RSS
 

Jak pogodzić się ze stratą? Zaakceptować nową rzeczywistość?

01 lis

za późno

Tydzień po poniedziałkowych wydarzeniach mija. 

Emocje przelewały się jak fale oceanu. Szok, przerażenie, poczucie zagrożenia, składanie wyjaśnień, odpowiadanie na telefony, opowiadanie o zdarzeniu.  Ocean emocji – dzisiaj spokojny, ale co będzie jutro, pojutrze, w przyszłości. To wszystko siedzi gdzieś pod skórą, płytko. Wiem, że wystarczy „iskra” i znów wszystko zacznie się od nowa. 

Czytam inne blogi i opowieści napisane na ich stronach i zastanawiam się czy dobrze robię – czy dobrze, że piszę o swoich uczuciach. Wiem jedno – opisane wydarzenia stają się łatwiejsze do przyjęcia, do oswojenia. 

Ostatnio czuję wiele wsparcia od obcych, niespokrewnionych ludzi. Oferują rozmowę, wsparcie, pomoc. Jedna z sąsiadek przychodzi, tłumaczy, wspiera. Jest obok… Dzięki nim udaję mi się „normalnie” funkcjonować. Nie pozwalają mi na samotne rozpamiętywanie wydarzeń.

Dam radę! Dawałam sobie radę przez tyle lat. Podniosę się… Teraz nie jestem sama.

Wczoraj przyszła do mnie sąsiadka. Rozmowa zeszła na moją przeszłość – czas małżeństwa. Poprosiła o zdjęcia z mężem.

- Może widziałam go na klatce wtedy, wiesz… Chodziłam z nim do szkoły i zastanawiam się, czy teraz bym go poznała.

Wyjęłam albumy. Zaczęłam pokazywać zdjęcia. Na jednym cała nasza czwórka – małe dzieci, ja i on – wszyscy uśmiechamy się do obiektywu. Zdjęcie z 2008 r. Na innym on przytula maleńką, miesięczną córkę. Kochający ojciec…

- Tu wcale nie wyglądacie na nieszczęśliwych – stwierdziła.

Jest wiele zdjęć. Na nich my uśmiechnięci. Do zdjęć nie pozuje się z grobową miną. Lubię oglądać te zdjęcia, bo na nich jest szczęśliwa rodzina. Tam jestem ja ze swoją nadzieją na lepsze jutro, ze swoją siłą i pewnością, że dam radę. Zdjęć z tych okresów, gdzie mąż miał schizofreniczne epizody nie ma i nie będzie. Byłyby szokujące, ale byłaby możliwość ich zniszczenia, wyrzucenia i zapomnienia. Życie na pokaz, jak na FB i szara, prawdziwa rzeczywistość zdominowana przez schizofrenię. „Zdjęć” zagnieżdżonych w mojej i dzieci pamięci nikt nie wyrzuci. Z czasem zblakną, zaczną się zacierać. Ich miejsca zajmą inne flesze, mam nadzieję szczęśliwsze. Pracujemy nad tym – cała nasza trójka.

Ponad rok cieszyliśmy się ze spokoju.

Gdzieś w głębi mnie rodzi się pytanie: czy gdybym znalazła wsparcie innych, fachową pomoc, nie była z tym wszystkim sama, przerażona, sparaliżowana strachem i widząca jedyne wyjście z sytuacji w ucieczce doszłoby do takiego końca? 

Grecka tragedia. Nie ma dobrego rozwiązania – bez mądrej pomocy z zewnątrz nie ma dobrego wyjścia. Nieraz opowiadałam o tym, co się u nas działo i to nie tylko znajomym, ale również fachowcom i zawsze uderzałam głową w mur. Pozostawała gorzka świadomość, że jestem sama z problemem i muszę sobie radzić sama. Potrzeba zrozumienia na poziomie rodziny, władz i lekarzy. Nie każdy, kto skarży się na chorego psychicznie partnera, chce na siłę „wsadzić” go do szpitala i mieć problem z głowy. Kto ustalił takie prawo, że chory w amoku schizofrenicznym może podjąć racjonalną decyzję dotyczącą własnego leczenia?

Czasami jest za późno…

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Życie

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~A.J.

    5 listopada 2014 o 20:18

    Nadal pisz o swoich uczuciach, blogi prywatne właśnie przez to są autentyczne, dlatego są też takie ważne, szczególnie dla ludzi, których łączą podobne sytuacje i przeżycia. Pisanie z perspektywy własnych doświadczeń, to nie tylko „samo-terapia”, ale coś dla innych, czasem pomaga nawet „nie jesteś sam”, oby na to też nie było za późno.
    Mam nadzieję, że jakoś się trzymasz, w każdym razie ja trzymam kciuki, aby starczyło Ci sił, by nie szukać winy i z uśmiechem iść do przodu. Natrętne myśli będą powracać, ale to przecież my decydujemy jak długo z nami pozostają.
    Trzymaj się, a ja nadrobię braki w Twoim archiwum, jakoś dawno tu nie byłam, tym razem adres bloga na pewno zapamiętam.