RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2014

„Służące” – o filmie i o życiu, czyli nigdy się nie poddawaj!

31 gru

służące

„Służące” reż. Tate Tajlor  - Warto obejrzeć!

 Akcja filmu toczy się w stanie Mississippi w latach 60. W roli głównej występuje Emma Stone grająca Skeeter, dziewczynę z dobrego domu z południa, która po studiach marzy o karierze pisarki. Niespodziewanie wywraca do góry nogami życie swoich przyjaciół i mieszkańców rodzinnego miasteczka, gdy postanawia przeprowadzić wywiad z czarnoskórą służącą najzamożniejszych rodzin w okolicy. Nominowana do Oscara Viola Davis w roli Albeen decyduje się ujawnić ciemne sekrety życia czarnoskórej mniejszości. Ze zwierzeń rodzi się przyjaźń. Okazuje się, że przyjaciółki mają sobie dużo do opowiedzenia. Zarówno one, jak i inni mieszkańcy miasteczka są świadkami zmieniających się czasów i obyczajów.

Film o odwadze mówienia o niesprawiedliwości, która dotykała główne bohaterki. Zmieniają się czasy. Technika idzie do przodu. Nie zmienia się jedno – ludzie i ich charaktery. Mówi się o tolerancji, miłości, wyrozumiałości, otwieraniu się na innych. Czasy segregacji rasowej minęły, ale nadal trwa inna „segregacja” a jaka ? Możemy zaobserwować dookoła. Segregacja na dobrych i złych, chrześcijan i niewierzących, itd. W Polsce od paru lat modne są podziały i brak dialogu między podzielonymi stronami. W dobrym tonie jest obrzucanie błotem i pokazywanie jedynie słusznej racji. Modna jest agresja w wypowiedziach i zachowaniu. Nikt nie słucha mądrych, spokojnych, wyważonych opinii. 

Film oglądałam w sobotę wieczorem. Wcześniej miałam trudną rozmowę z właścicielem mieszkania. Rozmowa dotyczyła moich obowiązków i to nie tych dotyczących płacenia, ale odbierania od niego telefonów. Dowiedziałam się, że dopóki mieszkam w tym mieszkaniu muszę odbierać telefony od właściciela a nie odbierałam ich w wigilię. Usłyszałam jeszcze wiele „miłych” słów i ostrzeżenie, że jeżeli nie „zamknę buzi to…”. A jeżeli nie podpiszę umowy, którą przyniósł to moje rzeczy zostaną wyrzucone przez okno. Nie miałam czasu na zapoznanie się z umową i dokładne przemyślenie tego, co tam było napisane. Trzęsącymi dłońmi podpisywałam, bo bałam się o dach nad głową. Śledząc losy bohaterek, w niektórych momentach z moich oczu kapały łzy. One też nie miały żadnych praw. Z jednego jestem dumna – nareszcie zaczęłam bronić siebie i swojego zdania. Byłam przerażona bezczelnością i agresją tego człowieka, ale nie pozwalałam, aby mnie obrażał. Podobną rozmowę miałam w marcu, ale wtedy „podkulałam ogon” i tłumaczyłam się. Boję się o mieszkanie dla dzieci i siebie a on bezczelnie to wykorzystuje. Duma obroniona, ale…

Niestety muszę szukać sobie nowego mieszkania …  

Jeśli chcę mieć spokój od „nawiedzonych” ludzi.

Dzisiaj Sylwester – idę do znajomych i to MA BYĆ szampański wieczór! Niech się w końcu skończy ten ciekawy rok! Nie był zły – zwłaszcza wyjazd na wakacje. Końcówka nieciekawa, ale w sumie … przeżyłam!

Ja, kobieta femme fatale, idę zaszaleć!

Bójcie się mężczyźni!!!!

Niech ten 2015 rok będzie lepszy (aż boję się pisać takie życzenie, bo u mnie zawsze jest na odwrót)!

A jeżeli spotka mnie coś złego to proszę, Najwyższy, o siłę do przetrwania!

I odwagę, której często mi brakuje!

Wszystkim czytającym życzę :

W 2015 roku idź do przodu krok po kroku
niechaj fiskus cię nie dręczy,
niech komornik cię nie męczy,
niech rodzina żyje w kupie,
resztę miej głęboko w d***e!

I tym optymistycznym akcentem kończę 2014 rok!!!!

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Film

 

Masz prawo żyć po swojemu – niech umysł będzie sterem a dusza żaglem.

30 gru

plan

Szukając odpowiedzi na pytanie jak żyć, młody człowiek zwrócił się do starca:
– Powiedz mi, jak mam płynąć rzeką życia? Co jest słuszne, a co nie?
– Bądź inny, niż wszyscy, – poradził starzec. – Zrezygnuj z płynięcia z prądem wraz z tłumem szarych i obojętnych ludzi. Płyń na przekór wszystkiemu! Życie to walka. Musisz rozbijać fale! Dążyć! Toczyć boje! Pokonywać trudności , by osiągnąć cele, zdobyć szczęście i ulepszyć świat.

Młody człowiek skinął głową i udał się do innego, wielce doświadczonego człowieka.
– Jak mam płynąc rzeką życia? – zapytał. – Czy warto sprzeciwiać się prądowi?
– Nie – odpowiedział drugi człowiek. – To nie ma sensu. Rzeka naszego życia to tao – uniwersalna zasada kierująca wszechświatem. Jeśli jej się sprzeciwisz – wejdziesz ze wszechświatem w konflikt. Poddaj się, zanurz, płyń z prądem, a wówczas dowiesz się, co to jest jedność.

Młodzieniec podziękował za radę i spotkał się z kolejnym autorytetem.
– Powiedz mi, dobry człowieku, jak mam żyć? Czy mam płynąć pod prąd, walcząc i zwyciężając? Czy z prądem, znikając w potoku świata?
– Rzecz w tym, by nie płynąć ani z prądem, ani pod prąd. Płyń tam, dokąd potrzebujesz płynąć. Na tym polega mądrość. Twój umysł powinien być twym sterem, a dusza – żaglem.

W drodze powrotnej młody człowiek spotkał jeszcze jednego starca i postanowił również zapytać go o rzekę życia. Czyż może mu zaszkodzić dodatkowa odpowiedź?
– Powiedz mi, jak mam żyć? Płynąć z prądem? Czy pod prąd? Czy może, kierując się umysłem, płynąć tam, dokąd potrzebuję?
– Prąd? – zdziwił się starzec. – Jaki prąd?… Wybacz, nie zauważyłem żadnego prądu. Po prostu kocham pływać…

A oto inna historia, też z młodzieńcem w roli głównej i pewnym Mędrcem, który swoimi wypowiedziami porywał i porywa tysiące ludzi:

„A oto zbliżył się do Niego pewien człowiek i zapytał:

- Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?

Odpowiedział mu:

-Dlaczego Mnie pytasz o dobro? Jeden tylko jest Dobry. A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania.

 Zapytał Go:

- Które?

Jezus odpowiedział:

- Oto te: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego!

Odrzekł Mu młodzieniec:

- Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje?

Jezus mu odpowiedział:

- Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!

Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.”

Nikt nie da nam jedynie słusznej wskazówki, jak mamy żyć – tego musimy nauczyć się sami, oczywiście jeżeli chcemy być szczęśliwi. 

Przypomina się też powiedzenie z filmu „Dom”, gdzie główny bohater często powtarzał słowa matki „Żyj tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał”

 

Źródło: www.facebook.com/zyjswiadomiewww.biblijni.pl

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com, Internet

 

Kobieta – istota o ogromnej wartości i małej wierze w siebie.

27 gru

kobieta

 

“Jesteś bardzo wiele warta. Gdyby nie to, że trzeba Ci to czasem przypominać – potrafiłabyś być szczęśliwa, bez względu na gówno jakie Cię otacza.”

Jonasz Kofta
foto by Monica Bellucci by Helmut Newton

@@@@@@@@@@@@

Kiedy Bóg tworzył kobietę, pracował do późna szóstego dnia.

Przechodził obok Anioł i zapytał:

- Dlaczego poświęcasz tyle czasu właśnie temu dziełu?

A Pan odpowiedział:

- Czy zauważyłeś wszystkie szczegóły, jakie muszę uwzględnić, żeby ją ukształtować? Musi być zmywalna, choć nie zrobiona z plastyku, mieć więcej niż 200 ruchomych części, które mają być wymienialne i musi funkcjonować na wszelkiego rodzaju pożywieniu; musi być zdolna objąć kilkoro dzieci na raz, przytulić tak, by uzdrowić co jest do uzdrowienia – od stłuczonego kolana do złamanego serca, a to wszystko musi zrobić tylko dwiema rękami.

Anioł był pod wrażeniem.

- Tylko dwiema rękami… niemożliwe! I to jest model standardowy?! To zbyt wiele pracy jak na jeden dzień… Jutro dokończysz.

- Nie będę czekać do jutra – powiedział Pan – Jestem już tak bliski ukończenia tego dzieła. Stanie się najmilsze mojemu sercu.

Anioł podszedł bliżej i dotknął kobiety.

- Ale uczyniłeś ją taką miękką, Panie.

- Jest miękka – powiedział Pan – lecz uczyniłem ją także silną. Nie wyobrażasz sobie nawet, co potrafi znieść i ile pokonać.

- Czy ona potrafi myśleć? – zapytał Anioł.

Pan odpowiedział:

- Nie tylko potrafi myśleć, ale potrafi przekonywać i pertraktować.

Anioł dotknął policzka kobiety…

- Panie, zdaje się, że to dzieło przecieka! Zbyt dużo nałożyłeś ciężarów.

- Ona nie przecieka… To łza – poprawił Pan Anioła.

- Łza? A co to takiego? – zapytał Anioł.

Pan odpowiedział:

- Łzy są jej sposobem wyrażania smutku, wątpliwości, miłości, samotności, cierpienia i dumy.

To zrobiło duże wrażenie na Aniele.

- Panie, jesteś geniuszem. Pomyślałeś o wszystkim. Kobieta jest naprawdę cudowna!

- Rzeczywiście jest! Kobieta posiada siłę, która zadziwia mężczyznę. Potrafi  radzić sobie z kłopotami i dźwigać ciężkie brzemię. Ma w sobie szczęście, miłość i przekonania. Uśmiecha się, gdy chce jej się krzyczeć. Śpiewa, gdy chce jej się płakać, płacze, gdy jest szczęśliwa i śmieje się, gdy się boi. Walczy o to, w co wierzy. Sprzeciwia się niesprawiedliwości. Nie akceptuje „nie” jako odpowiedzi, kiedy widzi lepsze rozwiązanie. Daje z siebie wszystko, żeby jej rodzinie dobrze się wiodło. Jej miłość jest bezwarunkowa. Płacze, kiedy jej dzieci odnoszą sukces. Jest szczęśliwa, kiedy wiedzie się jej przyjaciołom. Cieszy się, kiedy słyszy o narodzinach czy weselu. Boli ją serce, kiedy umiera ktoś z rodziny lub bliski przyjaciel. Ale znajduje siłę, by żyć dalej. Wie, że pocałunek i przytulenie mogą uzdrowić złamane serce. Ma tylko jedną wadę…
Zapomina, ile jest warta…

Źródło: www.facebook.com. Deja-vu-strona-otwartych-penetracji.

I na koniec:

Bądź uwielbiony, Panie, w mojej delikatności,
Bądź uwielbiony, Panie, we wrażliwości mego serca,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej emocjonalności,
Bądź uwielbiony, Panie, w moim pięknie,
Bądź uwielbiony, Panie, w moim wdzięku i urodzie,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej łagodności,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej kruchości,
Bądź uwielbiony, Panie, w moim pragnieniu piękna,
Bądź uwielbiony, Panie, w moim macierzyństwie,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej czułości i cieple,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej dobroci,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej troskliwości,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej opiekuńczości,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej podzielności uwagi i zorganizowaniu,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej zdolności okazywania uczuć,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej niewinności,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej czystości,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej skromności i wstydliwości,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej serdecznej otwartości,
Bądź uwielbiony, Panie, w moim współczuciu i współodczuwaniu,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej wytrwałości i cierpliwości
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej wytrzymałości na ból,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej odporności,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej zdolności do cierpienia,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej ofiarności i poświęceniu,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej bezinteresowności,
Bądź uwielbiony, Panie, w mojej odwadze,
Bądź uwielbiony, Panie, w pokoju i bezpieczeństwie, które roztaczam,
Bądź uwielbiony, Panie, w moim pragnieniu obdarzania miłością,
Bądź uwielbiony, Panie, w moim pragnieniu dawania życia.

Bądź uwielbiana kobieto!

Przeczytaj cały tekst: Kobieto, kim jesteś?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Facebook.com

 

Hej ludzie mamy święta! A co z tymi, którzy ich nie lubią?

25 gru

świętaHej święta, święta i … po świętach! Ale zanim po, to jakby co, jeszcze trwają! Piękne, deszczowe, wietrzne (wczoraj wieczorem tak duło :roll: , że myślałam, że wyrwie mi antenę z balkonu).  Deszcz spływa po szybach. wiatr świszcze w szczelinach okien (czasami wyje jak potępieniec), ale co tam – mamy święta!



Chyba nie będę oryginalna, jeżeli powiem „Nie lubię świąt!” No i co? Prawda – nie jestem oryginalna! Kupiłam jednak choinkę! W donicy. Gruby świerk syberyjski za całe 40 zł. Syn taszczył go przez pół miasta. Ciężki jak tona nieszczęść – świerk oczywiście. Syn się poświęcił! Upaprał przy tym całą kurtkę błotem z donicy ( przezorni panowie sprzedający podlali świerk chyba wiadrem wody), ręce mu odpadały od ciężaru. Ale czego się nie robi dla mamusi? Podziwiałam go, kiedy trzeba było to cudo wnieść na czwarte piętro. Dał radę! Mina maleńkiej bezcenna! Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiego marketu po bombki. E. własnoręcznie zrobiła łańcuch, gwiazdę na czubek, parę bombek z gumek (tzw. loom bands). Choinka jest! Stoi ubrana, błyszcząca, świetlista. Wczoraj nawet pojawiły się pod nią prezenty. Ja też coś dostałam! Kubek super mamy, zakładkę do książki, małą choinkę z modeliny. Na bogato! I co najważniejsze od serca…

Nie popisałam się….

Niestety…

Przygotowywałam wigilię. Nie cierpię garów! Syn jak zwykle przed komputerem, maleńka gdzieś w świecie loom bands i to doprowadziło mnie do szewskiej pasji. Jeszcze jęki syna – jakie święta, jaki Bóg, Boga nie ma… Komu to potrzebne? 

Moja prośba:

- Przebierz się do wigilii!

- A po co? I tak jesteśmy sami! Kto nas będzie widział?

- Dla nas! Przez szacunek dla siebie nawzajem! Żeby było uroczyście! 

- Boga nie ma! 

- Ale my jesteśmy… – jeszcze próbowałam coś tłumaczyć, ale „popłynęłam” i najpierw pomyślałam

-”A po jaką … tak się napinać, zawzinać? Co ja chcę udowodnić?”

 I wypaliłam:

- Ok! W tym roku nie ma świąt! Nie ma wigilii! Będzie bez Boga! Zwykła kolacja! Bez opłatka! Kto chce może sobie nakładać! – w oczach stanęły mi łzy. Zrobiła się cisza. Usiadłam pod szafkami w kuchni i rozryczałam się! Dałam upust całemu gromadzonemu od kilku dni stresowi. Nie obyło się bez jęczenia, biadolenia i obwiniania wszystkich dookoła. Chciałam mieć super święta! Super wigilię! Ja chciałam! Nie wzięłam pod uwagę innych i ich chcenia. Rano płakałam ze szczęścia, że mam super dzieci a wieczorem z własnej głupoty i że znowu mi nie wyszło! 

Syn zrobił ogromne oczy. Coś chciał powiedzieć, ale ja wypaliłam:

- I co ulżyło ci? – przerzuciłam winę na niego. 

- No tak, wszystko przeze mnie! Jestem do niczego!- odwrócił się i wybiegł do swojego pokoju. Trzasnął drzwiami i usłyszałam głośny płacz.

- Co ja narobiłam? – poczułam się jak ohydny gnom, który rozwalił magiczne święta. Mam być oparciem, niewzruszoną skałą, morzem cierpliwości a znów zawiodłam. Poszłam do syna. Złapałam w dłonie jego zapłakaną twarz i zaczęłam tłumaczyć, że jest najwspanialszym dzieckiem na świecie – on i E. – są moimi, jedynymi, ukochanymi, najwspanialszymi dziećmi. Są sensem mojego życia!Jestem z nich dumna! Płakaliśmy wszyscy troje.

R. nakrył do stołu. Ustawiłam potrawy, nałożyłam zimne ziemniaki. Przyniosłam opłatek. R. zapalił świece. Złapaliśmy się za dłonie i wspólnie odmówiliśmy „Ojcze nasz”. Z mokrymi oczami składaliśmy sobie życzenia. Na stole nie było białego obrusa, nie było dwunastu potraw, sianka pod obrusem i kompotu z suszu. Nie było nawet pierogów z kapustą i grzybami. Była nasza trójka. Zapłakana, po przejściach, z trudnościami w wyrażaniu uczuć, której szybciej do złości i płaczu, niż do radości i miłości. 

Uczymy się normalności. Czasami nie wychodzi…

Po kolacji wyszłam na spacer. Niech dzieci odpoczną od postrzelonej matki. Ulice puste. Rozświetlone okna. Padał deszcz…

Po powrocie do domu R. przyznał:

- Masz rację, przesadzam z tym siedzeniem przed komputerem!

Długo siedzieliśmy wspólnie, we trójkę. Obejrzeliśmy „Kevina” a później siedzieliśmy i rozmawialiśmy o tym co było, o chorobie ojca, o nas,  o tym co czeka nas w przyszłym roku, o wyborze szkoły przez R. Normalnie, spokojnie, rodzinnie, do trzeciej nad ranem.

Nie lubię świąt, bo koliduję z moimi marzeniami o nich. W marzeniach są wspaniałe, baśniowe, szczęśliwe, jak z obrazka a życie jest życiem.

Uczę się wszystkiego od nowa… Trochę późno, ale jak to mówią – nigdy nie jest za późno, albo, lepiej późno niż wcale…

Dziś pada śnieg…

Wiem, wpis jest bardzo osobisty. Może nawet za bardzo! Powinnam iść za modą! Happy święta i kilka zdjęć na Facebooku – my uśmiechnięci przy pięknie nakrytym stole, my i wspaniałe prezenty – propaganda sukcesu 8-O  .

Święta mogą być też przeżywane na smutno! Ważna jest miłość!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Miszmasz – o przyjaźni i rodzinie, wygranej i „świątecznym czasie”.

21 gru

chonkiMamy znajomych, czy mamy przyjaciół? Mamy rodzinę, czy tylko formalnie jesteśmy przypisani do określonej grupy ludzi, która nazywa się rodziną? Mamy rodzeństwo, wsparcie rodziny, czy jesteśmy sami? Jak to jest z tą samotnością? Chyba mam gorsze dni… Dużo się dzieje… Jedno jest pewne – nie jest nudno!

Gorączka przedświąteczna trwa! Na placu przed kościołem można poczuć się jak w lesie świerkowym. Są małe świerki  i średnie świerki w dużych donicach, i świerki cięte w rożnych wielkościach misternie pakowane w sznurkowe siatki. Zapach jak w lesie. Przechodziłam przez plac powoli i wdychałam żywiczny zapach. Przystanęłam przed małą choinką i popatrzyłam na cenę – 35 zł – trochę dużo. Choinka ładna i gęsta – już oczami wyobraźni widzę jak moja E. zawiesza na niej bombki, światełka, jak małe drzewko zapachem wypełnia mieszkanie. Wzięłabym… Chyba kupię, ale po niedzieli… Tylko gdzie ją postawię? No i te świecidełka… Wszystko zostało na wsi. W zeszłym roku znajomy przyniósł małą, plastikową choinkę. Z takich, które stawia się na święta przy grobach – już ubraną. Przestała do Trzech Króli a później wynieśliśmy ją do piwnicy. Nie mamy  swojej „piwnicy”, więc postawiliśmy ją pod małe okienko, w kąciku i ktoś ją wziął. Może komuś przydała się bardziej? W tym roku będzie żywa. Światełka mamy. Córcia zrobiła z nich użytek zawieszając je na swojej półce nad biurkiem, na co ja niewiele myśląc, palnęłam:

- Jaka ładna choinka! – E. spojrzała na mnie wymownie – No dobra! Pomyślę o normalnej! – dodałam szybko. Moja E. myśli o świętach i czeka na nie (w odróżnieniu ode mnie). Ma uzdolnienia plastyczne i potrafi zrobić dużo fajnych rzeczy z mas plastycznych, papieru, albo narysować. Ostatnio zrobiła dwie choinki z papierowej wikliny. Pomalowała. Piękne… Magia świąt…

W piątek ostatni dzień w pracy. Przeżyłam! Też było gorąco. Byłam odpowiedzialna za uroczystość związaną ze świętami. Było dużo nerwów, wybuchów złości (oberwało się koledze i przyznam szczerze, myślałam, że nie odezwie się do mnie przez najbliższe pół roku a on dzień później skwitował tylko „kobieta zmienną jest” i uśmiechnął się do mnie). Miałam mocne wsparcie koleżanki podczas przygotowań – bez niej byłoby raczej trudno. Młodzież nie zawiodła. Inscenizacja poszła świetnie. W takich chwilach podziwiam ich za odwagę, za chęci, za wdzięk i myślę sobie – „Wspaniałą mamy młodzież!” I jest wspaniała! Niedawno byłam na szkoleniu i usłyszałam takie słowa: „My nie mamy złej młodzieży! Mamy tylko popieprzonych rodziców!” i sorry rodzice, ale ja też się podpisuję pod tym stwierdzeniem. Wymagamy dużo od naszych pociech, mamy ułożony plan na ich życie. Widzimy ich jako dyrektorów, lekarzy, biznesmenów, ludzi bogatych, bo… nam w życiu nie wyszło więc zrobimy wszystko, żeby wyszło im a tu niestety oni mają inny plan i powstają konflikty, tarcia, krzyk i odrzucenie, niezrozumienie. Pozwólmy dzieciom być sobą! Jeżeli będziemy postępować mądrze, one też będą mądre! Mamy ich wspierać a nie niszczyć!

W czwartek „rozwaliła” mnie rozmowa z nauczycielami ze szkoły syna. Najpierw sms „Proszę przyjść na dzisiejszy dzień otwarty w szkole. Musimy porozmawiać o R.” . Oczami wyobraźni już widziałam mojego R. jak kogoś bije, wyzywa, zatacza się pijany, albo naćpany po korytarzu szkolnym i nijak mi to nie pasowało do jego prawdziwego wizerunku – wizerunku przeciętnego nastolatka (bo taki jest). Poszłam najpierw do wychowawczyni a kiedy ta skierowała mnie do dyrektorki o mało nie dostałam zawału. „Narozrabiał” – pomyślałam. R. mówił mi w domu o tym, że ostatnio był wzywany do dyrektora na rozmowę i czego dotyczyła ta rozmowa. Najbardziej zaniepokoiły mnie słowa dyrektora o tym, że teraz R. jest jedynym mężczyzną w domu i musi poczuć się  jak głowa rodziny, odpowiedzialnie, musi być dla nas oparciem i pomocą. Owszem o pomoc ze strony dzieci proszę, mają też swoje obowiązki, ale żeby syn odgrywał rolę męża, albo ojca – na to nie pozwolę! Jakiem 8-O   matka polka!  On i córka mają być przede wszystkim dziećmi. Matkę mają – dorosłą matkę!

Nasłuchałam się w szkole! Na pytanie czy R. zrobił coś złego, otrzymałam odpowiedź, że nie, ale: „chodzi” ze złym towarzystwem, w którym chłopcy palą, a „jak cię widzą, tak cię piszą”; owszem nie używa wulgaryzmów, ale jego „towarzystwo” tak a ostatnio nawet wyraził swoją gorszącą opinię na forum klasy o tym, że Boga nie ma. Uśmiechnęłam się na te słowa. R. przeżywa fazę negacji Boga po okresie przygotowania do bierzmowania, ale nie robię z tego tragedii narodowej, bo wiem, że tak ma większość młodzieży. To trzeba przeczekać, pozwolić im na to. Religia to wybór serca a nie ciężar narzucony przez kogoś. Usłyszałam podczas rozmowy, że R. nie jest złym chłopcem, ale ze względu na to co się stało, trzeba „objąć go opieką”. Ta „opieka” wyprowadziła mnie z równowagi. R. też przyznał, że nie rozumie tej „nagonki” na niego. Jest wzywany do dyrektora, na rozmowy z panią dyrektor, wychowawcą a co do kolegów, to z „tym towarzystwem” „ciąga się” od przedszkola, bo to są jego znajomi od lat, ale nikt wcześniej nie robił z tego problemu, dopiero teraz, po aferze z ojcem.

Dobrocią czasami i kota można zagłaskać. 

W natłoku przygotowań w pracy, nerwowej atmosfery, historia z R. była powodem mojego załamania. Rozryczałam się przy koleżance a że nie mam z kim porozmawiać o swoich problemach a ona zna moją historię, wylałam swoje żale przed nią. Jak dotąd ( tj. od ponad 16 lat) moje metody wychowawcze w stosunku do dzieci nie zawiodły. Syn nie ma problemów z nałogami, nie jest wulgarny ani agresywny, radzi sobie z nauką, nie wagaruje. Nie rozumiem tej dziwnej profilaktyki ze strony szkoły. Dopatruje się zaraz swojej bezradności, niedociągnięć, nieradzenia a wiem, że tak nie jest. Odżywają stare lęki i jest źle. A. słuchała cierpliwie moich łkań i skwitowała:

- Ania, rób dalej swoje!

W piątek rano zadzwoniłam do dyrektora z pytaniem, czemu mają służyć te rozmowy z synem i że on odbiera to jako nagonkę na siebie. My dajemy radę a opinie dotyczące postrzegania Boga to „normalne” zachowanie młodzieży w jego wieku. Otrzymałam odpowiedź, że te działania to pewna forma profilaktyki. Byłam zła a znów uderzyłam w uprzejmy ton i dziękowałam za „pomoc”. Oni się martwią. Sama kiedyś poprosiłam o pomoc, o zwrócenie uwagi na syna i o wsparcie go w trudnych chwilach, ale nie wiedziałam, że to „wsparcie” będzie tak wyglądać.  8-O

Miało być o rodzinie i samotności… pośrednio było a teraz o mojej wygranej!

Po raz pierwszy w życiu coś wygrałam! Hurrrrra! Hura! Hura! A co? A książkę!

Nie… no z tym pierwszym razem to przesadziłam. Od czasu do czasu Onet.pl promuje moje blogowe wpisy, dostrzegła mnie (w sensie blogowania) dziennikarka z Newsweeka i pani Jolanta Gurgul z aplikacją Audio-blog.pl. Parę wygranych się uzbierało!

Książkę wygrałam w internetowym konkursie na najciekawszy komentarz na pytanie: Czy medytacja chrześcijańska jest groźna? Czego potrzeba dzisiejszemu człowiekowi? Do czego, tak naprawdę, dążymy? . Komentarz napisałam i jako jedna z trzech nagrodzonych osób dostałam książkę Johna Maina „Cisza i trwanie”. Nagroda odebrana. Prosiłam o pamiątkowy wpis do książki, ale niestety  :-? wszystkiego mieć nie można!

Otworzyłam książkę na 225 stronie i przeczytałam:

„Serce stworzenia.

(…) w przypadku każdego wzrostu towarzyszy naszemu dojrzewaniu ból. Jest to ból dorastania, czyli porzucania wcześniejszych etapów rozwoju. Trudność tego wzrostu polega na tym, że trzeba pozostawić za sobą nie tylko część , ale całych siebie i całej naszej przeszłości. Tylko wtedy możemy być w pełni obecni w teraz. 

My jednak próbujemy budować punkty obserwacyjne, zakładać obozy wzdłuż wszystkich etapów wzrastania. W każdym z nich z wielką niechęcią pozbywamy się tego, co na tych etapach zgromadziliśmy. Staje się to łatwiejsze, jeśli zrozumiemy, że nie ma co przebierać między tym, co dać, a co zostawić sobie, ale po prostu trzeba oddać wszystko. Jeśli się na to nie zgodzimy, upierając się przy częściowym oddaniu, wtedy zamiast doświadczać wzrostu życia, stwierdzimy, że nasze życie się kurczy.

Na każdym etapie rozwoju trzeba pozostawić całych siebie, aby idąc naprzód, wciąż stawać się nowym stworzeniem. (…) Im pełniej porzucamy przeszłość, tym bardziej odnowieni wracamy do codzienności.”

za: John Main, Cisza i trwanie. Czytania na każdy dzień, Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2014,

Dodam, że chodzi o praktykę medytacji chrześcijańskiej, ale te słowa możemy zastosować w praktyce postrzegania nas „tu i teraz”. 

Świąteczny czas, czas oczekiwania na BN (czytaj Boże Narodzenie) trwa.  Gorączkowo i niespokojnie! W sklepach dantejskie sceny i kosze wyładowane do granic możliwości. Idzie wojna, cy cuś? Kto to wszystko zjada? Zastaw się a postaw się! Żeby święta były udane i radosne, ciepłe i… zapraszamy do… sklepów i banków po pożyczkę. Wariactwo! 

„Wierzysz, że Bóg narodził się w Betlejemskim żłobie, lecz biada ci jeżeli nie narodził się w Tobie!”

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Ewa Woydyłło – o depresji,lekach i przeżywaniu żałoby.

17 gru
Ewa

Ewa Woydyłło: Zła pogoda czasem powoduje przygnębienie, ale łatwo można sobie z nim poradzić (© fot. Bartek Syta / Polskapresse)

Przemysł farmaceutyczny bardzo chętnie usidla ludzi, wciskając im tabletki na depresję. Faszerują nas chemią, wmawiają, że jesteśmy chorzy – mówi doktor Ewa Woydyłło, psycholog.

Jesień w pełni, zima za pasem, a nam coraz trudniej opuścić ciepłe łóżko i ruszyć w drogę do pracy czy do szkoły. Czy to rzeczywiście kwestia pogody, czy raczej naszego lenistwa?

Na pewno nie jest to kwestia lenistwa. Ludzie bardzo reagują na kolory, na światło, pogodę i ciśnienie. Jest wiele osób, które silnie odczuwają działanie tych zewnętrznych bodźców. Wiedząc o tym, że w naszym klimacie mamy co najmniej cztery miesiące krótkiego dnia, długich wieczorów, późnego ranka, niskiego ciśnienia i wysokich opadów, powinniśmy być na to przygotowani. Przecież wiemy, że w naszej sferze klimatycznej pogoda od tysięcy lat wyglądała w taki sposób.

Październik, listopad, grudzień, styczeń i luty to są miesiące zimne, mroczne, kiedy niebo jest zachmurzone. W tym okresie osoby, które reagują na zmiany pogody obniżonym nastrojem, powinny zwiększyć ilość przebywania na świeżym powietrzu oraz ilość ruchu fizycznego. Niekoniecznie gdzieś w Alpach czy nad ciepłymi wodami, tylko zamiast podróży do pracy autobusem powinny wybrać rower. Należy jak najwięcej przebywać na zewnątrz w czasie, kiedy słońce znajduje się najwyżej na niebie, czyli mniej więcej między 10.00 a 14.00. Mając taką świadomość, można doskonale zapobiegać zapaściom nastroju. Jeśli ludzie sobie wmówią, że jesienne miesiące powodują depresję, to już samo mówienie bardzo często sprawia, że zupełnie podświadomie pracujemy na obniżony nastrój.  W Polsce taki klimat był przecież od zawsze. Znajdujemy się na tej samej kuli ziemskiej, na której mieszkali nasi prapradziadowie. I oni na żadne depresje nie cierpieli. Mieli różne prace do wykonania, a jak było troszkę mniej roboty, to siadali, śpiewali, bawili się z dziećmi, wychodzili na pole i patrzyli na wschody słońca. Tutaj nie ma żadnych tajemnic.

Na rynku pojawia się coraz szersza oferta leków antydepresyjnych…

Przemysł farmaceutyczny bardzo chętnie usidla ludzi, wciskając im jakieś tabletki na depresję. Faszerują nas chemią, wmawiają nam, że jesteśmy chorzy albo że cierpimy bez powodu. I to niestety jest groźne. Jeśli ktoś dał się tym omamić, to niestety przegrał życie.

Czyli ten wysoki odsetek chorych na depresję to sprawka mediów i reklam?

To bujda na resorach. Na depresję zawsze chorowało i choruje 3, maksymalnie 5 proc. społeczeństwa. Depresja to choroba mózgu. Mózg chorych na depresję osób nie produkuje endorfin. Kropka. To trochę tak, jak z autyzmem. Czy co drugie dziecko jest autystyczne? Nie! Podobnie co drugi człowiek nie jest chory na depresję. Ale teraz lekarze, głównie psychiatrzy, napędzają przemysł farmaceutyczny. Na przykład jeśli w rodzinie ktoś umrze, mówi się bliskim zmarłego, żeby poszli do psychiatry po tabletkę. Jeśli dziecko się słabo uczy i rodzice się martwią, zaleca się im wizytę u psychiatry i wykupienie recepty na leki. Słowem „depresja” współcześnie nazywa się to, co człowiek przeżywa. Żałoba w naszym języku zaczyna być tożsama z depresją. 

Już ustaliłyśmy, że zbyt często zaleca się nam wizytę u psychologa lub u psychiatry. A kiedy tak naprawdę powinniśmy zasięgnąć porady specjalisty?

Najwyższy czas na wizytę u psychiatry jest wtedy, gdy człowiek nie może już normalnie funkcjonować. Jeżeli przez dwa tygodnie cierpi na anhedonię, czyli nic go nie cieszy, nie czuje smaku, nie odczuwa przyjemności, jest przygnębiony, to wtedy trzeba pójść do lekarza pierwszego kontaktu lub do psychiatry. Nie miejmy jednak wielkich nadziei, że trafimy do kompetentnego lekarza, który zapyta, co się dzieje w naszym życiu. Bo jeśli nie zapyta, tylko od razu zapisze środki przeciwdepresyjne, to produktem tej wizyty będzie kolejny uzależniony.

W dzisiejszych czasach psychiatrzy prawie w ogóle nie zajmują się rozmową czy psychoterapią. Oczywiście trzeba prosić o pomoc, niestety nie mam wielkiego zaufania do tej pomocy, ponieważ lekarze mają pięć minut na każdego pacjenta. Więc wypisują cokolwiek i mówią: „Do widzenia, następny!”. To jest zamknięte koło.

Jak odróżnić zwykłe przygnębienie od depresji?

Przede wszystkim powinniśmy zastanowić się, co może być przyczyną obniżenia nastroju. Czy mamy jakieś zmartwienia i smutki i spróbować z kimś o tym porozmawiać. Zazwyczaj mamy w swoim otoczeniu kogoś bliskiego – przyjaciółkę, mamę czy sąsiadkę. Niektórzy ludzie myślą, że to trzeba od razu do samego Zygmunta Freuda. Wystarczy po prostu drugi człowiek. Kiedy powiem komuś, że od kilku tygodni chodzę przygnębiona, i ktoś zapyta mnie, co się stało, mogę mu na przykład opowiedzieć o tym, że mój mąż się do mnie nie odzywa. Najpierw należy sprawdzić, czy tego problemu nie da się samemu rozwiązać. Bo jeżeli on nie ma żadnej przyczyny – na przykład wygrała pani milion w totolotka, ma pani cudowne dzieci i wspaniałego męża, a mimo to przez dwa tygodnie nie może pani wstać z łóżka, to wtedy to będzie depresja. Ale jeśli jest jakiś powód, to najlepiej go natychmiast rozszyfrować i rozwiązać. Na przykład żałoba. Żałoba trwa rok! Trzeba sobie uczciwie powiedzieć: „Przez rok będę płakać, bo umarła moja mama”. Każda religia daje nam rok na pogodzenie się z utratą bliskiej osoby. Tak było zawsze, to nie zostało wymyślone pół roku temu. Ale ludzie nie chcą odczuwać smutku, nie godzą się na to. Trzeba żyć z depresją, ale nie w depresji. W ciągu całego życia człowiek setki razy ma gorsze dni, ale to nie znaczy, że wszyscy jesteśmy chorzy na depresję, ludzie! Jeśli ktoś chce, ze wszystkiego można zrobić sobie biznes – producenci leków zarabiają właśnie na urojonej depresji.

A my dajemy się na to nabrać…

5/6 tych tabletek to kostka fiksata. Wcale nie działają. To zawracanie głowy! Niedawno miałam nieżyt gardła i poszłam do laryngologa. Pani doktor wypisała mi 7 czy 8 środków. Stoję w aptece przy ladzie i proszę o jeden lek, inny i jeszcze następny. Pytam farmaceutkę, czy może mi powiedzieć, czy te wszystkie specyfiki pomogą mi na gardło. „Wie pani, nie zaszkodzi”. Nawet sami farmaceuci pytają, po co aż osiem, przecież wystarczy jedna tabletka czy spray do gardła. Ale lekarz wypisuje, bo on z tego coś ma. Miałyśmy rozmawiać o depresji, a ja tu robię propagandę antyfarmaceutyczną. Ale to wszystko się łączy.

Czyli nie powinniśmy obarczać jesieni winą za depresję?

Zła pogoda powoduje przygnębienie, ale łatwo można sobie z nim poradzić. Zresztą nie każdy je odczuwa. Na przykład małe dzieci w ogóle nie odczuwają zmian pogody. Wystarczy popatrzeć na malutkie dzieci. Ja mam w rodzinie czterolatka – budzi się rano i jest wesolutki bez względu na to, czy mamy lipiec, czy listopad. Ale jeśli jego mama zacznie wzdychać i stękać, a babcia będzie jęczeć: „O Boże, nie mogę, znowu ciemno”, to dziecko też się tego nauczy. Niech pani kiedyś pójdzie do przedszkola na dwie godziny i popatrzy, z jaką radością bawią się dzieci. To nie jest tak, że klimat wpływa na złe funkcjonowanie organizmu. To, co ludzie zaczynają wymyślać, może wpłynąć na zdrowie zdecydowanie bardziej, bo potrafimy sobie wmówić dosłownie wszystko. Być może niektórzy są takimi meteopatami, ale to nieliczne wyjątki. Jak jest ponuro, to trzeba mieć fajne towarzystwo. Trzeba częściej spotykać się ze znajomymi, wychodzić. Właśnie dlatego, że mamy predyspozycje do lenistwa. A na swoje lenistwo sami musimy opracować remedium.

Cały artykuł w: „Polska”: Ewa Woydyłło: Jesteśmy narodem narodem ćpunów. Koncerny wmawiają nam choroby i faszerują chemią. 

To porady pani Woydyłło a co z tymi, którzy są samotni i nie mają z kim porozmawiać i do kogo wyjść? Z kim mają porozmawiać o swoim problemie i jak go rozwiązać? A za depresję jest odpowiedzialna nie tylko mała ilość wydzielanych endorfin. Dotychczas wykazano m.in., że zaburzenia te dotyczą wydzielania hormonów stresu, np. kortyzolu oraz poziomu różnych neuroprzekaźników w mózgu, jak noradrenalina, serotonina i dopamina.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Czasopisma, Internet

 

Dla wszystkich, którzy czytają mojego bloga ;-)

16 gru

Avatar-Bean1

 

Stare, ale dobre

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

„Zasada pierwsza – żyj tu i teraz.” czyli carpe diem.

15 gru

carpe diemJuż starożytni grecy zachęcali „Carpe diem”, czyli ”Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie…”  i „quid sit futurum cras, fuge quaerere – „nie pytaj o to, co przyniesie jutro”.  Dzień dzisiejszy jest najważniejszy.

„Dla mądrego człowieka każdy dzień stanowi nowe życie.”

„Kie­ruj swe oczy na ten wła­śnie dzień,

Bo on jest ży­cia isto­tą.

Na jego krót­kiej dro­dze

leżą wszyst­kie praw­dy i re­alia two­je­go ist­nie­nia:

Szczę­ście doj­rze­wa­nia,

Chi­va­ta dzia­ła­nia,

Prze­pych pięk­na.

Bo Wczo­raj ni­czym in­nym jest jak snem,

A Ju­tro tyl­ko wi­zją.

Lecz do­brze prze­ży­te Dziś uczy­ni każ­de

Wczo­raj snem szczę­śli­wym,

I każ­de Ju­tro wi­zją na­dziei.

Dla­te­go kie­ruj swe oczy na ten wła­śnie dzień

Ta­kie jest po­wi­ta­nie świ­tu

Oto więc pierw­sza rzecz, któ­rą po­wi­nie­neś wie­dzieć o zmar­twie­niu: je­śli chcesz, aby sta­ło się nie­obec­ne w two­im ży­ciu.”

Kiedy za bardzo przejmuję się tym, co było, przypominam sobie powiedzenie mojego mentora  :-D :

- To już było, to się zdarzyło kiedyś. Już nie wróci. Skup się na tym, co dzieje się tu i teraz.  Teraz i tu… Jak jest teraz?

- Dobrze a nawet bardzo dobrze. Mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwą kobietą…, ale…

- Skup się na tym, co tu i teraz – słyszę podpowiedź.

Niedawno podałam osiem sposobów na to, jak przestać się martwić. Znalazłam też książkę o takim samym tytule. Książkę bardzo pożyteczną i pomocną dla takich malkontentów jak ja.

Oto kilka fragmentów z tej właśnie książki.

Sir Wil­liam Osier profesor Yale Uni­ver­si­ty swoje życie porównała do ogromnego statku:

„Kil­ka mie­się­cy przed swo­im wy­kła­dem w Yale prze­był oce­an na po­kła­dzie ol­brzy­mie­go trans­atlan­ty­ku, któ­re­go ka­pi­tan nie ru­sza­jąc się z most­ku za po­mo­cą kil­ku przy­ci­sków uru­cha­miał ol­brzy­mią ma­szy­ne­rię. W cią­gu kil­ku se­kund brzę­czą­cy me­cha­nizm opusz­czał gro­dzie, któ­re dzie­li­ły sta­tek na wo­dosz­czel­ne prze­dzia­ły.

„Każ­dy z nas jest ma­szy­ne­rią o wie­le cu­dow­niej­szą niż ten ol­brzy­mi li­nio­wiec i ma do prze­by­cia o wie­le dłuż­szą dro­gę – po­wie­dział stu­den­tom pro­fe­sor Osler. – Na­ma­wiam was go­rą­co, aby­ście na­uczy­li się tak kon­tro­lo­wać tę ma­szy­ne­rię, by móc żyć w wo­dosz­czel­nych prze­dzia­łach. Jest to bo­wiem naj­lep­sza me­to­da za­pew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa po­dró­ży. Wejdź­cie na mo­stek i sprawdź­cie, czy me­cha­nizm dzia­ła, a po­tem przyci­śnij­cie gu­zik i ob­ser­wuj­cie, jak że­la­zne gro­dzie od­ci­na­ją was od prze­szło­ści – mar­twych dni, któ­re prze­mi­nę­ły. Ko­lej­ny przy­cisk od­dzie­li was od przy­szło­ści – dni, któ­re mają do­pie­ro na­dejść. Wte­dy do­pie­ro bę­dzie­cie bez­piecz­ni, bez­piecz­ni w te­raź­niej­szo­ści… Ode­tnij­cie się od prze­szło­ści! Niech mar­twe dni same cho­wa­ją swych zmar­łych… Ode­tnij­cie się od przy­szło­ści, któ­ra wie­lu głup­com wska­za­ła dro­gę do śmier­ci… Je­śli dzi­siaj ob­cią­ży was prze­szłość i przy­szłość, bę­dzie­cie szli na chwiej­nych no­gach. Dla­te­go nie my­śl­cie o przy­szło­ści… Przy­szłość jest dziś… Nie ma ju­tra. Tyl­ko dziś mo­że­cie się ura­to­wać. Czło­wiek, któ­ry mar­twi się o swo­ją przy­szłość, tra­ci tyl­ko ener­gię i ob­cią­ża swój umysł… Szczel­nie za­mknij­cie przed­nie i tyl­ne gro­dzie. Na­ucz­cie się żyć od­gro­dze­ni od prze­szło­ści i przy­szło­ści. (…) naj­le­piej przy­go­tu­je­my się do ju­tra kon­cen­tru­jąc całą ener­gię i en­tu­zjazm na wy­ko­na­niu tego, co mamy do zro­bie­nia dzi­siaj. To je­dy­ny moż­li­wy spo­sób.

Sir Wil­liam Osler za­chę­cał stu­den­tów Yale, aby każ­dy dzień za­czy­na­li od słów mo­dli­twy: „chle­ba na­sze­go po­wsze­dnie­go daj nam dzi­siaj”.

Nie za­po­mi­naj, że jest to proś­ba o chleb po­wsze­dni, o chleb na dziś. Nie wspo­mi­na się w niej o czer­stwym chle­bie, któ­ry spo­ży­wa­li­śmy wczo­raj. Jej sło­wa nie brzmią rów­nież: „Boże, pole psze­ni­cy uschło i mo­że­my mieć ko­lej­ną su­szę, więc skąd we­zmę chleb w przy­szłym roku? A je­śli stra­cę pra­cę, skąd we­zmę pie­nią­dze na chleb?”

Nie, w mo­dli­twie tej każ­de­go dnia na nowo pro­si­my o chleb. Bo prze­cież nie mo­żesz dziś zjeść chle­ba, któ­ry upie­ką do­pie­ro ju­tro.

Wie­le lat temu pe­wien fi­lo­zof bez gro­sza przy du­szy błą­dził po pu­styn­nym kra­ju, gdzie lu­dzie cięż­ko pra­co­wa­li na ka­wa­łek chle­ba. Pew­ne­go dnia, kie­dy stał na gó­rze, ze­brał się wo­kół tłum słu­cha­czy. Wte­dy wła­śnie wy­gło­sił sło­wa, któ­re cy­to­wa­no chy­ba naj­czę­ściej spo­śród wszyst­kich. Ich dźwięk niósł się echem przez stu­le­cia: „Nie troszcz­cie się więc o ju­tro, bo ju­trzej­szy dzień sam o sie­bie trosz­czyć się bę­dzie. Do­syć ma dzień swo­jej bie­dy” (Ewan­ge­lia wg św. Ma­te­usza, tłum. o. Wa­len­ty Pro­kul­ski).

Wie­lu lu­dzi od­rzu­ci­ło sło­wa Je­zu­sa: „Nie troszcz­cie się więc o ju­tro.” Od­rzu­ci­li je jako radę do­sko­na­łą ide­ali­stycz­ną. „Mu­szę trosz­czyć się o ju­tro. Mu­szę chro­nić swo­ją ro­dzi­nę. Mu­szę odło­żyć pie­nią­dze na sta­rość. Mu­szę pla­no­wać i przy­go­to­wy­wać się, je­śli mam iść do przo­du” – mó­wi­li.

To praw­da. Trze­ba za­dbać o swo­ją przy­szłość. Praw­dą jest, że te sło­wa Je­zu­sa spi­sa­ne wie­le lat temu zna­czą dziś co in­ne­go, niż ozna­cza­ły wte­dy. Sło­wa „trosz­czyć się” zna­czy­ły bo­wiem wte­dy tyle co „mar­twić się, oba­wiać”.”

„Do­bre my­śle­nie opie­ra się na przy­czy­nach i skut­kach wy­da­rzeń oraz pro­wa­dzi do lo­gicz­nych, kon­struk­tyw­nych wnio­sków. Złe my­śle­nie po­wo­du­je czę­sto na­pię­cia i za­ła­ma­nia ner­wo­we.”

„W dzi­siej­szym spo­łe­czeń­stwie naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy jest fakt, że po­nad po­ło­wę wszyst­kich łó­żek w szpi­ta­lach zaj­mu­ją pa­cjen­ci z cho­ro­ba­mi ner­wo­wy­mi i psy­chicz­ny­mi. Lu­dzie ci za­ła­ma­li się pod cię­ża­rem na­gro­ma­dzo­nych w prze­szło­ści pro­ble­mów i obaw o przy­szłość. A prze­cież zde­cy­do­wa­na więk­szość z nich mo­gła unik­nąć szpi­ta­la. Mo­gli żyć szczę­śli­wie i po­ży­tecz­nie, gdy­by tyl­ko wzię­li so­bie do ser­ca sło­wa Je­zu­sa: Nie troszcz­cie się więc o ju­tro, albo radę sir Wil­lia­ma Osle­ra: Żyj od­gro­dzo­ny od prze­szło­ści i przy­szło­ści.

W każ­dej se­kun­dzie znaj­du­je­my się w miej­scu, w któ­rym spo­ty­ka­ją się dwie wiecz­no­ści: prze­szłość, któ­ra prze­mi­nę­ła na za­wsze, i przy­szłość, któ­ra roz­cią­ga się aż po kres cza­sów. W żad­nej z nich nie mo­że­my jed­nak żyć na­wet przez uła­mek se­kun­dy. A je­śli ktoś spró­bu­je, znisz­czy za­rów­no swo­je cia­ło, jak i umysł. Dla­te­go wła­śnie po­win­ni­śmy być za­do­wo­le­ni z ży­cia w tym je­dy­nym cza­sie, w któ­rym dane jest nam żyć: od te­raz do za­śnię­cia. „Każ­dy może unieść swój cię­żar, na­wet naj­więk­szy, aż do zmierz­chu. Każ­dy może wy­ko­nać swo­ją pra­cę, na­wet naj­cięż­szą, w cią­gu jed­ne­go dnia. Każ­dy może pro­wa­dzić ży­cie słod­kie, cier­pli­we, czy­ste i peł­ne mi­ło­ści aż do za­cho­du słoń­ca. O to wła­śnie w na­szym ży­ciu cho­dzi” – na­pi­sał Ro­bert Lo­uis Ste­ven­son.”

„Je­den z naj­tra­gicz­niej­szych prze­ja­wów ludz­kiej na­tu­ry to skłon­ność do od­kła­da­nia ży­cia na póź­niej. Wszy­scy ma­rzy­my o ja­kichś baj­ko­wych ró­ża­nych ogro­dach gdzieś za ho­ry­zon­tem za­miast po pro­stu cie­szyć się ró­ża­mi, któ­re za­kwi­tły wła­śnie pod na­szym oknem.

Dla­cze­go je­ste­śmy ta­ki­mi głup­ca­mi, ta­ki­mi strasz­ny­mi głup­ca­mi?

Ste­phen Le­acock na­pi­sał kie­dyś: „Ja­kie dziw­ne jest na­sze ży­cie. Dziec­ko mówi: «Kie­dy będę duży…»: Ale co to? Duży chło­piec po­wta­rza wciąż: «Kie­dy będę do­ro­sły…». Gdy wresz­cie do­ro­śnie, obie­cu­je, że jak się oże­ni, to… Czy w koń­cu prze­sta­je? Nie, za­czy­na my­śleć da­lej: «Kie­dy przej­dę już na eme­ry­tu­rę…» A gdy osią­gnie wresz­cie wiek eme­ry­tal­ny oglą­da się już tyl­ko za sie­bie na dro­gę, któ­rą prze­był i wy­da­je mu się, że omia­ta ją lo­do­wa­ty wiatr. Tak wie­le stra­cił, ale ni­cze­go nie da się już wró­cić. Zbyt póź­no spo­strze­ga­my, że ży­cie po­le­ga na ży­ciu, w każ­dej go­dzi­nie i w każ­dym dniu.”

„Więk­szość z nas po­peł­nia ten sam błąd. Ża­łu­je­my, że cze­goś nie zje­dli­śmy wczo­raj, albo za­mar­twia­my się tym, co bę­dzie­my jeść ju­tro, za­miast po pro­stu zjeść krom­kę chle­ba suto po­sma­ro­wa­ną ma­słem dzi­siaj, tu i te­raz.

Na­wet wiel­ki fran­cu­ski fi­lo­zof Mon­ta­igne nie unik­nął tego błę­du. „Moje ży­cie peł­ne było strasz­li­wych nie­po­wo­dzeń, z któ­rych więk­szość nig­dy nie mia­ła miej­sca” – na­pi­sał. Tak samo jest z na­szym ży­ciem, two­im i moim.

- „Po­myśl tyl­ko, ten po­ra­nek nig­dy wię­cej nie wzej­dzie” – po­wie­dział Dan­te.

Ży­cie umy­ka z nie­wia­ry­god­ną pręd­ko­ścią. W każ­dej se­kun­dzie prze­by­wa­my ol­brzy­mią prze­strzeń. Dzień dzi­siej­szy to na­sza naj­cen­niej­sza wła­sność. To je­dy­ne, co mo­że­my mieć na­praw­dę.”

Oto dzień, który Pan uczynił: 
radujmy się zeń i weselmy! 

 

 

Każdy dzień to nowa czysta karta,

od nas zależy jak ją zapiszemy!

Fragmenty tekstu z książki: Jak przestać się martwić i zacząć żyć, Dale Carnegie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

Jak przestać się martwić ?- porady Mai Święcickiej.

14 gru

lifeZamiast mojej historii – porady, jak poczuć się lepiej, mimo tego, że „rzeczywistość skrzeczy”.

Krok 1. Przekonaj sam siebie, że martwienie się ci nie służy

Zastanów się, czy naprawdę te wymartwione scenariusze kiedykolwiek się wydarzyły. Usiądź i stwórz listę wszystkich tych przypadków, w których ostatecznie nic się nie stało albo ewentualne konsekwencje problemu okazały się dużo mniejsze niż te, które powstały w głowie. Przestudiuj tę listę uważnie i zastanów się, czy sytuacja, która w tym momencie spędza ci sen z powiek, nie jest aby powtórką z rozrywki.

Krok 2. Kwestionuj swoje zmartwienia

To prawda, że w mediach stosunkowo często słyszy się o wypadkach lotniczych. Wynika to jednak stąd, że codziennie na świecie odbywa się kilkanaście milionów rejsów samolotowych! To znaczy, że codziennie mnóstwo osób trafia do celu bez żadnych przeszkód, a wypadki są tak naprawdę rzadkością. Samoloty i systemy są ciągle udoskonalane, a normy bezpieczeństwa naprawdę wyśrubowane. Wiele zmartwień można po prostu zracjonalizować.

Krok 3. Skup się na tu i teraz

Być może za kilka dni czeka cię stresująca prezentacja, trudna rozmowa. Powiedzmy, że musisz wziąć udział w czymś, co nie do końca chcesz robić. Przede wszystkim pamiętaj, że tak naprawdę nic nie musisz, więc jeżeli coś odrzuca cię do tego stopnia, że nie śpisz po nocach – zastanów się, czy jest coś, co można byłoby robić zamiast tego. Jeżeli jednak jest to tylko zło konieczne, wpisane np. w pracę, którą generalnie uwielbiasz, to myśląc o tym, tylko przedłużasz potencjalną mękę, z którą wydarzenie się łączy. Staraj się skupiać po prostu na tym, co dzieje się tu i teraz. Nawet w drodze na to piekielne spotkanie, zamiast obgryzać paznokcie, posłuchaj czegoś fajnego w radiu. Tu i teraz prawie nigdy nie jest takie złe jak nasze wyobrażenia o tym, „co będzie, jeżeli”.

Krok 4. Ekspresja i inicjatywa

To chyba mój ulubiony punkt. W wielu wypadkach możesz zweryfikować swoje zmartwienie. Jeżeli martwisz się na przykład, że przez ostatnie kilka tygodni nie jesteś w stanie dogadać się z szefem, zbierz w sobie nieco odwagi i dowiedz się, co się dzieje, czy być może potrzebujecie wspólnie wymanewrować się z jakiejś potencjalnie trudnej sytuacji. Jest szansa, że zamiast kłopotów za taką inicjatywę będzie cię czekała nagroda. Za inicjatywę i spostrzegawczość. Dlatego nie ukrywaj się za stertą papierów. Czy to w życiu zawodowym, czy prywatnym „wyjdź z szafy” i powiedz dokładnie, co czujesz.

Krok 5. Brainstorm. Z każdego problemu jest wyjście

Będzie ci dużo łatwiej z ekspresją, jeżeli wcześniej uświadomisz też sobie, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Zrób sobie brainstorm – zaproś znajomych, którym ufasz, albo weź zeszyt i długopis i zapisuj wszystkie rozwiązania, które przyjdą ci do głowy. Nie kwestionuj wszystkich od razu, nawet jeżeli wydają się trochę głupie, być może wystarczy je troszkę zmodyfikować. Nawet jeżeli za pierwszym razem nie znajdziesz idealnego rozwiązania, przekonasz się, że sytuacja nie jest beznadziejna. Jeśli jednak jest – to chyba znaczy, że trzeba spróbować czegoś nowego. A co w tym złego? Może nie wyjść. To teraz nie wyszło. I jak się z tym czujesz? Patrz krok 3. – zostań tu i teraz. Nie wyszło, a ty po prostu siedzisz przy stole i popijasz herbatę. Czy jesteś teraz kimś innym, mniej wartościowym? Mniej zdolnym? Teraz widzisz, że przecież nic się nie stało. Masz trochę czasu, żeby wymyślić, co teraz będziesz robić.

Krok 6. Zdystansuj się

Kiedy dzieje się coś złego lub po prostu znów pogrążasz się w tworzeniu czarnych scenariuszy, postaraj się zatrzymać i zrobić krok do tyłu. Zamiast patrzeć na to, czego się obawiasz, spójrz na to z perspektywy przeciętnego Kowalskiego. Możesz też spróbować zobaczyć siebie oczami starszej osoby albo uduchowionego pielgrzyma. Chodzi o to, żeby zrozumieć, że wszelkie „ziemskie” problemy tworzymy w pewnym sensie sami. Tym bardziej sami możemy stworzyć dla nich rozwiązania.

Krok 7. Zrób plan i zacznij go realizować

Kiedy już masz gotową listę rozwiązań i rozumiesz, że martwienie się nie przynosi ci niczego dobrego i jest wyłącznie kwestią nawyku, podejmij mocną i jednoznaczną decyzję: zmieniam przyzwyczajenie. I od tej pory za każdym razem, kiedy nadciągną zmartwienia, zamiast dać im się skonsumować, przerobisz wszystkie siedem kroków i jeżeli zdecydujesz, że masz realny wpływ na to, co cię martwi, zrobisz sobie brainstorm i wymyślisz rozwiązanie.

Krok 8. Co z tymi sytuacjami, na które nie masz wpływu?

No cóż – nie jesteś w stanie przewidzieć, czy pewnego pięknego dnia po prostu nie spadnie ci na głowę ciężka doniczka. To jednak naprawdę bardzo mało prawdopodobne. Kiedy zanosi się na deszcz, racjonalnym wyborem jest spakowanie do torby parasolki. Dlatego jeżeli martwisz się o swoje zdrowie, bo twoi rodzice zmagali się z rakiem – zrób wszystko, żeby mu zapobiec. Odżywaj się kolorowo, zapomnij o mocno przetworzonych produktach, wysypiaj się i ruszaj, ile możesz. Podróżując, ubezpieczaj się wysokim pakietem, zapinaj pasy. Zrób wszystko to, co możesz, żeby dać sobie komfort. I pamiętaj, że tych kilkanaście procent sytuacji, które pozostawiamy w rękach ślepego losu, może przynieść nie tylko trudności, ale także piękne zbiegi okoliczności i fantastycznych przypadkowych ludzi, którzy mogą zostać naszymi przyjaciółmi na całe życie. Jeżeli masz kontrolę nad tym, co możesz kontrolować, przypadkami losu postaraj się po prostu cieszyć.

Maja Święcicka – dziennikarka, blogerka. Mówi o sobie tak: „Praktykuję codzienność i lubię myśleć, że robię to z pasją, a wiem, że z przyjemnością. Interesuje mnie wiele tematów – począwszy od duchowości, psychologii i seksu, poprzez podróże, sport (konkretnie wspinaczkę), wpływ diety na nasze zdrowie (fizyczne i psychiczne) aż do designu, ekologicznych technologii i nowatorskich rozwiązań. Staram się pamiętać, że jedyną osobą, na którą będą skazana przez całe życie, jestem ja sama. Dlatego stram się siebie dobrze poznać, no i dobrze traktować…”

za: www.hellozdrowie.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet

 

Zaduma nad przemijaniem.

08 gru

kaliaTak to już jest – śmiech przeplata się ze łzami, dobro ze złem, radość ze smutkiem. U mnie lepiej a u mojej kochanej A. ogromny smutek. W piątek zmarł jej tata. Rano obudził mnie jej głośny płacz. Pobiegłam na dół przerażona, bo nie wiedziałam , co się dzieje. Zobaczyłam ją… Rozpacz ogromna. Serce się ściskało na sam widok.

W niedzielę był pogrzeb. Kościół wypełniony ludźmi po brzegi. Podczas mszy słuchaliśmy pięknej muzyki skrzypcowej granej przez panią stojącą wysoko, na chórze. Skrzypce potrafią mówić, śpiewać, brzmieć kobiecym głosem. Zawodzą tęskną melodią i tam też ten piękny, prawie ludzki głos unosił się w wypełnionym ludźmi kościele.

Dużo ludzi – tata A. był lubianym i poważanym człowiekiem. Piękna homilia a później następna część mszy św. – Eucharystia. I tu moment, który bardzo mną wstrząsnął. Znam prawo kościelne, przestrzegam go, ale w takich momentach zastanawiam się, czy okazanie chrześcijańskiego miłosierdzia nie byłoby lepsze od najpiękniejszego kazania.

A. nie może przystępować do komunii. Bardzo to przeżywa. Czuje się gorsza od innych. Podczas momentu przyjmowania komunii św. stoi wciśnięta gdzieś pod kolumnę i tęsknie patrzy za księdzem roznoszącym biały opłatek. W niedzielę też tak było. Stała z bladą, umęczoną twarzą. Obok niej mąż i dzieci. Przed ołtarzem trumna z ciałem jej ojca. Pomyślałam, że  w takich chwilach w Kościele powinna być stosowana dyspensa - pozwolenie na przyjęcie sakramentu przez osoby żyjące w związkach niesakramentalnych. W tak trudnych momentach dla takich ludzi to podwójna kara – umarła najbliższa im osoba a one nie mogą uczestniczyć w pełnej Eucharystii. Nie mogą się pożegnać do końca. Tracą możliwość pełnego przeżycia żałoby. Pozostaje im dojmujący żal po odejściu ukochanej osoby i jeszcze poczucie bycia gorszymi. Dzieci gorszego Boga?! A. nie jest gorsza – jest bardzo wartościowa, religijna, z mocnymi zasadami moralnymi. Niejeden „pełnowartościowy” chrześijanin mógłby się od niej dużo nauczyć a jej pozostaje „miejsce pod filarem”, z boku, w cieniu, bez sakramentów. Gdzie miłosierdzie w takiej chwili? Gdzie miłość chrześcijańska? Och życie…

A. pięknie pożegnała tatę na cmentarzu. Nie słyszałam wszystkich słów. Stałam daleko a mikrofon nie „zbierał” dobrze. Głos A. był cichutki, drżał, rwał się od emocji. Mówiła o wielkiej miłości ojca do nich. O jego zachowaniu, które nauczyło ich szanowania innych, okazywania pomocy słabszym, patrzenia sercem. Wspaniały ojciec i mąż. Utkwiły mi w pamięci słowa A.:

- Pokazywałeś nam jak wierzyć, jak szanować innych, jak się modlić. Zawsze się dziwiłam, że ty, taki silny mężczyzna, padasz przed tym Bogiem na kolana i jaki On musi być wielki, że ty klęczysz przed nim. Będzie mi ciebie brakować , tato!

A. zawsze martwiła się o ojca. Martwiła się, że nie bierze leków, że nie mówi o tym, co go boli, że trudno go namówić na badania. A na pytania jak się czuję, niezmiennie mówił:

- Dobrze córeczko! Dobrze!

Teraz też mówił, że dobrze się czuje…

Czytam (znów zbieg okoliczności) książkę Yaloma „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci”. Na pierwszej stronie wpis: „Nie możesz patrzeć w twarz słońcu ani śmierci”, bo pierwsze nas oślepia a drugie przeraża. Człowiek od początku swojego istnienia lękał się śmieci.

„Śmiertelność nie daje nam spokoju od zarania dziejów. Cztery tysiące lat temu bohater babilońskiego eposu Gilgamesz rozmyślania nad śmiercią swojego przyjaciela wyraził w słowach (…): Jakoż mą boleść przemilczeć? Jakoż mą boleść wykrzyczeć? Przyjaciel któregom miłował, stał się już prochem na ziemi! Zaliż nie muszę i ja – kiedyś, jak on, legnąć na wiekuiste odpocznienie? I z prochu już więcej nie powstać? [...] Teraz i ja śmierci się lękam”.

Można oswoić się z myślą o śmierci. Można pogodzić się z naszym przemijaniem, ale na wszystko trzeba czasu i wsparcia innych. W takich momentach nikt nie może zostać sam.

 

Na pocieszenie:

Chciałabym być teraz przy Tobie,
by Cię przytulić, uścisnąć, pocieszyć
choć nie znam sensownych słów,
które brzmią mądrze w obliczu śmierci…

Wiem jednak jaki to ból
gdy umiera ktoś tak ukochany,
wiem, że cząstka Ciebie umiera wraz z Nim,
wiem jak ta śmierć Ciebie rani…

Moje słowa nieporadne, banalne
niewiele zmienią gdy Ty tak cierpisz…
W pamięci zachowaj sobie ten obraz:
Twój ojciec pogodny i uśmiechnięty…

Zachowaj w sobie piękne wspomnienia,
te wspólne lata, to jak Cię kochał…
Są ludzie co ojców swych nie widzieli…
…Ty miałaś szczęście mieć swego choć trochę…

I chcę żebyś wiedziała, że ja też cierpię,
choć nie mam odwagi, by się odzywać..
Twój ból jest ze mną, Twój smutek we mnie…
… wszystko razem z Tobą przeżywam…

I wiedz, że zawsze będę przy Tobie,
zawsze możesz na mnie polegać,
na wiele osób możesz liczyć
gdy tylko zajdzie taka potrzeba !

Pamiętaj!

Wiersz ze strony: wiersze.kobieta.pl

Warto zajrzeć do: gdy-trudno.blog.onet.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Poezja, Życie