RSS
 

Moje wewnętrzne dziecko – tęsknota za miłością do siebie.

06 paź

dzecko

Co powiedziałabym sobie jako dziecku, jeżeli miałabym możliwość cofnięcia się w czasie. Co bym powiedziała tej maleńkiej dziewczynce. Małej, grubiutkiej, z warkoczykami jak mysie ogonki, które opadały na maleńkie ramionka. Zagubionej w świecie dorosłych, przestraszonej. W świecie, gdzie na porządku dziennym były krzyki, złość, zakazy, nakazy, gdzie ukochani rodzice zamiast przytulić zapłakane dziecko, zajęci byli sobą i swoją złością. Ona miała „nie ryczeć”, być cicho, przynieść coś, wynieść, nie denerwować, nie wchodzić pod nogi, odsunąć się, być przezroczysta, niewidzialna i KOCHAĆ ICH BO SĄ JEJ RODZINĄ. Co bym sobie powiedziała? W pierwszym odruchu wrzasnęłabym: nie rycz i idź się pobawić. Jesteś głupia! Oni są najważniejsi! Krajało mi się serce… Wtedy i dziś. 

Jeszcze nie umiem przytulić siebie samej… Czy można się tego nauczyć? Czy można nauczyć się uczuć? Przecież to są „odruchy serca”…

Na stronie internetowej przeczytałam ciekawy artykuł. Pojawiły się myśli: jak pokochać innych i nie czuć przed nimi strachu i uprzedzenia, skoro kochanie siebie samej jest niemożliwe, ale jest też światełko w tunelu (i nie jest to światło nadjeżdżającej lokomotywy) – nauczyłam się świadomości siebie i swoich uczuć a to pierwszy krok na drodze do sukcesu. Czasami nie jest to przyjemne, zwłaszcza wtedy, gdy wiem, że za wszystko co mnie spotkało w życiu dorosłym jestem odpowiedzialna sama. Nie mogę zrzucić winy na nikogo. Fakt, w dzieciństwie nikt mnie nie nauczył jak radzić sobie z uczuciami, zostałam z tym sama i sama wszystkiego się uczyłam, dlatego to moje obecne życie jest takie skomplikowane i pokręcone.

Dobra! Dosyć tej domorosłej psychologii! Oddaję głos pani Annie Czarneckiej:

„Dziecko którym byłaś  wciąż jest w Tobie. Często głęboko ukryte, chowa się po kątach, ciemnych piwnicach, pełnych pajęczyn i kurzu zakamarkach Twojej podświadomości. Czy pamiętasz jeszcze o nim? Czy masz z nim kontakt? Czy w ogóle wiesz o jego istnieniu?

Wyobraź sobie, że stoi przed  Tobą czteroletnie dziecko. Spogląda na Ciebie niepewnie, bo właśnie znów coś „zmalowało” – zrobiło bałagan w pokoju, zniszczyło cenny przedmiot, było nieposłuszne. Czujesz jak wzbiera w Tobie gniew i zaczynasz krzyczeć, że jest niezdarne,  głupie, że wszystko zawsze robi źle i przysparza  kłopotów. Co się dzieje z dzieckiem?  Z pewnością jest przerażone, dosłownie całe kurczy się z lęku. Być może płacze, chcąc schować się przed Tobą, albo odpowiada złością.

Teraz wyobraź sobie, że w tej samej sytuacji postępujesz inaczej.  Uspokajasz dziecko, mówiąc że nic się nie stało, że bardzo je kochasz i nie masz mu za złe tego co zrobiło. Widzisz w nim mądrą i dobrą istotę, niezależnie od błędów jakie popełnia.  Dajesz mu odczuć,  że bez względu na jego zachowanie, zawsze będziesz dla niego oparciem. Jak reaguje? Najpewniej się uśmiecha. Zrelaksowany malec jest radosny, spontaniczny, odważny i  pełen inwencji. Takie dziecko będzie wspaniale się rozwijać, prezentując pełnię swoich możliwości i potencjału.

W każdym z nas tkwi kilkulatek, który czeka na naszą aprobatę i bezwarunkową miłość. Niestety przez większość czasu traktujemy go jak intruza, nieustannie krytykując i upominając. Lekceważymy go, obrzucamy wyzwiskami, wyśmiewamy.  Jak się czuje z nami to małe niewinne dziecko? Czy ma w nas oparcie? Czy czuje się kochane? Czy może beztrosko cieszyć się życiem, śmiać, tańczyć, śpiewać, wzrastać? Czy będąc tak traktowane jest w stanie z ufnością wchodzić w relacje, być otwarte na bliskość i czułość?

Małe dziecko patrzy z dołu na swoich dużych rodziców, bacznie obserwując ich reakcje na siebie. To od nich uczy się kim jest i jaki jest świat. Jeśli przebywa wśród ludzi  pełnych złości lub poczucia winy, nauczy się o sobie wielu negatywnych rzeczy. Przez dziecięce lata nieświadomie kolekcjonuje przekonania, które wpłyną na to, co myśli i czuje wobec samego siebie: czy jest wystarczająco dobre, warte miłości, czy też  głupie, brzydkie, mało wartościowe. W dorosłym życiu będzie traktować siebie tak jak traktowali je najbliżsi – w podobny sposób karcić i nagradzać. Jeśli z uwagą wsłuchamy się w swoje wewnętrzne monologi , w jaki sposób się do siebie zwracamy, ze zdumieniem usłyszymy słowa wypowiadane do nas przez rodziców wiele, wiele lat temu.

Przychodząc na świat jesteśmy zupełnie bezradni, nasze przetrwanie zależy od naszych opiekunów. Potrzebujemy ich miłości –  tego by nas chronili, utrzymywali w zdrowiu, karmili, pielęgnowali, poświęcali nam uwagę, tulili. Potrzebujemy aby uczynili nasz świat bezpiecznym miejscem, w którym  będziemy mogli harmonijnie się rozwijać. Jeśli jednak tego nam w jakiejś mierze zabraknie ( a nawet bardzo starający się rodzice, zawsze popełnią błędy ), przez całe życie będzie towarzyszyć nam tęsknota za zaspokojeniem  tych najbardziej pierwotnych potrzeb. Będzie ona obecna we wszystkich naszych późniejszych relacjach, decyzjach, życiowych wyborach. Być może to tłumaczy, dlaczego w dorosłym życiu mamy nieświadomą tendencję do odtwarzania atmosfery rodzinnego domu, nawet jeśli była raniąca. Czujemy się w niej przecież znajomo, „u siebie”, a więc  paradoksalnie bezpiecznie. Jako partnerów wybieramy osoby, z którymi  udaje się odtworzyć model relacji jaki łączył nas z matką lub ojcem, czy też rodziców wzajemnie –  choć był krzywdzący i destrukcyjny. Jest w tym mechanizmie jakaś irracjonalna nadzieja, że w końcu nasze pragnienia zostaną zaspokojone, że od najbliższych nam osób otrzymamy to, za czym tak bardzo tęskniliśmy jako dzieci.

Niezaspokojone, najważniejsze potrzeby wiążą się z silnymi emocjami. W najmniej spodziewanym momencie mogą pojawić się jako trudne, nieprzyjemne  uczucia, nieadekwatne do sytuacji. Dzieje się tak, gdy podobieństwo  do jakiejś dawnej sytuacji  porusza pamięć naszego wewnętrznego dziecka. Odwołuje się ono do znanych sobie, minionych przeżyć, w wyniku czego jego reakcja zdaje się nieracjonalna. Możemy na przykład nie rozumieć dlaczego zachowujemy się arogancko wobec kogoś, kto nas kocha, albo czujemy lęk w sytuacji, w której wszystko sprzyja odprężeniu. Te niezrozumiałe uczucia wywołują poczucie winy, staramy się więc je ukryć, zatrzymać.

Każda reakcja emocjonalna ma swoje przyczyny i niesie wyjaśnienia , trzeba tylko chcieć do nich dotrzeć – dać się wypowiedzieć „dziecku” w tej sprawie. Nagła, niezrozumiała emocja, jest jak kilkulatek, który woła:  „Tu jestem, boję się,  zajmij się mną!” Zwykle staramy się go zignorować, zamknąć na niego oczy i uszy.  Wyparte, niechciane, odszczepione emocje, będą jednak działać z ukrycia z jeszcze większą mocą, wywołując  zamęt w naszym życiu. Udawanie przed sobą i przed innymi: „nie czuję tego co czuję”, to karkołomne zadanie. Całe ciało się napina kiedy próbujemy oszukiwać  samych siebie. Dzięki przyznaniu się do najtrudniejszych emocji  i uznaniu ich, możemy usłyszeć własne potrzeby. Jest to jedyna droga, do tego by zatroszczyć się  o wewnętrzne dziecko i stać się dla niego kochającym, dojrzałym opiekunem.

Tylko sami sobie możemy ofiarować  to, na co czekaliśmy przez całe dzieciństwo. Możemy obdarzyć siebie uwagą, troską, szacunkiem, bezwarunkową miłością, zrozumieniem – wszystkim czego w dorosłym życiu tak rozpaczliwie domagamy się od innych. Jeśli naprawdę zaopiekujemy się swoim wewnętrznym dzieckiem, wiele może się zmienić.  Być może uwolnimy się od niektórych dolegliwości psychosomatycznych, odzyskamy radość życia, poczujemy przypływ energii, otworzymy się na prawdziwą bliskość i miłość w relacji z innymi. Jak tego dokonać? To niełatwe.  Aby pokochać to dziecko, którym kiedyś byliśmy, sam akt woli i decyzja by to zrobić, może nie wystarczyć. Przecież przez tak wiele lat uczyliśmy się je ignorować  wzorem swoich rodziców. Dodatkową trudnością może okazać się fakt, że nasze dziecko choć wystraszone,  nie chce zmian. Kiedy staramy się zmienić i stać dla niego „dobrym rodzicem”, może protestować z lęku, że utraci to co jest mu znajome, a więc poczucie bezpieczeństwa. Tak jakby starało się zmusić nasze dorosłe Ja do życia emocjonalnego jakie wiedliśmy w dzieciństwie. Wypracowanie nowej postawy wobec niego wymaga  pracy, cierpliwości, oddania i uwagi. W procesie tym pomocna jest terapia. Psychoterapeuta staje się osobą ( bywa, że pierwszą w życiu ), która akceptuje nas w pełni takimi jacy jesteśmy, obdarza pełnym szacunkiem i autentyczną obecnością.  Empatycznie towarzysząc nam w odkrywaniu i doświadczaniu, wcześniej wypieranych emocji, będziemy w stanie dopuścić do głosu swoją autentyczną historię. W konsekwencji pozwolimy dziecku przemówić i naprawdę je usłyszymy.  Zatem pierwszy krokiem w stawaniu się dla niego dobrym rodzicem, jest nauczenie się rozpoznawania jego uczuć i tęsknot. Uznanie ich  jako ważnych i zasługujących na szacunek przy jednoczesnym oddzielaniu ich od uczuć dorosłego Ja. To oddzielenie jest konieczne, pozwala bowiem na wzajemny szacunek tych dwóch aspektów siebie, a także ich świadomą i harmonijną współpracę.

Pamiętajmy, że dziecięce uczucia przejawiają się nie tylko w trudnych momentach dorosłego życia, ale także w chwilach kiedy jesteśmy radośni, szczęśliwi robimy coś ekscytującego. Ta najbardziej wrażliwa część nas samych, uwielbia być kreatywna, spontaniczna, bawić się, śmiać, eksplorować świat.  Aby naprawdę cieszyć się swoim życiem, pora odszukać tego kilkulatka, który zawsze z nami był i zawsze będzie. Złapmy ze rękę swoje wewnętrzne dziecko i pozwólmy mu pokolorować swój świat.”

Artykuł:  Złapać za rękę swoje wewnętrzne dziecko

ze strony: www.kwiatkobiecosci.pl

Do obejrzenia i wywołania uśmiechu:

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Internet, Życie

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Ania

    6 października 2014 o 10:16

    Ciekawy blog. Pozdrawiam :)

     
    • Anula

      6 października 2014 o 14:38

      Odwiedziłam Twoją stronę – ciekawe miejsce na wypoczynek. Uwielbiam morze!Pozdrawiam