RSS
 

Ważne! Załatwić niedokończone sprawy.

28 paź

niedokończone

Bardzo lubiłam oglądać pewien serial w telewizji – „Zaklinaczka duchów” – tak brzmi polskie tłumaczenie tytułu, chociaż bardziej podoba mi się wersja anglojęzyczna „Ghost whisperer” – niektórych tytułów nie powinno się tłumaczyć. Jest to opowieść o kobiecie, która widzi duchy. Duchy mają niedokończone sprawy i przychodzą do żyjących, aby coś wyjaśnić, zakończyć, uspokoić siebie i bliskich i móc odejść spokojnie do nicości (Boga, nieba). Film o duchach, ale czy w naszym ziemskim życiu tak nie jest? Ostatnio widzę, że my wszyscy mamy jakieś niedokończone sprawy z pewnych etapów naszego życia i próbujemy nieświadomie te sprawy dokończyć w rożnych, późniejszych doświadczenia życiowych. „Zaczepiamy” się na pewnym etapie naszego życia i nieświadomie „powtarzamy” go w nadziei, że uda nam się pozytywnie zakończyć sprawę. Niestety w życiu wygląda to bardzo źle a nawet tragicznie. Dopóki nie uświadomimy sobie dlaczego „wchodzimy” w złe dla nas sytuacje życiowe, będziemy je powtarzać stale i stale będziemy siebie samych ranić. „Nic dwa razy się nie zdarza” – śpiewała Kora kończąc konkluzją: „i dlatego, z tej przyczyny zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez rutyny” ja dodałabym – skoro uczymy się na błędach, kiedyś jednak umrzemy mądrzejsi, ale przecież nie o mądrą śmierć chodzi, a o mądrzejsze życie.

Zaklinaczka duchów pomagała duchom i ludziom. Wprowadzała ład, porządek, pozwalała na wypowiedzenie niewypowiedzianego, dokończenie zaczętych spraw, co dawało spokój i ukojenie wszystkim. Sprawa miała pozytywne zakończenie i duch odchodził. Tak jest i w życiu. Kiedy coś wyjaśnimy, to wydarzenie przestaje być ważne, odchodzi a my uwalniamy się od niego.

Krążę i krążę, ale zaobserwowałam parę rożnych wydarzeń, które mają wspólny mianownik – niedokończoną, bolącą historię. Opowiem tylko trzy, ale można takich historii opowiedzieć więcej.

Pierwsza to historia pewnego pana, który cztery lata temu stracił żonę. Zginęła w wypadku samochodowym. On prowadził samochód. Panowały bardzo złe warunki atmosferyczne. Środek zimy. Samochód wpadł w poślizg. Ona zginęła a on żyje z poczuciem winy. Minęło parę lat a on cały czas żyję tak, jakby ona za chwilę miała przyjść, jakby wyszła tylko na chwilę. Czeka na nią. Opowiada o niej i bardzo się obwinia. Będąc u niego ma się wrażenie, że żona zaraz przyjdzie, że zmaterializuje się w otwartych drzwiach. Wszystko na nią czeka. Cały dom – zdjęcia na komodach, ubrania w szafie, podejście do dzieci. Wszystko! Cały czas pozostawia dla niej miejsce. Zastanawia się, co ona by powiedziała w każdej ważnej sytuacji i jak by zareagowała na to, co się u nich dzieje. Czeka na nią! Dla niego czas stanął w momencie wypadku. Widział, jak leżała obok samochodu i była poddawana reanimacji. Zmarła, ale dla niego wciąż tam leży. On wciąż walczy o jej życie i ma nadzieję, że ona wróci. Wróci do niego i do dzieci. Nic i nikt się nie liczy. Wegetuje z dnia na dzień, zawieszony w śnieżnej, zimowej nocy z obrazem żony we własnych oczach.

Druga historia  to historia pięknej, przebojowej kobiety. Ma wspaniałe dzieci, ale nie układa się jej w relacjach z mężczyznami. Drugie małżeństwo i znów facet, z którym nie może znaleźć porozumienia. Niby wszystko normalnie. Dom, mąż, dzieci, praca, obowiązki, wspólne problemy, wspólne życie i uczucie pustki, oddalenia, niezrozumienia a nawet samotności w związku. Niby razem, ale oddzielnie i wielki żal, rozgoryczenie, obwinianie. Ona też ma niedokończoną sprawę. Zginął jej brat, kiedy mieli oboje po -naście lat. Rano rozmawiali ze sobą. Przekomarzali się, może nawet jedno drugiemu rzuciło jakąś uszczypliwą uwagę. Czegoś sobie nie powiedzieli a może powiedzieli za dużo. On już nie wrócił do domu. Zginął w wypadku. Ona do dziś nosi jego zdjęcie w portfelu i często o nim mówi. Opowiadała, że przychodził do niej we śnie przez rok po śmierci. Rozmawiała z nim. W rocznicę śmierci powiedział, że więcej nie przyjdzie, że to już koniec, odchodzi tam, gdzie jest dobrze i żeby już więcej nie płakała. Ona nie jest winna jego śmierci a tam gdzie jest, jest mu bardzo dobrze. Czy posłuchała? Nie bardzo.Poznała chłopaka. Zaszła w ciążę. Wiedziała, że to będzie chłopiec. „Popełniła” małżeństwo, bo jak wychowywać dziecko bez ojca. Urodził się syn a ona poczuła się tak, jakby jej brat powrócił. Małżeństwo się rozpadło. Ona nawet o nie nie walczyła. Było, minęło – powiedziała. Poznała innego mężczyznę – z trudnej rodziny, zagubionego, z nałogami. Wzięła ślub. Dlaczego, po co było mi to potrzebne? – pyta dziś. Nie mogła uratować brata, myślała, że uratuje swojego drugiego partnera. Będzie dla niego oparciem, pokaże mu jak dobrze żyć, pomoże mu pozbyć się nałogów. Będzie dla niego dobrą siostrą i matką. Uratuje go! Życie boleśnie weryfikuje jej marzenie. Jest dużo nerwów, krzyków, płaczu. On nie jest jej bratem a ona nie jest w stanie go zmienić. Nie ma porozumienia. Mąż nie chce jej słuchać. Ucieka od jej krzyku a ona ze wszystkim zostaje sama.

I ostatnia historia. Historia dojrzałej kobiety po tragicznych przejściach małżeńskich. Jedno małżeństwo, ale ogromna trauma. Kiedy opowiadała mi o swoim życiu, coś się powtarzało. Wchodziła w relacje z mężczyznami, którzy mieli problemy z alkoholem, albo problemy psychiczne. Starała się nimi opiekować, zmieniać, uzdrawiać. Cierpiała. Wychodziła z tych relacji okaleczona psychicznie i fizycznie, ale z uporem maniaka pchała się w następne związki-nie-związki. Chodziła na terapię, która była  dla niej bardzo ciężka, ale dzięki niej dostrzegła w czym jest problem. „Niedokończona” relacja z ojcem, który był alkoholikiem i tyranem i który psychicznie gnębił całą rodzinę. Ona w kolejnych związkach próbowała uzdrowić chorą sytuację w domu. Najdłużej „zaczepiła” się w małżeństwie z chorym psychicznie mężem. Zniszczyła siebie, „poturbowała” dzieci, ale dziś pracuje nad tym, żeby żyć normalnie. To ciężka praca, ale ona mówi, że warto. Ostatnio dostała zadanie: napisanie listu do ojca.

- Wiesz, to śmieszne! – mówiła do mnie. – I muszę ten list przeczytać głośno.

- Chcesz? – zapytałam

- Nie, nie chcę. Boję się go czytać. Napisałam, ale boję się głośno o tym mówić.

- To nie czytaj!

- Wiesz, myślę, że kiedy głośno o tym powiem, to on usłyszy. Dowie się, co o nim myślę. Głupie? Nie?

- Czytaj. Jeśli chcesz… – dodałam – jeżeli to ma ci pomóc, będę słuchała.

Zaczęła czytać najpierw odważnie, ale później jej głos cichł. Zapamiętałam każde jej słowo. Wsłuchałam się w jej głos.

List nie miała tytułu typu tato, ojcze, nic, co by świadczyło, że adresat jest ważny. Czytała powoli:

Zbieram się do napisania tego listu już bardzo długo.

Zwykły list a ja nie wiem jak zacząć, jak to wszystko powiedzieć, jak cię nazwać?

„Wychowywałeś” mnie. Byłeś obok mnie. Bałam się ciebie. Twoje zachowanie mnie przerażało. Próbowałam ci się przypodobać, swoim zachowaniem sprawić, że będziesz mniej krzyczał, mniej się denerwował, nie wszczynał awantur. Nie udawało mi się. Nie miałam takiej mocy, ale mocno w to wierzyłam i bardzo się starałam. Co dzień…

Ten list ma pomóc a ja podchodzę do niego jak do idiotycznego wymysłu. Śmiesznej i głupiej sprawy. Czasami czuję się tak, jakbym traciła trzeźwość umysłu, albo znalazła się w jakiejś matni, irracjonalnej sytuacji.

Chcę ci powiedzieć, że przerażało mnie twoje zachowanie. Bałam się twojej nerwowości, krzyku, szybkich i nerwowych ruchów, obrażania innych, krzyku na nich, wulgaryzmów, bicia. W pamięci mam twoją czerwoną z gniewu twarz, szybkie nerwowe ruchy, szaleństwo w oczach i wszechobecny zapach alkoholu. Wyrzucałeś z siebie morze wulgarnych słów i nieważne, kto to był, dla ciebie był nikim. Nie miałeś szacunku dla nikogo. Wszyscy musieli cię słuchać i być tobie posłuszni. Zawsze musiało być tak, jak ty chciałeś. Przerażało mnie to.

Nie umiem ci wybaczyć. Nie umiem zapomnieć wszystkich sytuacji. Nie umiem. Staram się, ale tamte obrazy wracają. Wraca niepewność i strach i chęć bycia przezroczystą, dobrą, cichą, pomocną. Wraca niepewność. To wszystko siedzi w mojej głowie. Wraca tamte przerażenie i myśl, że lepiej gdyby mnie nie było. Znów jestem mała, bezbronna, otępiała ze strachu, płacząca i przyglądająca się tym wszystkim złym zdarzeniom: bójkom, pijackim biesiadom, kłótniom z matką i biciem jej. Wciąż mam do ciebie żal. Gdybyś żył, pewnie bym ci tego nie powiedziała. Ty nie słuchałeś co się do ciebie mówiło. Ty wymagałeś posłuszeństwa. Zawsze nerwowy, krzykliwy i często zaglądający do kieliszka.

Czasami łagodniałeś. Śpiewałeś jakieś ludowe piosenki, przyśpiewki, do mamy i do mnie mówiłeś po imieniu. Szkoda, że wtedy najczęściej byłeś pijany. Pamiętałeś o moich imieninach. Przynosiłeś wtedy polne kwiaty – fioletowe kiście przydrożnych floksów, przewiązane wstążeczką. Czasami czyściłeś moje brudne buty. W sieni unosił się wtedy zapach pasty a ty klęcząc na kolanach, trzymałeś but w jednej ręce a szczoteczkę w drugiej i nakładałeś pastę a później polerowałeś tak, że powierzchnia błyszczała odbitym światłem. Zimą martwiłeś się, że marznę w stopy i chciałeś je owijać własnoręcznie zrobionymi onucami – kawałkami materiału, koniecznie z sukna, bo najcieplejsze. Byłeś bardzo pracowity. Pracowałeś bardzo ciężko, aby utrzymać rodzinę a przy okazji dużo piłeś. Wymagałeś posłuszeństwa i uległości. Ten, kto się tobie sprzeciwił cierpiał fizycznie i psychicznie. Krzyk i alkohol – to zapamiętałam z dzieciństwa, z czasów młodości i wchodzenia w dorosłość.

Ten list jest po to, aby zapomnieć, wybaczyć, coś tobie powiedzieć. Ciebie od dawna nie ma a ja mam problem ze sobą i z postrzeganiem siebie.

Wiesz co, tato, idź już sobie! Odejdź z tą swoją nerwową naturą, krzykami, pijackimi burdami. Z tym piekłem, którego byłeś twórcą. Odejdź! Na swój sposób mnie kochałeś, ale ja nie umiem tego zrozumieć. Czasami było mi ciebie szkoda. Czasami pokazywałeś swoim zachowaniem jak sam się boisz, jaki zagubiony jesteś i jak nie wiesz, co masz robić. Takie sytuacje trwały chwilę, bo zaraz wrzeszczałeś i zaczynałeś rządzić. Bałeś się przyznać do własnej niewiedzy, niemocy, braków. Chcę, żebyś odszedł. Potrzeba mi tego spokoju. Bardzo potrzeba. Chcę żyć na swój sposób i nie czekać na krzyk i nerwy mężczyzn podobnych do ciebie. Zostań w swoim piekle.

Żegnaj tato!

Słuchałam wypowiadanych słów, czytanych zdań i patrzyłam na tę kobietę, która układała sobie życie od nowa. Jest bardzo silna, da sobie radę – pomyślałam. Nic jej nie powiedziałam, chyba nie tego oczekiwała ode mnie. Ja miałam tylko wysłuchać jaj listu. Miałam stać się na chwilę jej ojcem, który nareszcie jej wysłuchał. Ona na chwilę mi zaufała…

I na koniec wiersz Wisławy Szymborskiej:

Nic dwa razy

Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, w pół objęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.

wiersz ze strony: wiersze.kobieta.pl
 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Życie

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Jagoda

    4 listopada 2014 o 09:20

    Aż znieruchomiałam czytając ostatnią historię. To trochę jak o mnie. Nie było wprawdzie wódki, w każdym razie alkoholizmu nie było, ale było coś gorszego – „robiłam” za zabawkę seksualną swojemu ojcu. Kiedyś skatował, zawsze znęcał się psychicznie potrafił nie odezwać się przez ponad pół roku. Przy pełnym wsparciu i wiedzy matki. Po tym wszystkim 20 lat psychoterapii, żeby w ostatnich jej latach dopiero udało się wyświetlić jej powody. On z mojego życia odszedł, czy też może raczej go wyrzuciłam. Moim problemem jest to, że im nie wybaczyłam (chyba mam nawet większy żal do matki, niż do niego – jakoś jest mi łatwiej uznać jego zwierzęcy instynkt, niż jej totalną bierność i hipokryzję), albo to że nie rozpoznaję tego. Powierzchownie jestem pogodna i radosna, wewnątrz najczęściej czuję pustkę i rodzaj znieruchomienia, jakbym skamieniała z przerażenia i tak mi zostało. Czasem tylko znajdując odpryski podobnych historii w internecie (paradoksalnie – bezpiecznym) napiszę jakiś komentarz taki jak ten. Mam 55 lat, piszę o tym co się wydarzało ponad pół wieku temu…

     
  2. ~Kaja

    4 listopada 2014 o 10:10

    Wiesz co? mi się wydaje, że poczucie winy jest po to, by coś w sobie zmienić, tylko niektórzy nie potrafią się wyrwać z jego obezwładniającego uścisku dłużej niż inni. Sama wiem, że nosiłabym zdjęcie męża w portfelu do końca życia, kochałabym go i mówiła o nim jakby żył. Ale bez poczucia winy, po prostu dlatego, że go kocham i mam nadzieję na współdzielenie z nim wieczności.