RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2014

Opowieść o kupcu i jego czterech przyjaciołach – czyli nasze życie i my.

30 wrz

Robiłam zakupy i  przy okazji wstąpiłam do kiosku z prasą. Chciałam kupić czasopismo z wykrojami. Oczywiście kupiłam, ale podczas płacenia mój wzrok padł na półeczkę obok kasy i „odkryłam” książkę z pięknymi i mądrymi przypowieściami, które ułatwiają postrzeganie rzeczywistości. Jak ja lubię takie opowieści! Zmuszają do myślenia i odkrywania. Sprawiają, że rzeczywistość zwana życiem, choćby najgorsza jest prostsza do zrozumienia. Słyszymy opowieść, widzimy nasze życie i widzimy rozwiązanie. Będę od czasu do czasu  przemycać „coś” z tej książki, bo warto zadumać się nad swoim życiem i nagle dostrzec rozwiązanie.

zenDziś opowieść o kupcu i jego czterech przyjaciołach.

Żył kiedyś pewien kupiec, który miał czterech przyjaciół. Do pierwszego z nich miał bezgraniczne zaufanie i słuchał wszystkiego, co ten powiedział, gotów nawet oddać mu cały swój dobytek. Drugi przyjaciel był niezwykle przystojny i okazale się prezentował. Kupiec szanował go wielce i za wszelką cenę starał się utrzymać z nim dobre stosunki, czerpiąc z tego dużą satysfakcję, że może się przed innymi takim przyjacielem pochwalić. Trzeciego przyjaciela nie cenił aż tak bardzo, ale ten był wyśmienitym kucharzem, kupiec cieszył się ogromnie, że go zna. Czwartym przyjacielem rzadko się zajmował.

Pewnego dnia kupiec musiał udać się w interesach w daleką podróż i zależało mu na tym, by któryś z przyjaciół mu towarzyszył, umilając czas w podróży. Spytał pierwszego przyjaciela, czy nie zechciałby z nim jechać, lecz ten odpowiedział, że jest w stanie jedynie dzielić z nim przyjemności, a nie trud i nic go nie zobowiązuje do takiego wysiłku.

Kupiec poczuł się zraniony tymi słowami i spytał o to samo drugiego z przyjaciół. Ten z kolei odparł, że zdał sobie sprawę z tego, że kupiec zawsze był dla niego dobry, ale podobnie  i inni byli równie uprzejmi wobec niego, więc nie czuje potrzeby towarzyszyć mu w drodze. 

Nieszczęśliwy kupiec zwrócił się zatem do trzeciego przyjaciela. Ten powiedział, że może mu towarzyszyć w podróży, lecz nie za daleko, bo musi na czas wrócić, gdyż czekają na niego tutaj pilne obowiązki.

W końcu, zrezygnowany kupiec poszedł do czwartego z przyjaciół. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, ten bez słowa namysłu zgodził się i razem wyruszyli w podróż.

Kupiec z tej przypowieści to nikt inny jak ty sam, a odległe miejsce, do którego musi się udać, to kraina śmierci. Celem tej historii jest uświadomienie sobie, że pewnego dnia będziesz musiał opuścić ten świat, a wówczas niczego ze sobą nie będziesz mógł zabrać.

Pierwszy przyjaciel to twoje ciało, które karmisz i ubierasz. Dla wielu z nas całe życie obraca się wokół zaspokajania organów zmysłów, ale ostatecznie będziemy zmuszeni porzucić nasze ciało.

Drugi przyjaciel to sława i zysk, bogactwo, pieniądze i kariera. Gonisz za nimi bez wytchnienia w obawie, że poświcasz im za mało starań, lecz i one w końcu cię opuszczą.

Trzecim przyjacielem są twoi najbliżsi – mąż, żona, znajomi i przyjaciele. Robisz wszystko, by przy nich być jak najdłużej, ale oni również cię opuszczą w chwili śmierci.

Czwartym przyjacielem jest umysł. On jest jedynym, który zabierzesz ze sobą, opuszczając ten świat. (Ja ten umysł określiłabym jako duszę). To twój jedyny stały towarzysz – partner za życia i po śmierci. Nigdy cię nie opuści, a jak rzadko o nim pamiętasz.

W tym świecie troszczysz się jedynie o własne ciało, zysk i pieniądze. Dbasz o rodzinę i przyjaciół, zapominając o własnym umyśle (duszy). Niestety, wielu z nas spędza swój czas w towarzystwie trzech pierwszych przyjaciół, nie zwracając uwagi na ostatniego z nich, a to właśnie ten winien być najbardziej szanowany. On jest twoim największym skarbem życia i twoją pierwotną naturą. Zacznijmy troszczyć się o swój umysł (duszę) i dobrze go (ją) traktujmy. Zaprzestańmy bezmyślnego działania i wsłuchajmy się w w dźwięk własnego, prawdziwego życia. Jeśli tak uczynimy, każdy nasz dzień będzie dniem spokoju i spełnienia. Kiedy zrozumiemy, kim jest każdy z czterech przyjaciół, pojmiemy własny umysł (duszę) i prawdziwego siebie. 

Zamieniłam umysł na duszę, bo w mojej religii najważniejsza jest dusza, która jest nieśmiertelna i która jest podstawą naszego istnienia w Bogu. Spokój duszy to spokój całego człowieka, nas.  Umysł i dusza są ze sobą mocno splecione. Nawet w psychologii mówi się o duchowości człowieka a więc o umyśle połączonym z duszą.

Taką samą wymowę ma Psalm 49. A oto on:

 Słuchajcie tego, wszystkiego narody, 
nakłońcie uszu, wszyscy, co świat zamieszkujecie, 
3 wy, niscy pochodzeniem, tak samo jak możni, 
bogaty na równi z ubogim! 
4 Moje usta wypowiedzą mądrość, 
a rozmyślanie mego serca – roztropność. 
5 Nakłonię mego ucha ku przypowieści, 
przy dźwięku liry wyjaśnię mą zagadkę.

6 Dlaczego miałbym się trwożyć w dniach niedoli, 
gdy otacza mnie złość podstępnych, 
7 którzy ufają swoim dostatkom 
i chełpią się z ogromu swych bogactw? 
8 Nikt bowiem siebie samego nie może wykupić 
ani nie uiści Bogu ceny swego wykupu 
9 - jego życie jest zbyt kosztowne 
i nie zdarzy się to nigdy - 
10 by móc żyć na wieki i nie doznać zagłady. 
11 [Każdy] bowiem widzi: mędrcy umierają, 
tak jednakowo ginie głupi i prostak, 
zostawiając obcym swoje bogactwa. 
12 Groby są ich domami na wieki, 
ich mieszkaniem na wszystkie pokolenia, 
choć imionami swymi nazywali ziemie. 
13 Bo człowiek nie będzie trwał w dostatku, 
przyrównany jest do bydląt, które giną.

14 Taka jest droga tych, co ufność pokładają w sobie, 
i [taka] przyszłość miłośników własnej mowy. 
15 Do Szeolu są gnani jak owce, 
pasie ich śmierć, zejdą prosto do grobu, 
serca prawych zapanują nad nimi, 
rano zniknie ich postać, 
Szeol ich mieszkaniem. 
16 Lecz Bóg wyzwoli moją duszę 
z mocy Szeolu, bo mię zabierze. 
17 Nie obawiaj się, jeśli ktoś się wzbogaci, 
jeżeli wzrośnie zamożność jego domu: 
18 bo kiedy umrze, nic z sobą nie weźmie, 
a jego zamożność nie pójdzie za nim. 
19 I chociaż w życiu sobie pochlebia: 
„Będą cię sławić, że dobrześ się urządził”, 
20 musi iść do pokolenia swych przodków, 
do tych, co na wieki nie zobaczą światła. 
21 Człowiek, co w dostatku żyje, ale się nie zastanawia, 
przyrównany jest do bydląt, które giną.

Na podstawie opowiadania zaczerpniętego z książki” Chiński zen droga szczęścia i spokoju”, Wu Yansheng, Firma Księgarska Olesiejuk, S. z o.o. Sp.j., 2014, s. 31-34.

Psalm ze strony: www.nonpossumus.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

Pozytywne myślenie wywołane na siłę nie jest dobre a mimo to, wbrew sobie, dążymy do ideału.

29 wrz

Niedawno pisałam o tym, że religijność nam służy i jak na zamówienie ukazał się (albo ja wyczuliłam moją uwagę na znalezienie takiego tematu) artykuł w Gazecie Wyborczej – wywiad z pschoonkologiem dr Justyną Pronobis-Szczylik. Mądry wywiad, który pokazuje, że dążenie do ideału wcale nam nie służy a postępowanie oparte na prawdzie jest lepsze niż tzw. „hurra optymizm”. Pani doktor „wierzy w różne zasoby” ja w Boga, ale ona tego Boga nie neguje a wręcz przeciwnie – podkreśla jak wiele to daje choremu (myślę, że każdemu z nas). Wiara jest ogromnym bogactwem, który posiadamy.

W dzisiejszych czasach panuje ideologia sukcesu. MUSIMY odnosić sukcesy we wszystkim: w pracy, w nauce, w utrzymaniu wiecznej młodości, nienagannym wyglądzie, zdrowiu. MUSIMY! Kiedy nie możemy sprostać naszemu MUSIMY załamujemy się. Nie wiemy, jak się zachować, kiedy tego sukcesu nie ma, jest trudny do osiągnięcia a kiedy go osiągniemy okazuje się trudny do utrzymania. Nie umiemy sprostać nowym wyzwaniom i jedynym sposobem zachowania jest wtedy załamanie i rezygnacja i wtedy zaczyna się: depresja, uzależnienia, albo ostateczne wyjście – śmierć. O tym też mówi pani doktor.

Nie musimy „się spinać” i pokazywać na siłę, jacy szczęśliwi jesteśmy. Normalne życie, te ze zmarszczkami, starzeniem, problemami, łzami, bólem, samotnością, chorobą jest dobre, bo jest nasze. Pokazanie w chorobie, że sobie z nią nie radzimy, że boimy się i potrzebujemy wsparcia bliskich też jest dobre. Strach i lęk są sygnałem, że coś jest nie tak i że trzeba się z czymś zmierzyć a nie od tego uciekać. Dlaczego mamy MUSIEĆ a nie CHCIEĆ. CHCIEĆ normalnie żyć, cieszyć się, płakać, odczuwać lęk, bać się, prosić o pomoc najbliższych, albo przyjaciół i nic nie robić na pokaz. Ale co ja tu będę pisać – przeczytajcie artykuł:

„Terror pozytywnego myślenia”.

ŁUKASZ DŁUGOWSKI: Pani w coś wierzy?

JUSTYNA PRONOBIS-SZCZYLIK: Wierzę w różne zasoby.

Zasoby?

- Potencjał, z którym przychodzimy i urzeczywistniamy się w życiu, najlepiej jak potrafimy. Wierzę, że życie ma sens i nigdy nie przestaje mieć. Potrzeby natury duchowej są dla mnie ważne, stąd poszukiwania w zen i buddyzmie, które uzupełniają moje chrześcijańskie korzenie.

Pani pacjenci chorzy na raka jeszcze w coś wierzą?

- Bardzo różnie. Ale jeśli pacjent wnosi swoje relacje z Bogiem do naszego spotkania, np. gniewa się na Pana Boga, złorzeczy mu, prosi go o coś, to zawsze daję przestrzeń na rozmowę o tym. Jeśli pojawi się cierpienie duchowe, nim także się zajmujemy. Celem opieki psychoonkologicznej jest ulżyć w cierpieniu rozumianym nie tylko jako ból fizyczny i emocjonalny. Dotyczy ona także bólu psychicznego, egzystencjalnego, duchowego i jego społecznych aspektów: w związkach, rodzinie, pracy. Bo choroba onkologiczna powoduje bolesne zmiany na wszystkich tych płaszczyznach życia.

Na ile wiara jest ważna w przeżywaniu choroby?

- Dla jednych religia jest formą ekspresji własnej duchowości, dla innych wiara to przekonanie o istnieniu transcendentnej siły, niekoniecznie identyfikowanej jako Bóg i manifestowanej przez udział w rytuałach religijnych. Wiara u pacjentów może łagodzić poczucie samotności, może dawać oparcie w sile wyższej, można na nią scedować część odpowiedzialności… Chociaż jak obserwuję osoby prawdziwie wierzące, to mam poczucie, że biorą za siebie odpowiedzialność, nie zrzucają jej na Boga. Dla wielu bardzo ważne jest, żeby przychodził ksiądz, żeby przyjmować komunię. Zyskują większy spokój, większy kontakt ze sobą, swoimi uczuciami, są mili dla lekarzy i pacjentów leżących z nimi w sali. Wielu ateistów w obliczu choroby nawraca się w myśl przysłowia: „Jak trwoga, to do Boga”, niekiedy pojawia się też wewnętrzna przestrzeń, która wynika ze szczerej potrzeby sensu. Ktoś mówi: „Gdybym miał teraz umrzeć i nie miałoby to żadnego sensu, to byłoby to przerażające. Chcę wrócić do Kościoła”.

Ks. Kaczkowski, doktor teologii moralnej i szef puckiego hospicjum: W chorobie czuję się najbardziej wolny w rozmowie z samym Bogiem

Czy są badania, które potwierdzają wpływ wiary na wyleczenie raka?

- Najważniejsze są badania Rosenkranza, Carlsona i Davidsona. Praktyka medytacyjno-modlitewna (np. joga), tzw. mindfulness (praktyka uważności) wpływają na poprawę jakości życia, pacjenci lepiej radzą sobie z lękiem wynikłym z choroby. Do tego dochodzi pozytywny wpływ na działanie układu odpornościowego, co widać np. w redukcji poziomu kortyzolu (hormon stresu) we krwi i korzystnych zmianach w liczbie limfocytów (komórki układu odpornościowego). Pacjenci z rakiem piersi lub rakiem prostaty, którzy brali udział w programie mindfulness, wykazywali korzystne zmiany w produkcji białek wpływających na wzrost komórek układu odpornościowego.

Pozytywny wpływ wiary dotyczy konkretnego wyznania?

- Wiara nie jest wystarczającym czynnikiem. Praktyka uważności wymaga aktywności i systematycznych działań. Każdy może ją stosować niezależnie od tego, jakiego jest wyznania.

„Wystarczy wierzyć w siebie, żeby zmienić swoje życie, niepotrzebny jest do tego żaden mistrz ani Bóg” – to konkluzja filmu dokumentalnego „Kumaré. Guru dla każdego”. Na ile to ma sens i na ile pani to obserwuje wśród pacjentów?

- Dla mnie to ma sens. Według mnie Bóg, jakkolwiek rozumiany, chciałby, żebyśmy byli osobami, które wierzą w siebie i mają w sobie oparcie. Tak sobie wyobrażam sens wiary – urzeczywistnić to, co jest w człowieku najbardziej wartościowe. Wykorzystać najlepiej jak potrafię potencjał, którym dysponuję.

W Polsce rynek uzdrowicieli jest wart 5 mld zł. Czy wiara w nich jest równie wartościowa?
- Mam niedobre doświadczenia z uzdrowicielami, którzy zapewniają: „To dzięki mnie nowotwór będzie się rozpadał jak cząstki pomarańczy, znikał, aż będzie pani zdrowa. Uleczę panią, ale trzeba przerwać chemię”. Pacjentki, które korzystały z takich porad, już nie żyją. Prawdopodobnie by żyły, gdyby zastosowały się do leczenia, które proponowali im lekarze.
To na czym polega siła uzdrowicieli?
- Pacjent, który przychodzi do uzdrowiciela, czuje się traktowany tak, jak by chciał być traktowany. Uzdrowiciel poświęca mu czas i uwagę, a to kojarzy się z miłością. Jeżeli uzdrowiciel zaspokaja te potrzeby, to dobrze; gorzej, gdy odwodzi od leczenia.
Siła Kumarégo, który jest guru znikąd, a mimo to przyciąga ludzi, tkwi w nadziei i rozmowie, które daje.
- Pacjent chce być wysłuchany i u uzdrowicieli często jest wysłuchiwany. Choć słyszałam, że są i tacy, u których wizyta trwa minutę – przyłożenie rąk i następny, proszę. W szpitalu jest dużo trudniej, kontakt lekarz – pacjent został zamieniony na kontakt lekarz – sterty formularzy. Pacjent idzie więc do uzdrowiciela, gdzie system nie zdołał wykluczyć części leczenia, którą jest rozmowa lekarza z pacjentem.
Ilu jest w Polsce psychoonkologów, a ilu powinno być?
- Jest znacznie lepiej niż 10-15 lat temu. Wiele się zmieniło od czasu, gdy prof. Krystyna de Walden-Gałuszko, pionierka psychoonkologii, biła na alarm, że jest 19 psychoonkologów na 400 tys. chorych na raka i 140 tys. nowych zachorowań rocznie. Coraz bardziej oczywiste dla kierowników klinik onkologicznych jest to, że obecność psychoonkologa w szpitalu służy chorym i personelowi medycznemu. Oczywiście nie wszystkim psycholog jest potrzebny. Badania mówią, że ok. 47 proc. pacjentów jest skłonnych sięgać po jakąś formę pomocy.
Co z resztą?
- Z emocjonalnymi skutkami choroby radzą sobie samodzielnie na różne sposoby, np. korzystają z poczucia oparcia w sobie, ze wsparcia rodziny i przyjaciół. Są też tacy, którzy takiego wsparcia nie mają, ale odrzucają moją pomoc. Na męskim oddziale patrzyłam kiedyś na pacjenta, który był agresywny, krzyczał na pielęgniarkę, wyraźnie sobie nie radził. Kilka dni później zapytałam: „Czy mogę panu być w czymś pomocna?”. Usłyszałam: „Proszę pani, ja nie jestem chory psychicznie, ja mam raka”. W świadomości społecznej psychologiczne problemy nadal stanowią stygmatyzację.
Co wtedy?
- Trudno jest pukać do łóżka i mówić: „Przychodzę odkryć przed panem świat, którego pan nie widzi lub nie chce widzieć. Ale ja na siłę chcę, żeby pan zobaczył”. Nie robię tego chociażby dlatego, że mam wystarczająco dużo pracy z osobami, które mówią, że chcą zająć się swoimi uczuciami. Poza tym chcę poważnie traktować osobę, która stawia granicę, mówiąc: nie.
Na czym polega pani praca?
- Zawsze pytam: „Jaki jest problem, który pana sprowadza?”. Jak ktoś mówi: „Przychodzę, bo jestem chory na raka”, odpowiadam, że od tego jest onkolog. Psychoonkolog zajmuje się tym, jak sprawić, żeby chory lepiej emocjonalnie radził sobie z chorobą albo ze skutkami leczenia, które też są bardzo uciążliwe.
Jakie są naukowe dowody na to, że rozmowa pomaga?- Badania mówią, że interwencja psychologiczna obniża lęk, podnosi jakość życia, poprawia umiejętność radzenia sobie z chorobą i ze skutkami leczenia. Umiejętność regulowania lęku wpływa na wzmocnienie układu odpornościowego.
Jestem chory, boję się, że umrę. Co mi da rozmowa z panią?
- Pytam, czy możemy porozmawiać o umieraniu.
To najtrudniejszy temat.- Ale każdego z nas dotyczy. W naszej kulturze zachowujemy się tak, jakby śmierć miała nas nie dotyczyć. Nie myślimy o zmarszczkach, tylko o tym, żeby ich nie mieć. To polega na zaprzeczeniu prawdziwym uczuciom, co budzi lęk, który prędzej czy później przeradza się w cierpienie.A jeśli chcę porozmawiać o strachu przed śmiercią?

- Lęk w ciele manifestuje się na trzech poziomach: mięśni szkieletowych, zaburzeń w procesie myślenia (mam splątane myśli, nie kojarzę, widzę w zamazany sposób) oraz na poziomie mięśni gładkich, czyli narządów wewnętrznych, czego objawem może być np. ból żołądka. Uczę pacjenta rozpoznawania tych objawów i reagowania na nie.

Co mu daje ta wiedza?
- Może się nauczyć regulować ten lęk i nie cierpieć z jego powodu. W psychoterapii mamy trójkąt Malana. W jego dolnym wierzchołku są uczucia i impulsy, między innymi złość. Jeśli się tą złością nie zajmę w uważny sposób, nie ureguluję jej, to przejdzie w lęk. Lęk jest sposobem na odcięcie się od uczuć, wtedy nie mam już dostępu do siły i witalności, która płynie z ich przeżywania, więc przechodzę do trzeciego wierzchołka – zachowań samoatakujących i samoniszczących. Na przykład popadam w alkoholizm, narkomanię albo – mniej ekstremalnie – przechodzę do rozmyślania o tej złości. Myślę: „Mogłam mu powiedzieć to i to!”. Zajmuję się przemiałem myśli, co jest bezproduktywne i uruchamia całe mnóstwo innych niekorzystnych, dysfunkcjonalnych zachowań.
Jak często rak jest dla pacjenta pierwszym momentem, kiedy zaczyna zwracać na siebie uwagę?
- Niekiedy pacjent mówi: „To okropnie brzmi, ale gdybym nie zachorował na raka, nigdy nie zająłbym się sobą. Wcześniej myślałem, że zajmowanie się sobą to jest takie cackanie się”. Mamy kulturowo wdrukowane, że zajmowanie się sobą nie ma wartości. Szczególnie mężczyźni.
W książce „Rak po polsku” twierdzi pani, że choremu powinno się powiedzieć, że umiera.
- Chory ma prawo znać prawdę i być traktowany poważnie. Jeśli syn prosi, żeby nie mówić ojcu o złych rokowaniach, „bo się załamie”, to wychodzi na jaw, że wizja śmierci ojca jest przerażająca dla syna i tak bardzo dystansuje się od tego lęku, że projektuje go na ojca. Prawda jest taka, że pacjent bardzo często jest wdzięczny, że może o tym porozmawiać. Człowiek, kiedy umiera, wcale nie potrzebuje mniej miłości, zrozumienia i współczucia; właśnie wtedy najbardziej potrzebuje rozmowy oraz szczerości. Ból śmierci i umierania staje się lżejszy, gdy możemy go z kimś dzielić.
Konsekwencją braku rozmowy jest osamotnienie?
- Tak, umierającego i tego, kto go żegna. Brak rozmowy odbiera też możliwość pożegnania się, a niekiedy uniemożliwia tak prozaiczne rzeczy jak przepisanie konta w banku, załatwienie spadku. Niedomknięte sprawy pozostają ogromnym kłopotem w trakcie żałoby. Znałam rodzinę, a w niej dzieci – jedno w wieku przedszkolnym, drugie miało dziewięć lat. Dorośli wyobrażali sobie, że chronią te dzieci, nie mówiąc im, że mama choruje i umiera. Dzieci nie były nawet na pogrzebie. Dziewięcioletni chłopiec dowiedział się, że mama nie żyje, przez przypadek, bo jakaś ciocia zaprowadziła go na cmentarz. Wpadł w furię: „Jak mogliście mi nie powiedzieć?!”.Na skutek śmierci dochodzi do traumatycznego uszkodzenia bezpiecznej więzi między matką i dzieckiem. Dodatkowo czuje się zignorowane przez ojca, który zupełnie nie zauważa uczuć doświadczanych przez dziecko. Jest wściekłe na ojca, którego równolegle kocha, więc pojawia się poczucie winy – zaczyna karać siebie za tę wściekłość. Efektem jest to, że te wszystkie uczucia: smutek, żal, żałoba, są wypierane do podświadomości. Dziecko reaguje zniecierpliwieniem, złością, buntem i wycofaniem za każdym razem, gdy pojawiają się problemy. Jego nierozwiązane konflikty są zamiatane pod dywan i magazynowane przez całe życie bez możliwości uwolnienia się od nich, rozwiązania ich i pozostawienia za sobą. Destrukcyjne skutki takich doświadczeń mogą się wyrażać w postaci zaburzeń neurotycznych lub somatyzacji.
Czyli?
- Pojawiają się choroby, które mają podłoże psychologiczne.
A gdyby dziecko wiedziało, co się dzieje z matką?
- Ogromna trauma utraty rodzica na pewno wpłynie na jego życie, ale gdyby mogła być przeżyta w zdrowy sposób, opierając się na więzi, która łączy je z ojcem, gdyby mogło przeżywać ten proces razem w rodzinie, prawdopodobnie lepiej by sobie poradziło z chorobą i śmiercią mamy. Trauma nie byłaby tak dużym bodźcem wywołującym wściekłość, za którą do końca życia ten człowiek będzie się karał. Przyjęcie nieuchronnych strat wymaga odwagi, ale pozwala otworzyć się na uczucia, na miłość i życie.
W książce „Rak po polsku” mówi pani, że brak akceptacji śmierci prowadzi do większego cierpienia.
- Brak akceptacji wypływa z tego, że nie przeżywamy swoich uczuć. A cierpimy wtedy, kiedy się z nimi nie kontaktujemy.Wracając do trójkąta Malana: osoby umierające doświadczają różnych uczuć, ale ponieważ zakrywają je lękiem, pozostają od nich odcięte. Nie mogą więc powiedzieć bliskim: „kocham”, „dziękuję”, „przepraszam, że cię zraniłem”. W to miejsce pojawiają się zachowania samoniszczące, np.: „Nie będę rozmawiać z córką, bo 30 lat temu się z nią pokłóciłem”. To dysfunkcjonalne zachowanie niszczy nie tylko chorego, ale też relacje, jakie ma z rodziną. Jeśli na łożu śmierci człowiek szczerze mówi o swoich uczuciach, to umierając, pozostawia bliskich z mniejszym ciężarem. Po jego śmierci to, co pozostaje, to po prostu przeżycie żałoby i pozwolenie tej osobie we mnie na odejście. To naturalny, zdrowy proces, który pozwala dalej normalnie żyć.
Na ile wierzącym łatwiej jest umrzeć?
- Nie potrafię przytoczyć żadnych badań, ale wydaje mi się, że osobom, które wierzą w Boga, łatwiej jest dotykać tej ostateczności. Podchodzą do tego, co się dzieje, z ufnością i nadzieją, bo wierzą, że idą do Ojca.
Mówi pani, że przeżywanie smutku jest ważne. Co daje?
- Jestem obecna, przytomna w kontakcie z rzeczywistością. Zawsze, gdy zaprzeczam i odcinam się od kontaktu z rzeczywistością, którą są moje uczucia, to efektem jest cierpienie.
Akceptacji choroby, śmierci i smutku przeciwstawia pani hurraoptymizm; pisze pani nawet o terrorze optymizmu.
- Jestem przeciwniczką terroru pozytywnego myślenia, jeśli ma to polegać na tym, że pacjent nie kontaktuje się z prawdziwymi uczuciami, tylko im zaprzecza i w to miejsce wstawia hurraoptymizm. O chorych-optymistach mówi się w onkologii, że mają ducha walki. Sama zamówiłabym sobie na Allegro taki styl walki, gdybym miała być chora, bo wtedy pacjent działa, ma poczucie wpływu i to mu pomoże. Ale prawda jest taka, że w populacji takich osób jest kilkanaście procent. Reszta różnie reaguje, każdy ma swój styl, który towarzyszy mu od dzieciństwa, np. zaszywa się w ciemnym pokoju, naciąga kołdrę na głowę i siedzi tak trzy dni. Dopiero potem potrafi wyjść do rzeczywistości i jakoś sobie radzić. I tak było zawsze; ile razy miał problemy, tak się zachowywał, na swój sposób umiał sobie radzić z tym, co go spotykało.
I to jest równie dobry sposób jak optymizm?
- Nie wiem, czy jest równie dobry. Wolałabym sobie zamówić optymizm, bo on jest ładniejszy. Chciałabym mieć taki styl, ale jeśli go nie mam, to nie znaczy, że jestem gorszym człowiekiem albo mam gorsze wyniki w leczeniu. Jeśli np. popadam w smutek albo zapadam się w sobie, a wszyscy wokół mówią: „Zbierz się w sobie i zacznij walczyć, przestań płakać”, efekt jest taki, że czuję, że coś jest nie tak, czuję się samotna. W momencie, kiedy najbardziej potrzebuję wsparcia, mam poczucie, że dostarczam zawodu swoim bliskim. Terror pozytywnego myślenia przysparza choremu cierpienia. Dlatego jestem daleka od potrząsania chorym i mówienia mu: „Przestań się zanurzać w depresję, bo masz teraz optymistycznie patrzeć na to, co się z tobą dzieje”. To jest postawa odhumanizowana, pozbawiona współczucia i chęci towarzyszenia człowiekowi w tym, co przeżywa.
Justyna Pronobis-Szczylik - psychoonkolożka, wsparciem chorych na raka i ich rodzin zajmuje się od 1994 r.
żródło: gazeta.pl
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Czasopisma

 

Konwersacja trochę nerwowa cz. 6 – o radzeniu sobie.

27 wrz

Pozwól mi marzyć
Pozwól mi uwierzyć 
Pozwól mi powiedzieć 
że możemy zmienić historię 
Jeśli prawdą jest, że jesteśmy wolni 
że możemy odlecieć 
Uwolnij mnie 
Mam wrażenie że się zadławię

W tym mini mini mini świecie mini mini
Ten mini mini świat mini
Ten mini mini świat mini mini 
Czuję się jakbym biegła w zwolnionym tempie 
W tym świecie mini (…)
Nadal śnię że śpiewamy tę samą melodię

Nie rozumiem ich
ale co chcą powiedzieć
dlaczego jest mi zimno
Czy to tak się umiera?
A jeśli chcę przeżyć
Czy naprawdę muszę to zaakceptować
Ze wszystkim się dostosować
Z dala od mej rzeczywistości

Zatem idę każdego dnia 
Umieram w każdym momencie 
Czuję że
Życie trwa tylko chwilę 
Niesiona po horyzont
Przez jakieś nuty muzyki
Śpiewam o nadziei
Aby uczynić moje życie magicznym (…)

Tłumaczenie: tekstowo.pl

Znów przyszła. Nie było jej już bardzo długo. Już myślałem, że w ogóle nie przyjdzie. Dni leciały bardzo szybko. Minęły wakacje. Znów wrzesień. W koronach drzew zaczęły pojawiać się barwy rdzy i złota. Jesień. Zimne wieczory… Bezwiednie zmieniłem temat a miałem opowiedzieć o jej następnej wizycie. Podświadomie chyba nie chcę o niej mówić – o wizycie. Zbyt dużo irytacji,nerwów, niedokończonych zdań i uczucia zawieszenia, milczenia. 

Rytuał parzenia kawy odbył się jak zwykle. Jak zwykle siedziała niespokojnie, podnosząc filiżankę do ust i pijąc małymi łykami. Kawa parzyła usta, język i przełyk. Miałem wrażenie, że ta wizyta jest ostatnia a bardzo tego nie chciałem. Była mi taka bliska, chociaż bez tej intymnej, fizycznej bliskości . Gościłem ją w domu. Obserwowałem jak pije kawę. Słuchałem jej nerwowych monologów. Odpowiadałem i słyszałem niezadowolenie w jej głosie. Zawsze była niezadowolona z tego, co mówiłem. Romantyczna dusza osadzona w trudnej rzeczywistości. Idealistka, która chciała, aby świat był taki, jak na kolorowym, pięknym obrazku. Szukała idealnej miłości, idealnych ludzi i idealnych relacji. Była zawiedziona jak dziecko, kiedy wszystko było inne niż ona chciała. Płakała i krzyczała. Kurczyła się w sobie i patrzyła tymi dziecięcymi oczami na mnie a ja drętwiałem w środku, bo nie mogłem  nic zrobić. Podnosiła się wtedy energicznie i uciekała, trzaskając drzwiami. Teraz też tak było…

- Dobra ta kawa…

- Wiem. Powtarzasz to zawsze, kiedy ją pijesz.

- Wiem. Nie wiem jak powiedzieć…

- Co? Co tym razem wymyśliłaś?

- Przychodzę do ciebie i coś próbuje powiedzieć. Mam nadzieję, że usłyszę jakąś radę, pocieszenie a ty zawsze reagujesz rzeczowo, drętwo i odpychająco. Ratuje cię ta kawa – roześmiała się, chociaż oczy znów zrobiły się jak u małej dziewczynki.

Patrzyłem spokojnie. W ciszy. Czekałem na jej słowa. 

- Pogubiłam się. Nie wiem, co dalej.

- Przecież było już dobrze. Byłaś zadowolona. Kto zrozumie kobiety…

- Znów sarkazm. Mam dość. Przychodzę i mówię o swoich problemach, uczuciach a ty zawsze mnie zbywasz. Śmiejesz się, kiedy ja płaczę. Krytykujesz, kiedy ja potrzebuję wsparcia. Nie wiem po co ja przychodzę. 

- Może ja też nie wiem, nie wiem jak radzić sobie z życiem. Nie znajdziesz we mnie oparcia.

Patrzyła szeroko otwartymi oczami. 

- Wiem. Chciałam sprawdzić co powiesz. Poradzę sobie. Poradzę sobie bez tych rozmów, bez użalania się, bez płaczu, no chyba, że będą to łzy radości. Wiem to! 

Podniosła się energicznie i dodała:

- Kiedyś wpadnę na kawę. Kiedyś… Może…

Wyszła trzaskając drzwiami.

Za oknem słoneczna jesień malowała korony drzew na różne kolory.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Wymyślone

 

Słuchałam mojego bloga!!!!

26 wrz

Słuchałam mojego bloga!!!

I przyznam sama jestem pod wrażeniem! Dla mnie wielka niespodzianka. Byłam bardzo ciekawa, jak to będzie wyglądać. Wysłałam awatar mojego bloga – obrazek oczu, pod którym będę się „ukrywać”, ale autorka aplikacji wybrała co innego. Wybrała moje zdjęcie a więc nici z ukrywania. Zamiast oczu jest moja osoba – zdjęcie, które zrobiła koleżanka i które bardzo mi się podoba. Widzę na nim piękną, szczęśliwą kobietę, która  ”patrzy” w obiektyw z uśmiechem. Zdjęcie jest piękne! Mam w łzy oczach , kiedy myślę o tym, że ta kobieta to ja…

Spełniają się marzenia… Nie wiem, czy marzyłam o czymś takim. Nie, nie marzyłam. Byłam osobą, która mówiła: 

- Nie będę marzyć, bo wiem, że nie mam szans na to, żeby cokolwiek się spełniło. Nie dobrego mnie nie spotka…

Och, życie! Jesteś bardzo przewrotne i pełne niespodzianek…

Kocham cię, życie!

Poprosiłam syna o ściągnięcie aplikacji, bo ja nie mam takiego „mądrego” telefonu.

Słuchałam moich wpisów. Obok mnie siedział syn i też słuchał, i dziwił się:

- Mamo, ty to napisałaś? – i buzia mu się rozdziawiała :roll:  

A ja rosłam z dumy. 

Dziękuję Jolu z Poziomkowego Wzgórza

Jestem z siebie dumna! Dostałam najpiękniejszą nagrodę!

Dostałam też piękny list od Ani, jednej z moich czytelniczek i skrzydła mi urosły i stały się ogromne i  rozłożyste. Jeden list a cieszyłam się, jak dziecko, które dostało najbardziej wymarzony prezent. 

Jest jeszcze jedna blogowa znajomość - Jola, kobieta, którą cenię za jej życiowy optymizm.

Aktywny link do www.audio-blog.pl

Życzę miłego słuchania!!!!

Do posłuchania: piosenka przesłana z Poziomkowego Wzgórza

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie

 

Zostań przyjacielem samego siebie. Potrafisz?

24 wrz

dziewczyna-przed-lustremNiedawno rozmawiałam na taki właśnie temat – negacji swoich osiągnięć, deprecjonowania tego, co osiągnęłam i jakim człowiekiem jestem, bo… i tu poleciało mnóstwo „racjonalnych” argumentów. Tylko czemu one miały służyć? Poniżaniu samej siebie!!!! Co zrobić, aby kochać siebie i być z siebie dumnym… A właśnie! Przeczytałam o tym artykuł i chcę się nim podzielić… Zapraszam do czytania i do myślenia, ale nie tylko.

Stań przed lustrem. Spójrz sobie w oczy i z poważną miną powiedz: „Jestem swoim najlepszym przyjacielem”, „Kocham siebie i jestem dumna z tego, że daję radę”. Potrafisz, czy uważasz, że to dziecinada i nic nie warte zachowanie? A może się boisz, bo nie dasz rady, bo nie lubisz i nie akceptujesz siebie… A patrzenie na siebie aż boli… Spróbuj, to nic nie kosztuje… Spójrz na siebie pozytywnie, ale przed tym przeczytaj artykuł!

Bardzo często reagujemy na nasze doświadczenie wrogo w stosunku do siebie samych. Przypominamy kogoś, kto nienawidzi siebie, kto chce zwalczyć siebie, kto poniża siebie. Można to wszystko, co wtedy robimy nazwać jedną wielką samo-negacją. Począwszy od sfery pieniędzy przez związek, zdrowie, relacje rodzinne i towarzyskie a skończywszy na duchowej ścieżce jesteśmy swoim największym przeciwnikiem. Negujemy wszystkie zdrowe psychofizyczne odruchy jak pragnienie dobrobytu, spełniającego seksu, czy idealnej kondycji. Nauczyliśmy się od naszego otoczenia w ten sposób podchodzić do siebie samych. Być może religia głosiła nam, że bogactwo jest złe, że seks jest zły i ciało jest złe. Nauczyliśmy się transformować i koloryzować nasze właściwe i naturalne reakcje. Wmówiono nam, że człowiek z natury jest zły i wszystko, czego można się po nim spodziewać, co pochodzi z jego wnętrza jest skażone grzechem. Wmówiono nam, że potrzebujemy zbawienia pochodzącego spoza nas aby to zło wyeliminować i zastąpić dobrem. Jakże mielibyśmy być swoimi przyjaciółmi czując się jakąś pokraczną i grzeszną kreaturą? Nie można kochać siebie i mieć siebie zarazem w pogardzie. Sądzę, że warto uświadomić sobie ten problem, jakim jest uwarunkowanie wrogością wobec siebie, to ciągłe nazywanie swoich myśli, uczuć, ciała, odczuć, pragnień czymś złym i potępienia godnym. Jeżeli zaakceptujemy i dopuścimy je takimi, jakimi są, one zakwitną jak kwiaty. Jeśli jednak będziemy stale próbować zwalczać je i zmieniać, to stawać się będą jak chwasty. Pozwól sobie być tym, kim jesteś i pozwól swojemu ciału i swojemu umysłowi na to samo. Pozwól być sobą swoim uczuciom i pragnieniom. Jeżeli będziemy ciągle chcieli na nie wpływać, będziemy również ciągle je niszczyć. Wielu ludzi czuje, że ich życie to mentalna, emocjonalna i fizyczna ruina, nie za bardzo jednak wiedzą dlaczego tak się dzieje. Nie rozumieją, że sami przyczyniają się do tej sytuacji stając po wrogiej stronie wobec tego, co zastają w swoim wnętrzu, w swoich ciałach, uczuciach i myślach. Dali się przekonać, nieważne komu, że są źli i mogą oczekiwać po sobie jedynie zła. Możesz mówić do siebie używając afirmacji „jestem swoim najlepszym przyjacielem”. Użyj wszystkiego, co umiesz by obudzić w sobie miłość do siebie i pozbyć się samo-nienawiści.

Ze strony: zyjswiadomie.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie

 

Religijność i wiara, czyli duchowość nam służy.

23 wrz

religieWszystko zaczyna się w głowie -poczucie strachu, miłości, złości, szczęścia. Wszystko zaczyna się w naszym umyśle. Mówimy: kocham z całego serca, czuję motyle w brzuchu, moje serce się lęka – uczucia wiążemy z określona częścią ciała, ale tak naprawdę wszystko rodzi się w naszej głowie. Naukowcy od lat próbują świat uczuć zbadać, zmierzyć, przeanalizowanie. Ostatnio dzięki nowoczesnym zdobyczom techniki idzie im to coraz lepiej. Prześwietlają czaszki tomografem, podłączają elektrody do mózgu i widzą obraz. Wzbudzają określone uczucia i widzą na obrazie zmiany zachodzące w danym obszarze. Zaczynają materializować to, co do niedawna było niemożliwe. Generują obraz Boga a właściwie obserwują zmiany zachodzące w mózgach osób wierzących i porównują je do zmian zachodzących w mózgach ateistów, czy agnostyków. Na taki temat „wpadłam”. kiedy usłyszałam o hipokampie – części naszego mózgu. Części bardzo ważnej. Hipokamp jest odpowiedzialny za emocje i zachowania opiekuńcze. Drażniony prądem wywołuje halucynacje i psychozy. W przypadku, kiedy człowiek jest w depresji jego hipokamp się kurczy, co wpływa na zmianę zachowania. (artykuł „Mózg, umysł i zachowanie”). A to kilka słów o hipokampie z bloga hipokamp.blog.onet.pl „Okazało się, że hipokamp (rejon znajdujący się u podstawy mózgu, odpowiedzialny za tworzenie się wspomnień) u kobiet cierpiących na depresję jest średnio 10 proc. mniejszy niż w grupie kontrolnej. Ponadto liczba ataków choroby ma związek ze zmniejszaniem się hipokampu. Dlatego uznano, że to depresja jest przyczyną zmniejszania się tej części mózgu, nie zaś odwrotnie.Większość z badanych kobiet zażywa leki antydepresyjne, ale badania nie wykazały ich negatywnego wpływu na komórki mózgu. To hormon stresu uwalniany podczas ataku depresji może być przyczyną zmniejszenia się hipokampu, co wydaje się mieć wpływ na pamięć. Kobiety przeżywające depresję mają bowiem większe trudności z zapamiętywaniem listy słów niż pacjentki z grupy kontrolnej. W testach badających pamięć przestrzenną również wypadły gorzej.”. Ale nie o hipokampie chciałam pisać, tylko o wierze w Boga i jak wiara może wpływać na mózg a tym samym na zachowanie ludzkie.

W artykule „Po co mózgowi Bóg” można przeczytać: „W końcu przecież duchowość nam służy. Liczne badania dowodzą, że posiadanie wierzeń religijnych jest korzystne zarówno pod względem medycznym, jak i psychologicznym (o społecznym nie wspominając). Z raportów wynika, że osoby regularnie uczęszczające do kościoła żyją średnio o siedem lat dłużej od niewierzących, mają niższe ciśnienie krwi, szybciej wracają do zdrowia po raku piersi, mają lepsze wyniki leczenia choroby niedokrwiennej serca i reumatoidalnego zapalenia stawów, szybciej zachodzą w ciążę metodą in vitro, a ich dzieci rzadziej cierpią na zapalenie opon mózgowych. Pacjenci z silną „wiarą wewnętrzną” (głęboką, osobistą wiarą, a nie tylko inklinacją społeczną, by bywać w miejscu kultu religijnego) wychodzą z depresji o 70 proc. szybciej, niż osoby mniej religijne.  Religia, która działa tak, jak powinna – nie mówimy tu o fanatykach wysadzających niewierzących – wzmacnia płaty przedczołowe, a to wspomaga hamowanie impulsów – tłumaczy McNamara.  Aktywności religijne, takie jak modlitwa, rytuały, powstrzymywanie się od spożycia alkoholu, umacniają zdolność kontrolowania prymitywnych impulsów przez płaty czołowe. Religie dają wyznawcom jeszcze inne ważne wzmocnienie: wsparcie grupy społecznej.  Nauka już dawno dowiodła, że brak kontaktów społecznych może być bardziej szkodliwy dla zdrowia niż otyłość, alkoholizm i palenie 15 papierosów dziennie. Przynależność do grupy ma ogromne znaczenie psychologiczne. W czasach prosperity pojawia się tendencja do kwestionowania ruchów masowych, lecz podczas kryzysów ekonomicznych ruchy fundamentalistyczne kwitną – mówi McNamara.

Zmiany chemii mózgu mogą też prowadzić do utraty wiary. McNamara poddał badaniu tomograficznemu pacjentów z chorobą Parkinsona. – Zidentyfikowaliśmy podgrupę osób religijnych, które wraz z rozwojem choroby utraciły niektóre aspekty religijności – mówi naukowiec. W mózgu chorych brakowało dopaminy, dlatego McNamara podejrzewa, że religijność ma związek z aktywnością dopaminy w płatach przedczołowych. – Te obszary mózgu doskonale radzą sobie ze złożonymi zagadnieniami, stąd możliwe, że chorym na Parkinsona jest znacznie trudniej przyswoić sobie skomplikowane przeżycia religijne. Co ciekawe, naukowcy zauważyli, że w przypadku osób określających się jako „urodzone na nowo”, religijność nie przynosiła opisywanych powyżej korzyści. Przeciwnie, badanie przeprowadzone niedawno przez naukowców z Centrum Badań nad Starzeniem przy Uniwersytecie Duke’a w Karolinie Północnej, wykazało znacznie wyraźniejszy zanik hipokampu (uszkodzenie mózgu związane z depresją, chorobą Alzheimera i demencją) u osób, których życie zmieniło się pod wpływem przeżycia religijnego, niż w przypadku osób religijnych, które nie doświadczyły ponownych narodzin. Ludzka psychika źle znosi wszelkie formy dysonansu poznawczego – lub podważanie głęboko zakorzenionych wierzeń – dlatego naukowcy podejrzewają, że wysiłek, z jakim narodzeni na nowo chrześcijanie obalają własne przekonania i zmieniają sposób myślenia, jest dla ich mózgu ogromnym stresem.” – pisałam o tym i ja. Urodziliśmy się w określonej rzeczywistości religijno-kulturowej. Każda nieoczekiwana zmiana powoduje szok. Wiara, w jakiej się wychowaliśmy może być ogromnym bogactwem dla naszego rozwoju – więc po co ją zmieniać, albo porzucać i narażać się na kolejny stres.

Ciekawy artykuł: „Czy Bóg istnieje? Sześć argumentów przemawiających za tym, że Bóg naprawdę jest”.

I na zakończenie trzy filmy, których głównym bohaterem jest ks. Jan Kaczkowski chory na glejaka mózgu. Lubię tego księdza, bo w normalny sposób podchodzi do kwestii kapłaństwa, choroby i śmierci. Nie epatuje średniowieczną, zawziętą wiarą i chęcią jej szerzenia. Obejrzyjcie, bo warto!

ks. Jan Kaczkowski cz.1

 ks. Jan Kaczkowski cz.2

 

 Ks. Jan Kaczkowski rekolekcje o chorobie, kapłaństwie i odnajdywaniu Boga. cz.3

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Czasopisma, Internet, Życie

 

Z wizytą u Zosi – tej od „kochanie nie denerwuj się” ;-) – tym razem o ubiorze.

22 wrz

para-młoda-280x290Odwiedziłam niedawno  Zosię. Tę Zosię zawsze uśmiechniętą, pełną optymizmu i wyrozumiałości dla swojego męża i dorosłych dzieci. Kiedyś opowiadałam o niej i jej problemie z mężem. Jest jedna optymistyczna wiadomość – mąż Zosi poszedł do pracy. Rozwiązał się jeden z jej problemów.

- Aż boję się cieszyć, żeby nie zapeszyć. Nie chce mi się wierzyć. Pracuje już od trzech miesięcy. Będzie na spłatę długów – mówiła z roześmianymi oczami – przyjedź na kawę. Porozmawiamy…

Oczywiście znów spotkałyśmy się w sklepie, robiąc zakupy. Umówiłyśmy się na sobotę i w sobotę pojechałam do mojej Zosi. Na ploteczki.

Zosia zrobiła herbatkę. Siedzimy, rozmawiamy, śmiejemy się a po domu snuje się małżonek w negliżu, to jest ubrany niekompletnie, w rozdeptanych kapciach i  z pilotem w dłoni. My rozmawiamy a on uporczywie zmienia kanały. W końcu wyszedł a Zosia puściła do mnie oko:

- A pamiętasz profesora od niemieckiego w naszym ogólniaku?

- Taki starszy i wiecznie niezadowolony?  Zawsze z koleżanką wpadałyśmy na tego pana a on wiecznie wyrażał się o nas z wielkim niesmakiem i niezadowoleniem. Zawsze był opryskliwy i mówił, że jesteśmy gnojówy. Pamiętam…

- Kiedyś na lekcji mówił o ubiorach. Był na jakimś uroczystym spotkaniu a że było gorąco jedna z pań zdjęła żakiecik i okazało się, że  w bluzeczce, na plecach ma parę dziurek. Elegantka, psia jego mać – krzyczał. Odstroiła się w dziurawą bluzkę. Taka kultura: z wierzchu wersal a pod spodem dziadostwo…

Zaśmiałyśmy się.

- Wiesz, tak opowiadam, bo ten mój stary też nie przejmuje się ubiorem.

- Jest w domu – może chodzić jak chce – zaśmiałam się.

- Tak jest nie tylko w domu – spojrzała wymownie w stronę drzwi, czy jej kochanie nie wchodzi.

- Pół  roku temu dostaliśmy zaproszenie na prezentację garnków. Impreza w znanej restauracji, więc wszyscy wystrojeni, ogarnięci. Najlepsze garsonki, kościołowe garnitury. Full wypas. My też odstawieni. Siedzimy w tej restauracji i słuchamy jak prelegent zachwyca się jakością, wytrzymałością i innymi atutami metalowych garnków. W pewnym momencie mój wzrok pada na buty mojego małżonka. Spojrzałam i oniemiałam z wrażenia… Kochana! Do eleganckiego garnituru założył stare i rozdeptane pantofle. Tył jednego buta przydeptany do środka z odsłoniętą gołą piętą. Sznurowadło rozwiązane. Z drugim butem nie lepiej – w ogóle bez sznurowadła i te gołe stopy. Nie wiedziałam, gdzie oczy podziać. Przecież nie spieszyliśmy się z tym wyjściem…  A w domu powiedział: „Kto zwraca uwagę na nogi, aby góra wyglądała”. Wyobrażasz sobie…

- Siedział przy stoliku. Był długi obrus?

- Był.

- To kto patrzy na buty? – odparłam tak, jak jej mąż.

Jej „kochanie” weszło w tym momencie do pokoju a my wybuchnęłyśmy śmiechem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

„Nie istnieją błędy, tylko lekcje” a każda klęska jest bodźcem i cenną wskazówką.

21 wrz

glass-300558_640Rozwój to proces eksperymentalny, ciąg prób, błędów i sporadycznych zwycięstw. Nieudane eksperymenty w tym samym stopniu co udane są elementem procesu.

Rozwój człowieka to proces złożony z eksperymentów, prób i błędów prowadzący ostatecznie do prawdy. Za każdym razem, kiedy postanowisz zaufać sobie i podjąć działanie, nie masz pewności, jak rozwinie się sytuacja. Czasami odnosisz zwycięstwo, kiedy indziej tracisz złudzenia. Nieudane eksperymenty są jednak nie mniej wartościowe niż te uwieńczone sukcesem, w istocie, zwykle uczymy się więcej z rzekomych „niepowodzeń” niż z pozornych „sukcesów”.

Większość ludzi odczuwa wielkie rozczarowanie i złość, kiedy nie udają się plany, w które zainwestowali wiele energii, czasu i pieniędzy. Przeważnie ludzie odbierają takie doświadczenie jako porażkę. Chociaż nietrudno w pierwszym odruchu dojść do takiego wniosku, wpływa on hamująco na zdolność przyswajania życiowych lekcji.

Zamiast postrzegać własne błędy jako niepowodzenia, a błędy innych jako drobiazgi, można w nich dojrzeć szansę nauki. Jak stwierdził Emerson „Każda klęska jest bodźcem i cenną wskazówką”. Każda sytuacja, w której nie spełniasz własnych oczekiwań to okazja, by dowiedzieć się czegoś ważnego o swoich myślach i zachowaniach. Wszystkie sytuacje, w których czujesz się „skrzy­wdzony” przez kogoś, stwarzają szansę, by poznać własne reakcje. Bez względu na to, czy błąd wynika z twojej, czy z cudzej winy, daje możliwość rozwoju duchowego.

Kiedy rozważymy trudy życia – rozczarowania, urazy, straty, choroby, wszelkie nieszczęścia, jakie mogą się przydarzyć i przekształcimy swój sposób widzenia tak, iż zaczniemy w nich dostrzegać szansę uczenia się i rozwoju, otworzą się przed nami nowe perspektywy. Będziemy mogli zatroszczyć się o swoje życie i stawić czoło jego wyzwaniom, zamiast czuć się pokonani, zepchnięci do roli ofiary lub zdani na łaskę losu.

Tę prawdę ilustruje przepiękna opowieść zaczerpnięta z książki The Speed of Light („Prędkość światła”) pióra Gwyneth Cravens.

Asad przytoczył jej pewną opowieść. Dotyczyła młodej dziewczyny z Maroka, której ojciec był przędzarzem. Wzbo­gacił się na swoim rzemiośle, po czym zabrał córkę w po­dróż po Morzu Śródziemnym. Pragnął sprzedać przędzę, ale doradził tez córce, żeby rozglądała się za stosownym kandydatem na męża. Na morzu rozszalał się sztorm, okręt utknął na mieliźnie w pobliżu Egiptu, ojciec zginął, a córka została wyrzucona na brzeg. Wyczerpana, ledwie pamiętając, kim jest, brnęła przez piasek, aż spotkała rodzinę tkaczy. Przyjęli ją do siebie i nauczyli robić tkaniny Nareszcie poczuła zadowolenie.

Ale po kilku latach schwytali ją łowcy niewolników i zabrali na wschód do Stambułu, gdzie wystawili na sprzedaż. Człowiek, który wyrabiał maszty okrętowe, przyszedł na targ kupić niewolników do pracy w swoim warsztacie, ale kiedy zobaczył dziewczynę, zlitował się i zabrał do domu, zęby usługiwała żonie. Ale piraci ukradli ładunek, w który zainwestował, toteż me mógł nabyć pozostałych niewolników. On, dziewczyna i żona musieli sami wyrabiać maszty Dziewczyna pracowała ciężko i sumiennie. Wy­twórca masztów docenił jej umiejętności, darował wolność i uczynił partnerką w interesie, co napełniło ją radością.

Pewnego dnia poprosił dziewczynę, żeby nadzorowała transport masztów na Jawę. Zgodziła się, ale u wybrzeży Chin tajfun pochłonął okręt. Morze ponownie wyrzuciło ją na nieznany brzeg i znowu opłakiwała swój los „Czemu przydarzają mi się te nieszczęścia?” – pytała. Nie było odpowiedzi. Podniosła się i zaczęła iść w głąb lądu.

W Chinach istniała legenda, że pojawi się cudzoziemka, która zrobi namiot dla cesarza. Ponieważ w Chinach nikt nie umiał wyrabiać namiotów, wszyscy mieszkańcy tego kraju, w tym kolejne pokolenia cesarzy, rozmyślali nad przepowiednią. Raz do roku cesarz wysyłał emisariuszy do każdego miasta, żeby sprowadzali wszystkie cudzoziemki na dwór cesarski.

Pewnego dnia kobieta, która przeżyła katastrofę okrętu, stanęła przed cesarzem. Władca zapytał ją przez tłumacza, czy potrafi zrobić namiot „Sądzę, że tak” – odparła. Poprosiła o linę, ale Chińczycy nie słyszeli o czymś takim, więc, przypominając sobie dziewczęce lata w domu ojca przędzarza, poprosiła o jedwab i splotła linę. Poprosiła o grube płótno, ale Chińczycy go nie mieli, więc, przypominając sobie pobyt u tkaczy, utkała materiał nadający się na namiot. Poprosiła o paliki do namiotu, ale Chińczycy ich nie mieli, więc, przypominając sobie pracę u wytwórcy masztów, zrobiła paliki do namiotu. W końcu wykonała namiot. Cesarz zachwycił się konstrukcją i spełnieniem starej przepowiedni, obiecał więc ofiarować jej to, czego zapragnie. Poślubiła przystojnego księcia, pozostała w Chi­nach otoczona gromadką dzieci i dożyła późnej starości. Uświadomiła sobie, ze chociaż swego czasu jej przygody wydawały się przerażające, w ostatecznym rozrachunku przyczyniły się do jej szczęścia.

Dziewczyna z opowieści Asada po jakimś czasie zdała sobie sprawę z magicznego wymiaru ciężkich przejść. Dostrzegła doskonałość w ramach wyższego porządku rzeczy. Chociaż niekiedy trudno spojrzeć na jakąś sytuację z szerszej perspektywy, jest to nieodzowne, aby odkryć dobro w pozornie niefortunnych okolicznościach.

Żeby ułatwić ten proces uczenia, musisz najpierw opanować podstawowe lekcje współczucia, przebaczenia, etyki i – w końcu – humoru. Bez tych istotnych lekcji, będziesz tkwił w pułapce ograniczonego punktu widzenia i nie zdołasz przekształcić błędów w cenne lekcje.

Fragment pochodzi z książki Cherie Carterr-Scott „Jeśli życie jest grą – oto jej reguły”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

„Pilna uczennica” fragment artykułu ze strony Zwierciadło.pl

20 wrz

full-moonFragment artykułu „Prawo do niewiedzy i pomyłek,

12 września 2014 w Psychologia, Autor: Ewa-Klepacka-Gryz.

Reszta do przeczytania na stronie: Zierciadło.pl 

Pilna uczennica

– Wreszcie dojrzałam do długoterminowej terapii indywidualnej – powiedziała Anka i wyjęła pokaźny notes. – Relacje z mamusią i tatusiem załatwiłam w terapii grupowej, z odrzuceniem przez partnera pogodziłam się na zajęciach z choreoterapii, konflikty z córką rozpuszczam w medytacji…

Nie byłam w stanie słuchać dalej tej wyliczanki. Ania wydawała się zdyscyplinowanym żołnierzem, który systematycznie odhacza kolejne zadania. W szkole była najlepszą uczennicą, na studiach robiła dwa fakultety równocześnie, a kiedy urodziła córkę, przez trzy lata zajmowała się tylko dzieckiem.

– Kiedy córka wyjechała na studia, pomyślałam, że teraz pora zająć się samorozwojem; warsztaty dla kobiet, taniec, praca z ciałem i wreszcie przyszła pora na terapię.

Ania sprawiała wrażenie bardzo pilnej pacjentki. Upominała się o zadania domowe, prosiła o listę lektur do przeczytania, jej zeszyt z notatkami powoli się zapełniał, ale czułam, że to wszystko trafia jedynie do jej głowy, ciało spało. Terapia stała w miejscu, nie bardzo wiedziałam, co dalej. Pewnego dnia Ania zezłościła się: – Ja to wszystko rozumiem, wiem, jak powinno być, ale moje życie wcale się nie zmienia. Nie wiem, kim jestem, czego tak naprawdę chcę od życia. Nie mam żadnego poważnego problemu, który mogłabym rozwiązać w terapii, nie czuję się szczęśliwa. – A co czujesz? – zapytałam. – Nie wiem. Czy to bardzo źle? – odpowiedziała. – Nie, to cudownie!

Miałam nie pisać na blogu o przebiegu swojej terapii . Chyba złamię postanowienie. Spokojnie, nie będę opisywać szczegółów, jedynie problem. Opisany na blogu stanie się trochę mniejszy a więc łatwiejszy do przebrnięcia. ”Ania sprawiała wrażenie bardzo pilnej pacjentki…” - uderzające podobieństwo! Podobieństwo do mojej postawy na terapii. Jestem bardzo pilną pacjentką. Czytam polecone lektury. Mój zeszyt (też mam zeszyt z notatkami) pęcznieje od zapisanych kartek i mam wrażenie, że drepczę w miejscu. Opowiedziałam o wszystkim, co dzieje się dookoła mnie. Poukładałam sobie większość złych zdarzeń i nie opuszcza mnie wrażenie, że to wszystko było „zamiast”, było tylko odroczeniem tego, co nastąpiło teraz. Już nie ma czego „rzucać” i czym się „zasłaniać”. Zaczęłam mówić o moim prawdziwym problemie i … utknęłam. Zapanował strach – znajome mi uczucie. Ogromna chęć ucieczki. Panika. Milczenie. Zapędziłam się „w kozi róg” i NIE WIEM o robić dalej… NIE WIEM… Tak jak Anka chciałabym krzyknąć: JA TO ROZUMIEM, WIEM JAK POWINNO BYĆ, ALE… jednej „rzeczy” nie jestem w stanie przejść, bo ogarnia mnie panika. Nie jest tak, że nie chcę tych rzeczy-stanów „przerobić”. Chcę, ale NIE WIEM jak  zapanować nad uczuciem paniki. W nocy dręczą mnie koszmary – uciekam, znajduję się w niewykończonych domach, albo na pustym, zaoranym, czarnym polu. W snach zabijam osoby z mojej rodziny – moich nieżyjących już rodziców, brata   i znów uciekam. Tonę w brudnych, spienionych wodach rzek, przedzieram się przez ciemne i gęste lasy. Nawet we śnie czuję panikę. Kryję się w ruinach domów. Znów przestałam dobrze spać.

 Jung ma teorię dotyczącą snów i szybko by mi wytłumaczył, co dzieje się z moim „ja” .

Freud powiedział, że „sny są królewską drogą do nieświadomości” a Jung, że „sny pokazują nam nasze plecy”. 

Co moje sny mi pokazują? Ja wiem co, ale moją odpowiedzią jest irracjonalny strach.

Terapeuta uspakaja i mówi, że na wszystko trzeba czasu. Na oswojenie tego strachu najgorszego dla mnie,  też. Tylko jak długo? Ja bym chciała już… Poukładać wszystko i więcej się nie bać…

Ciekawa strona: Sny – ukryta potęga.

Warto też zajrzeć: Podejdź bliżej. Co nam w snach piszczy…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Czasopisma, Życie

 

„Drzazgi” – … przymierzam się, aby je usunąć. Boli…

17 wrz

Boję się tego co było kiedyś.

Boję się ciemnego, nieznanego pomieszczenia.

Boję się jazdy po Warszawie, chociaż nie raz przejeżdżałam odległości ponad pięciuset kilometrów jadąc w góry.

Przejeżdżałam przez Kraków a nawet pojechałam zwiedzać Wawel trafiając tam bez nawigacji.

Trafiłam!

Nie zgubiłam się!

A jednak się boję…

Boję się nawet teraz, kiedy mam spokój, historii, które wydarzyły się kilkadziesiąt lat temu – w moim dzieciństwie.

Boję się nagłych odwiedzin męża, chociaż on mnie nie szuka (albo tak mi się wydaje).

Boję się tego, co z nim przeżyłam.

Staram się te wszystkie złe wydarzenia „zamieść po dywan”.

Rzucam się wir różnych zajęć.

Szukam towarzystwa innych i ich aprobaty.

Głośno się śmieję. 

Staje się duszą towarzystwa – duszą innych a moja własna dusza łka.

Te drzazgi bolą!

Wiem, że mogę je usunąć, ale w chory sposób nie chcę.

Próbuję…

Do posłuchania piękna piosenka Adama Cohena „What other guy”  i tłumaczenie – uwaga!!!! – zapachnie erotyzmem  :oops:

Wiem jak wyglądasz o poranku
twoje pocałunku są miękkie i ciepłe
mógłbym narysować cię z zamkniętymi oczami
ubraną jedynie w muzykę

Wiem jak wiele lat uczyłaś się francuskiego
znam twoje ulubione filmy, twoje ulubione książki
Wiem co sprawia, że jesteś gotowa… płoniesz

Wiem, gdzie chodzisz ze swoimi pięknymi przyjaciółmi
Wiem jak smakujesz, gdy kończy się noc

Wiem, które rzeczy sprawiają, że się śmiejesz
Wiem jak przechylasz głowę do zdjęcia
który inny facet wie to wszystko?

Znam imię pierwszego faceta, którego pocałowałaś
Potrafię nazwać perfumy na twoim nadgarstku
który facet tak dobrze cię zna?

oh, Anne… oh, Anne…

Po tym jak się ubierasz poznaję,czego pragniesz
jaki rodzaj nocy planujesz

Wiem co robisz z rękami, gdy się całujesz
znam twoją ulubioną pozycję numer jeden i numer dwa
Wiem jak twoja skóra lśni… słuchaj

Wiem, gdzie chodzisz ze swoimi pięknymi przyjaciółmi
Wiem jak smakujesz, gdy kończy się noc

A tego słucham w drodze do pracy. Na cały regulator. Przez przypadek dali akurat w radio tę piosenkę:

Metallica Nothing else matters

Tak blisko, bez względu na odległość
Nie można dać więcej od siebie
Zawsze ufajmy w to, kim jesteśmy
I nic innego się nie liczy

Nigdy nie otworzyłem się na to w ten sposób
Życie jest nasze, żyjemy na swój własny sposób
Tego wszystkiego nie mówię ot, tak sobie
I nic innego się nie liczy

Szukam zaufania i odnajduję je (…)
Każdy dzień to dla nas coś nowego
Otwieram umysł na nowe perspektywy
I nic innego się nie liczy

Nigdy nie dbałem o to, co Oni robią
Nigdy nie dbałem o to, co Oni wiedzą
Ale ja wiem

Tak blisko, bez względu na odległość
Nie można dać więcej od siebie
Zawsze ufajmy w to, kim jesteśmy
I nic innego nie ma znaczenia

a póżniej usłyszałam taką melodię i poczułam się tak jakby śpiewali o mnie:

Matallica The unforgiven

Świeża krew dołącza do tego świata
I wkrótce jest ujarzmiony
Poprzez ciąg upokorzeń
Młody chłopiec uczy się ich reguł

Z czasem dziecko wdrąża się
Ten biczowany chłopiec zawinił
Pozbawiony własnych myśli
Młody człowiek zmaga się z tym o czym wie
Przysięga też sobie
Że od tego dnia
Nikt już nigdy nie odbierze mu jego woli

Tego co czułem
Tego co znałem
Nigdy nie przeniknęło przez to co okazywałem
Nigdy nie było
Nigdy nie okazało się
Nie zobaczymy jak mogłoby być

Tego co czułem
Tego co znałem
Nigdy nie przeniknęło przez to co okazywałem
Nigdy wolny
Nigdy sobą
Więc zwę Ciebie „Bezlitosnym”

Oni poświęcili swoje życie
By pokierować jego egzystencją
On próbuje zadowolić ich wszystkich
Jest całkiem zgorzkniały

Przez całe swoje życie
Wciąż walczył
Ale nie był w stanie wygrać
Jest zmęczony i o nic już nie dba
Ten stary człowiek przygotowuje się
By umrzeć z żalem
Ten stary człowiek tutaj to ja

Tego co czułem
Tego co znałem
Nigdy nie przeniknęło przez to co okazywałem
Nigdy nie było
Nigdy nie okazało się
Nie zobaczymy jak mogłoby być

Tego co czułem
Tego co znałem
Nigdy nie przeniknęło przez to co okazywałem
Nigdy wolny
Nigdy sobą
Więc zwę Ciebie „Bezlitosnym”

Nigdy naprawdę wolny
Nigdy naprawdę sobą
Więc zwę Ciebie „Bezlitosnym”

Ty oceniłeś mnie
Ja ocenię Ciebie
Uznaję to za niewybaczalne.

tłumaczenie: tekstowo.pl

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie