RSS
 

Archiwum - Kwiecień 3rd, 2015

Pokonywanie własnych słabości jest cudowne!

03 kwi

field-of-tulips-635266_640Hurrra! Mamy zimę na Wielkanoc!

Wstałam rano i co zobaczyłam przez okno? Wielkie płatki śniegu spadają z nieba. Poczłapałam do kuchni i obowiązkowo kawa. Do łaski został przywrócony mały, sprytny, metalowy czajniczek do zaparzania kawy. Nie wiem jak się nazywa, więc nie podaję fachowej nazwy. Ekspres wyzionął ducha. Nie chce już zaparzać kawy, szumieć, syczeć i wyrzucać kłębów pary. Wczoraj z nadzieją wlałam do niego szklankę wody i podłączyłam do prądu i… nic. Czerwona kontrolka owszem świeciła, ale nic poza tym. Wyrzucę cholerę na śmietnik. Niech wie, kto tu rządzi! Stoi jeszcze w korytarzu. Jakoś trudno mi się z nim rozstać.

Kawa wypita. Dzieci śpią. A ja… buszuję w internecie. Obowiązkowo FB, mój blog (jeden i jeszcze jeden), blogi, poczta, spojrzenie za okno i muzyka (przez słuchawki). Kocham muzykę. Muzykoterapię – jak ja to nazywam. Towarzyszy mi podczas chodzenia z kijami i podczas pisania. Chodząc słucham Małgorzaty Ostrowskiej i Lany del Ray. Dwie babki – jedna z drapieżnym głosem a druga śpiewa jakby na niczym jej nie zależało, totalny luzik a przy tym jaki głos. Jeszcze ostatnia płyta Celine Dion „Loved Me Back to Life” i myślę „Ja też wróciłam do życia”. Kocham te kobiety za ich głos!

Na FB przeczytałam opowieść Patrycji Cichy-Szept. I znów pasuje do mnie (opowieść oczywiście). Codziennie wchodzę po schodach. Tych w bloku, na czwarte piętro i codziennie też pokonuje swoje słabości, ale teraz opowieść Patrycji:

Szłam po schodach. Im wyżej wchodziłam, tym bardziej byłam z siebie dumna. Pokonywałam swoje słabości, swoje lenistwo, zniechęcenie, które dopadało mnie częściej niż co drugi stopień, pokonywałam ból nóg, ramion, na których dźwigałam swoje życie, pokonywałam ha! Nie uwierzysz! – mdłości, gdy robiło mi się niedobrze na widok tych wszystkich leniwych, którzy z dołu na mnie pokazują, i pytają po co mi to, skoro tam, bliżej ziemi jest całkiem ok, trzeba się tylko umieć dostosować, ugiąć i nie buntować. Kazali mi wracać, wyśmiewali, często robili wszystko, żebym wróciła. Ja jednak szłam i pokonywałam kolejne stany euforii, zniechęcenia, bólu, nadziei, wiary, zakochania w widokach z góry, tęsknotę za przyziemną stabilizacją. Szłam i szłam. Jeśli myślisz sobie, że nigdy nie spadałam, to się bardzo mylisz. Spadałam, a jakże! I to ile razy!! Ku uciesze tych, co zostali, tych, którzy na mnie czekali z szyderczym uśmiechem, z rozpostartymi ramionami, z chlebem i solą, czarna polewką, z “a nie mówiłam”, z pucharem i cierniową koroną. Nie uwierzysz, ile ludzi czekało na dole. Niby zajmowali się swoimi sprawami, niby nic ich nie obchodziłam, – chciała to poszła, głupia jest, nic nam do niej – ale tak naprawdę każdy z nich z tyłu głowy czekał na mój powrót. Córka marnotrawna, po co jej to, niech już lepiej wraca. Dziwisz się? A gdybyś ty został na dole, to co byś sobie o mnie pomyślał? No właśnie! Po co mi to, trzeba umieć się dostosować do warunków w jakich przyszło nam żyć, to jest miara naszej dojrzałości. Ale ja szłam, ponieważ tam, na górze ktoś na mnie czekał. Tak, Mistrz. Mówisz, że Jego można spotkać wszędzie? To prawda, za każdym razem gdy sobie to uświadamiałam, dochodziłam do wniosku że jestem głupia i naiwna, że ci na dole mają rację. Trzeba umieć się dostosować. I za każdym razem, gdy miałam wracać, dane mi było z góry spojrzeć na to, co zostało na dole. I wtedy szłam dalej.
Szłam i zwyciężałam, zwyciężałam przede wszystkim samą siebie. Mistrz, gdy go spotkałam – siedział sobie w kwiecie lotosu i był bardzo, ale bardzo maleńki, trochę mnie to zdziwiło, ale nie dałam nic po sobie poznać – powiedział: – Teraz możesz już wrócić, nabrałaś dystansu.
Pytasz mnie, czy warto było? Tyle wysiłku, trudu, tyle szyderczych uśmiechów, tyle życia na nic, bo przecież życie zostało na dole. Warto, ponieważ, gdy wróciłam do maleńkiego świata widzianego z góry i do maleńkich jego problemów i małych ludzików, nagle wszystko wydało mi się bardzo duże i bardzo ważne. A Mistrz? Wrócił ze mną, w moim sercu…

Niech ten wyjątkowy, świąteczny dzień pokaże Wam jak małe i jak wielkie jest nasze życie…
Wróżka drzew
/P.C-Szept/

 

Wczoraj rozmawiałam z sąsiadką. Rozmowa zeszła na temat terapii. Kiedyś spotkała mnie na klatce rano i zapytała:

- A ty dokąd?

- Do magla! – odpowiedziałam.

Zobaczyłam jej zdziwiony wzrok, ale pognałam dalej. Była już 8 a więc już spóźniłam się na wizytę.

Wczoraj znów się zobaczyłyśmy. Wracałam „z kijów”.

- Anka, nie rozumiem do jakiego magla poszłaś we wtorek. Przecież w tamtą stronę nie ma żadnego magla?

- Poczekaj, zaraz przyjdę.

Przebrałam się i poszłam na ploty. Specjalnie zaczęłam inny temat, ale ona nie dawała za wygraną. Wiedziałam, że tak będzie. Ona wie, że chodzę na terapię.

- No o co chodziło z tym maglem?

- Ostatni miesiąc na terapii to istny magiel. Jest cholernie ciężko.

- To po co chodzisz?

- Bo później jest lepiej.

- Nie wstydzisz się mówić o sobie? No wiesz, o tym wszystkim.

- Wstydzę i to jeszcze jak, ale do ginekologa też się wstydzę chodzić, bo muszę pokazywać to co najbardziej we mnie intymne, ale z wizyty nie uciekam, bo chodzi o moje zdrowie. I tu i tu są emocje. U terapeuty pokazuję co mam w głowie. Sesja trwa 50 minut, ale „przetrawiam” ją jeszcze przez tydzień, do następnego spotkania.

- Mówisz, że jest lepiej? – popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.

Popatrzyłam na nią z uśmiechem.

- Wiesz mnie też przydałaby się terapia. Też trudno mi sobie czasami poradzić z życiem.

- To idź! Nie ma na co czekać. Tylko nie myśl, że to takie wizyty, gdzie najpierw się o wszystkim opowiada, popłacze, później pośmieje z terapeutą i będzie heppy a później z uśmiechem będzie opowiadać „Przeszłam swoją terapię. Zobaczyłam siebie z innej perspektywy. Poukładałam sobie wszystko! Jest super!” a dalej tkwi się w starej sytuacji, tylko patrzy się na nią z innej perspektywy, bo jest „wiedza” na ten temat.  Terapia to ciężka praca nad sobą. Ciężka i bolesna. Najtrudniej mówić o sobie, o tym co się czuje, o własnych emocjach. Ja nieraz najchętniej uciekłabym z gabinetu. Są takie momenty, że cała „chodzę” tzn. macham rękami, przestawiam stopy, wciskam się w kąt fotela i najchętniej bym wystrzeliła w stronę drzwi, ale tyłek mam przyklejony do tego właśnie fotela i siedzę i opowiadam.

- To dlaczego nie przerwiesz terapii?

- Bo wiem, że później jest lepiej. Bo mam swój cel. Jestem zawzięta i uparta a ten ból i strach jest bezpieczny i jeszcze parę powodów o których ci nie powiem, bo o nich mogę powiedzieć tylko na terapii.

- Może ja też pomyślę o wizytach. Wiesz, ty powinnaś być terapeutką!

- Ja?

- Umiesz wszystko tłumaczyć, umiesz słuchać. Byłabyś niezła…

- Ej nie rozpędzaj się! Ja będę super etykiem. Terapeutą nie chciałabym być. Słuchać tych wszystkich historii, przechodzić przez bagna ludzkich emocji i umieć ich (ludzi) pokierować, towarzyszyć im i nie zaszkodzić, znaleźć odpowiednie słowa. To za duża odpowiedzialność. To nie dla mnie. Za bardzo wszystko biorę do siebie. Empatia by mnie zabiła a później ja „zabijałabym” ludzi. Stałabym się złośliwa i zgorzkniała a na co komu taki terapeuta?!

Następna osoba, która we mnie widzi „przywódcę”. Człowieka o wielkiej charyzmie, zdolnego pomagać wszystkim a ja tylko lubię słuchać innych i tłumaczyć, że warto być sobą i nie bać się żyć. Uśmiecham się jak to piszę, bo wiem co powiedziałby Mistrz Prowokacji, czyli mój terapeuta.

Do posłuchania: Phil Collins

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie