pisałam o tym, dlaczego mężczyźni kochają zołzy. Pisałam, ale z obserwacji wiem, że kobiety wcale nie chcą być zołzami. Wolą być układne, miłe, opiekuńcze, wspierające, kochające, wyręczające, wybaczające. Wolą traktować swojego wybrańca jak dziecko, które mocno potrzebuje ich macierzyńskiego ciepła i opieki. Uważają, że tak jest a nawet będzie lepiej i że to one są odpowiedzialne za jakość ognia w ognisku domowym. Kiedy coś im nie pasuje do sielankowej układanki pojawia się złość, zawód i łzy. Wypłakują się do swoich mam i przyjaciółek, że on ich nie rozumie, nie interesuje się domem, nic nie umie zrobić. Szlochają, że on nawet jeść sobie sam nie zrobi, nie mówiąc o wstawieniu prania, czy opiekowaniu się dzieckiem. A dlaczego? Wpadamy we własną pułapkę! Bo my kobiety superwoman, kobiety wszechmogące mu na to nie pozwalamy, bo ograniczamy jego inwencję twórczą naszą wszechogarniającą miłością. Koło się zamyka. On nic nie robi, bo my go we wszystkim wyręczamy a ile się przy tym napłaczemy, najęczymy, nagadamy. Poezja! Dobrze, że nie wszystkie tak mają, bo są i zdrowo postępujące zołzy 8-O i chwała im za to!

To tyle tytułem wstępu!

Chcę opowiedzieć kolejną historię o biednej i pokrzywdzonej kobiecie i złym mężczyźnie. Sorry panowie! Niestety mam dar do „wyłapywania” w swoim życiu panów z defektami. Wiem, że są też panowie, tak zwani super modele, niezastąpione egzemplarze, książęta na białych rumakach, kochani mężowie, dzióbusie, misie, wrrr… Są. Z tym się zgodzę, tylko że ja cholera, swój osobisty sonar ustawiłam na inny odbiór, albo ja nie należę do zbioru z napisem „Zołze”  tylko „Wspierająca mamusia”. I czego tu się spodziewać?

Zaczęłam sarkastycznie, ale dalej niestety też tak będzie  :-x , bo temat jest z tych ciężkich gatunkowo. W grę wchodzi czyjeś cierpienie w imię miłości i czyjeś zaślepienie pewną osobą w postaci osobistej rodzicielki, mamusi, czytaj ekspansywnej teściowej – niestety. Cierpi żona a zaślepiony jest on – mąż. On, księciunio, hołubiony przez dwie damy, ale organicznie połączony kilkudziesięcioletnią pępowiną z mamusią. Zamiast komedii mamy dramat – dramat żony, która w desperacji i chęci ratowania małżeństwa postawiła ultimatum mężowi i straciła wszystko. Próbowała być zołzą, ale poddała się i nie wychodzi na tym najlepiej.

Paweł był miłością życia Ewy. Ona pielęgniarka o on pan profesor w dodatku z dobrej, bardzo „wierzącej” rodziny. Oboje dojrzali i samotni. Pasowali do siebie nie tylko charakterami, ale też wyglądem – oboje puszyści, radośni i zakochani w sobie. Ewunia świata nie widziała poza Pawełkiem a Pawełek poza Ewunią i … mamusią. Cóż miłość ma to do siebie, że na początkowym etapie zasłania oczy zakochanym, czyli mówiąc bardziej dosadnie zaślepia inni mówią, że jest ślepa, ale…

Po okresie narzeczeństwa odbyło się huczne wesele i młodzi zamieszkali u mamusi Pawełka. Mamusia była taka dobra, opiekuńcza, troskliwa. Nie mogła pozwolić, aby działa się krzywda synkowi więc regularnie robiła naloty na synową. Niby mieszkali oddzielnie – młodzi mieli pokoje na górze a mamusia na dole, ale co to dla mamusi. Pod etykietką troski o młodych sprawdzała, czy zupa nie za słona, czy okna mają odpowiednią przejrzystość, czy kwiaty w doniczce mają wilgotną glebę. Była zawsze i wszędzie. Dbała o swoją latorośl mocno upokarzając synową. Ewunia długo walczyła z niechęcią do mamusi, aż któregoś dnia postawiła sprawę na ostrzu noża – albo ja, albo ona – spakowała swoje rzeczy i wyniosła się do rodziców. Po jakimś czasie Pawełek zatęsknił za swoją ślubną i poprosił ją o powrót. Takich ucieczek i powrotów było jeszcze parę, bo teściowa w swoich zapędach macierzyńskich względem synka też nie ustępowała, więc najpierw był powrót żony, później troska mamusi, wyprowadzka, itd. W końcu Ewa wyniosła się na dobre, ale czy zapomniała o Pawełku? Nie! Obrała inną taktykę! Walczy o niego w inny sposób i kiedy to widzę to jest mi jej szkoda. Ewa jest osobą mocno wierzącą i praktykującą – podobnie jak rodzina Pawła. Obmyśliła inny plan, który ma doprowadzić do scalenia rozbitego małżeństwa. Paweł ma konto na popularnym portalu społecznościowym, FB, i jest wśród znajomych Ewy więc ona zamieszcza tam artykuły o: wadze sakramentu, odpowiedzialności małżeńskiej, cytaty i demotywatory o miłości, wierze, Bogu, oczekiwaniu i oddaniu, szczęściu płynącego z udanego małżeństwa. Zamieszcza wpisy o macierzyństwie i oczekiwaniu na dziecko. Publikuje swoje zdjęcia, na których jest coraz chudsza. Zmienia zdjęcia profilowe wraz ze zmianą fryzury. Z tych zdjęć spogląda smutnymi oczami i czeka… i chudnie… i publikuje, ale nie tylko. W kościele siedzi w takim miejscu, aby Paweł ją widział. Działa w grupie kościelnej, do której należy teściowa. Chodzi na spotkania partii politycznej, do której należy Paweł – czyli stara się być wszędzie, gdzie on i być widoczna tam, gdzie może być jego rodzina. Ale to nie działa! On jest odporny na takie podchody i udaje, że jej nie widzi. Sorry panowie, ale ten osioł jest ślepy i głuchy i tak zaimpregnowany przez mamusię, że ma w nosie miłość Ewy do niego. Szkoda tylko dziewczyny! Czasami jak widzę zachowanie Ewy to chciałabym nią potrząsnąć i wykrzyczeć:

- Bądź zołzą! Szanuj się! On ma w nosie twoje poświęcenie i twoją miłość. Nie warto tracić czasu i uczuć na takiego pustaka!

Ale miłość jest ślepa a Ewa karmi się złudzeniami, nadzieją, wspomnieniami, modlitwą. Ma nadzieję, że Bóg „załatwi” jej powrót męża, ale tu nie Boga trzeba, ale ciężkiego młota, który wbiłby facetowi do głowy prawdę, że po ślubie to żona jest najważniejsza a do mamusi można wpaść na niedzielny obiadek.

Kobiety bądźmy zołzami! Mężczyźni nie mają oporów z podkreślaniem swojego ego. Egoiści?! Raczej realiści. Bądźmy i my egoistkami a nie altruistkami a będziemy wtedy o wiele szczęśliwsze! Gwarantuję!

 
Komentarze (72)

Napisane w kategorii Życie

 

Kolejna pozytywna opowieść, bo z uśmiechem lżej.

29 sie

tux Kolejna opowieść z pozytywnym wydźwiękiem. Czytając ją przypomniała mi się książka „Moc uwielbienia” .

 

Dziękuję za wszystko

Dawno temu żyła kobieta o imieniu Sono. W swoim otoczeniu była znana jako osoba o czystym sercu i głębokiej wierze. Pewnego dnia odwiedził ją pewien mnich buddyjski. Zwrócił się do niej z pytaniem:
– Co mam uczynić, aby uspokoić swoje serce?
Sono odpowiedziała:
- Każdego ranka i każdego wieczora, cokolwiek by ci się nie przytrafiło, powtarzaj: „Dziękuję za wszystko. Na nic się nie skarżę”.
Mnich stosował się do tego zalecenia przez cały długi rok, jednak jego serce nie znalazło spokoju. Udał się więc ponownie do Sono i z rezygnacją rzekł:
– Powtarzałem twoją modlitwę codziennie, jednak nic w moim życiu się nie zmieniło. Ciągle pozostaję taką samą egoistyczną osobą jaką byłem. Cóż jeszcze mogę uczynić?
Sono odpowiedziała mu bez chwili namysłu:
– Dziękuję za wszystko. Na nic się nie skarżę.
Słysząc te słowa mnich poczuł w sobie olśnienie i wrócił do domu pełen radości.
Wiem, że trudno dziękować, kiedy jest źle. Trudno się uśmiechać, kiedy więcej jest powodów do płaczu. Wiem. Teraz wiem też, że jednak można. Wszystko zależy od naszego nastawienia do życia.
&&&&&&&&&&&&&
Komedia warta obejrzenia: „Inna kobieta”  . W roli głównej Cameron Diaz, Leslie Mann, Don Johnson i super przystojny Taylor Kinney – historia o zdradzie i czym może się skończyć, jeżeli  zemstę planują trzy rozwścieczone i zdradzone kobiety – facet nie ma szans.  Dobra zabawa i duuużo śmiechu!
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film, Internet, Książka

 

Ana Clandening – „Hallelujah” – wyjście z depresji dzięki terapii.

27 sie

Przeglądałam właśnie tablice FB. Niby normalny wpis – normalny pod tym względem, że jakieś zdjęcie – oczywiście zachęcające do posłuchania jakiegoś nagrania i obok tekst „Alleluja - przepiękny występ i wzruszająca historia”. Zobaczcie zresztą sami:

Uważnie obejrzeliście i przeczytaliście/posłuchaliście o czym mówi ta dziewczyna?

I niech ktoś  teraz powie, że terapia nic nie daje, że jest wymysłem znudzonych i nie wiedzących co ze sobą zrobić, zblazowanych ludzi.

Czy obejrzeliście film spokojnie, czy ze łzami w oczach?

Ja do terapii podchodziłam jak przysłowiowy pies do jeża.

Po ponad półrocznym okresie potrafię wskazać, co jest problemem i zdecydować. że sobie z nim poradzę.

I radzę sobie!

I muszę przyznać, że radzę sobie bardzo dobrze, co jeszcze w grudniu było nie do pomyślenia, bo więcej było czarnych myśli niż tych dobrych.

W pracy słyszę same komplementy typu: Boże jak ty się zmieniłaś, bije od ciebie sama radość, nie poznaje ciebie.

A co najważniejsze ja też czuję, że wiele się we mnie zmieniło i zmienia.

Oprócz radości czuję duży spokój i pewność, że było warto, że jest warto i dobrze, że potrafiłam się otworzyć i zaufać obcej osobie.

Też wyszłam do ludzi – może ukryta, może nie z imienia i nazwiska, ale potrafię opowiadać o swoich problemach innym i nie po to, aby żalić się jaka jestem pokrzywdzona i jak mi źle, ale z myślą, że może komuś ta moja pisanina pomoże, pocieszy, wskaże drogę…

Nie wiem…

To wiedzą tylko te osoby, które to czytają…

a jest ich coraz więcej

Niektórzy zostawiają nawet swój ślad w postaci komentarzy.

Dziękuję im za to!

Kiedyś myślałam, że 10 wejść na mojego bloga to dużo!

Dziś tych wejść jest około 100 dziennie

Dla mnie kosmos!

Dziękuję wszystkim za odwiedziny!

heart-26790_640

Do posłuchania – oryginał Leonard Cohen „Hallelujah”

Artykuł w gazeta.pl „Psychoterapia – rozmowa, która leczy” - dla tych, którzy nie wiedzą czym jest psychoterapia.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

„Pamiętaj, nie zawsze tak będzie” – mądrość naszych starsztch braci w wierze.

26 sie
Mosze_Feinstein

Ortodoksyjny rabin Mosze Feinstein; fot. ChanochGruenman, en.wikipedia.org

Na początku spieszę wyjaśnić, że nasi starsi bracia w wierze to Żydzi. W taki sposób odniósł się do narodu żydowskiego Jan Paweł II. „Jan Paweł II kilkakrotnie w czasie swego pontyfikatu tak ich nazywał. Podczas jednej z audiencji generalnych, 28 kwietnia 1999 r., stwierdził, że dialog międzyreligijny obejmuje w szczególny sposób „naszych starszych braci”, a 23 marca 2000 r. w czasie spotkania z rabinami Izraela powiedział: „jesteście naszymi starszymi braćmi”.
Zainicjował również wiele działań na rzecz dialogu z wyznawcami judaizmu. Wystarczy przypomnieć, że w 1986 r., jako pierwszy papież w dziejach Kościoła, przekroczył próg świątyni żydowskiej, przybywając na spotkanie wspólnoty judaistycznej w rzymskiej Synagodze Większej, oddalonej 2 km od Watykanu. Dla jednych ta wizyta była powodem do dumy, dla drugich – przyczyną zgorszenia zarówno wśród katolików, jak i żydów. Pamiętamy również jak kilkanaście lat później, podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie, drżącą ręką wkładał kartkę z modlitwą. Wyraził wówczas żal za winy chrześcijan wobec żydów, wskazując na nasze wspólne korzenie religijne.” (Fragment artykułu: Dlaczego „starsi bracia w wierze”?, Przewodnik Katolicki). To gwoli wyjaśnienia…

Wracając do pierwszej części tytułu, czyli „nie zawsze tak będzie”, nie chodzi o nasze nastawienie do Żydów, nie.  Wiele, wiele lat temu, kiedy zaczynałam pracę w szkole, mieliśmy warsztaty szkoleniowe i to w trakcie tych warsztatów usłyszałam opowieść o bogobojnym Żydzie i starym rabinie. Zapamiętałam tę opowieść i w czasie największych zawirowań życiowych powtarzałam sobie to zdanie „Zapamiętaj, nie zawsze tak będzie” i było mi lżej, i pojawiała się nadzieja na coś lepszego, bo nie zawsze tak będzie. A oto historia:

Żył kiedyś bardzo bogobojny Żyd. Wiodło mu się bardzo dobrze. Miał wspaniały dom, pracę, która przynosiła radość i wysokie dochody, piękną i mądrą żonę i gromadkę wspaniałych dzieci. Był szczęśliwym człowiekiem. Chodził codziennie do świątyni i dziękował Bogu za tyle szczęścia. Dni płynęły w zdrowiu i szczęściu, aż …

Aż któregoś dnia mężczyzna ciężko zachorował. Nie miał siły pracować. Dorobek całego życia powoli zaczął topnieć. Na domiar złego dzieci i żona też zapadli na tajemniczą chorobę. Mężczyzna zaczął rozpaczać. Nic nie pomagały modlitwy i składane Bogu ofiary. Był załamany a ponieważ bał się złorzeczyć Bogu udał się do mądrego rabina, aby ten coś mu poradził. Rabbi popatrzył na niego i zanim dał mu radę, poprosił o wypełnienie jego prośby, chociaż załamanemu mężczyźnie może wydać się dziwna i śmieszna. Mężczyzna przyrzekł wykonać polecenie. Rabin rzekł:

- Idź do domu i weź najładniejszą dębową deseczkę. Na desce wypal takie zdanie „Zapamiętaj, nie zawsze tak będzie!”. Powieś tę deskę w takim miejscu, abyś zawsze mógł  widzieć i spoglądaj na nią jak najczęściej. Módl się też do Boga i bądź cierpliwy.

Mężczyzna zdziwił się, ale przyrzekł, że wykona wszystko o co rabin go poprosi, więc nie miał wyjścia. Przyszedł do domu i na kawałku dębowej deseczki wypalił zdanie: „Pamiętaj, nie zawsze tak będzie!”. Jednak sytuacja życiowa nie poprawiła się, wręcz przeciwnie. Majątek znikł – potrzebne były pieniądze na leczenie. Dzieci i ukochana żona zmarły, bo nie znaleziono lekarstwa na dziwną chorobę. Dom spłonął. Żyd został tylko w jednym ubraniu a w dłoni trzymał deseczkę z napisem:

-”Pamiętaj, nie zawsze tak będzie!”

Została tylko taka pociecha. Denerwowało go to, ale obiecał rabinowi, że będzie się modlił. Cóż mu zostało innego? I tak wszystko stracił…

Dni mijały, ale Żyd nie siedział bezczynnie i nie rozpaczał. Rzucił się w wir ciężkiej pracy. Praca była też dla niego ucieczką od trudnej rzeczywistości. Powoli odzyskiwał swój majątek. Wybudował wspaniały dom. Poznał dobrą i mądrą kobietę i założył rodzinę. W domu pojawiły się dzieci, które swoim radosnym szczebiotem umilały mu dni. Żyd znów poczuł się szczęśliwy. Znów w modlitwie dziękował Bogu za odmianę swojego losu. Zadowolony poszedł też do rabina, aby mu podziękować za mądrą radę i wsparcie. Rabin popatrzył na niego znad otwartej księgi i zapytał:

- Czy masz jeszcze tą deseczkę z napisem?

Mężczyzna zdziwił się. Przyszedł szczęśliwy podziękować za pomoc, a tu mędrzec pyta o deseczkę.

- Mam, oczywiście, że mam. Nigdy się z nią nie rozstaję!

- Wyjmij ją i przeczytaj, co jest na niej napisane – polecił.

Mężczyzna wyjął i przeczytał: „Pamiętaj, nie zawsze tak będzie!”. 

Żyd popatrzył na mądrego starca, skłonił się i odszedł.

Morał opowieści niech każdy dopowie sobie sam…

Szczęście tak samo jak nieszczęście nie będzie trwało wiecznie… 

Tą opowieść dedykuję również mojemu Dobremu Duchowi. Kochana K. pamiętaj nieszczęście nie będzie trwało wiecznie – przyjdzie czas, że spełni się Twoje najgorętsze pragnienie, bo na to zasługujesz. Ty bądź cierpliwa a ja będę się modlić!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Wymyślone

 

Modlitwa czy medytacja, a może jedno i drugie?

25 sie

Kaplica w Ośrodku Medytacji i Dialogu Międzyreligijnego w Lubiniu., foto: fot. lubin.benedyktyni.pl

Osoba, z którą często rozmawiam zwróciła moją uwagę na filozofię zen. Chodziło o przekierowanie mojej uwagi z przeszłości na to, co dzieję się dziś, dzieje się tu i teraz. Nie chodziło o zmianę moich zapatrywań religijnych, raczej o wzbogacenie ich w coś nowego, w coś co pomoże mi pogodzić się ze stratą i żalem. Spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Filozofia zen polega na postrzeganiu siebie „tu i teraz”. O tej filozofii pisałam wcześniej. Mając naturę poszukiwacza i mocne przywiązanie do religii rzymskokatolickiej postanowiłam znaleźć kompromis. Na taki pomysł wpadłam nie tylko ja.

Zamówiłam książkę „Dary zen dla chrześcijaństwa” R. Kennedy. Do przesyłki były dołączone dwa zeszyty „Medytacji” i tam znalazłam odpowiedź na dręczącą mnie niepewność czy można połączyć medytację z modlitwą i czerpać z tego satysfakcję  w postaci radości z życia, spokoju, odnalezienia siebie szczęśliwszej. To strona świecka moich poszukiwań a strona chrześcijańska…

Usłyszałam w kościele piosenkę śpiewaną przez scholę młodzieżową. Scholę prowadzi młodziutka siostra zakonna. Ma wspaniały kontakt z młodzieżą i umiejętność pokazywania, jak atrakcyjna może być wiara. Siostra umie pięknie „opowiadać” o Bogu poprzez śpiew i komentarze. Potrafi budować nastrój i klimat  przez śpiew, słowa a nawet ciszę. Prosto a pięknie. Wróćmy jednak do piosenki. Maranatha – przyjdź Panie nasz. Starochrześcijańskie zawołanie . Piosenka o oczekiwaniu na przyjście Boga z nadzieją i pogodą ducha. Modlitwa z  ufnością. A czym jest modlitwa?

Modlitwa w swej istocie to sięganie do swojego wnętrza i poszukiwanie duchowej równowagi. Dzięki takiej praktyce możemy wewnętrzny spokój przełożyć na całe swoje życie i relacje z innymi ludźmi. Modlitwa porządkuje wewnętrzny chaos myśli i emocji, czyni człowieka silniejszym – przede wszystkim duchowo. Można zaryzykować stwierdzenie, że im więcej będzie na świecie ludzi „uporządkowanych„, tym bardziej uporządkowana będzie nasza rzeczywistość. (Efekt Izajasza, Gregg Braden). Tym jest modlitwa. A czym jest medytacja?  

Medytacja jest powtarzaniem jednej formuły przez cały dzień, aby doświadczyć jedności, wyzwolenia z lęku, szczęścia, uważności siebie. W artykule „Medytacja chrześcijańska – nie bójmy się oddychać Bogiem” dowidziałam się, że medytacja chrześcijańska polega na ograniczeniu recytacji Pisma św. do kilku słów w określonym czasie, np. przez pół godziny. Jest to medytacja według św. Benedykta, który poleca praktykę powtarzania jednej formuły jako narzędzia modlitwy ustawicznej. Celem „powtarzanych zawsze” formuł jest wpojenie postawy uważności lub pokory, które są szczególnie ważne i konieczne . Powtarzanie jednej formuły to sposób na to, by stać się „ubogim w duchu” i dzięki temu odkryć bogactwo Królestwa Bożego. 

Maranatha – przyjdź Panie nasz u św. Benedykta zmienia się w wezwanie ”Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu. Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu” (Ps 79,69).  Benedykt zachęca do powtarzania tego zwrotu ustawicznie w swoim sercu. Celem tych powtarzań jest pojawienie się postawy uważności lub pokory.

W medytacji chrześcijańskiej nie „zalewamy” Boga morzem naszych słów, ale powtarzając jedno zdanie otrzymujemy odpowiedź. Uczymy się ciszy i pokory. Nie jesteśmy ważni my i nasze słowa, ale ważny jest Bóg i jego transcendencja. Słowa stają się niepotrzebne. Zaczynamy czuć duszą i sercem. 

Powtarzanie wersetu psalmu według św. Benedykta jest pewnym środkiem nieustannej modlitwy, pokonania wszelkiego ducha nieczystego. Należy się przy tym wystrzegać nadmiaru, lub niedoboru tych powtarzań. Jest to wszechwładna broń przeciwko krańcowo różnym pokusom – objadania się i nadmiernego poszczenia, nadmiernego spania i odbierania sobie czasu na sen w ogóle. Jest to modlitwa właściwa w różnych sytuacjach – przykrych i przyjemnych, w obliczu pokus pożądliwości i braku pokus, oschłości i radości duchowej, nocnych lęków i poczucia bezpieczeństwa. Jednym słowem jako modlitwę-prośbę, którą należy powtarzać jednakowo w nieszczęściu, abyśmy zostali wybawieni, w szczęściu, abyśmy je mogli zachować, nie unosząc się pychą. W  książceRozmoway o modlitwie. Rozmowy IX i X z Abba Izaakiemzwrot z psalmu ma posłużyć jako myśl do medytacji, która będzie modlitwą.  ”Istotnie, niewiele modli się ten, kto modli się tylko wtedy, gdy klęczy, a w ogóle nie modli ten, kto klęcząc ma serce pełne rozproszeń. Jacy więc chcemy być podczas modlitwy, tacy musimy być przed nią, albowiem jakość modlitwy zależy od stanu, który ją poprzedza. Dzieje się tak dlatego, ponieważ myśli, które zaprzątają nasz umysł albo uniosą go ku niebu, albo pogrążą w marnościach tego świata. (Rozmowa X,14)”.

Można dostosować praktykę starożytną do możliwości dzisiejszego człowieka. Medytacja będzie polegać na powtarzaniu jednej formuły przez cały dzień. Formułę można zaczerpnąć np. z Psałterza . Nasza medytacja będzie polegać na powtarzaniu jednego słowa lub zdania rano i wieczorem  przez pół godziny. Ważne jest, aby znaleźć ciche, odosobnione miejsce, „odciąć się” od codziennego życia, wyciszyć. Można zapalić świecę i wygodnie usiąść, aby postawa nie rozpraszała naszej uwagi – ważne jest nasze skupienie a rozproszenia będą nam przeszkadzać. Każdy musi wypracować swoją metodę medytacji uwzględniając swoją naturę i okoliczności w jakich żyje. Do medytacji może posłużyć nam cichy, opuszczony kościół do którego schronimy się przechodząc z zabieganej i głośnej ulicy, w drodze z pracy do domu . Może to być mały kącik w domu, kiedy domownicy śpią, albo są poza domem a my wiemy, że te pół godziny mamy dla siebie. Ważny jest spokój i nasze wyciszenie. Jak najmniej słów – jak najwięcej zmysłów. Przejścia w naszą jaźń. Asceza słowna a bogactwo odczuć oparte na odnajdowaniu Boga. 

Na podstawie artykułu: „Od Jana Kasjana do Johna Maina”, Albert de Vogue OSB; Medytacja, Nr 4/2013; s. 18-23

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

W niedzielny, deszczowy dzień – Ku pokrzepieniu serc.

24 sie

Wstałam dziś bardzo późno. Leniwa niedziela  :-o . Za oknem rozpadało się na dobre. Do kościoła na 18 – oznajmiłam głośno, chociaż odpowiedziała mi cisza. Syn,  okres buntu po bierzmowaniu, wiec nie naciskam – niech się nacieszy wolnością od kościoła. Na wszystko przyjdzie czas – na odnalezienia Boga też. Córka jeszcze przed okresem buntu :-D . Wypiłam kawę i rozsiadłam się przed laptopem (komputer zaanektował syn).  Zaczęłam przeglądać i czytać. „Dzięki Ci Boże, za ten spokój, za leniwą niedzielę, za kubek kawy” – to brzmi jak modlitwa a to tylko oznaka tego, jak mi dobrze. Błogosławiony spokój!

Znalazłam wspaniałą stronę Mitologia duszy a tam fragmenty tekstów różnych autorów, którzy pisali, jak to mówię (ale nie tylko ja) „Ku pokrzepieniu serc”. Przeczytajcie parę tekstów a po inne teksty zapraszam na stronę Mitologia duszy

 

 

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Gabriel_Garcia_Marquez13 rad jak żyć

  1. Nie kocham cię za to kim jesteś, ale za to jaki jesteś kiedy przebywam z tobą.
  2. Nikt nie zasługuje na twoje łzy, a ten kto na nie zasługuje na pewno nie doprowadzi cię do płaczu.
  3. Jeżeli ktoś nie kocha cię tak jakbyś tego chciał, nie oznacza to, że nie kocha cię  z całego serca i ponad życie.
  4. Prawdziwy przyjaciel jest z tobą na dobre i na złe.
  5. Najbardziej odczujesz brak takiej osoby, kiedy będziesz siedział obok niej
    i będziesz wiedział, że ona nie będzie twoja.
  6. Nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś smutny, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może się zakochać w twoim uśmiechu.
  7. Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem.
  8. Nie trać czasu z kimś kto nie ma go, aby go spędzać z tobą.
  9. Być może Bóg chciał abyś poznał wielu złych ludzi zanim poznasz dobrych.
    Najważniejsze jest, abyś mógł ich rozpoznać, kiedy się pojawią.
  10. Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło.
  11. Zawsze znajdzie się ktoś, kto cię skrytykuje. Zdobywaj zaufanie ludzi i uważaj na tych, których zaufanie już raz straciłeś.
  12. Stań się lepszym człowiekiem. I zanim poznasz kogoś upewnij się, że znasz siebie i że nie będziesz chciał być taki jak on chce, ale będziesz sobą.
  13. Nie biegnij za szybko przez życie, bo najlepsze rzeczy zdarzają się nam, wtedy gdy najmniej się ich spodziewamy.
Autor: Gabriel Garcia Marquez
@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Życie jest okazją

     Życie jest okazją, skorzystaj z niej.
Życie jest pięknem, podziwiaj je.
Życie jest rozkoszą, zakosztuj jej.
Życie jest marzeniem, spełnij je.
Życie jest wyzwaniem, staw mu czoło.
Życie jest grą, prowadź ją.
Życie to obowiązek, spełnij go.
Życie jest skarbem, troszcz się o niego.
Życie jest bogactwem, strzeż go.
Życie jest miłością, raduj się nią.
Życie jest tajemnicą, poznaj ją.
Życie to obietnica, wypełnij ją.
Życie jest smutkiem, pokonaj go.
Życie jest pieśnią, śpiewaj ją.
Życie jest walką, podejmij ją.
Życie jest tragedią, nabierz sił.
Życie jest przygodą, nie cofaj się.
Życie jest szansą, skorzystaj z niej.
Życie jest zbyt cenne, nie niszcz go.
Życie jest życiem, ocal je!
Autor: Matka Teresa z Kaluty
@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

wisaawa-szymborskaNotatka

Życie – jedyny sposób,
żeby obrastać liśćmi,
łapać oddech na piasku,
wzlatywać na skrzydłach;być psem,
albo pogłaskać go po ciepłej sierści;

odróżniać ból
od wszystkiego, co nim nie jest;

mieścić się w wydarzeniach,
podziewać w widokach,
poszukiwać najmniejszej między omyłkami.

Wyjątkowa okazja,
żeby przez chwilę pamiętać,
o czym się rozmawiało
przy zgaszonej lampie;

i żeby raz przynajmniej
potknąć się o kamień,
zmoknąć na którymś deszczu,
zgubić klucze w trawie;
i wodzić wzrokiem za iskrą na wietrze;

i bez ustanku czegoś ważnego
nie wiedzieć.

Źródło: Wisława Szymborska
@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Podstęp rabbiego

żydziPewien młodzieniec poszedł do rabbiego, aby go zapytać, jak ma się prowadzić w życiu. Ponieważ rabbi wiedział, że chłopak pochodzi z żarliwie religijnej i praktykującej rodziny, zebrał wszystkich swoich uczniów i poprosił, żeby neofita powtórzył na głos swoje pytanie.
- Pragnę, by rabbi dał mi ścisłe instrukcje względem tego, co mam, a czego nie mam czynić w swoim życiu.
Rabbi odpowiedział:
- Po prostu żyj! Kiedy będziesz mógł – kradnij, ale nie zapomnij przynieść mi części łupu. Lekceważ swoje obowiązki, a szukaj przede wszystkim przyjemności. Zawsze staraj się być górą nad innymi. Krótko mówiąc, żyj bez zasad; tylko w ten sposób zrealizujesz samego siebie.
Usłyszawszy te rady, młodzieniec pośpiesznie uciekł.
Wiele miesięcy później rabbi spytał uczniów, czy wiedzą coś o tym chłopcu. Odpowiedzieli mu, że żyje jak święty w dalekim kraju, o nim zaś mówi jak o wcielonym diable.
 Rabbi roześmiał się:
- Gdybym mu doradził cnotliwe życie, nie byłby mi posłuszny. Bo tak naprawdę – to właśnie miał przed oczyma od najmłodszych lat. Dopiero kiedy z zapałem doradzałem mu inny sposób życia, zdał sobie sprawę, że woli – tym razem już z własnego wyboru – pozostać na żyznym polu cnoty.
- A cóż zrobić wobec faktu, iż mówi o tobie jak o szatanie?
- Co się mnie tyczy, to bez znaczenia. Słowa są rzucane na wiatr. On zaś zrozumie to wszystko we właściwym czasie.

Źródło: tradycja chasydzka

 

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Opowieść o uczuciach

serce_walentynki_serduszka_milosc_sercduszko_na_bloga_8Dawno temu istniała wyspa na oceanie. Zamieszkiwały ją emocje, uczucia oraz ludzkie cechy charakteru, takie jak: Dobry humor, Smutek, Mądrość czy Duma – a wszystkich razem łączyła Miłość.
Mieszkańcy wyspy pewnego dnia dowiedzieli się, że wyspa niedługo zatonie. Przygotowali więc swoje statki do wypłynięcia w morze, aby się uratować. Tylko miłość postanowiła poczekać do ostatniej chwili.
Gdy z wyspy pozostał jedynie maleńki skrawek lądu, miłość poprosiła o pomoc. Pierwsze podpłynęło Bogactwo na swoim luksusowym jachcie. Miłość zapytała:
- Bogactwo, czy możesz mnie uratować?
- Niestety nie – odparło Bogactwo. – Pokład mam pełen złota, srebra i innych kosztowności. Nie mam już miejsca dla ciebie.
Druga podpłynęła Duma swoim ogromnym czteromasztowcem.
- Dumo, zabierz mnie ze sobą – poprosiła Miłość.
- Przykro mi, ale nie mogę cię wziąć! Na moim statku wszystko jest uporządkowane, a ty mogłabyś mi to popsuć – odpowiedziała Duma i z godnością podniosła olśniewające żagle.
Na małej, zbutwiałej łódce podpłynął Smutek.
- Smutku, zabierz mnie z sobą – poprosiła Miłość.
- Och, Miłości… – odparł Smutek – jestem tak strasznie przygnębiony, że chcę zostać sam – po czym powiosłował smętnie w dal.
Dobry humor przepłynął obok Miłości nie zauważając jej, bo był tak rozbawiony, że nie usłyszał nawet wołania o pomoc. Wydawało się, że Miłość zginie na zawsze w głębiach oceanu. Nagle jednak usłyszała:
- Chodź! Zabiorę cię ze sobą! – zawołał nieznajomy starzec.
Miłość była tak szczęśliwa i wdzięczna za uratowanie życia, że zapomniała zapytać kim jest jej wybawca. Bardzo chciała jednak dowiedzieć się kim jest tajemniczy starzec. Zwróciła się więc o poradę do Wiedzy.
- Powiedz mi proszę, kto mnie uratował?
- To był Czas – odpowiedziała Wiedza.
- Czas? – zdziwiła się Miłość. – Dlaczego Czas miałby mi pomagać?
- Tylko Czas rozumie, jak ważnym uczuciem w życiu każdego człowieka jest miłość – odparła Wiedza.
Autor: nieznany
Do posłuchania: Morandi – Angels
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Internet, Życie

 

Zwykła rozmowa w gabinecie terapeuty: „Rozmowa”.

22 sie

people-378037_640Publikuję obiecany artykuł. Nic nie będę o tym pisać od siebie. Przeczytajcie… Warto!

Piotr Bakuła
„Rozmowa”
Zadzwonić czy nie? Chociaż, po co się oszukiwać i tak zadzwonię. Ale może jeszcze trochę złudzeń, że mam jakąś kontrolę nad swoim życiem, życiem, które kręci się już tylko wokół narkotyków . A to wszystko miało być zupełnie inaczej.
Urodziłem się w całkiem normalnej rodzinie, nie żeby jakaś patologia czy coś z tych rzeczy. Miałem swój pokój, swoje zabawki. Uczyłem się nieźle, chociaż niespecjalnie to lubiłem. Rodzice? – chyba dobrzy, ale jak to rodzice – ich sprawy były zawsze najważniejsze, we wszystkim chcieli mieć rację. Kurcze jak ja często słyszałem to ich sakramentalne „ja w twoim wieku to…”, „za młody jesteś żeby to zrozumieć”, albo „dzieci i ryby głosu nie mają”. Może i nie mają, ale jaki głos ma ojciec, gdy wraca nawalony alkoholem i bredzi coś o tym, że mnie wychowa na porządnego człowieka. To właśnie przy okazji jednej z takich awantur powiedziałem sobie, że nie chcę być podobny do swojego ojca, ani też nie chcę mieć takiej rodziny. Rodziny, w której bardziej liczą się pozory i gra na pokaz niż to, co ma miejsce naprawdę. Przecież to maksymalna ściema iść razem pod rączkę w niedzielę na spacer po tym jak w sobotę nawymyślali sobie od……. Nie, nie chcę się wcale usprawiedliwiać, że to przez nich, ale sam już nie wiem.

Tak naprawdę dobrze czułem się wśród moich przyjaciół. Oni mieli te podobne problemy, co ja. Przy nich nie musiałem udawać, że mój ojciec nie pije, że w domu nie ma awantur, że jest mi tam dobrze. Nie musiałem nic udawać, akceptowali mnie takiego, jakim byłem. Narkotyki? Nie, wtedy jeszcze nie było ostrego ćpania. Najwyżej dwa, trzy razy na tydzień przypaliliśmy marihuanę. Ale wiesz, przecież zioło nie uzależnia, a przynajmniej wtedy tak mi się wydawało. Zdobyć marihuanę było bardzo łatwo. Ot ktoś sobie posadził na działce, albo u babci w szklarni i już był towar. Jeszcze rodzice byli zadowoleni, że ich dziecko wykazuje zainteresowania botaniczne. Rodzice niczego się nie domyślali, jeżeli mieli jakieś podejrzenia to kazali chuchnąć i już wszystko było w porządku. Ich wiedza na temat narkotyków pochodziła z bardzo zamierzchłych czasów. Wydawało im się, że narkotyki są przypisane tylko wielkim metropoliom i w takiej mieścinie jak Ostrów ich dziecko nigdy się z nimi nie spotka. Mnie bardzo odpowiadało, nie musiałem specjalnie się kryć. Później było trochę gorzej, ale wystarczyło powiedzieć, że to, co znaleźli to własność kolegi, który zostawił mi to na przechowanie a mój stan wynika z przemęczenia nauką. Wierzyli mi, a przynajmniej bardzo chcieli mi wierzyć. Dlaczego brałem? Chyba po to, by zapomnieć, odlecieć, poczuć się kimś wyjątkowym, akceptowanym przez innych, którzy też brali.

Marihuana coraz mniej mnie już kręciła i chociaż obiecywałem sobie, że nigdy nie wezmę nic twardego to jednak w końcu skusiłem się na amfetaminę. Tłumaczyłem sobie, że to tylko jeden raz, zobaczę jak to jest po proszku i już nigdy go więcej nie wezmę. Towar kupić można było bardzo łatwo. W każdej szkole jest parę osób, które mają dojścia i zawsze coś mogą załatwić. Ceny też nie są wygórowane. To śmieszne, że dorośli sobie wyobrażają, że narkotyki to coś strasznie drogiego, na co pozwolić sobie mogą tylko dzieci z bogatych rodzin. Tymczasem na samym początku brania niektóre narkotyki są tańsze od alkoholu. Wszystko sprowadza się do ilości, jakich zażywasz. Za działkę amfetaminy płaciłem 6 zł a to przecież mniej niż dwa piwa. Forsę zawsze jakoś można było wykręcić. To zrobiłem zakupy i zostało trochę drobnych, to znów składka w szkole i jakoś zawsze się udawało. Właściwie po amfetaminie nie czułem się specjalnie dobrze, no, bo wiesz lata się po mieście w strasznym napędzie przez przez 12 godzin i sam właściwie nie wiesz, po co. Najgorsze jednak były noce. Wiele razy obiecywałem sobie, że nie wezmę na noc i jakoś tak wychodziło, że mimo obietnic brałem. Po amfetaminie nie ma szans żeby zasnąć, ale co robić w nocy w mieszkaniu. Dochodziło do takiej paranoi, że przez pięć bitych godzin wyciskałem sobie przed lustrem pryszcze. Takie, które były i takie, które zdawało mi się, że były. Teraz wiem, że były to początki psychozy amfetaminowej. Dlaczego brałem skoro to nie było przyjemne? Dlatego, że bez amfetaminy czułem się tragicznie. Nie byłem w stanie zrobić czegokolwiek, tak jak by ktoś, lub coś zabrało mi całą energię. Energia ta wracała dopiero wtedy, gdy wziąłem. Rodzice zaczęli trochę niepokoić się tym, że schudłem. Rzeczywiście nie wyglądałem najlepiej, ale dali się jakoś nabrać na moje mętne wyjaśnienia. W szkole też nie było najlepiej, ale na szczęście jak zwykle nie poszli na wywiadówkę. Coraz bardziej dokuczały mi nieprzyjemne doznania związane z braniem amfetaminy, potrzebowałem jej też coraz więcej, ponieważ mój organizm do niej się przyzwyczaił. Żeby mieć do niej stały dostęp zacząłem ją rozprowadzać w szkole. To proste, brałem od swojego dostawcy, dosypywałem trochę jakiegoś białego proszku, żeby więcej dla siebie wykręcić i sprzedawałem dalej. Ze zbytem nie było najmniejszego problemu. Wyrzuty sumienia? Coś ty ? Człowiek uzależniony sprzeda narkotyki swojej matce, byle tylko coś z tego mieć dla siebie. Uzależniony, no właśnie to jakoś samo tak wyszło, nigdy tego nie planowałem, jasne widziałem swoich kolegów, którzy się w tym wszystkim się gubili, ale ja myślałem, że jakoś sobie z tym poradzę. Powiem sobie któregoś dnia, że już nie biorę i będzie po sprawie. Właściwie to za każdym razem mówiłem sobie to już ostatni raz i już od jutra nie biorę, ale do jutra było tak daleko.

Żeby trochę lepiej się poczuć i móc przespać noc zacząłem brać heroinę. Jasne, że trochę się tego bałem, bo heroina to jak wiadomo….. ale tej heroiny nie musiałem wstrzykiwać, a ja zawsze się zastrzyków bałem, co stanowiło też moją linię obrony przed rodzicami – Mamo, co ty, ja nigdy nie będę brał narkotyków, przecież boję się nawet pobrania krwi. Tę heroinę się paliło, co wg mnie było bezpieczniejsze. Pierwszy raz nie był szczególnie miły, ale następne już zdecydowanie tak. Nawet w domu sytuacja trochę się poprawiła, nie byłem już taki napięty i agresywny, jak byłem naćpany to przychodziłem do rodziców pogadać. Czasem pomogłem coś przy pracach domowych i wszystko było w porządku. Czasami zdarzało się tylko, że w trakcie oglądania telewizji zasnąłem, ale tłumaczyłem to przemęczeniem związanym z nauką w szkole. Przecież wiecie jak dużo od nas wymagają nauczyciele mówiłem, a oni znaczy rodzice się jeszcze nade mną litowali. Tak naprawdę to w szkole nie byłem już od dwóch miesięcy, a właściwie to byłem w szkole, ponieważ musiałem sprzedać towar, ale na lekcje już nie wchodziłem. Dużą trudność sprawiało mi ukrywanie swoich oczu. Jak wiesz po amfetaminie źrenice są rozszerzone, a po heroinie są zwężone jak szpileczki, dlatego najtrudniejszym zadaniem było unikanie wzroku, szczególnie mojej matki. Myślę, że ona już wiedziała, bardzo często widziałem ją zapłakaną, ale chyba też oszukiwała siebie samą, wierząc w moje pokrętne zapewnienia o tym, że narkotyków to ja nigdy w życiu nie wezmę.

Zacząłem brać coraz więcej i zacząłem mieć kłopoty z forsą na heroinę. Najprostszym sposobem zdobycia jej były kradzieże. Nigdy w życiu nie myślałem, że będę zdolny do tego, żeby coś ukraść, ale głód związany z brakiem narkotyku jest silniejszy niż wszystkie normy, jakie się kiedyś miało. Poza tym zacząłem kraść najpierw rzeczy z domu, to było trochę łatwiejsze, te rzeczy były też moją własnością, a dopiero później nauczyłem się kraść rzeczy obcych ludzi. Najłatwiej było kraść radia z samochodów i najłatwiej zamienić je na narkotyki. To nie tak, że stałem się zły to tylko heroina, a właściwie jej brak spowodował, że mógłbym dla zdobycia towaru zrobić wszystko, naprawdę wszystko.

Teraz biorę już bardzo dużo, żeby było taniej biorę dożylnie. Śmieszne, co? Ja, który tak bardzo bałem się zastrzyków. Odwyk? Po co? Przecież ostatnio mi się nie udało i wróciłem po pięciu dniach. Może kiedyś. Ale już wystarczy, muszę zadzwonić. No jak, po co? Po heroinę. Widzisz na początku rozmowy jeszcze się wahałem, zadzwonić czy nie, ale to tylko taka gra, nie, nie przed tobą, przed samym sobą. Zaczynam się już źle czuć, mam dreszcze, bolą mnie stawy, źrenice robią się niepokojąco duże. To głód. Ale za pół godziny odbiorę towar i wszystko będzie w porządku. No może nie wszystko, ale przynajmniej nie będę cierpiał. I jeszcze jedno, bardzo boję się o młodszego brata, zawsze byłem dla niego kimś bardzo ważnym i teraz nawet nie chcę o tym myśleć

Ta rozmowa nie odbyła się naprawdę, ale takie rozmowy odbywają się codziennie w Poradni. Chciałem by czytelnik mógł dowiedzieć się jak to wygląda z drugiej strony. Wszystko, co zostało tu opisane zdarzyło się naprawdę. Dzieje się to tuż obok nas, na tej samej ulicy, klatce schodowej, czasem w pokoju tuż obok. Historia życia jest prawie zawsze taka sama. Czyjaś syn, czyjaś córka, zabiegani rodzice, czasem alkohol w domu, czasem chłód emocjonalny, nadkontrola, lub opuszczenie. Poczucie pustki, osamotnienia, brak akceptacji, brak zrozumienia, brak perspektyw. Narkotyk potrafi wypełnić tę pustkę i zabrać nam to, co dla nas jest najdroższe, nasze dziecko……………..”

Zamieszczona rozmowa pobrana jest ze strony Centrum Aktywnego Rozwoju i Edukacji Brok. Inne ciekawe artykuły do przeczytania też znajdziecie na tej stronie. Polecam!

Do posłuchania: Diana Krall – Quiet Nights

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet

 

Audio-blog – wielka niespodzianka i wielka radość dla mnie.

21 sie

 Niedawno otrzymałam maila ze słowami uznania dla mojego pisania blogowego i propozycję współpracy. Jak zwykle – długo się zastanawiałam. Taka propozycja była dla mnie wielkim zaskoczeniem i wielkim wyróżnieniem. Ktoś, kto czytał moje „dywagacje” uznał, że są coś warte. 

logo_audioaudioblog_small_white1

Dostałam też koszulkę. Niestety dla mnie za duża, ale dobra dla syna – niech on też ma coś z mojego pisania. 

Czy to nie jest suuuuper dzień?!

A wszystko za sprawą jednej osoby Jolanty Zdolskiej-Gurgul i jej aplikacji!

Dziękuję!

A teraz zapraszam do słuchania!

Kanał lewy…………………………………………………………………………………………………..kanał prawy

szszszzszszyyyyy

na razie nic nie słychać? 

ale wkrótce……

już za minutę, już za momencik

kącik z Anulą zacznie się kręcić!

i jeszcze zdjęcie:

P1030658

Dziękuję ! I pozdrawiam Jolu!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Rozmowa jest bardzo potrzebna nam wszystkim, czyli o terapii słów kilka.

19 sie

para1Na początku grudnia postanowiłam uporządkować swoją niematerialną część życia. Niematerialną, czyli tą opartą na uczuciach. Miałam dość swoich nastrojów: łez, strachu, niepewności, zagubienia, poczucia pustki, bezsensu. Nie chciałam, aby dzieci miały taką matkę. „Taką” – to znaczy płaczącą, narzekającą, przestraszoną, itd. Było mi po prostu wstyd przed nimi. Z jednej strony siłaczka (zdesperowana kobieta), która postanawia żyć sama a z drugiej zagubiona i przestraszona dziewczynka. Sama siebie nie lubiłam. Dochodziło jeszcze  poczucie winy, że teraz „wciągnęłam” dzieci w taką sytuację. Pora było się wziąć za siebie . Nie jestem sama! Z doświadczenia wiem, że dzieci są naszymi „lusterkami” i nieświadomie powielają nasze zachowanie a ja nie chciałam, aby moje dzieci zaczęły zachowywać się tak jak ja a mknęłam w tym kierunku jak strzała.

Kiedy na domiar złego usłyszałam od osoby, której dużo pomagałam i o której myślałam, że jest moim przyjacielem, słowa:

- A co mnie to obchodzi! Z tobą są tylko problemy! Jakbym wiedział, że z tobą tak będzie to nie wynajmowałbym ci mieszkania! – a przecież wiedział w jakiej byłam sytuacji. Wiedział, że było mi bardzo ciężko i co wtedy przeżywałam, ale liczył się tylko on i jego problemy. Moje nie. Zabolało. Zabolało jak cholera. Oprócz bólu wkradł się też dodatkowy lęk, który cicho, ale wyraźnie zaczął skrzeczeć:

- No i co? Kogo to obchodzi? Przez te swoje łzy i narzekanie jeszcze stracisz bezpieczny kąt. Bądź cicho i nie narzekaj. Umiesz udawać, że wszystko jest w porządku, więc udawaj! Głowa do góry! Uśmiech! Jak jest?  SUPER JEST! Prawda? No, to już! Happy!

No to już! Było te happy…

Znajomi widzieli, co się działo i pewnego dnia M. zaczęła mi opowiadać o swojej terapii i o tym co ta terapia jej dała. Tak bez zobowiązań. Jesteśmy znajomymi ładnych parę lat i znam ją – nie wpycha się z butami w cudze życie.  Słuchałam, słuchałam i pewnego dnia poprosiłam o pomoc. Nie czułam przed nią wstydu (chociaż większość ludzi wstydzi się takiej pomocy), kiedy prosiłam o pokierowanie do konkretnego miejsca. Wiedziałam, że dla mnie to będzie ostatnia deska ratunku. Czułam się przeraźliwie samotna, zdołowana, winna, i jeszcze miałam mnóstwo złych myśli. W nocy ryczałam w poduszkę, albo w przypływie jeszcze większego smutku kupowałam wino i znieczulałam swój smutek. Nienawidziłam siebie takiej a nie umiałam nic zmienić. Męczyłam się…  Wszystko obserwowały dzieci… Było coraz więcej strachu…Błędne koło. M. i jej pomoc przyszła w dobrym momencie. Oboje z mężem znaleźli dla mnie ośrodek terapeutyczny i osobę do pomocy. Nie było we mnie wstydu, kiedy szłam na pierwszą rozmowę. Była niepewność i powątpiewanie, co takie wizyty mogą zmienić. Oczywiści na pierwszej wizycie dowiedziałam się o powrocie depresji – trochę się tego spodziewałam, bo bardzo schudłam, nie spałam, albo budziłam się o trzeciej nad ranem i już nie mogłam usnąć, i te myśli, te dotyczące sensu życia i ogromna niechęć  do tego życia właśnie.  Znów trzeba było wrócić do farmakologii, ale terapia była nowością dla mnie. Trochę słyszałam od M. jak to jest, ale to były tylko jej opowieści, jej przeżycia a tu ja sam na sam z terapeutą i moja wielka konsternacja, lęki, cały mój „pojechany” świat, z którym ja nie daje sobie rady. 

Chodzę na terapię od grudnia. Nie żałuję. Nie będę pisać, że polecam, bo nie chcę reklamować niczego i nikogo. Terapia jest bardzo osobistą sytuacją i wiem, że większość ludzi nie chce, żeby ktoś ingerował w ich życie. Może się boją, że odkryją coś, co  ich zmieni a oni tak lubią swoje stare przyzwyczajenia. Ja sama widzę, jak kurczowo trzymam się swoich przyzwyczajeń, chociaż one mnie dołują i jak nie chcę iść w nowe i lepsze. Jestem czasami jak uparty osioł, który głośno ryczy zanim pozwoli się „popchnąć” do przodu. Terapeuta nic mi nie nakazuje, do niczego nie zmusza, ale otwiera mi oczy. Uczy uważności siebie, postrzegania tu i teraz, daje lektury do czytania. Owszem, jest ciężko, ale widzę już teraz, że warto. Porządkuję swoje życie i wiem, że najważniejszą osobą jestem ja sama i nie ma to związku z egoistycznym nastawieniem do ludzi, czy roszczeniowym postrzeganiem swojej obecności. To nie tak. Jeżeli nauczę się szanować siebie – nauczę się budować zdrowe granice swojego ja. Stanę się szczęśliwszą osobą, kiedy będę miała większą świadomość swojego „ja”. Mozolnie idzie to odnajdywanie siebie, ale idzie.

     Zaczęłam dzisiejszy wpis z myślą o wstawieniu opowiadania napisanego prze mojego terapeutę. On i jego żona prowadzą ośrodek kształcenia terapeutów. Oboje są wspaniałymi ludźmi (mam nadzieję, że tego nie czytają, bo będzie wyglądało, jakbym się podlizywała a nie o to mi chodzi). Podobno prywatnie to bardzo ciepli ludzie, z którymi przyjemnie spędza się czas – takie jest zdanie moich znajomych. Opowiadanie wstawię, bo mną wstrząsnęło. Jest to rozmowa z młodym chłopcem uzależnionym od narkotyków. Sama mam syna w wieku tego chłopaka i czasami bardzo się boję o jego wchodzenie w dorosły świat. Wiele sytuacji jest nieuniknionych dla rodziców i dzieci. Sztuka polega na tym, jak sobie z takimi sytuacjami poradzić. 

Na koniec takie moje banalne stwierdzenie – nie bójmy się nowego, bo ono może okazać się dla nas zbawienne. Myślę o terapii – jakby ktoś się nie domyślił  ;-)

Opowiadanie wstawię następnym razem.

Polecam – link do bardzo dobrego filmu (moim zdaniem) : Głowa do góry - warto obejrzeć, nie dlatego, że dobra obsada, ale  z uwagi na tematykę filmu. W pamięci zostało zdanie: „Żeby iść do przodu, czasami trzeba się cofnąć”. Żeby zrozumieć, dlaczego postępujemy w określony sposób, musimy dobrze przyjrzeć się przeszłości – w niej kryje się odpowiedź na wszystkie nasze obecne sytuacje. Filozoficznie – nie, raczej terapeutycznie. 

Ciekawy artykuł o terapii „Dobry terapeuta, czyli historia o fryzjerze” - uzależnienie.com.pl. Felietony Ryszarda Romaniuka.

Jedno zdanie z artykułu, które pozostało w pamięci i dotyczy terapii: „To, co działa, to nie technika, to nie terapia poznawcza ani egzystencjalna, to wzajemne współprzeżywanie spotkania dwóch dusz, z których jedna jest nastawiona na odbiór z całym arsenałem czujników i obwodów scalonych wiedzą przeczytaną i doświadczoną, a druga cierpi, ale zaufała i wierzy, że właśnie staje się cud. Nie ma takiej drugiej sytuacji, w której para zupełnie nieznanych sobie osób jest w stanie tak szybko i tak głęboko przeżywać wzajemne spotkanie i rozmowę. Dzięki temu kontaktowi i na jego wzór pacjent będzie w stanie odtworzyć swoje relacje ze sobą samym i z innymi ludźmi.” – tym powinna być dobra terapia.

Okazało się, że już pisałam o swojej terapii. Choroba, albo tracę pamięć, albo te spotkania są dla mnie tak ważne i naprawdę dają pozytywny skutek. Wybieram tą drugą opcję!

uwielbiam_takie_dni_2014-08-18_21-17-49

i coś do posłuchania Barbara Streisand i jej nowa płyta

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Romantyczna miłość, czy szarzyzna życia? Co wybierasz…?

15 sie

paraOstatnio oglądałam film „Świat według Garpa” (miałam przeczytać książkę, ale poszłam na skróty). W roli głównej Robin Wiliams jako Garp, Glenn Klose w roli jego matki – nieustraszonej pielęgniarki, która sama zdecydowała o tym, że chce mieć dziecko i sama napisała książkę, która stała się manifestem niezależności kobiet, Mary Beth Hurt w roli żony Garpa i wspaniała rola Johna Lithgow – sportowca, który postanowił zostać kobietą. Film znakomity, pełen humoru, skłaniający do zastanowienia się nad sensem życia, nad tym co daje nam radość, albo powoduje smutek. Zapamiętałam dialog między Garpem a jego żoną:

- Wiesz, co kocham najbardziej? Wspomnienia. Jak się poznaliśmy i tak dalej…

- Nie możesz żyć przeszłością!

- Wiem, ale możemy ją wspominać.

- To rola dla staruszków.

- Do diabła z tym. Jak będę stary i siwy nie będę nic pamiętał. Żeby wspominać trzeba być młodym – wtedy to takie miłe. Móc spojrzeć wstecz i przemyśleć własne życie – wszystko się ze sobą łączy – jak przechodzi z punktu do punktu, dostrzec zależności…

Film skłonił mnie do zastanowienia się nad romantyczną miłością. Nie, tam nie ma nic o romantycznej miłości. Jest postać  Garpa (Williamsa) – faceta o łagodnych, trochę przestraszonych oczach, trochę zagubionego, nieporadnego, biorącego życie takim, jakim jest. Idzie z prądem oddając pierwsze miejsce kobietom – najpierw matce a później żonie. Oczywiście buntuje się, ale woli jednak wygodne życie, przy boku swoich kobiet…

Czy naprawdę wierzymy w romantyczną miłość? Wszystkie te achy i ochy. Klimat dobry dla nastolatków. Czy my, dorośli za dużo wiemy i jesteśmy za starzy na takie uniesienia? Romantyzm zawsze przechodzi w realne życie. Ona się starzeje, przestaje dbać o siebie, bo jest za bardzo zajęta domem i dziećmi, obowiązkami a on jej w niczym nie pomaga. Już nie liczą się uniesienia, gwiaździste noce z księżycowym blaskiem, bo przytłacza proza życia. Różowe okulary są odkładane w kąt i zaczynają się kurzyć a rzeczywistość wyłazi z każdej dziury. Pojawiają się braki, niedociągnięcia, samotne borykania się z życiem, chociaż obok jest osoba, którą kochamy, albo kochaliśmy, ale ta osoba nas nie rozumie, nie pomaga, okazała się zupełnie inna niż myśleliśmy.

Zapytałam kiedyś pewnego pana:

- Dlaczego wziąłeś ślub? Byłeś zakochany?

- Nie, nie byłem.

- To dlaczego się ożeniłeś?

- Poznaliśmy się kiedy oboje byliśmy bardzo młodzi. Byłem w sanatorium. Chorowałem. Ona też. Była taka młoda i taka chora. To ona pierwsza zaczęła tę znajomość. Zaprosiła mnie do swoich rodziców, więc pojechałem. Ona zadecydowała o ślubie. Ona mi się oświadczyła – zaśmiał się, jakby powiedział dobry żart – wybrała mi szkołę i zawód, który dzisiaj wykonuję. Nie bardzo go lubię, ale nie umiem robić nic innego, więc co mi pozostaje? To dzięki niej mam dzisiaj chleb. Ona była zakochana, ja nie…

- Więc po co zgodziłeś się na ślub?

- A co innego miałem zrobić? Podobała mi się. Młodość ma swoje prawa. Seks był gorący jak ogień. Ona miała plan na moje i swoje życie. Na początku było ciężko. Mieszkanie u teściów i dorabianie się. Później wyjazd do dużego miasta i praca. Ja na dwóch etatach, ona w domu z dzieckiem. Ona miała marzenie – własny zakład. Mnie było dobrze. Przyjechaliśmy tutaj . Najpierw praca w wynajętych lokalach – jakieś zatęchłe klitki w brudnych podwórkach, ale ludzie przychodzili. Później otworzyliśmy dwa zakłady – ona i ja oddzielnie. Było więcej pieniędzy. Kupiliśmy mieszkanie. Urodziło się jeszcze dwoje dzieci. Ona ich nie chciała. Płakała, że teraz na dobre utknie w domu a chciała się rozwijać. Chciała mieć własny zakład. Krzyczała, że jej nie rozumiem, nie pomagam, ze jest ze wszystkim sama. Zaczęły się nerwy, kłótnie… Nadarzyła się okazja kupna dużego domu w centrum miasta. Dom był duży i zaniedbany, ale lokalizacja wspaniała. Nareszcie perspektywa rozwoju – dla niej, mnie było dobrze jak było. Szalona inwestycja. Ja miałem wiele wątpliwości, ale ona rzuciła się na głęboką wodę. Zaczęła studia, wzięła ogromny kredyt i kupiła ten dom. Zaczęły się nerwy. Trójka dzieci, kredyt i remont domu kosztowały ją wiele nerwów. Trafiła do szpitala z podejrzeniem zawału. Na szczęście okazało się, że to były objawy nerwicy. Przeleżała całą noc. Rano przyjechała taksówką. Miała do mnie żal, że po nią nie przyjechałem, ale przecież musiałem otworzyć zakład, pracować. Nie zostawię klientów. Potrzebne były pieniądze. To były nerwowe czasy. Nerwowe dla niej… Często powtarzała, że szkoda, że nie ma stałego etatu i wypłaty co miesiąc. Bała się braku klientów i  braku pieniędzy. Był dom do wykończenia i kredyt, trójka dzieci a usługi, wiadomo – dochód zależy od tego, czy jest klient. Było coraz więcej stresów i nerwów. Często płakała, krzyczała, robiła mi wyrzuty. Dochodziło do kłótni, aż w końcu dostała zawału. Umarła. Zostałem sam z dziećmi.

- Kochałeś ją?

- Nie. Właściwie, to nie. Może coś czułem na początku. Podobała mi się a później został obowiązek i przyzwyczajenie. Byliśmy małżeństwem tyle lat. Mieliśmy dzieci…

- Ale miłość?

- Nie ma miłości. Nie umiem kochać. To dobre dla nastolatków…

- Ale spotykasz się z kimś. Jesteś w niej zakochany?

- Ja – zaśmiał się – myślę, że człowiek nie powinien być sam. Samotność jest straszna. Czasami wyobrażam sobie, jak zostaje w tym domu sam, stary, schorowany i wyglądam przez okno… Boję się wtedy… Człowiek nie powinien być sam.

- Ale czy ją kochasz, tę nową kobietę?

- Rozmawiamy. Chodzimy na spacery, do kina, do kościoła. Jest dobrą dziewczyną. Spokojną…

- I jest mocno zaangażowana w ten związek.

- W jaki związek? Nie jesteśmy razem. My tylko rozmawiamy. Ja czuję, że zawsze będę sam…

- To jest związek. Ona cię kocha. To widać… a ty?

- Ja nie umiem kochać.

- Powiedz jej to…

Nie powiedział. Są razem. Wprowadziła się do niego. Ma dobrą pracę – stały etat i wysokie wynagrodzenie – co miesiąc. Jest panną, niektórzy złośliwie dodają, że starą. Nie ma dzieci, ale wysoki instynkt opiekuńczy – w pracy zajmuje się dziećmi – więc macierzyństwo ma we krwi, usługiwanie i chęć niesienia pomocy też. Wymarzona… służąca. 

Pragmatyzm przede wszystkim.

I jak tu wierzyć w romantyczną miłość ?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film, Życie