RSS
 

Modlitewnik Janusza Korczaka dla „tych, którzy się nie modlą”.

18 sty
korczak-verbsacra

foto: e-teatr.pl

Janusz Korczak napisał modlitewnik. Dla mnie to było odkrycie!

Wiedziałam, że był bardzo dobrym pedagogiem, opublikował parę poważnych publikacji i pisał opowiadania dla dzieci, a właściwie o dzieciach. Był też lekarzem  pediatrą. Kochał dzieci, chociaż sam nie miał rodziny, swoją miłość przelewał na wychowanków Domu Sierot (pokazane to było w filmie „Dzieci Ireny Sendler”, ang. The Courageous Heart of Irena Sendler, tłum. Odważne serce Ireny Sendlerowej,  w reżyserii Johna Kenta Harrisona ) – doktor był całkowicie oddany dzieciom. Był z nimi do ostatniej chwili. Władysław Szpilman tak opisuje sytuację, kiedy Stary Doktor szedł wraz z dziećmi na stację kolejową, aby wsiąść do pociągu do Treblinki: „Chyba 5 sierpnia (..) przypadkowo stałem się świadkiem wymarszu Janusza Korczaka i jego sierot z getta (…). Spędził z nimi długie lata swojego życia i teraz, w ich ostatniej drodze, nie chciał ich zostawiać samych. Chciał im tę drogę ułatwić. Wytłumaczył sierotom, że mają powód do radości, bo jadą na wieś (…). Gdy spotkałem ich na Gęsiej, dzieci, idąc, śpiewały chórem, rozpromienione, mały muzyk im przygrywał, a Korczak niósł na rękach dwoje najmłodszych, także uśmiechniętych, i opowiadał im coś zabawnego.”, a tak zapamiętała to Irena Sendlerowa „Był już wtedy bardzo chory, a mimo to szedł wyprostowany, z twarzą przypominającą maskę, pozornie opanowany: Szedł przodem tego tragicznego pochodu. Najmłodsze dziecko trzymał na ręku, a drugie maleństwo prowadził za rączkę. We wspomnieniach różnych osób jest tak, a w innych inaczej, co nie znaczy, że ktoś się myli. Trzeba tylko pamiętać, że droga z Domu Sierot na Umschlagplatz była długa. Trwała cztery godziny. Widziałam ich, kiedy z ulicy Żelaznej skręcali w Leszno”. (źródło: wikipedia.org )

Znalazłam strona na FB o Januszu Korczaku: https://www.facebook.com/korczak2012 - warto zajrzeć!

Wróćmy do małej, niepozornej książeczki napisanej przez Janusza Korczaka „Sam na sam z Bogiem. Modlitwy dla tych, którzy się nie modlą”. Książka z 1922 r. 

 ”Duszy szeptane tajemnice, które sobie powierzasz, spiąłem klamrą modlitwy.

Wiem, że każdy twór musi z sobą poprzez Boga i z Bogiem poprzez siebie życiem świat ogromny splatać. Wiem. Pewien jestem – tak mi dopomóż Bóg”. (wstęp)

Ujęły mnie dwie modlitwy. „Modlitwa swawoli” i „Modlitwa skargi”. 

Pierwsza brzmi tak:

„Wierzaj mi Boże, pragnę być poważną, skuteczną, skupioną. Może to przyjdzie z czasem, ale tymczasem nie mogę. 

Śmieszy mnie wszystko, co poważne, nie wierzę, nie ufam. Uroczyste mowy, śluby, kazania, nawet pogrzeby – miny – Boże, proszę Cię, zwróć tylko uwagę na ich miny, na te napuszone, nieszczere i głupie gęby. (Przepraszam, że się tak wobec Ciebie wyrażam).

Jeśli się modlę tak rzadko, doprawdy ich wina. Ich modlitwa, albo bezmyślne klepanie pacierzy, albo chytra chęć podejścia, oszukania Ciebie, wyżebrania czegoś za cenę fałszywych westchnień i czerwonego nosa.

Nie umiem być nieszczera. Więc przyznaję: ja Ciebie nie znam Boże. I zdaje mi się, że zanim człowiek pozna Ciebie, Boże, musi predewszystkim dobrze poznać siebie, znaleźć siebie. A ja błądzę, nie rozumiem i próbuję odgadnąć siebie, jak szaradę, jak bardzo trudne algebraiczne zadanie. Że nie jestem taka, za jaką mnie mają i dorośli i rówieśnicy, to głupstwo, ale przecież nie jestem taka, jako się sama być mniemam. 

Wesoła jestem, a jednak… Kapryśna jestem, a jednak… Niedoświadczona mhm, naiwna, a juści. Na jedno, co wiem, stu rzeczy się domyślam. Jak ja ich znam! Gdyby oni choć w setnej części nas tak znali, byłoby nam lepiej, a może i gorzej?

Dobra jestem, czy zła? Tak i nie. To pewne, że raczej dobra i inaczej zła, w czem innym dobra i w czem innym, niż oni sądzą i chyba – niź sama nawet myślę. 

Zdaje mi się, że tę miłość rodziców, ojczyzny, bliźniego i Ciebie, te wszystkie czcie i szacunki, wymyślili dorośli dla siebie, a my mamy prawo do swoich ukochań. W modlitwie młodzieży powinien być śmiech, taniec, żart, kaprys, niespodzianka, coś z nabożeństw pogańskich i dzikich kultów. Przecież Ty jesteś nie tylko w łzie człowieka, ale i w woni bzu, nietylko w niebie, ale i w pocałunku. Po każdej pustej swawoli nachodzi smutek i tęsknota. A w tęsknocie, jak w mgle i twarz matki i szept ojczyzny i bliźnia niedola i Wielkość Twej Tajemnicy.

No patrz: chcę być z Tobą szczera a przecież to jasne, że nie powiem, nie umiem powiedzieć wszystkiego.

Patrzę na gwiazdy i mówię sobie: miriady gwiazd, miriady mil. Cóż, kiedy tego nie czuję. Wiem, że jesteś Wielki, Potężny, Nieśmiertelny i tak dalej, ale tylko wiem i nic więcej. A ja, bywa, tak kocham gwiazdy, jak oni znów nie potrafią, choćby się nie wiem jak nadymali, wypinali, puszyli i pociągali nosami. A dlaczego je kocham, nie powiem, nawet dokładnie nie umiem powiedzieć, dlaczego.

Patrz: moja modlitwa … Czy mądra. Nie . A czy można nazwać ją głupią? Ona jest bezładna, bo i ja jestem bezładna. Masz kłopot ze mną Boże, a pomyśl jak mnie jest ciężko ze sobą.

Wiesz co Ci zaproponuję?

Zostaw mnie czasem taką, jaka jestem. Poczekaj. Ty sobie i ja sobie, niby, że się nie znamy. Postaram się nikogo nie gorszyć, nie śmiać się, nie żartować, nawet będę zmawiała pacierze, tylko bez wznoszenia oczów, pochyleń głowy, bez westchnień i min. Jak długo to trwać będzie, nie wiem: dopóki nie wstąpi we mnie „statek”. Nie mogę nawet obiecać, że zapragnę przyspieszyć te chwilę. Bo po co? Samo przyjdzie.

Zupełnie niespodziewanie, nagle, spotkamy się . Nie wiem, gdzie, kiedy, nagle. Ciebie zobaczę, zarumienię się, serce mocniej zastuka, i uwierzę. Uwierzę, że jesteś inny, że się z nimi nie bratasz, nie kumasz, że Cię nudzą, że ich lekceważysz, że mnie rozumiesz, że chcesz ze mną poważnie i szczerze pomówić. Powiesz mi: „ja wiedziałem, że oni Mnie obrzydzili , że nie chciałaś wierzyć, w co oni wierzą”. Powiesz: „Wiem, że mnie oszukują i kłamią”. Powiesz: że jesteś samotny, opuszczony, pokrzywdzony i jak ja pełen tęsknoty i wolny, jak sokół.

I sprzymierzymy się: Ty i ja, i pryśniemy im śmiechem w oczy, weźmiemy się za ręce, zaczniemy biec co tchu.Oni zaczną nas wołać oburzeni, że tak nie wypada. Wówczas przystaniemy na chwilę, odwrócimy się raz jeden, język im pokażemy: ja i Ty. I śmiejąc się do rozpuku, znikniemy im z oczu. I śnieg jeść zaczniemy garściami.

Kochany, najukochańszy Boże, przecież Ty możesz Sobie na to pozwolić, jeden, jedyny raz tylko. Uuuuch, jacy oni nudni, fałszywi: należy im się za ich grzeszki – kara” (s. 48 – 52)

 Janusz Korczak, Sam na sam z Bogiem. Modlitwy dla tych, którzy się nie modlą,  Warszawa, 1922 r. 

Dosyć długi fragment…

Nie mam czasu pisać!!! Choroba, to wszystko przez studia. Mam tyle do przeczytania. Dwa zajęcia związane z filozofią – bardzo ciekawe, ale egzaminy mnie przerażają. Czy ja to wszystko zapamiętam? Gąszcz logiki zamienił się w puszczę. Im dalej w las, tym więcej drzew!!! 8-O  Dobrze, że przede mną dwa tygodnie urlopu!

Odpoczynek czas zacząć!!!!!

Do zobaczenia nowe bransoletki na stronie mojego bloga: naszyjnik.pl 

 

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Książka

 

Tags:

Dodaj komentarz