RSS
 

Archiwum - Styczeń 29th, 2015

To jakiś matrix, albo dzień świstaka! Kiedy to się skończy?!

29 sty

kobietaDostałam wezwanie do sądu. Sprawa dotyczyła mojego męża. Prokurator wniósł do sądu wniosek o zawieszenie władzy rodzicielskiej mężowi. Przyjęłam to jako dobrą monetę. Dzieci dużo przeżyły, widziały. Wyszły z całej sytuacji mocno „poturbowane” psychicznie.  Sprawa po to, aby chronić dzieci przed chorym psychicznie ojcem. To były moje odczucia związane ze sprawą a jak było naprawdę… Koszmar. Dzień świstaka. Powtórka ze sprawy, która odbyła się rok temu. Równo rok temu.

Przed gmachem sądu zobaczyłam mężczyznę. Struchlałam. Był odwrócony tyłem i spacerował. Taka sama kurtka, spodnie, czapka – zielona z daszkiem. Taki sam wzrost i takie same ruchy. Ręce schowane w kieszenie kurtki, przygarbione plecy.

- Boże, co on tu robi? Wypuścili go! – pomyślałam.

Podeszłam do tego mężczyzny. Nie odwracał głowy. Zobaczyłam okulary na jego nosie. Okulary z grubymi szkłami.

- To chyba nie on. A może w szpitalu wykryli u niego wadę wzroku. Boże… – szybko weszłam po schodach do gmachu sądu. Za 20 minut miałam rozprawę. Niepewność została…

W 2013 r., kiedy uciekliśmy z domu, prokurator wniósł sprawę o znęcanie się nad rodziną. We wrześniu rozpoczęło się postępowanie o ograniczenie władzy rodzicielskiej. Pamiętam kolejne sprawy w sądzie, które miały spowodować umieszczenie męża w zakładzie w celu leczenia. Było ich sześć i w rezultacie do niczego nie doprowadziły. On był na wolności. Straszył mnie i dzieci. Dobrze, że nie znał naszego dokładnego adresu. Dowiedział się w którym bloku mieszkamy, ale nie wiedział w którym mieszkaniu. To chroniło nas przed jego wizytami. Sprawa o ograniczenie władzy rodzicielskiej odbyła się w styczniu 2014 r. Sąd postanowił ograniczyć władzę rodzicielską nad małoletnimi dziećmi. Wyrok uprawomocnił się w lutym. Ja byłam pewna, że to koniec, że więcej nie będę musiała nic podobnego przeżywać. Myliłam się…

Pod koniec października 2014 r. mąż dopuścił się zabójstwa. Po zdarzeniu „zbieraliśmy się” (ja i dzieci) do świąt a nawet teraz jest trudno. Znów prokurator wniósł o zawieszenie praw rodzicielskich. Dostałam wezwanie i wniosek z uzasadnieniem. Myślałam, że ta rozprawa będzie tylko formalnością. Nie przygotowałam się odpowiednio. Nie wzięłam żadnych dokumentów i to był duży błąd. Od pani sędzi usłyszałam dokładnie takie same słowa, jak rok temu. Tak samo dawała mi do zrozumienia, że skoro jestem jego żoną to powinnam go ubezwłasnowolnić i zająć się leczeniem. Nie trafiały do niej argumenty, że on jest agresywny w stosunku do nas, odrzuca możliwość leczenia. Usłyszałam, że jestem jego żoną a on jest chory i nie wie, co robi. Nie przyjmowała do wiadomości, że już dwa lata z nim nie mieszkam.

- Jestem z nim w separacji – próbowałam się bronić.

- Czy separacja jest orzeczona sądownie?

- Nie.

- To w dalszym ciągu jest pani jego żoną.

- Toczy się rozprawa przed sądem biskupim.

- To mnie nie obchodzi. Tu jest sąd cywilny a rozwodu cywilnego pani nie ma! Taką osobę trzeba ubezwłasnowolnić i zająć się leczeniem.

- Wysoki sądzie kilka razy pytałam lekarza prowadzącego o to czy mogę go ubezwłasnowolnić. Kiedyś zaczął sprzedawać z domu różne rzeczy. Na jednej z wizyt zapytałam lekarza o ubezwłasnowolnienie. Lekarz psychiatra odpowiedział mi wtedy, że  on jest logiczny w wypowiedziach i racjonalny w działaniu, nie unika wizyt u lekarza i bierze leki. Może nie robi tego regularnie, ale o tym wie i pamięta. Żaden biegły nie wyda pozytywnej opinii służącej do ubezwłasnowolnienia… Później w 2013, kiedy przestał brać leki też pytałam o ubezwłasnowolnienie. Lekarz odpowiedział, że to będzie proces długotrwały, co najmniej rok a ja tyle czasu nie miałam… w końcu musiałam uciekać…

Zamilkłam, bo rok temu tłumaczyłam to samo i widziałam te same spojrzenie. Mieszankę politowania i pogardy nad moją tępotą. Jestem jego żoną a on jest chory. Paranoja. Kto ma więcej praw? Żona i dzieci umierające ze strachu, czy paranoiczny mąż, który nie wraża zgody na leczenie? Jakiś pieprzony matrix!

Z pisma z prokuratury wyczytałam jeszcze jedno – „W toku postępowania (…) sąd orzekł umieszczenie (…) tytułem środka zabezpieczającego w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Postanowienie uprawomocniło się w dniu 12.09.2014. W dniu 18.09.2014 r. wydano zarządzenie o przesłaniu orzeczenia do Komisji Psychiatrycznej celem wskazania miejsca wykonywania środka. ” Leczenie było zasądzone!!!! W takim razie dlaczego mąż cały czas przebywał na wolności? Nie ukrywał się, nie uciekał. Cały czas mieszkał we własnym domu. Sąd wiedział, że my się go obawiamy, że stanowi dla nas realne zagrożenie. Mieszkańcy wioski, w której mieszkał tez się go obawiali a sąd i policja nic nie robili, aż do momentu popełnienia przez niego morderstwa. Doszło do tragedii. Czy ktoś za to będzie odpowiadał? Odpowiadał za zaniedbanie, za niewykonanie prawomocnego wyroku sądu? Kto?

Tego tragicznego dnia zgłaszałam na policję, że mąż jest na klatce schodowej. Tłumaczyła, dlaczego się go obawiam, prosiłam o interwencję. Co usłyszałam? Oni nic nie mogą, dopóki nie jest agresywny. Gdybym wtedy miała w ręku wyrok sądu, mogłabym podeprzeć się numerem sprawy i zmusić  ich do interwencji a ja nie miałam orzeczenia sądu z września. Nie miałam nic. Miałam tylko swój strach…

Można było uniknąć tragedii. Można było, gdyby „władza” zwracała uwagę na moje słowa i prośby.

Ostatnio widziałam jak policja przyjechała na interwencję na osiedle. Interweniowali w sprawie… pijaka leżącego na chodniku. Przyjechali. Podnieśli delikwenta, założyli mu czapeczkę na rozchwianą głowę. Wzięli pod ramiona i poprowadzili pod wskazany adres. Fajnie. Elegancko. Z polotem. Pijaczyna chwiał się na słomianych nóżkach a panowie dzielnie odstawiali go pod drzwi. Patrzyłam na to z nutą goryczy i przeniosłam się myślami do tamtego poniedziałku, kiedy dzwoniłam roztrzęsiona prosić o pomoc, bo na dole czekał mój ślubny i wcale nie miał dobrych zamiarów. Zostałam odprawiona z kwitkiem. Nie było żadnego patrolu, chociaż był potrzebny.

Nie wniosłam sprawy o rozwód, mój błąd. Teraz widzę, że to będzie jedyne dobre posunięcie. Uniknę wtedy takiego traktowania ze strony sędzi, dla której małżeństwo to ofiarowanie życia dla agresywnego i zagrażającego męża. To święty obowiązek, który należy spełnić, choćby ten mąż bił, dusił a nawet zabił. Cóż tragedia miałaby miejsce, ale przecież winny jest niepoczytalny, nie wie co robi, nie odpowiadał za swoje czyny. Jest taki biedny i pokrzywdzony przez los a tu żona suka uciekła i zostawiła na pastwę losu i jeszcze „stawia się” w sądzie i oponuje, i czegoś nie chce wykonać. Po raz kolejny mam przeczucie, że gdyby mogła to zasądziłaby przymusową opieką nad nim a że dzieci boją się niebezpiecznego ojca, co tam dzieci. Przecież chory jest najważniejszy, bo nie wie, co robi! 

On wie! On wie, że powinien przyjmować leki. Przeżyłam z nim 15 lat i znam go lepiej niż wspierająca pani sędzia. Widziałam go w różnych sytuacjach. Wiem jak reagował na przyjmowanie leków i jaki miałam z nim problem. Ona nie uciekała przed nim co cztery lata – ja tak. Nie zakrywała siniaków, nie wstydziła się, nie uciszała dzieci, nie uspakajała ich i nie udawała normalnego, szczęśliwego życia „żeby tylko ludzie nie gadali”. To nie ona uciekała nocą przez oko, aby ratować życie! Nie ona! Nic nie mogłam powiedzieć! Nie miałam mocnych argumentów w postaci notatek, zaświadczeń, i innych pieczątkowych papierów. A moje słowa można sobie … itd. Jak nie masz nic na papierze, nie masz nic! Pozostaje tylko bezsilność i złość i przeżywanie.

Po co był ubiegłoroczny wyrok? Dla kogo? Co dał?

Matrix!!!

Sprawa została zawieszona do momentu zebrania opinii ze szpitala psychiatrycznego i oczekiwania na jego stawiennictwo w sądzie. Czeka na termin, w którym się odbędzie.

Widziałam, jak pani sędzia czytała akta sprawy, jakby dopiero na rozprawie mogła w nie zajrzeć, bo wcześniej nie miała na to czasu.

- Hm schizofrenia paranoidalna… – rzut okiem na mnie.

- Hmm, no tak zabił matkę, hmmm – rzut okiem w moją stronę i dłuższe spojrzenie.

- No ewidentnie nie odpowiada za swoje czyny – i długie spojrzenie na mnie.

Nie wiem czy to była sprawa o wywołanie litości nad chorym, czy ochronę dzieci, bo o dzieciach i ich dobru sąd nawet nie wspomniał.

Jestem zła, że tak zwlekam z rozwodem. Co to dało?

Kiedy następna sprawa – nie wiem. Jaki będzie jej przebieg? Też nie wiem. Po tej wtorkowej nie nastawiam się na nic dobrego. Niestety.

Piszę pozew o rozwód!

Lepiej późno niż wcale!

Tego wpisu można posłuchać w aplikacji Audioblog

logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Audioblog, Życie