RSS
 

Archiwum - Sierpień 19th, 2014

Rozmowa jest bardzo potrzebna nam wszystkim, czyli o terapii słów kilka.

19 sie

para1Na początku grudnia postanowiłam uporządkować swoją niematerialną część życia. Niematerialną, czyli tą opartą na uczuciach. Miałam dość swoich nastrojów: łez, strachu, niepewności, zagubienia, poczucia pustki, bezsensu. Nie chciałam, aby dzieci miały taką matkę. „Taką” – to znaczy płaczącą, narzekającą, przestraszoną, itd. Było mi po prostu wstyd przed nimi. Z jednej strony siłaczka (zdesperowana kobieta), która postanawia żyć sama a z drugiej zagubiona i przestraszona dziewczynka. Sama siebie nie lubiłam. Dochodziło jeszcze  poczucie winy, że teraz „wciągnęłam” dzieci w taką sytuację. Pora było się wziąć za siebie . Nie jestem sama! Z doświadczenia wiem, że dzieci są naszymi „lusterkami” i nieświadomie powielają nasze zachowanie a ja nie chciałam, aby moje dzieci zaczęły zachowywać się tak jak ja a mknęłam w tym kierunku jak strzała.

Kiedy na domiar złego usłyszałam od osoby, której dużo pomagałam i o której myślałam, że jest moim przyjacielem, słowa:

- A co mnie to obchodzi! Z tobą są tylko problemy! Jakbym wiedział, że z tobą tak będzie to nie wynajmowałbym ci mieszkania! – a przecież wiedział w jakiej byłam sytuacji. Wiedział, że było mi bardzo ciężko i co wtedy przeżywałam, ale liczył się tylko on i jego problemy. Moje nie. Zabolało. Zabolało jak cholera. Oprócz bólu wkradł się też dodatkowy lęk, który cicho, ale wyraźnie zaczął skrzeczeć:

- No i co? Kogo to obchodzi? Przez te swoje łzy i narzekanie jeszcze stracisz bezpieczny kąt. Bądź cicho i nie narzekaj. Umiesz udawać, że wszystko jest w porządku, więc udawaj! Głowa do góry! Uśmiech! Jak jest?  SUPER JEST! Prawda? No, to już! Happy!

No to już! Było te happy…

Znajomi widzieli, co się działo i pewnego dnia M. zaczęła mi opowiadać o swojej terapii i o tym co ta terapia jej dała. Tak bez zobowiązań. Jesteśmy znajomymi ładnych parę lat i znam ją – nie wpycha się z butami w cudze życie.  Słuchałam, słuchałam i pewnego dnia poprosiłam o pomoc. Nie czułam przed nią wstydu (chociaż większość ludzi wstydzi się takiej pomocy), kiedy prosiłam o pokierowanie do konkretnego miejsca. Wiedziałam, że dla mnie to będzie ostatnia deska ratunku. Czułam się przeraźliwie samotna, zdołowana, winna, i jeszcze miałam mnóstwo złych myśli. W nocy ryczałam w poduszkę, albo w przypływie jeszcze większego smutku kupowałam wino i znieczulałam swój smutek. Nienawidziłam siebie takiej a nie umiałam nic zmienić. Męczyłam się…  Wszystko obserwowały dzieci… Było coraz więcej strachu…Błędne koło. M. i jej pomoc przyszła w dobrym momencie. Oboje z mężem znaleźli dla mnie ośrodek terapeutyczny i osobę do pomocy. Nie było we mnie wstydu, kiedy szłam na pierwszą rozmowę. Była niepewność i powątpiewanie, co takie wizyty mogą zmienić. Oczywiści na pierwszej wizycie dowiedziałam się o powrocie depresji – trochę się tego spodziewałam, bo bardzo schudłam, nie spałam, albo budziłam się o trzeciej nad ranem i już nie mogłam usnąć, i te myśli, te dotyczące sensu życia i ogromna niechęć  do tego życia właśnie.  Znów trzeba było wrócić do farmakologii, ale terapia była nowością dla mnie. Trochę słyszałam od M. jak to jest, ale to były tylko jej opowieści, jej przeżycia a tu ja sam na sam z terapeutą i moja wielka konsternacja, lęki, cały mój „pojechany” świat, z którym ja nie daje sobie rady. 

Chodzę na terapię od grudnia. Nie żałuję. Nie będę pisać, że polecam, bo nie chcę reklamować niczego i nikogo. Terapia jest bardzo osobistą sytuacją i wiem, że większość ludzi nie chce, żeby ktoś ingerował w ich życie. Może się boją, że odkryją coś, co  ich zmieni a oni tak lubią swoje stare przyzwyczajenia. Ja sama widzę, jak kurczowo trzymam się swoich przyzwyczajeń, chociaż one mnie dołują i jak nie chcę iść w nowe i lepsze. Jestem czasami jak uparty osioł, który głośno ryczy zanim pozwoli się „popchnąć” do przodu. Terapeuta nic mi nie nakazuje, do niczego nie zmusza, ale otwiera mi oczy. Uczy uważności siebie, postrzegania tu i teraz, daje lektury do czytania. Owszem, jest ciężko, ale widzę już teraz, że warto. Porządkuję swoje życie i wiem, że najważniejszą osobą jestem ja sama i nie ma to związku z egoistycznym nastawieniem do ludzi, czy roszczeniowym postrzeganiem swojej obecności. To nie tak. Jeżeli nauczę się szanować siebie – nauczę się budować zdrowe granice swojego ja. Stanę się szczęśliwszą osobą, kiedy będę miała większą świadomość swojego „ja”. Mozolnie idzie to odnajdywanie siebie, ale idzie.

     Zaczęłam dzisiejszy wpis z myślą o wstawieniu opowiadania napisanego prze mojego terapeutę. On i jego żona prowadzą ośrodek kształcenia terapeutów. Oboje są wspaniałymi ludźmi (mam nadzieję, że tego nie czytają, bo będzie wyglądało, jakbym się podlizywała a nie o to mi chodzi). Podobno prywatnie to bardzo ciepli ludzie, z którymi przyjemnie spędza się czas – takie jest zdanie moich znajomych. Opowiadanie wstawię, bo mną wstrząsnęło. Jest to rozmowa z młodym chłopcem uzależnionym od narkotyków. Sama mam syna w wieku tego chłopaka i czasami bardzo się boję o jego wchodzenie w dorosły świat. Wiele sytuacji jest nieuniknionych dla rodziców i dzieci. Sztuka polega na tym, jak sobie z takimi sytuacjami poradzić. 

Na koniec takie moje banalne stwierdzenie – nie bójmy się nowego, bo ono może okazać się dla nas zbawienne. Myślę o terapii – jakby ktoś się nie domyślił  ;-)

Opowiadanie wstawię następnym razem.

Polecam – link do bardzo dobrego filmu (moim zdaniem) : Głowa do góry - warto obejrzeć, nie dlatego, że dobra obsada, ale  z uwagi na tematykę filmu. W pamięci zostało zdanie: „Żeby iść do przodu, czasami trzeba się cofnąć”. Żeby zrozumieć, dlaczego postępujemy w określony sposób, musimy dobrze przyjrzeć się przeszłości – w niej kryje się odpowiedź na wszystkie nasze obecne sytuacje. Filozoficznie – nie, raczej terapeutycznie. 

Ciekawy artykuł o terapii „Dobry terapeuta, czyli historia o fryzjerze” - uzależnienie.com.pl. Felietony Ryszarda Romaniuka.

Jedno zdanie z artykułu, które pozostało w pamięci i dotyczy terapii: „To, co działa, to nie technika, to nie terapia poznawcza ani egzystencjalna, to wzajemne współprzeżywanie spotkania dwóch dusz, z których jedna jest nastawiona na odbiór z całym arsenałem czujników i obwodów scalonych wiedzą przeczytaną i doświadczoną, a druga cierpi, ale zaufała i wierzy, że właśnie staje się cud. Nie ma takiej drugiej sytuacji, w której para zupełnie nieznanych sobie osób jest w stanie tak szybko i tak głęboko przeżywać wzajemne spotkanie i rozmowę. Dzięki temu kontaktowi i na jego wzór pacjent będzie w stanie odtworzyć swoje relacje ze sobą samym i z innymi ludźmi.” – tym powinna być dobra terapia.

Okazało się, że już pisałam o swojej terapii. Choroba, albo tracę pamięć, albo te spotkania są dla mnie tak ważne i naprawdę dają pozytywny skutek. Wybieram tą drugą opcję!

uwielbiam_takie_dni_2014-08-18_21-17-49

i coś do posłuchania Barbara Streisand i jej nowa płyta

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie