RSS
 

Wiara to życie wsparte na Bogu, czy uzależnione od Boga? Po co nam wiara?

25 lis

wierzyć

Zastanawiam się często jak wyglądałoby moje życie bez wiary w Boga? Deklaruję się jako osoba wierząca. Często mówię, że gdyby nie moja wiara, gdyby nie Bóg, nie wiem jak przetrwałabym to wszystko, co mnie spotkało. Jakiś chochlik podpowiada mi wtedy, że gdyby nie moja wiara i płynące z niej przesłania (dobroć, cierpliwość, pokora, cichość, znoszenie przemocy, kierowanie się miłością do bliźniego bez względu na to jaki jest) nie musiałabym przechodzić takiego piekła. Odpowiadam wtedy – życie takie jest, takie są jego reguły a w ciężkich chwilach pomaga wiara.

Kiedyś, podczas rozmowy z osobą niewierzącą też przedstawiłam taką postawę i usłyszałam:

- Wierzysz w opatrzność Bożą?! Srogi ten twój Bóg. Niby się opiekuje, ale też doświadcza. Jakby wciskał guziczki z napisem „nieszczęścia” i ze złośliwym uśmiechem mówił: No to teraz dołożą takiej Ani i popatrzę jak płacze i czy da radę”.  Złośliwy jegomość  z niego a ty mówisz, że można być mu jeszcze za to wdzięcznym…

Wpadła mi w ręce broszura Irvina D. Yaloma „Religia i psychiatria” i niektóre fragmenty są mi bardzo bliskie. Bliskie mojemu sposobowi myślenia o Bogu. Moja wiara nie jest z kategorii fundamentalistycznej i to daje mi wolność myślenia. Fundamentalizm zaślepia i sprawia, że człowiek jest hermetyczny na coś nowego – jest głuchy na dyskusję i zdanie innych.

Lubię książki I. D. Yaloma – psychiatry i terapeuty amerykańskiego.  Z pochodzenia jest żydem, ale deklaruje się jako osoba niewierząca. Broszura zawiera tekst wykładu, który Yalom wygłosił w 2000 r. w Nowym Orleanie. Przedstawię jedynie fragmenty dotyczące wiary i religii .

A oto one:

„Jeśli wiara religijna ma rozkwitnąć, trzeba ją zasiać w dzieciństwie i wtedy też musi zapuścić korzenie. Zdolność do wiary objawionej jest największa w dzieciństwie, dlatego zważa się przede wszystkim na opanowanie tego delikatnego wieku. Nigdy nie obarczono mnie wcześnie zasianą wiarą, wobec czego uznałem, że wiara religijna, jak wiele innych wczesnych nieracjonalnych przekonań, jest balastem. (…) ludzie po prostu potrzebują wyjaśnienia życia dostosowanego do ich zdolności pojmowania. Dlatego religia jest zawsze w alegorycznym przebraniu. Gdy jednak krótkowzroczni nauczyciele religii czy to sami mylą alegorią i metaforę z prawdą historyczną, czy też świadomie postanawiają uczyć w ten sposób i autorytetem religijnym zastępować wszelkie formy rozumu, narażają się na ryzyko odstręczania niektórych studentów- a ja właśnie byłem jednym z tych wcześnie odstręczonych” (s.12) W dzisiejszych szkołach takich „odstręczonych studentów” jest bardzo wielu, a szkoda, bo wiara może dawać dużo pozytywnej siły ducha.

„Stwierdzam również, że całym sercem się zgadzam ze stwierdzeniem tak dobrze wyrażonym w ostatniej książce Francisca Cricka (laureata nagrody Nobla za prace nad DNA) (…) Zdumiewająca hipoteza brzmi : Ty, Twoje radości i smutki, Twoje wspomnienia i ambicje, Twoje poczucie tożsamości i wolna wola, nie są w rzeczywistości niczym innym niż sposobem, w jaki zachowuje się ogromny zbiór komórek nerwowych i związanych z nimi cząstek. Do tej listy doświadczeń człowieka, które w ostatecznym rozrachunku są skutkiem elektronicznej aktywności neuronów, mogę dorzucić zjawiska tego rodzaju, jak atman, iskra boża, natura Buddy, dusza, święta ziemia oraz tęsknota za satori, nirwaną, oświeceniem, zbawieniem. Moim zdaniem ten materialistyczny – a może lepiej nazwijmy go naturalistycznym – punkt widzenia na umysł jest opłakany, upokarzający i niesmaczny, a zarazem oczywisty i nieuchronny. Mogę powiedzieć, że bardzo pragnę mieć w sobie bożą iskrę, marzę o tym, by być częścią sacrum, istnieć wiecznie, połączyć się z tymi, których utraciłem – bardzo tego wszystkiego chcę, ale wiem, że pragnienie te nie zmieniają rzeczywistości ani jej nie konstytuują” (s. 14)

„Uważam, że przez całą historię wszyscy ludzie we wszystkich kulturach musieli sobie radzić z troskami i poszukiwali jakiegoś sposobu ucieczki przed lękiem wbudowanym w kondycję ludzką. Każdy człowiek doświadcza lęku towarzyszącemu myślom o śmierci, braku sensu, wolności (…) i o zasadniczej izolacji, religia zaś się wyłania jako podstawowe dążenie rodzaju ludzkiego do uśmierzenia lęku istnienia. Powodem więc wszechobecności wiary religijnej jest wszechobecność lęku istnienia. To nie bogowie nas stworzyli; oczywiste wydaje się, że to my tworzymy bogów dla naszej wygody i, jak od początków słowa pisanego wskazywali filozofowie, tworzymy ich na nasz obraz i podobieństwo. 2500 lat temu Ksenofanes, przedsokratyjski wolnomyśliciel pisał: Gdyby lew potrafił myśleć, jego bogowie mieliby grzywy i ryczeliby”

Wydaje się, że my ludzie, jesteśmy istotami poszukującymi sensu, które miały to nieszczęście, że zostały rzucone w świat pozbawiony immanentnego znaczenia. Jedno z naszych najważniejszych życiowych zadań polega na wynalezieniu życiowego celu dostatecznie solidnego, by podtrzymywał życie. A potem musimy wykonać sprytny manewr i ukryć, że wynaleźliśmy ten cel, by na koniec dojść do wniosku, że go „odkryliśmy” – że zawsze „tam” był i na nas czekał” (s. 27)

„Czytałem ostatnio piękną książkę, The listener Allena Wheelisa, psychoanalityka z San Francisko i wspaniałego pisarza. Utkwił mi w pamięci fragment istotny dla tej dyskusji. Autor spaceruje ze swym psem, Montym:

Jesli się pochylę i podniosę patyk, natychmiast jest przy mnie. Oto stało się coś wielkiego. Ma misję. Nigdy mu nie przychodzi do głowy, by tę misję oceniać. W całości i wyłącznie poświęca się jej wypełnieniu. Pobiegnie albo popłynie na każdą odległość, pokona wszelkie przeszkody, by złapać patyk.

A gdy go już złapie, przynosi z powrotem: jego misja bowiem nie polega po prostu na złapaniu patyka, lecz na przyniesieniu g z powrotem. Im bardziej się jednak do mnie zbliża, tym wolniej się porusza. Chce mi go dać i wypełnić zadanie, nienawidzi jednak kończyć misji, nie chce znów się znaleźć w pozycji oczekiwania.

On, tak jak ja, musi służyć czemuś poza nim samym. Musi czekać, dopóki nie jestem gotów. Ma szczęście, że mnie ma, żebym mu rzucił patyk. Ja czekam na Boga, by mi rzucił mój. Czekam od dawna. Kto wie, jeśli w ogóle, znów zwróci na mnie swoją uwagę i wprawi mnie, tak jak ja wprawiam Monety’ego w stan misji?

Dlaczego pamiętam ten fragment? Cóż to za pokusa móc myśleć o z góry ustanowionej, konkretnej misji na życie! Któż by tego nie chciał: gdyby tylko ktoś rzucił mi patyk. Jakże pokrzepiające byłoby przeświadczenie, że gdzieś tam istnieje prawdziwy, rzeczywisty, ustanowiony, z góry ustalony cel-życia zamiast bezcelowego jedynie, zwiewnego, wynalezionego celu-życia, który, jak sądzę, nieuchronnie wynika z ostatecznej wizji zagłady naszego układu słonecznego.

Problem sensu życia jest plagą wszystkich istot zdolnych do refleksji nad sobą.

A  objawienia religijne, w którym się dowiadujemy, jaki ostateczny cel ma dla nas Bóg – choćby najtrudniejszy do zrealizowania, choćby wymagający najwięcej czasu – jest, oczywiście, witane z rozkoszą.  Religijne rozwiązanie problemu sensu o ileż bardziej jest kojące niż racjonalny, lecz ponury przekaz, jaki nam wysyła natura – przekaz przypominający, jak maleńkie miejsce zajmujemy w kosmosie i w wielkim łańcuchu bytu! Wpadł mi kiedyś w oko irytujący dowcip rysunkowy złożony z kilku obrazków. Na każdym z nich jakieś zwierze – dajmy na to dżdżownica, ryba, ptak, wąż, krowa – śpiewało sobie: „Jeść, przetrwać, rozmnażać się”. Na ostatnim rysunku człowiek w pozycji Rodinowskiego „Myśliciela” podśpiewywał: „O co w tym wszystkim chodzi? O co w tym wszystkim chodzi?”. Wszystkie inne formy życia najwyraźniej chwytają w lot to, czego tylko my ludzie, nie możemy pojąć i zamiast tego żądamy istnienia jakiegoś wyższego celu albo misji, a następnie ten cel uprawomocniamy” (s. 30)

„Do kwestii celu życia najlepiej podchodzić nie wprost – najlepiej nie dążyć jawnie do celu, lecz pozwolić, by się wyłonił  z sensownego i autentycznego zaangażowania, z zanurzenia się w rozwijające, spełniające transcendentne przedsięwzięcia.

Zajmowanie się poszukiwaniem celu życia jest – nauczał Budda – budujące: najlepiej zanurzyć się w rzece życia i pozwolić, by pytanie odpłynęło.” (s. 33)

Religia dostarcza rozmaitych form niezwykle silnych więzi. Osobie religijnej oferuję pociechę płynącą od osobowej, wiecznie obserwującej istoty boskiej, która nie tylko jest świadoma istnienia człowieka, lecz obiecuje mu też ostateczne połączenie – z utraconymi ukochanymi, z najwyższym Bogiem, z uniwersalną siłą życiową. I oczywiście widać wyraźnie, że zorganizowana religia dostarcza więzi ze społecznością: Kościół tworzy stabilne parafie podobnie myślących jednostek, sponsorują olbrzymią liczbę małych grup, włącznie z grupami towarzyskimi, studiów biblijnych, grupami czytelniczymi, spotkań małżeńskich, grupami dla osób samotnych. Wiele osób z pewnością przyłącza się do społeczności religijnych bardziej ze względu na więź społeczną niż przywiązanie do treści danej doktryny religijnej.” (s. 38)

„Czasami boję się przyszłości z powodu zagrożeń, jakie te irracjonalne wierzenia niosą dla naszego gatunku. To właśnie wiara w siły nadprzyrodzone – a nie jej brak – może nas zniszczyć. Wystarczy spojrzeć w przeszłość, by zobaczyć olbrzymie pokłosie zniszczenia, jakie zostawiła po sobie nieustępliwa wiara. Albo na współczesne konflikty na Środkowym Wschodzie czy na subkontynencie, gdzie rywalizujące ze sobą i nieugięte fundamentalistyczne wierzenia zagrażają milionom.(…)

Czasami czuję smutek na myśl o tym, ile życia może zejść na zachowaniach obsesyjno-kompulsywnych, długotrwałych medytacjach czy przesadnym zaabsorbowaniu rytualnymi praktykami. Traci się wówczas część wolności, kreatywności i rozwoju.

W swoich czterech prawdach Budda nauczał, że życie jest cierpieniem, że cierpienie nie pochodzi od pożądania i przywiązania i że  cierpienie można wyeliminować, odrywając się od wszelkich pożądań za pomocą praktyki medytacyjnej. (…)

Te poglądy wydają mi się nadmiernie pesymistyczne. Zdaję sobie sprawę z cierpienia związanego z istnieniem człowieka, nigdy jednak nie przeżywam go jako czegoś tak przytłaczającego, że musiałbym poświęcić dlań życie. Znacznie bardziej odpowiada mi  pochodząca od Nietzschego pochodząca perspektywa celebracji życia,zaangażowania w życie, amfor fati (umiłowanie losu). Pracując z osobami, które stawiały czoło śmierci, przekonałem się, że lęk przed śmiercią jest wprost proporcjonalny do ilości „nieprzeżytego życia”. Ci którzy czują, że przeżyli bogate życie, urzeczywistnili swój potencjał i wypełnili swe przeznaczenie, odczuwają mniejszą panikę w obliczu śmierci. Terapeuci wiele się mogą nauczyć od Nikosa Kazantzakisa, autora tak wielu chwalących życie dzieł – na przykład Greka Zorby i Chrystusa powtórnie ukrzyżowanego. Kazantzakis, jak Nietzsche, był antyreligijnym religijnym człowiekiem, którego grób (pochowano go na Krecie tuż za murami Heraklionu, bo Kościół obłożył go ekskomuniką) zdobi wybrane przezeń epitafium: „Nie chcę niczego, nie boję się niczego, jestem wolny”. Lubię radę, jaką daje w swoim wielkim dziele, Współczesnej wersji Odysei: „Śmierci pozostaw jedynie wypalone ruiny zamku”. To niezła wskazówka dotycząca życia” (s. 46)

Wiele fragmentów z jednego wykładu. Takie moje dywagacje nad wypowiedziami Yaloma. Religia i wiara są jak „nitki” podtrzymujące nas w odpowiedniej postawie. Kiedy jest źle możemy mieć nadzieję na lepsze jutro. Kiedy zło trwa długo i jest bardzo dotkliwe możemy to wytłumaczyć później doświadczeniem, umocnieniem, przygotowaniem do podobnych sytuacji w życiu. Kiedy jesteśmy samotni możemy pocieszyć się, że jest ktoś, kto kocha nas takimi, jakimi jesteśmy i dzięki niemu nie jesteśmy sami. Wszystko to traci na swojej mocy kiedy znajdziemy się w epicentrum samotności, zła, odrzucenia, innych nieszczęść. W epicentrum zapomina się o istnieniu Boga – tam jesteśmy my i nasze nieszczęścia, trudno uwierzyć w Jego istnienie – dlatego tak wielu ludzi traci wtedy wiarę. W przeżywaniu i radzeniu sobie z nieszczęściami potrzebni są ludzie – byty materialne. Bóg jest wysoko… A my żyjemy na ziemi…

Fragmenty tekstu pochodzą z książki I. D. Yaloma „Religia i psychiatria”, Paradygmat, Warszawa 2009 r.

Ciekawy artykuł do przeczytania (jeszcze :-) ):

W co opłaca się wierzyć, czyli co religie obiecują nam po śmierci?

 
Komentarze (3)

Napisane przez w kategorii Książka

 

Tags:

Dodaj komentarz

 

 
  1. justyna

    27 listopada 2014 o 09:37

    Twój wpis daje dużo do myślenia. Ja sobię nie wyobrażam mojego życia bez Boga, bez modlitw bez Wigilii i innych świąt bez Pasterki bez rorat to wszystko jest powiązane i bardzo się cieszę, że jestem chrześcijanką . Pozdrawiam i zapraszam do mnie :)

     
  2. ~Dorota

    29 listopada 2014 o 15:39

    Po przeczytanu tego jest mi przykro że ktoś kto uwarza się za wierzącego przekazuje dalej takie taksty. Wcześniej znajdowałam tutaj książki które dawały siłe, teraz niestety zupełnie do mnie nie trafiają. Wiara nie jest tylko suchą deklaracją, a toleracja to co innego niż upowszechnianie a tym bardziej rozpowszechnianie teori sprzecznych z naszą wiarą. To nie Bóg sprawia nam ból, on daje siłe by przetrwać i nigdy nas nie opuszcza choć my często o Nim zapominamy:)

     
    • Anula

      29 listopada 2014 o 22:11

      Dorotko to Twój problem. Chyba do końca nie wiesz, czym jest wiara i nie kierujesz się do końca tolerancją. Jestem wolna – Bóg obdarzył mnie wolnością i mogę swoje zdanie wypowiedzieć głośno. Nikogo tym nie krzywdzę. Mam prawo głośno mówić o tym, co mnie zastanawia, niepokoi i mogę się zgadzać, lub nie ze zdaniem innych.Swoją wypowiedzią niczego nikomu nie narzucam. Jan Paweł II mówił o ekumenizmie i to on pierwszy dostrzegł ile piękna może wyniknąć z różnic religijnych i jak takie różnice mogą nas ubogacić. Szkoda, że niektórzy ludzie kierują się jednak religijnym fundamentalizmem. Pozdrawiam

       
 

  • RSS