RSS
 

Archiwum - Listopad, 2014

Czas – Twój przyjaciel na dobre i złe.

30 lis

Minie z czasem

„- Czas! Czaaas!!! Gdzie jest ten cholerny czas?!!!

– Jestem. To ja, Czas. Czego wrzeszczysz?

– Jak to – czego wrzeszczę?! Dlaczego mnie nie leczysz?

– Ja??? A z jakiej racji? Czy ja jestem lekarz jakiś czy co?

– Dusza mi się rozlatuje! Serce mi pęka! Na kawałki!

– No to może pozamiatam… Sama mogłabyś po sobie posprzątać, ale co tam. Widzisz, czysto, żadnych kawałków, no to biegnę dalej.

– Dokąd to??? Dokąd? A w środku?

– Co – w środku?

– W środku też trzeba posprzątać! Przecież mam duszę zranioną!

– No to lecz sobie swoją duszę!

– A ty? Przecież wszyscy mówią, że Czas leczy rany…

– Kłamią. Albo się mylą. Czas posypuje piaskiem, pokrywa kurzem. Trochę przysypię, żeby nie było widać… Ale tam, pod spodem rana zostaje. I zapalenie czasem też się może wdać, nic przyjemnego.

– Ale przecież musisz to jakoś leczyć…

– Jak, powiedz mi proszę, jak??? Aspiryną? Maścią? Lewatywą? Jak mam leczyć?

– Nie wiem – zacierać wspomnienia… wyzwalać… rozpuszczać ciężar przeszłości… zmazywać stare urazy… Czyż nie?

– Ale z was lenie, kochani ludzie! Ciągle czekacie, aż ktoś przyjdzie i wszystko za was zrobi. Dlaczego sama nie spróbujesz?

– Co mam spróbować?

– Wyzwolić się… rozpuścić ciężar przeszłości… zmazać stare urazy… Jednym słowem – wykorzystać Czas, to znaczy mnie, maksymalnie korzystnie dla siebie. Pogrzebać w sobie, duszę uporządkować…

– Co ty gadasz! To boli! Jak mam tam grzebać, jak tam ciągle świeża rana krwawi!

– Wiesz co? Krwawią tylko te rany, którym nie dajesz spokoju. Szarpiesz je ciągle, rozdrapujesz. Po co sobie te rany otwierasz?

– Ja? Same się rozdrapują!

– Samo nic się nie dzieje. Zawsze jest jakiś ktoś, kto coś robi. Albo nie robi. Brak działania to też działanie. Co robisz, żeby wyleczyć swoje rany?

– Staram się o tym nie myśleć, nie przypominać sobie. Nie dopuszczam do siebie żadnych takich sytuacji. Nie zakochuję się. Bo to miłość mnie tak zraniła! Miłość boli!

– To nie miłość boli, tylko twoja rana boli. Pewnie ją zanieczyszczasz urazami?

– Wcale nie! Dawno już zapomniałam i wybaczyłam!

– Kłamiesz. Gdybyś wybaczyła, to by nie bolało. Skoro boli to znaczy, że wrzód się zrobił, złość w nim kipi na siebie i na innych, a pewnie i jedno i drugie. Czasu nie oszukasz. Ja wszystko widzę.

– Ale jak mogę wybaczyć zdradę? Przecież to było!

– No właśnie. BYŁO. Było i zostało tam, w przeszłości. A ty jesteś już tutaj. Tutaj jest inaczej, ty też jesteś już inna.

– A pamięć? Co mam z nią zrobić?

– A po co masz coś z nią robić??? Pamięć po to jest ci dana, żebyś po raz drugi nie nadepnęła na te same grabie. Żeby tym razem było inaczej. Po co ci doświadczenie było dane??? Sprezentowane???

– Powiedzmy, że masz rację… a gdzie mam, według ciebie, podziać cały ten bagaż? Zdrady, rozstania, kłamstwa, oszczerstwa? Przecież to cały czas wyziera z przeszłości, wypełza!

– Po to właśnie wypełza, żeby je uporządkować, przeanalizować i puścić wolno. Przestań się wreszcie obrażać. Urazy są jak sól na ranę, nie pozwalają się zagoić, jątrzą.

– Jak mam się nie obrażać, kiedy to boli?

– Boli, bo trafiło w czułe miejsce. Gdyby to ciebie nie dotyczyło, to by się odbiło jak groch od ściany.

– Zdrada ma się odbić jak groch???

– Zdrada też. Bo zdrada nie istnieje.

– Jak to nie istnieje?

– A tak to. Po prostu czyjeś wybory ci się nie podobają, są dla ciebie niewygodne, niekorzystne, nieprzyjemne, no to stoisz pośrodku i wrzeszczysz „Zdradzili mnie!” A tak naprawdę, to tylko zabrali zabawkę.

– Poczekaj, to nie jest takie proste! „Zabawkę”??? A jeśli pół życia poświęciłam na tę zabawkę, to co?

– A kto ci kazał? Przecież z czasem wszystko się zmienia, jedno odpływa, inne przypływa… Czas jest zmienny. I świat jest zmienny. Ponieważ ja jestem właśnie jedną z charakterystycznych cech świata.

– I co z tego wynika?

– Podziękuj temu, co cię zdradził albo skrzywdził. Podziękuj za to, że wyrwał cię z otępienia, zapoczątkował zmiany, zmusił do ruchu. Nigdy nie mów „chwilo, jesteś piękna, zatrzymaj się”. To niebezpieczne zjawisko – zatrzymywanie chwil. Czas nie czeka! Zastój to śmierć, a ruch to życie.

– Co za bzdury! Mam dziękować za to, że mnie ktoś pokaleczył? Powinnam mu dziękować za ból?

– Nikt nikomu nic nie powinien. Jak chcesz, to się obrażaj i cierp, pogłębiaj rany, rozdrapuj. Jak nie chcesz – podziękuj i idź sobie dalej spokojnie, łap równowagę. Jak zechcesz – tak postąpisz.

– Słuchaj, Czas, a to prawda, że nie leczysz? Bo wiesz, już mi trochę lżej…

– To dlatego, że już sobie sama rozłożyłaś co nieco po półkach. Jak w sklepie. A raczej – jak w muzeum krajoznawczym. Ja tu jestem przewodnikiem. „Zwróćcie uwagę, mili państwo, w tej witrynie leżą starożytne Urazy, dosłownie sprzed nowej ery. Wydobyte prawie w całości, zasuszone, sklasyfikowane, przekazane do muzeum w darze. A tu możecie obejrzeć Naczynie Żalu, obecnie puste, ale znalezione z zawartością prawie po brzegi. Na lewo wizerunek koszmarnego stworzenia, które w swoim czasie gnieździło się w okolicach ludzkiego kręgosłupa – to Poczucie Winy. Teraz to truchło jest własnością muzeum. Następna sala. Portrety Strasznych Zdrajców, jak widzicie, nie ma ich zbyt wielu, a ostatni był bardzo dawno temu, ponieważ dynastia zaczęła wygasać po Pierwszej Pozytywnej Rewolucji”. I tak dalej. A nad wejściem znajduje się portret założyciela, sponsora i właściciela muzeum. Twój portret. W złoconych ramach. Jak ci się podoba?

– Hej, Czas, jesteś kreatywny i zabawny.

– No pewnie. Jakbym nie był, to bym z wami, ludźmi, długo nie pociągnął.

– To powiadasz, że niepotrzebnie te urazy zbieramy, chowamy, pielęgnujemy?

– Niepotrzebnie. Po co ci taki zapas bomb zegarowych z opóźnionym zapłonem. A promieniują lepiej, niż bomba atomowa, całe życie potrafią zatruć. Czas się uwolnić.

– Osad jakiś mi został… zła jestem… na siebie, że cię wcześniej nie spytałam.

– Osad to Osąd, sprytnie się kamufluje. Przestań się osądzać. Na wszystko przychodzi Czas. Widocznie nie było wcześniej gotowości, dopiero teraz dojrzałaś. Dobra, pogadaliśmy sobie, a ja już muszę w drogę. Ktoś mnie znowu woła, pewnie następny, dla którego Czas się zatrzymał.

– Dziękuję. Na czasie ta rozmowa była. W samą porę. Bo przedtem głupot jakichś sobie napchałam do głowy…

– To nic, to przejdzie. Głupota z czasem przechodzi…”

Na motywach opowiadania Iriny Sieminoj. Przekład Inga Zawadzka
©Po Pierwsze Ludzie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com, Muzyka, Życie

 

Pozytywnie, żeby nie zwariować – raz jeszcze zacząć wszystko od nowa.

29 lis

pozytywnie

 

 @@@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Ciężko…

Słyszę – jesteś silna

Dasz radę!

Kto jak nie ty?

Wojowniczka…

Dookoła mury…

Bóg nie włoży ci na ramiona takiego ciężaru, którego nie uniesiesz

Może ja już nie chcę nosić żadnych ciężarów

Chcę zwinąć się w kłębek

Potem wstanę i zacznę wszystko od nowa

@@@@@@@@@@@

 I wiersz, który jakoś tak „wpasował” się w sytuację:

Kto postępuje godniej: ten, kto biernie

Stoi pod gradem zajadłych strzał losu,

Czy ten, kto stawia opór morzu nieszczęść

I w walce kładzie im kres? Umrzeć – usnąć -

I nic poza tym – i przyjąć, że sen

Uśmierza boleść serca i tysiące

Tych wstrząsów, które dostają się ciału

W spadku natury. O tak, taki koniec

Byłby czymś upragnionym. Umrzeć – usnąć -

Spać – i śnić może? Ha, tu się pojawia

Przeszkoda: jakie mogą nas nawiedzić

Sny w drzemce śmierci, gdy ścichnie za nami

Doczesny zamęt? Niepewni, wolimy

Wstrzymać się chwilę. I z tych chwil urasta

Długie, potulnie przecierpiane życie.

Bo gdyby nie ten wzgląd, któż by chciał znosić

To, czym nas chłoszcze i znieważa czas:

Gwałty ciemiężców, nadętość pyszałków,

Męki wzgardzonych uczuć, opieszałość

Prawa, bezczelność władzy i kopniaki,

Którymi byle zero upokarza

Cierpliwą wartość? Któż by się z tym godził,

Gdyby był w stanie przekreślić rachunki

Nagim sztyletem? Kto by dźwigał brzemię

Życia, stękając i spływając potem,

Gdyby nam woli nie zbijała z tropu

Obawa przed tym, co będzie po śmierci,

Przed nieobecną w atlasach krainą,

Skąd żaden jeszcze odkrywca nie wrócił,

I gdyby lęk ten nie kazał nam raczej

Znosić zło znane niż rzucać się w nowe?

Tak to świadomość czyni nas tchórzami

I naturalne rumieńce porywu

Namysł rozcieńcza w chorobliwą bladość,

A naszym ważkim i szczytnym zamiarom

Refleksja plącze szyki, zanim któryś

Zdąży przerodzić się w czyn.

Fragment z: „Hamlet” William Shakespeare, przekład Stanisław Barańczak

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

„JAK WSZYSTKO ZMIENIĆ NIE ZMIENIAJĄC NICZEGO” – Inga Zawadzka.

28 lis

zmianyWróciłam właśnie z cyklu szkoleń i postanowiłam raz na zawsze odpowiedzieć na pytanie, które zadają mi ludzie od 30 lat mojej pracy: jak zrobić, żeby wszystko się zmieniło w pożądanym przeze mnie kierunku, ale żebym ja sam nie musiał niczego zmieniać? Pytanie trudne, ciekawe, z pewnością stanowiące wyzwanie i dla mnie i dla uczestników warsztatów.

Menedżerowie mówią: chcemy, żeby nasi pracownicy byli tacy i owacy, pracowici, zaangażowani, zmotywowani, pozytywnie nastawieni, kompetentni, współpracujący i w ogóle naj.
– Ile jesteś gotów przemyśleć i zmienić w swoim zachowaniu, żeby to osiągnąć? – pytam.
– Ja??? A po co ja mam coś zmieniać, skoro zarządzam zespołem od 10 lat i jakoś idzie?
– Ponieważ chcesz, żeby było inaczej, niż jest, a żeby coś zmienić trzeba coś zmienić, – odpowiadam.

Handlowcy mówią: chcemy, żeby klienci kupowali, żeby nie marudzili, żeby byli zdecydowani i wiedzieli czego chcą.
– Czy jesteś gotów, by zrewidować swój sposób komunikacji z klientami i zacząć pewne rzeczy robić inaczej? – pytam.
– Ja??? Dlaczego ja mam coś zmieniać? Przecież sprzedaję od kilku lat i mam wyniki. Niech oni się zmienią.

Rodzice mówią: chcemy, żeby nasze dziecko było grzeczne, słuchało, dobrze się uczyło, sprzątało w domu, opiekowało się młodszą siostrą i nie sprawiało kłopotów.
– Czy jesteście świadomi, że potrzebna będzie zmiana waszego sposobu porozumiewania się z dzieckiem?
My mamy coś zmieniać??? My wszystko robimy tak jak robimy i jeszcze się z tego powodu nikomu krzywda nie stała!!!

Mogłabym tak długo, bo i pracy trenerskiej za sobą mam sporo, 27 lat. Moc przykładów, ale model zawsze, niezmiennie ten sam: niech to się zmieni bez mojego udziału, bez mojego wysiłku.

Mam przyjaciółkę, która chciała schudnąć, poprawić kondycję. Obiecałam jej, że będą z nią chodzić na siłownię, bo się sama nie mogła zebrać. Poszłyśmy. Ona wzięła sobie osobistego trenera, zapłaciła mu furę pieniędzy. Trener ułożył program ćwiczeń, pokazał na jakich przyrządach co i jak ma robić, ile powtórek. Wyliczył czas. Potem poszłyśmy do dietetyczki. Kolejna fura pieniędzy, kartka z rozpisanymi godzinami posiłków, tabela zalecanych, tabela zakazanych. Moja przyjaciółka na siłowni, rozglądając się czy jej osobisty trener akurat nie patrzy – udawała, że ćwiczy 5 powtórzeń, a robiła 3. Udawała, że jest na bieżni od 15 minut, a była od 7. Kiedy trener się pojawiał na horyzoncie – głośno jęczała ze zmęczenia, ocierała pot z czoła i wołała: „skończyłam!!!” choć była dopiero w połowie ćwiczenia…
– Kochana, po co ty tyle kasy wydajesz? – pytałam. – Przecież to nie jego oszukujesz, tylko siebie. Patrz, on ma płaski brzuch, ani grama nadwagi, zawiązuje sobie buty bez sapania. Co go obchodzi ile razy TY zrobisz brzuszki?
Podobna sytuacja ma się z dietą. Mam nie wspominać dietetyczce, że moja przyjaciółka wrąbała lody, popiła coca colą i przekąsiła chipsami…
– Dobra, – mówię, chociaż w głębi duszy wiem, że dietetyczka od tego nie przytyje.

Minęło parę miesięcy, a moja przyjaciółka nie schudła ani grama. Potworna frustracja, awantura z trenerem, narzekanie na niekompetentną dietetyczkę… Kolejny trener, kolejna dietetyczka i kolejna ściema. I tylko ja mam coraz lepszą kondycję, bo wciąż jej towarzyszę dwa razy w tygodniu…

Jesteśmy mistrzami strony biernej i trybu nakazowego:
– Niech to sadło sobie pójdzie z tego brzucha! – mówi gniewnie moja przyjaciółka, popijając hamburgera fantą.
– Niech, – przytakuję.
– Niech to dziecko zacznie się uczyć! – stanowczo oświadcza matka.
– Niech, – mówię.
– Niech ci pracownicy zaczną wreszcie kumać! – wykrzykuje menedżer.
– Niech, – kiwam głową.
– Niech ten pech mnie opuści! – stwierdza mój kolega.
– Niech… – podtrzymuję jego żądanie.

No bo co tu jeszcze? Dopóki ktoś nie przyjdzie i nie zapyta: co JA MAM ZROBIĆ, żeby pozbyć się sadła, żeby pomóc dziecku w nauce, żeby zaangażować pracowników, żeby mieć inne rezultaty, niż mam… – pozostajemy w świecie życzeń i zażaleń, poza granicą odpowiedzialności osobistej, a więc również poza granicą jakiegokolwiek wpływu.

Myślałam, myślałam i wymyśliłam. Wiem już jak wszystko zmienić, nie zmieniając niczego i teraz Wam tę receptę zdradzę. Należy po prostu usiąść i poczekać, aż zmieni się to, co chcemy, aby się zmieniło. Proste, prawda?

Inga Zawadzka.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com

 

Czy istnieje idealna miłość? „Jeżeli miłość jest grą…”,

27 lis

sercePrawdziwa miłość wymaga, by wychodzić dalej, poza chwilowe emocje, stan zadurzenia, poza chemię. Niekiedy trzeba przeciwstawić się oczekiwaniom rodziny, przyjaciół i otoczenia.

Miłość wymaga odkrywania prawdziwego ja i pielęgnowania go, a to prawdziwe ja przyciąga do ciebie osobę, z którą chcesz na zawsze dzielić życie.

Czym właściwie jest prawdziwa miłość?

Prawdziwa miłość to zgoda na partnera takiego, jakim on jest.

To angażowanie energii w dokonany wybór, to poddawanie się magii związku, nie zaś wyszukiwanie racjonalnych powodów, negujących sens wspólnego życia.

To wspieranie partnera w jego decyzjach, nakłanianie go do realizowania własnych planów.

Prawdziwa miłość oznacza szanowanie prawdy partnera, troskę o niego w najszerszym rozumieniu tego pojęcia. Nie jest to kontrolowanie czy zawłaszczanie osoby, ale wyrażanie szacunku i zaufania wobec jej niepowtarzalnej drogi życiowej.

Miłość daje nam odwagę powiedzenia prawdy, zwłasz­cza wtedy, gdy zdajemy sobie sprawę, że jest ona niełatwa. Kochając prawdziwie, mamy świadomość własnych granic i respektujemy granice partnera; podajemy rękę wtedy, gdy trudno to zrobić, rozmawiamy raczej niż osądzamy i zadaje­my pytania, zamiast wyciągać pochopnie wnioski.

Miłość to rozwiązywanie problemów, raczej walka niż rezygnacja, trwa­nie mimo nieporozumień, zranionych uczuć, rozczarowań; to wiara, że dzięki oddaniu możemy wiele zmienić. Trwamy i je­steśmy zawsze gotowi rozmawiać o problemach ze swoim partnerem, nawet wówczas gdy mamy ochotę wszystko rzucić. Gdy kochamy naprawdę, koncentrujemy się na tym, za co cenimy wybraną osobę i za co jesteśmy wdzięczni. Widzimy rozwiązania, nie zaś problemy. Partner jest dla nas najważ­niejszy i każdego dnia dajemy mu odczuć, jak bardzo nam na nim zależy, okazując autentyczną troskę.

Prawdziwa miłość to życie bez wystawiania ocen, bo tylko wtedy powstaje klimat zaufania, wtedy można powiedzieć swoją prawdę. To przeżywanie każdego dnia z partnerem tak, jakby to miał być ostatni wspólny dzień. To dążenie do bycia sobą i życia w harmonii ze sobą.

Jak wygląda prawdziwy związek?

Jest rzeczywisty. Rozkwita w uczciwości i błyszczy w prawdzie. Jest elastyczny względem zmieniających się potrzeb, podąża za zmianami zachodzącymi w każdym z partnerów i z odwagą przyjmuje trudności. Partne­rzy są nawzajem zainteresowani indywidualnym rozwojem swo­ich osobowości.

Autentyczny związek, symbolizujący więź mał­żeńską, zachowuje solidny i trwały rdzeń.

Taki związek jest właściwym kontekstem prawdziwej miłości.

To jest, rzecz jasna, ideał.

Z książki Cerie Carter Scott „Jeżeli miłość jest grą”

A rzeczywistość skrzeczy. :-)

I na koniec dialog ludzi, z których jedno kocha  a drugie czuje przywiązanie.

Zazdrość

- Czy byłabyś zazdrosna, gdybym myślał o jakiejś kobiecie z mojej przeszłości, będąc z tobą? Czy niepokoiłabyś się, że mogę do niej odejść?

– Nie.

– To znaczy, że mnie nie kochasz?

– Nie rozumiesz. Miłość nie ma nic wspólnego z zazdrością i z obawą, że coś stracisz. Kocham cię, ale jeśli zechcesz odejść, ponieważ nie możesz zapomnieć o innej kobiecie – to dobrze. To będzie prawdą. Ponieważ gdybyś został – byłoby to kłamstwo. Jeśli odejdziesz, to będzie znaczyło, że nie pasujemy do siebie i dobrze, że odszedłeś. Bo gdybyś został, to zajmowałbyś miejsce kogoś, kto do mnie pasuje. Ten, kto do mnie pasuje – nie odejdzie. Więc nie ma się o co martwić.

– Jakoś dziwnie mnie kochasz… Nie przywiązałaś się do mnie?

– Miłość nie ma nic wspólnego z przywiązaniem. Przywiązanie i zazdrość oznacza brak miłości do siebie. Oznacza, że uważasz siebie za gorszego od kogoś, oznacza strach, że takiego jaki jesteś nikt nie pokocha. Nie porównuj się z nikim, bo jesteś nieporównywalny. Ty jesteś ty. Masz swoje życie, dar, który otrzymałeś na wyłączność. Szkoda czasu na porównania. Spójrz na siebie – wówczas się nie pomylisz…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com, Książka

 

Wiara to życie wsparte na Bogu, czy uzależnione od Boga? Po co nam wiara?

25 lis

wierzyć

Zastanawiam się często jak wyglądałoby moje życie bez wiary w Boga? Deklaruję się jako osoba wierząca. Często mówię, że gdyby nie moja wiara, gdyby nie Bóg, nie wiem jak przetrwałabym to wszystko, co mnie spotkało. Jakiś chochlik podpowiada mi wtedy, że gdyby nie moja wiara i płynące z niej przesłania (dobroć, cierpliwość, pokora, cichość, znoszenie przemocy, kierowanie się miłością do bliźniego bez względu na to jaki jest) nie musiałabym przechodzić takiego piekła. Odpowiadam wtedy – życie takie jest, takie są jego reguły a w ciężkich chwilach pomaga wiara.

Kiedyś, podczas rozmowy z osobą niewierzącą też przedstawiłam taką postawę i usłyszałam:

- Wierzysz w opatrzność Bożą?! Srogi ten twój Bóg. Niby się opiekuje, ale też doświadcza. Jakby wciskał guziczki z napisem „nieszczęścia” i ze złośliwym uśmiechem mówił: No to teraz dołożą takiej Ani i popatrzę jak płacze i czy da radę”.  Złośliwy jegomość  z niego a ty mówisz, że można być mu jeszcze za to wdzięcznym…

Wpadła mi w ręce broszura Irvina D. Yaloma „Religia i psychiatria” i niektóre fragmenty są mi bardzo bliskie. Bliskie mojemu sposobowi myślenia o Bogu. Moja wiara nie jest z kategorii fundamentalistycznej i to daje mi wolność myślenia. Fundamentalizm zaślepia i sprawia, że człowiek jest hermetyczny na coś nowego – jest głuchy na dyskusję i zdanie innych.

Lubię książki I. D. Yaloma – psychiatry i terapeuty amerykańskiego.  Z pochodzenia jest żydem, ale deklaruje się jako osoba niewierząca. Broszura zawiera tekst wykładu, który Yalom wygłosił w 2000 r. w Nowym Orleanie. Przedstawię jedynie fragmenty dotyczące wiary i religii .

A oto one:

„Jeśli wiara religijna ma rozkwitnąć, trzeba ją zasiać w dzieciństwie i wtedy też musi zapuścić korzenie. Zdolność do wiary objawionej jest największa w dzieciństwie, dlatego zważa się przede wszystkim na opanowanie tego delikatnego wieku. Nigdy nie obarczono mnie wcześnie zasianą wiarą, wobec czego uznałem, że wiara religijna, jak wiele innych wczesnych nieracjonalnych przekonań, jest balastem. (…) ludzie po prostu potrzebują wyjaśnienia życia dostosowanego do ich zdolności pojmowania. Dlatego religia jest zawsze w alegorycznym przebraniu. Gdy jednak krótkowzroczni nauczyciele religii czy to sami mylą alegorią i metaforę z prawdą historyczną, czy też świadomie postanawiają uczyć w ten sposób i autorytetem religijnym zastępować wszelkie formy rozumu, narażają się na ryzyko odstręczania niektórych studentów- a ja właśnie byłem jednym z tych wcześnie odstręczonych” (s.12) W dzisiejszych szkołach takich „odstręczonych studentów” jest bardzo wielu, a szkoda, bo wiara może dawać dużo pozytywnej siły ducha.

„Stwierdzam również, że całym sercem się zgadzam ze stwierdzeniem tak dobrze wyrażonym w ostatniej książce Francisca Cricka (laureata nagrody Nobla za prace nad DNA) (…) Zdumiewająca hipoteza brzmi : Ty, Twoje radości i smutki, Twoje wspomnienia i ambicje, Twoje poczucie tożsamości i wolna wola, nie są w rzeczywistości niczym innym niż sposobem, w jaki zachowuje się ogromny zbiór komórek nerwowych i związanych z nimi cząstek. Do tej listy doświadczeń człowieka, które w ostatecznym rozrachunku są skutkiem elektronicznej aktywności neuronów, mogę dorzucić zjawiska tego rodzaju, jak atman, iskra boża, natura Buddy, dusza, święta ziemia oraz tęsknota za satori, nirwaną, oświeceniem, zbawieniem. Moim zdaniem ten materialistyczny – a może lepiej nazwijmy go naturalistycznym – punkt widzenia na umysł jest opłakany, upokarzający i niesmaczny, a zarazem oczywisty i nieuchronny. Mogę powiedzieć, że bardzo pragnę mieć w sobie bożą iskrę, marzę o tym, by być częścią sacrum, istnieć wiecznie, połączyć się z tymi, których utraciłem – bardzo tego wszystkiego chcę, ale wiem, że pragnienie te nie zmieniają rzeczywistości ani jej nie konstytuują” (s. 14)

„Uważam, że przez całą historię wszyscy ludzie we wszystkich kulturach musieli sobie radzić z troskami i poszukiwali jakiegoś sposobu ucieczki przed lękiem wbudowanym w kondycję ludzką. Każdy człowiek doświadcza lęku towarzyszącemu myślom o śmierci, braku sensu, wolności (…) i o zasadniczej izolacji, religia zaś się wyłania jako podstawowe dążenie rodzaju ludzkiego do uśmierzenia lęku istnienia. Powodem więc wszechobecności wiary religijnej jest wszechobecność lęku istnienia. To nie bogowie nas stworzyli; oczywiste wydaje się, że to my tworzymy bogów dla naszej wygody i, jak od początków słowa pisanego wskazywali filozofowie, tworzymy ich na nasz obraz i podobieństwo. 2500 lat temu Ksenofanes, przedsokratyjski wolnomyśliciel pisał: Gdyby lew potrafił myśleć, jego bogowie mieliby grzywy i ryczeliby”

Wydaje się, że my ludzie, jesteśmy istotami poszukującymi sensu, które miały to nieszczęście, że zostały rzucone w świat pozbawiony immanentnego znaczenia. Jedno z naszych najważniejszych życiowych zadań polega na wynalezieniu życiowego celu dostatecznie solidnego, by podtrzymywał życie. A potem musimy wykonać sprytny manewr i ukryć, że wynaleźliśmy ten cel, by na koniec dojść do wniosku, że go „odkryliśmy” – że zawsze „tam” był i na nas czekał” (s. 27)

„Czytałem ostatnio piękną książkę, The listener Allena Wheelisa, psychoanalityka z San Francisko i wspaniałego pisarza. Utkwił mi w pamięci fragment istotny dla tej dyskusji. Autor spaceruje ze swym psem, Montym:

Jesli się pochylę i podniosę patyk, natychmiast jest przy mnie. Oto stało się coś wielkiego. Ma misję. Nigdy mu nie przychodzi do głowy, by tę misję oceniać. W całości i wyłącznie poświęca się jej wypełnieniu. Pobiegnie albo popłynie na każdą odległość, pokona wszelkie przeszkody, by złapać patyk.

A gdy go już złapie, przynosi z powrotem: jego misja bowiem nie polega po prostu na złapaniu patyka, lecz na przyniesieniu g z powrotem. Im bardziej się jednak do mnie zbliża, tym wolniej się porusza. Chce mi go dać i wypełnić zadanie, nienawidzi jednak kończyć misji, nie chce znów się znaleźć w pozycji oczekiwania.

On, tak jak ja, musi służyć czemuś poza nim samym. Musi czekać, dopóki nie jestem gotów. Ma szczęście, że mnie ma, żebym mu rzucił patyk. Ja czekam na Boga, by mi rzucił mój. Czekam od dawna. Kto wie, jeśli w ogóle, znów zwróci na mnie swoją uwagę i wprawi mnie, tak jak ja wprawiam Monety’ego w stan misji?

Dlaczego pamiętam ten fragment? Cóż to za pokusa móc myśleć o z góry ustanowionej, konkretnej misji na życie! Któż by tego nie chciał: gdyby tylko ktoś rzucił mi patyk. Jakże pokrzepiające byłoby przeświadczenie, że gdzieś tam istnieje prawdziwy, rzeczywisty, ustanowiony, z góry ustalony cel-życia zamiast bezcelowego jedynie, zwiewnego, wynalezionego celu-życia, który, jak sądzę, nieuchronnie wynika z ostatecznej wizji zagłady naszego układu słonecznego.

Problem sensu życia jest plagą wszystkich istot zdolnych do refleksji nad sobą.

A  objawienia religijne, w którym się dowiadujemy, jaki ostateczny cel ma dla nas Bóg – choćby najtrudniejszy do zrealizowania, choćby wymagający najwięcej czasu – jest, oczywiście, witane z rozkoszą.  Religijne rozwiązanie problemu sensu o ileż bardziej jest kojące niż racjonalny, lecz ponury przekaz, jaki nam wysyła natura – przekaz przypominający, jak maleńkie miejsce zajmujemy w kosmosie i w wielkim łańcuchu bytu! Wpadł mi kiedyś w oko irytujący dowcip rysunkowy złożony z kilku obrazków. Na każdym z nich jakieś zwierze – dajmy na to dżdżownica, ryba, ptak, wąż, krowa – śpiewało sobie: „Jeść, przetrwać, rozmnażać się”. Na ostatnim rysunku człowiek w pozycji Rodinowskiego „Myśliciela” podśpiewywał: „O co w tym wszystkim chodzi? O co w tym wszystkim chodzi?”. Wszystkie inne formy życia najwyraźniej chwytają w lot to, czego tylko my ludzie, nie możemy pojąć i zamiast tego żądamy istnienia jakiegoś wyższego celu albo misji, a następnie ten cel uprawomocniamy” (s. 30)

„Do kwestii celu życia najlepiej podchodzić nie wprost – najlepiej nie dążyć jawnie do celu, lecz pozwolić, by się wyłonił  z sensownego i autentycznego zaangażowania, z zanurzenia się w rozwijające, spełniające transcendentne przedsięwzięcia.

Zajmowanie się poszukiwaniem celu życia jest – nauczał Budda – budujące: najlepiej zanurzyć się w rzece życia i pozwolić, by pytanie odpłynęło.” (s. 33)

Religia dostarcza rozmaitych form niezwykle silnych więzi. Osobie religijnej oferuję pociechę płynącą od osobowej, wiecznie obserwującej istoty boskiej, która nie tylko jest świadoma istnienia człowieka, lecz obiecuje mu też ostateczne połączenie – z utraconymi ukochanymi, z najwyższym Bogiem, z uniwersalną siłą życiową. I oczywiście widać wyraźnie, że zorganizowana religia dostarcza więzi ze społecznością: Kościół tworzy stabilne parafie podobnie myślących jednostek, sponsorują olbrzymią liczbę małych grup, włącznie z grupami towarzyskimi, studiów biblijnych, grupami czytelniczymi, spotkań małżeńskich, grupami dla osób samotnych. Wiele osób z pewnością przyłącza się do społeczności religijnych bardziej ze względu na więź społeczną niż przywiązanie do treści danej doktryny religijnej.” (s. 38)

„Czasami boję się przyszłości z powodu zagrożeń, jakie te irracjonalne wierzenia niosą dla naszego gatunku. To właśnie wiara w siły nadprzyrodzone – a nie jej brak – może nas zniszczyć. Wystarczy spojrzeć w przeszłość, by zobaczyć olbrzymie pokłosie zniszczenia, jakie zostawiła po sobie nieustępliwa wiara. Albo na współczesne konflikty na Środkowym Wschodzie czy na subkontynencie, gdzie rywalizujące ze sobą i nieugięte fundamentalistyczne wierzenia zagrażają milionom.(…)

Czasami czuję smutek na myśl o tym, ile życia może zejść na zachowaniach obsesyjno-kompulsywnych, długotrwałych medytacjach czy przesadnym zaabsorbowaniu rytualnymi praktykami. Traci się wówczas część wolności, kreatywności i rozwoju.

W swoich czterech prawdach Budda nauczał, że życie jest cierpieniem, że cierpienie nie pochodzi od pożądania i przywiązania i że  cierpienie można wyeliminować, odrywając się od wszelkich pożądań za pomocą praktyki medytacyjnej. (…)

Te poglądy wydają mi się nadmiernie pesymistyczne. Zdaję sobie sprawę z cierpienia związanego z istnieniem człowieka, nigdy jednak nie przeżywam go jako czegoś tak przytłaczającego, że musiałbym poświęcić dlań życie. Znacznie bardziej odpowiada mi  pochodząca od Nietzschego pochodząca perspektywa celebracji życia,zaangażowania w życie, amfor fati (umiłowanie losu). Pracując z osobami, które stawiały czoło śmierci, przekonałem się, że lęk przed śmiercią jest wprost proporcjonalny do ilości „nieprzeżytego życia”. Ci którzy czują, że przeżyli bogate życie, urzeczywistnili swój potencjał i wypełnili swe przeznaczenie, odczuwają mniejszą panikę w obliczu śmierci. Terapeuci wiele się mogą nauczyć od Nikosa Kazantzakisa, autora tak wielu chwalących życie dzieł – na przykład Greka Zorby i Chrystusa powtórnie ukrzyżowanego. Kazantzakis, jak Nietzsche, był antyreligijnym religijnym człowiekiem, którego grób (pochowano go na Krecie tuż za murami Heraklionu, bo Kościół obłożył go ekskomuniką) zdobi wybrane przezeń epitafium: „Nie chcę niczego, nie boję się niczego, jestem wolny”. Lubię radę, jaką daje w swoim wielkim dziele, Współczesnej wersji Odysei: „Śmierci pozostaw jedynie wypalone ruiny zamku”. To niezła wskazówka dotycząca życia” (s. 46)

Wiele fragmentów z jednego wykładu. Takie moje dywagacje nad wypowiedziami Yaloma. Religia i wiara są jak „nitki” podtrzymujące nas w odpowiedniej postawie. Kiedy jest źle możemy mieć nadzieję na lepsze jutro. Kiedy zło trwa długo i jest bardzo dotkliwe możemy to wytłumaczyć później doświadczeniem, umocnieniem, przygotowaniem do podobnych sytuacji w życiu. Kiedy jesteśmy samotni możemy pocieszyć się, że jest ktoś, kto kocha nas takimi, jakimi jesteśmy i dzięki niemu nie jesteśmy sami. Wszystko to traci na swojej mocy kiedy znajdziemy się w epicentrum samotności, zła, odrzucenia, innych nieszczęść. W epicentrum zapomina się o istnieniu Boga – tam jesteśmy my i nasze nieszczęścia, trudno uwierzyć w Jego istnienie – dlatego tak wielu ludzi traci wtedy wiarę. W przeżywaniu i radzeniu sobie z nieszczęściami potrzebni są ludzie – byty materialne. Bóg jest wysoko… A my żyjemy na ziemi…

Fragmenty tekstu pochodzą z książki I. D. Yaloma „Religia i psychiatria”, Paradygmat, Warszawa 2009 r.

Ciekawy artykuł do przeczytania (jeszcze :-) ):

W co opłaca się wierzyć, czyli co religie obiecują nam po śmierci?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Książka

 

To ja – Anna Zet – po lekturze artykułu z moim udziałem.

24 lis

1234567Przeczytałam…………………………..

Jeżeli artykuł pomoże osobom chorym, rodzinom, było warto. Warto mówić o trudnych sprawach. Chorzy i ich rodziny nie mogą pozostać bez wsparcia z zewnątrz – nie dadzą sobie rady. Gdybym poszła za modą i widziała w tym „układzie” „teorię spiskową” powiedziałabym, że ktoś na górze czeka, aż takie rodziny wykończą się same i wtedy nie będzie problemu, ale to prostackie. Artykuł ma ciekawy układ – sytuacja w lecznictwie i gdzieś pojawia się mała jednostka, która chciała sobie poradzić sama i niestety poległa. Uległość nie służy niczemu i nikomu. Trzeba głośno mówić o problemie a czasami nawet wykrzyczeć, że sobie z czymś nie radzimy i wymagamy pomocy z zewnątrz. Łatwe? Ja wiem, że nie…

Nie zmieniono mi imienia. Zobaczyłam siebie innymi oczami. Co poczułam? Morze współczucia dla tej kobiety – dla siebie. Przeżyłam horror. Przeszłam przez piekło i przypomniało mi się pytanie mojego ucznia zadane podczas oglądania filmu „Ostatni pociąg do Auschwitz”

- Pani profesor dlaczego oni na to pozwalali? Dlaczego nie uciekali? Więźniów było tysiące a Niemców garstka. Dlaczego oni nic nie robili?

Popatrzyłam na niego. Coś próbowałam odpowiedzieć, coś w klimacie psychologicznych zachowań ludzi  będących pod presją agresji fizycznej, słownej, psychicznej, zastraszania… i utknęłam. Zobaczyłam siebie…

Dlaczego nie uciekłam. Trwałam. Nie chcę rozpamiętywać tego co było. Dość! To minęło! Uczę się na nowo spokoju. Mozolnie. Powoli. Wiem jedno – nie wrócę do starego świata. „Lepszy na wolności kęs byle jaki, …”.

Dziś pobiegłam do sądu dowiedzieć się co z moją sprawą - sprawą o znęcanie się – sprawą z 2013 r. Pani w biurze podawczym zapytała:

- Czy pani wystąpiła jako poszkodowana, czy jako oskarżyciel posiłkowy?

- Jako poszkodowana.

- To nie może pani niczego się dowiedzieć. Nie ma pani wglądu do sprawy.

Gdybym wiedziała, że jako poszkodowana nie będę miała żadnych praw to wystąpiłabym jako ten oskarżyciel posiłkowy a tak pani mogła popatrzeć na mnie swoimi pięknymi oczkami i z uśmiechem powiedzieć, że nic nie mogę. Dura lex, sed lex. Nieznajomość prawa szkodzi, brak pieniędzy na adwokata też… Niestety.

Dalej nie wiem co mam robić? Bać się, czy nie…

Jedna z moich sąsiadek na moje dywagacje odpowiedziała:

- Anka nie damy ci nic zrobić. Nas jest dużo. Będziemy cię bronić. Nie bój się!

Napisana skarga na działanie policji też leży, bo pani w okienku na jej widok powiedziała:

- A to trzeba zanieść do prokuratora!

A prokurator powiedział: A to proszę zanieść do biura podawczego! 

Prokurator na górze a biuro podawcze na dole. Lataj głupia aż ci się znudzi! W końcu zrezygnujesz! Tragikomedia! Och życie…

Tak  a’propos…

Nie wiem śmiać się, czy płakać? 

Wyszłam mocno zdenerwowana (delikatnie mówiąc). Następny mur. Ile ich jeszcze będzie?

Poczytałam trochę w internecie o pani Ewelinie Lis. Zobaczyłam zdjęcia. Piękna, młoda dziewczyna. Pisze artykuły z sercem, ale też mądrze. Porusza trudne sprawy. Też podnosi się po osobistej tragedii – w 2012 r. w październiku ucierpiała w wypadku samochodowym – złamała kręgosłup. Walczy o siebie. Widziałam zdjęcia na których stoi wsparta na kulach. Taką postawę okupiła trudną i mozolną rehabilitacją. Waleczna kobieta! Pani Ewelino życzę dużo siły w walce o powrót do zdrowia.

Artykuł o dziennikarce : Pomóż Ewelinie Lis stanąć na nogi.

Ewelina

Foto: wiadomosci.onet.pl

 

Artykuł na stronie: newsweek.pl – Zapaść psychiczna.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Czasopisma, Życie

 

To JA jestem Ewą z Newsweeka – o moim kontakcie z mediami.

23 lis
1234

Foto: www.facebook.com/NewsweekPolska

Wpis o schizofrenii czyta wiele osób. Zainteresowała się nim dziennikarska z Newsweeka – pani Ewelina Lis. Kilka krótkich kontaktów z panią Eweliną  i pytanie, czy zgadzam się na opisanie mojej historii. Z koleżanką piszą artykuł o rzeczywistości dotyczącej leczenia chorych psychicznie – sytuacji w szpitalach, chorych i ich rodzinach. Moja historia bardzo im odpowiada. Pasuje do artykułu. 

Dzisiaj widziałam zwiastun nowego numeru – ukaże się jutro. Na okładce kobieta w kaftanie. Jestem ciekawa ile z mojej historii zostało w artykule?

Film – zwiastun do artykułu: Polska psychopułapka

Jutro przeczytam resztę…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Czasopisma

 

„Niech uniesie Cię wiatr” – nie bój się – pozwól mu na to…

19 lis
rzeka

Foto: http://pixabay.com/pl/

Niech uniesie Cię wiatr

Pewnego razu była sobie potężna rzeka, która brała swój początek w bardzo odległych górach. Płynęła poprzez wiele krajów, krain i przez wszystkie rodzaje przeszkód. Pewnego razu przybyła do ogromnej pustyni i wkrótce odkryła, że nie może jej przebyć.
Jakkolwiek silna nie była, już po chwili wsiąkała w ziemię. Było to czymś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Rzeka zna tylko jeden kierunek – do przodu. Ale im bardziej płynęła do przodu, tym bardziej wsiąkała w ziemię; wkrótce poczuła, że jednak nie jest jej przeznaczeniem stać się małą kałużą.
W środku swoich rozmyślań, z głębi pustyni usłyszała głos, który mówił:

- Daj się unieść delikatnemu wiatrowi  - i mimo, że słyszała te słowa, nie rozumiała ich.

Oczywiście znała wiele wiatrów, które mogły wiać nad ziemia z wielką siłą. Ale jak delikatny wiatr mógł jej teraz pomóc? Gdy rozważała ten niepojęty pomysł, ponownie usłyszała głos:

- Pozwól się pochłonąć wiatrowi.

Była zdumiona.

- Co to znaczy? – rozmyślała – Jestem potężną rzeką. Czy, gdy pochłonie mnie wiatr, będę istniała?.

Wtedy głos powiedział coś jeszcze:

- Nie bój się. Obowiązkiem wiatru jest ponieść ciebie. Rzeczywiście, może ci się to wydawać nowym doświadczeniem, ale zdarzało się to wcześniej wiele razy. To twoje przeznaczenie.

W trakcie słuchania, coś się w niej poruszyło. Danie za wygraną budziło w niej straszny sprzeciw i chętnie oddała się w kochające objęcia wiatru. Lekko i z łatwością była niesiona poprzez pustynię, aż do szczytu wysokiej góry. Tam stała się ciężka, aż miękko spadające, chłodne krople zebrały się i ponownie stały się potężną rzeką.

Kiedy szczęśliwa i swobodna spływała w dół góry, ponownie usłyszała głos, który przemawiał do niej na pustyni:

- Jak widzisz, nie ma się czego bać. Twoja forma może się zmieniać, ale twoja istota jest niezmienna.

Od tego czasu mówi się, że sekretna ścieżka rzeki życia jest wpisana w piaski pustyni.

Buddyzm ZEN

Ze strony Żyj świadomie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com, Internet

 

Cherie Carter-Scott – jeżeli życie to gra, to…

17 lis
ściana

Foto: www.pixabay.com

Gdy zadasz sobie pytanie „Dlaczego tu jestem’” albo „Dlaczego mi się to przytrafiło?”, czy też „Jaki ma to wszystko sens?” sięgnij po duchowy elementarz. Zapytaj siebie „Jaka to lekcja?” Jeśli w twojej odpowiedzi pojawi się motyw obronny, jeśli padną słowa „nigdy” albo „zawsze”, oznacza to, ze jeszcze nie przyswoiłeś sobie lekcji. Następnie posuń się nieco dalej i zapytaj „Czego ma mnie nauczyć to doświadczenie?”.

Kiedy tylko odnajdujesz wartość w danych ci okolicznościach bez względu na nieład czy trudy, to się rozwijasz. Osobisty rozwój zależy od tego, jak ochoczo przyswoisz sobie lekcje i zintegrujesz je ze swoim życiem. Pamiętaj, że jeśli będziesz się wzbraniać przed pobieraniem lekcji, będą się one powtarzać, dopóki ich nie opanujesz. Kiedy przyswoisz sobie lekcję, wciąż będziesz poddawany sprawdzianom. Jeśli nauczysz się lekcji, sprawdzian pójdzie ci łatwo, a ty przejdziesz do bardziej złożonych i wymagających lekcji.

Możesz zrobić przegląd wydarzeń z przeszłości i wyróżnić lekcje, które opanowałeś, którym stawiałeś opór i które wciąż powtarzasz. „Przeszłość to historia, przyszłość to tajemnica, a dzień dzisiejszy to dar, i dlatego nazywamy go teraźniejszością”.

Większym wyzwaniem jest przyjrzenie się obecnej sytuacji i dokładne stwierdzenie, jakie lekcje są ci udzielane. Najtrudniej jest spojrzeć w przyszłość. Pragnienie, by już ukończyć szkołę życia, nie przyśpiesza postępów w nauce i nie sprawia, że lekcje są łatwiejsze. Poszukiwanie autentycznej lekcji przypomina zabawę towarzyską, w której pary szukają trudno dostępnych artykułów.

 

* Przypomnij sobie, że jesteś tu po to, żeby przyswajać sobie lekcje.

* Uprzytomnij sobie proces, jaki przechodzisz. Zwracaj uwagę na to, czego doświadczasz.

* Przykładaj się do działań, które pozwalają ci nauczyć się udzielanych ci lekcji.

* Proś o odpowiedzi, a zostaną ci udzielone.

* Wsłuchuj się z otwartym sercem.

* Zrób przegląd wszystkich możliwości.
   Traktuj swoje oceny jak zwierciadło.

*Dostrzegaj szansę w każdym kryzysie.
  Ufaj sobie.

* Wierz w siebie.

* Wejrzyj w siebie i traktuj wyższe „ja” jako przewodnika ułatwiającego podejmowanie wyborów.

* Obejmij współczuciem również siebie.

*Pamiętaj, że me ma błędów, tylko lekcje.

* Kochaj siebie, ufaj swoim wyborom, a wszystko stanie się możliwe.

 

Z książki: Cherie Carter-Scott „Jeżeli życie jest grą oto jej reguły”

 

Na tej dumnej ziemi wyrośliśmy mocni
Byliśmy upragnieni od samego początku
Nauczono mnie walczyć, nauczono wygrywać
Nigdy nie myślałem, że mogę zawalić

Nie zostało żadnej woli walki, jak mi się zdaje
Jestem człowiekiem, którego opuściły wszystkie marzenia
Zmieniłem twarz, zmieniłem swoje imię
Ale nikt cię nie chce, gdy przegrywasz

Nie poddawaj się
Bo masz przyjaciół
Nie poddawaj się
Jeszcze cię nie pokonano
Nie poddawaj się
Wiem, że możesz to naprawić

Chociaż widziałem to wszędzie wokół
Nigdy nie sądziłem, że mogłoby mnie dotknąć
Myślałem, że w razie czego będziemy ostatni
W tak dziwny sposób sprawy się zmieniają

Pojechałem nocą do swego domu
Miejsca mych urodzin, na brzegu jeziora
W świetle dnia zobaczyłem ziemię
Drzewa spaliły się do cna

Nie poddawaj się
Wciąż masz nas
Nie poddawaj się
Nie potrzebujemy wiele
Nie poddawaj się
Ponieważ gdzieś jest miejsce
Gdzie należymy

Oprzyj swoją głowę
Za bardzo się martwisz
Będzie w porządku
Gdy czasy stają się brutalne
Możesz oprzeć się na nas
Nie poddawaj się
Proszę, nie poddawaj się

Muszę stąd odejść
Nie mogę znieść więcej
Stanę na tym moście
Spojrzę w dół
Cokolwiek może przyjść
I cokolwiek może odejść
Rzeka płynie
Rzeka płynie

Wyruszyłem do innego miasta
Naprawdę się starałem znaleźć tam dom
Do każdej pracy tak wielu ludzi
Tak wielu ludzi których nie potrzebuje nikt

Nie poddawaj się
Bo masz przyjaciół
Nie poddawaj się
Nie jesteś jedyny
Nie poddawaj się
Nie ma powodu, by być zawstydzonym
Nie poddawaj się
Wciąż masz nas
Nie poddawaj się teraz
Jesteśmy dumni z tego, kim jesteś
Nie poddawaj się
Wiesz, że to nigdy nie było proste
Nie poddawaj się
Ponieważ wierzę, że jest takie miejsce
Takie miejsce, do którego należymy

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Muzyka

 

Wiara w siebie według Cherie Carter-Scott.

15 lis
kwiat w

foto: http://lwica38.flog.pl

 WIARA
„Wiara to dar ducha pozwalający duszy zachować więź z własnymi przejawami.”  Thomas More

Miej wiarę w siebie, abyś mógł pamiętać o swojej prawdzie i wiedzy ukrytych w głębi duszy. Czasami przychodzą chwile, kiedy nie umiesz jasno dostrzec drogi wiodącej do prawdy, momenty ciemności i niepewności. Życie bywa trudne i czasami nie potrafisz go zrozumieć czy utrzymać się na powierzchni.
Takie chwile wymagają wiary.
Wiara to samotna świeca w ciemności, kiedy zostajesz wtrącony w pustkę, i rozpięta pod tobą niewidzialna sieć, kiedy grozi ci upadek. Pozwala przetrwać okresową amnezję. Wiara to przekonanie, nie poparte namacalnym dowodem, że chociaż prawda zostaje czasem zaćmiona, nie znika na zawsze. Spoczywa ukryta w tobie, dopóki nie odzyskasz więzi z wrodzoną mądrością.

Wielu ludziom wiara pomogła zachować pamięć o zdolności do przezywania pełni, kiedy już utracili jej poczucie. To wiara ułatwiła im przypomnienie sobie mądrości ukrytej w duszy.

Istnieje wiele sposobów przywrócenia wiary w trudnych chwilach, kiedy jest zbyt mało światła, by widzieć jasno, a prawda jest na tyle przymglona, że nie można jej sobie przypomnieć. Otaczając się ludźmi znającymi twoją osobistą prawdę i twoje autentyczne „ja”, podtrzymujesz zakorzenienie w prawdzie. Możesz oprzeć się na tych ludziach (np. przyjaciołach, rodzeństwu) i poprosić ich, żeby przypomnieli ci o prawdzie w chwilach okresowej amnezji. Thea Alexander nazywa tych ludzi „mistrzami rozwoju osobistego”. Kiedy słabnie nasza wiara owi mistrzowie pobudzają w nas przebłyski świadomości.

Innym sposobem podtrzymania wiary są kamienie probiercze. W jasnych chwilach kolekcjonuj rzeczy, które zapewniają ci więź z twoimi źródłami. Mogą to być symbole, przedmioty, zapiski, cytaty, czy cokolwiek innego, co pozwala ci nawiązać kontakt z tą sferą własnej osoby, która jest otwarta na uniwersalnego ducha. W chwilach zapomnienia otaczaj się tymi rzeczami, żeby przypomnieć sobie, kim jesteś i na co cię stać.

Wiarę można również odnowić, podejmując działania, które cię ześrodkowują. Dla niektórych jest to modlitwa, dla innych oddychanie, czytanie, medytacja, jogging, rysowanie lub zabawa z psem. Te działania mogą wyciągnąć cię z amnezji. Co napełnia cię energią duchową? Co wzmacnia instynkt samozachowawczy? Jaka siła podtrzyma cię, kiedy będziesz tonął? Kiedy jesteś rozbudzony i świadomy, poświęć nieco czasu na zastanowienie się, co może dać ci oparcie w życiu i uchronić od upadku.

To tylko kilka propozycji. Tylko ty wiesz, co pomoże ci przypomnieć sobie o prawdzie i odzyskać więź z własną istotą. Odkryj to i noś na sercu jak największy skarb. Pomoże ci wtedy, kiedy oddalisz się zbytnio od prawdy.

Ostatnia lekcja, jakiej musisz się nauczyć, przyswajając sobie Reguły Człowieczeństwa, to bezgraniczność, bo to ona pozwoli ci iść swoją drogą jeszcze długo po odłożeniu tej książki. Bezgraniczność to poczucie, że nie ma granic dla twoich poczynań, bądź przeobrażeń. Opanujesz ją, kiedy będziesz wiedział, ze twój rozwój nie ma końca, a twój potencjał rozwojowy sięga nieskończoności. Urodziłeś się, świadom swojej bezgraniczności. Kiedy dorastałeś i byłeś wychowywany, mogłeś jednak uznać, że są granice, które nie pozwalają ci osiągnąć najwyższych poziomów rozwoju duchowego, emocjonalnego i umysłowego. Ale granice istnieją tylko w twojej głowie. Kiedy uczysz się je przekraczać, opanowujesz lekcję bezgraniczności.

Miałam w szkole nauczycielkę, która rozumiała wagę tej lekcji. Przypominała nam codziennie, że stać nas na wszystko, co sobie wymarzymy, bez względu na to, jak bardzo wydawałoby się to niewykonalne, czy jak wielkie byłyby przeszkody. Życzyłabym każdej szkole takiej nauczycielki jak pani Carbone, która nauczyłaby dzieci poznać cudowną moc, jaką mają w sobie, i dążyć do jej odkrycia.

Możesz sięgać do coraz to wyższych poziomów dzięki temu, że już dysponujesz nieskończonym potencjałem. Twoim wyzwaniem w tym życiu jest odkrycie tego potencjału przez usunięcie kolejnych warstw i pamiętanie o podstawowej prawdzie –  nie ma nic, czego me mógłbyś zrobić czy mieć, nie ma nikogo, kim nie mógłbyś się stać. Wszystko znajduje się w twoim zasięgu. Poznaj swoje ograniczenia, nie po to, by je uszanować, lecz by rozbić je na kawałki i sięgnąć po wspaniałość.

Ostatnio w wiadomościach przedstawiono sylwetkę Valdasa Adamkusa, który udowodnił sobie i światu, że człowieka stać na wszystko. Valdas wyemigrował z Litwy do Stanów Zjednoczonych i po latach ciężkiej pracy doszedł do stanowiska wielokrotnie odznaczanego urzędnika państwowego. Stworzył szeroko zakrojony plan oczyszczenia środowiska Wielkich Jezior i otrzymał z rąk prezydenta Ronalda Reagana najwyższe odznaczenie dla urzędników państwowych. W 1991 roku Litwa odzyskała wolność, a Valdas postanowił tam wrócić, by pomóc ojczyźnie tak jak Ameryce.

W tym roku, w wieku siedemdziesięciu jeden lat, wówczas gdy wielu ludzi wycofuje się z czynnego życia, Valdas Adamkus został prezydentem Litwy. Zapytany o proces wewnętrzny, który doprowadził go do kandydowania na tak wymagający urząd, Valdas odparł „W życiu nie ma granic”.

Wielu innych ludzi wykazało podobnego ducha, udowadniając, że człowieka stać na wszystko, co sobie zamierzy. Bracia Wright, pomimo wątpliwości otoczenia, skonstruowali maszynę latającą. Gandhi zainicjował rewolucję, która porwała miliony ludzi.

Nie tylko heroiczne osiągnięcia są przykładem bezgraniczności. Otrzymanie najwyższej oceny za pracę semestralną, czy zawieszenie samemu zasłon w kuchni dowodzi, że stać cię na wszystko, nawet jeśli same działania są niepozorne. Ważny jest fakt, że wierzysz, iż cię na to stać, i dajesz sobie szansę osiągnięcia sukcesu.

Każda życiowa lekcja otwiera ci furtkę do poczucia bezgraniczności. Nie ma granic dla twojego współczucia czy cierpliwości, dobrych chęci, zaangażowania, tolerancji czy innych cech. Masz nieskończone przyzwolenie na to, żeby kochać, rozwijać się i przypominać sobie wciąż od nowa całą ukrytą w tobie mądrość. 

Z książki: Cherie Carter-Scott „Jeżeli życie jest grą oto jej reguły”

Tego wpisu można posłuchać w aplikacji Audioblog

logo_audioaudioblog_small_white1

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Audioblog, Książka