RSS
 

Archiwum - Kwiecień 28th, 2015

Artykuł specjalisty psychiatrii kontra realne życie. Znów o schizofrenii.

28 kwi

Na stronie poświęconej psychiatrii przeczytałam artykuł pod tytułem: „Jak pomóc osobie, która nie wyraża zgody na leczenie psychiatryczne?”  Tytuł przykuł moją uwagę. Byłam ciekawa co radzi specjalista osobom z takim problemem i porównać z tym, jak to wyglądało u mnie. Artykuł jest odpowiedzią na pytania matki schizofrenika.

„Wspomnianym wyjątkiem jest tutaj między innymi podana w pytaniu informacja, że Pani syn okresowo jest agresywny czynnie w stosunku do osób drugich. Jeśli agresja ta wynika z aktualnych objawów schizofrenii, syn może być kompleksowo leczony psychiatrycznie w ramach hospitalizacji psychiatrycznej bez swojej zgody. Niemniej jednak wspomina Pani, że sama unika sytuacji, które mogłyby taką agresję syna spowodować. Dlatego do rozważenia byłyby w tej sytuacji możliwie częstsze wizyty kontrolne u lekarza prowadzącego, jeśli syn do tej pory wyraża na nie zgodę. Czasami pacjenci, którzy nawet przez długi czas nie wyrażają zgody na proponowane przez lekarza dodatkowe do farmakoterapii zajęcia terapeutyczne, w trakcie którejś kolejnej wizyty zaczynają rozmowę na ten temat, dopytują i podejmują decyzję o skorzystaniu z tej formy leczenia.”

Mój gorzki uśmiech. Na wizytach informowałam lekarzy o zachowaniu męża i o tym, że nie umiem do niego dotrzeć, że nie słucha, co do niego mówię, nie uczestniczy w życiu domowym, denerwuje mnie jego zachowanie a taka atmosfera denerwuje jego i zachowuje się agresywnie. Często odmawia brania leków a bez nich jego agresja narasta i żyjemy wtedy „jak na bombie”.  Natrafiałam na milczenie lekarza, przepraszający uśmiech, albo tłumaczenie typu: „Wie pani taka jest specyfika tej choroby. Jak ktoś jest chory na gruźlicę, to kaszle. Tak jest ze schizofrenią i zachowaniami jej towarzyszącymi.” Mąż nie dopytywał się o dodatkowe formy terapii. Najczęściej siedział i nie odzywał się, albo odpowiadał monosylabami. Słysząc o nowych lekach w gabinecie potulnie kiwał głową a w domu krzyczał używając wulgaryzmów, że niech się odczepią i czego oni chcą. Nie był skory do przyjmowania leków. Nie był chętny do czegokolwiek, co przyniosłoby poprawę jego zdrowia.

„W opisywanej sytuacji warto też rozważyć kontakt z Zespołem Leczenia Środowiskowego (ZLŚ)” – przepraszam bardzo! Pierwszy raz słyszę o Zespole Leczenia Środowiskowego.  I dalej „możliwe będą (refundowane przez NFZ) wizyty domowe lekarza psychiatry i ewentualnie psychologa czy terapeuty środowiskowego. W ramach takich wizyt możliwa jest także terapia rodzin (osoby chorującej i opiekującej się nią rodziny), umożliwiająca między innymi rozeznanie i poprawę sposobów wzajemnego komunikowania się w rodzinie, wyznaczanie zadań i obowiązków poszczególnych osób w rodzinie, czy na przykład współodpowiedzialność za budżet rodzinny.” – To jakaś opowieść o śniegu w Afryce – czasami się zdarza. CZASAMI!!! W moim małym miasteczku przez 15 lat na spotkaniu rodzin schizofreników byłam 3 razy a o terapii dla rodzin nie wiedziałam, aż do momentu rozprawy w sądzie. Nie, nie dlatego, że się tym nie interesowałam. Na każdej wizycie prosiłam o wskazówki, jak mam się zachowywać, jak z nim żyć, jak do niego dotrzeć.  Pani doktor wpisywała w moją kartę wizytę terapeutyczną.  W ramach takich wizyt możliwa jest wizyta domowa?!  Szkoda, że  kiedy ja prosiłam o pomoc lekarza podczas rozmowy telefonicznej, bo on nie chciał jechać do przychodni, nie usłyszałam: „Możemy do męża przyjechać”. Usłyszałam tylko „Bez pacjenta nie możemy udzielić żadnej porady”. I „Proszę namówić męża na przyjazd do przychodni”. Tak, to jest małe dziecko, które można przekupić obietnicami, cukierkami, itp. W końcu złapać go za rękę i siłą zaprowadzić przed lekarza. Nie. W przypadku dorosłego chorego jesteśmy bezsilni, bo oprócz jego sprzeciwu mamy też „święty” przepis, że jeżeli chory nie zgadza się na leczenie/hospitalizację nie można nic zrobić – nie można działać wbrew niemu. On może działać wbrew nam i nam zagrażać, ale my nie możemy mu pomóc.

I koniec „Jeśli jednak syn i na takie formy leczenia nie wyrazi zgody, do rozważenia jest podjęcie przez samą Panią uczestnictwa w grupie psychoedukacyjnej czy grupie wsparcia dla rodzin (np. rodziców, małżonków) osób chorujących na schizofrenię. W trakcie tych spotkań uzyska Pani pełną informację na temat choroby Pani syna, informację, jak w podobnych sytuacjach postępują inni rodzice, oraz wsparcie i informacje dotyczące możliwości codziennego postępowania i stopniowej zmiany w opisywanej przez Panią sytuacji.” Z całym szacunkiem, pani doktor, na jakim świecie pani żyje? Grupy wsparcia? Jak napisałam wyżej w mojej miejscowości odbyły się 3 takie spotkania – 3 na 15 lat. Okazujemy wsparcie dla chorych i bardzo dobrze, ale dlaczego brakuje realnego wsparcia dla rodzin? Pod moim wpisem o schizofrenii jest wiele komentarzy napisanych przez osoby, których sytuacja dawno przerosła i które nie wiedzą jak sobie poradzić. Zdesperowane osoby, które boją się o własne życie. Błędne koło. Chory boi się, bo taka jest specyfika choroby a rodzina boi się, bo widzi zachowanie chorego, nie rozumie go, denerwuje się. Jest krzyk, agresja, przemoc a w skrajnych przypadkach tragedia (ktoś ginie). Jak to fajnie wygląda zza biurka, zza tytułu doktorskiego, a nawet z sal szpitalnych, gdzie wyciszony lekami chory współpracuje z lekarzami i potulnie chodzi na terapię. Wygląda to prawie tak dobrze, jak w amerykańskim filmie o chorych na schizofrenie, ale my mamy polskie realia i polską rzeczywistość. Wake up! Pani doktor!

Wiem, to był tylko artykuł. Wiem. Tylko po co mówić osobom z małych miasteczek, często przestraszonym i nie widzącym sensu życia o takich formach pomocy. Takich form realnie tam nie znajdziemy. Owszem przeczytamy o nich na papierze, usłyszymy w sądzie, albo przeczytamy na stronie internetowej i to wszystko.

Fakt zdenerwowała mnie ta porada. Nie każdą kobietę stać na takie posunięcie jak mnie – ucieczkę. Wiem z czym to się wiąże. Jak wielki negatywny „bagaż” będą takie osoby ciągnąć za sobą i że bez specjalistycznego wsparcia nie dadzą sobie rady. Ja chciałam pomocy, kiedy małżeństwo trwało i odbijałam się od „ścian”. Pomoc otrzymałam dopiero kiedy wyszłam z „chorego” domu, ale to też zawdzięczam dobrym znajomym.

Pamiętam takie zdarzenie ze spotkań z rodzinami, w których byli schizofrenicy, tzw. grupy wsparcia. Była tam matka młodego chłopaka, który na 3 roku studiów na politechnice zachorował na schizofrenię. Pamiętam jej umęczoną twarz, ból w spojrzeniu i ogromną potrzebę otrzymania konkretnej pomocy.

- Nie wiem, co robić, jak się zachowywać, jak reagować. On był takim mądrym chłopcem. Miał takie dobre stopnie. Brakowało roku do obrony pracy magisterskiej – wyliczała patrząc na mnie. Kiwałam głową i jedyne co mogłam zrobić to wysłuchać jej i patrzeć jak po jej policzkach spływają łzy. Zajęcia w grupie wsparcia polegały na tym, że wszyscy zebrani po kolei opowiadali co się dzieję u nich w domu, jak zachowują się chorzy i na koniec dostaliśmy płyty z muzyką relaksacyjną. Wielka pomoc?! Problem zostawał nierozwiązany. Muzyka nie uciszy strachu, zawodu, paniki, niemego krzyku o pomoc. Owszem było lżej pod tym względem, że kiedy nasłuchaliśmy się, że w niektórych rodzinach jest gorzej niż u nas, wtedy można było się pocieszyć: „U mnie nie jest jeszcze tak źle”. To wszystko.

Papierowe prawa i papierowa pomoc. Odnotowana w kartach chorobowych i innych dokumentach podnoszących statystyki i słupki wykresów. Służba zdrowia daję radę! Tylko dlaczego rodziny sobie nie radzą?! Ot, zagwostka…

Wielkie dzięki pani doktor Joanno Borowiecka-Karpiuk. Wielkie dzięki!!!  :-?

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Życie