RSS
 

Artykuł specjalisty psychiatrii kontra realne życie. Znów o schizofrenii.

28 kwi

Na stronie poświęconej psychiatrii przeczytałam artykuł pod tytułem: „Jak pomóc osobie, która nie wyraża zgody na leczenie psychiatryczne?”  Tytuł przykuł moją uwagę. Byłam ciekawa co radzi specjalista osobom z takim problemem i porównać z tym, jak to wyglądało u mnie. Artykuł jest odpowiedzią na pytania matki schizofrenika.

„Wspomnianym wyjątkiem jest tutaj między innymi podana w pytaniu informacja, że Pani syn okresowo jest agresywny czynnie w stosunku do osób drugich. Jeśli agresja ta wynika z aktualnych objawów schizofrenii, syn może być kompleksowo leczony psychiatrycznie w ramach hospitalizacji psychiatrycznej bez swojej zgody. Niemniej jednak wspomina Pani, że sama unika sytuacji, które mogłyby taką agresję syna spowodować. Dlatego do rozważenia byłyby w tej sytuacji możliwie częstsze wizyty kontrolne u lekarza prowadzącego, jeśli syn do tej pory wyraża na nie zgodę. Czasami pacjenci, którzy nawet przez długi czas nie wyrażają zgody na proponowane przez lekarza dodatkowe do farmakoterapii zajęcia terapeutyczne, w trakcie którejś kolejnej wizyty zaczynają rozmowę na ten temat, dopytują i podejmują decyzję o skorzystaniu z tej formy leczenia.”

Mój gorzki uśmiech. Na wizytach informowałam lekarzy o zachowaniu męża i o tym, że nie umiem do niego dotrzeć, że nie słucha, co do niego mówię, nie uczestniczy w życiu domowym, denerwuje mnie jego zachowanie a taka atmosfera denerwuje jego i zachowuje się agresywnie. Często odmawia brania leków a bez nich jego agresja narasta i żyjemy wtedy „jak na bombie”.  Natrafiałam na milczenie lekarza, przepraszający uśmiech, albo tłumaczenie typu: „Wie pani taka jest specyfika tej choroby. Jak ktoś jest chory na gruźlicę, to kaszle. Tak jest ze schizofrenią i zachowaniami jej towarzyszącymi.” Mąż nie dopytywał się o dodatkowe formy terapii. Najczęściej siedział i nie odzywał się, albo odpowiadał monosylabami. Słysząc o nowych lekach w gabinecie potulnie kiwał głową a w domu krzyczał używając wulgaryzmów, że niech się odczepią i czego oni chcą. Nie był skory do przyjmowania leków. Nie był chętny do czegokolwiek, co przyniosłoby poprawę jego zdrowia.

„W opisywanej sytuacji warto też rozważyć kontakt z Zespołem Leczenia Środowiskowego (ZLŚ)” – przepraszam bardzo! Pierwszy raz słyszę o Zespole Leczenia Środowiskowego.  I dalej „możliwe będą (refundowane przez NFZ) wizyty domowe lekarza psychiatry i ewentualnie psychologa czy terapeuty środowiskowego. W ramach takich wizyt możliwa jest także terapia rodzin (osoby chorującej i opiekującej się nią rodziny), umożliwiająca między innymi rozeznanie i poprawę sposobów wzajemnego komunikowania się w rodzinie, wyznaczanie zadań i obowiązków poszczególnych osób w rodzinie, czy na przykład współodpowiedzialność za budżet rodzinny.” – To jakaś opowieść o śniegu w Afryce – czasami się zdarza. CZASAMI!!! W moim małym miasteczku przez 15 lat na spotkaniu rodzin schizofreników byłam 3 razy a o terapii dla rodzin nie wiedziałam, aż do momentu rozprawy w sądzie. Nie, nie dlatego, że się tym nie interesowałam. Na każdej wizycie prosiłam o wskazówki, jak mam się zachowywać, jak z nim żyć, jak do niego dotrzeć.  Pani doktor wpisywała w moją kartę wizytę terapeutyczną.  W ramach takich wizyt możliwa jest wizyta domowa?!  Szkoda, że  kiedy ja prosiłam o pomoc lekarza podczas rozmowy telefonicznej, bo on nie chciał jechać do przychodni, nie usłyszałam: „Możemy do męża przyjechać”. Usłyszałam tylko „Bez pacjenta nie możemy udzielić żadnej porady”. I „Proszę namówić męża na przyjazd do przychodni”. Tak, to jest małe dziecko, które można przekupić obietnicami, cukierkami, itp. W końcu złapać go za rękę i siłą zaprowadzić przed lekarza. Nie. W przypadku dorosłego chorego jesteśmy bezsilni, bo oprócz jego sprzeciwu mamy też „święty” przepis, że jeżeli chory nie zgadza się na leczenie/hospitalizację nie można nic zrobić – nie można działać wbrew niemu. On może działać wbrew nam i nam zagrażać, ale my nie możemy mu pomóc.

I koniec „Jeśli jednak syn i na takie formy leczenia nie wyrazi zgody, do rozważenia jest podjęcie przez samą Panią uczestnictwa w grupie psychoedukacyjnej czy grupie wsparcia dla rodzin (np. rodziców, małżonków) osób chorujących na schizofrenię. W trakcie tych spotkań uzyska Pani pełną informację na temat choroby Pani syna, informację, jak w podobnych sytuacjach postępują inni rodzice, oraz wsparcie i informacje dotyczące możliwości codziennego postępowania i stopniowej zmiany w opisywanej przez Panią sytuacji.” Z całym szacunkiem, pani doktor, na jakim świecie pani żyje? Grupy wsparcia? Jak napisałam wyżej w mojej miejscowości odbyły się 3 takie spotkania – 3 na 15 lat. Okazujemy wsparcie dla chorych i bardzo dobrze, ale dlaczego brakuje realnego wsparcia dla rodzin? Pod moim wpisem o schizofrenii jest wiele komentarzy napisanych przez osoby, których sytuacja dawno przerosła i które nie wiedzą jak sobie poradzić. Zdesperowane osoby, które boją się o własne życie. Błędne koło. Chory boi się, bo taka jest specyfika choroby a rodzina boi się, bo widzi zachowanie chorego, nie rozumie go, denerwuje się. Jest krzyk, agresja, przemoc a w skrajnych przypadkach tragedia (ktoś ginie). Jak to fajnie wygląda zza biurka, zza tytułu doktorskiego, a nawet z sal szpitalnych, gdzie wyciszony lekami chory współpracuje z lekarzami i potulnie chodzi na terapię. Wygląda to prawie tak dobrze, jak w amerykańskim filmie o chorych na schizofrenie, ale my mamy polskie realia i polską rzeczywistość. Wake up! Pani doktor!

Wiem, to był tylko artykuł. Wiem. Tylko po co mówić osobom z małych miasteczek, często przestraszonym i nie widzącym sensu życia o takich formach pomocy. Takich form realnie tam nie znajdziemy. Owszem przeczytamy o nich na papierze, usłyszymy w sądzie, albo przeczytamy na stronie internetowej i to wszystko.

Fakt zdenerwowała mnie ta porada. Nie każdą kobietę stać na takie posunięcie jak mnie – ucieczkę. Wiem z czym to się wiąże. Jak wielki negatywny „bagaż” będą takie osoby ciągnąć za sobą i że bez specjalistycznego wsparcia nie dadzą sobie rady. Ja chciałam pomocy, kiedy małżeństwo trwało i odbijałam się od „ścian”. Pomoc otrzymałam dopiero kiedy wyszłam z „chorego” domu, ale to też zawdzięczam dobrym znajomym.

Pamiętam takie zdarzenie ze spotkań z rodzinami, w których byli schizofrenicy, tzw. grupy wsparcia. Była tam matka młodego chłopaka, który na 3 roku studiów na politechnice zachorował na schizofrenię. Pamiętam jej umęczoną twarz, ból w spojrzeniu i ogromną potrzebę otrzymania konkretnej pomocy.

- Nie wiem, co robić, jak się zachowywać, jak reagować. On był takim mądrym chłopcem. Miał takie dobre stopnie. Brakowało roku do obrony pracy magisterskiej – wyliczała patrząc na mnie. Kiwałam głową i jedyne co mogłam zrobić to wysłuchać jej i patrzeć jak po jej policzkach spływają łzy. Zajęcia w grupie wsparcia polegały na tym, że wszyscy zebrani po kolei opowiadali co się dzieję u nich w domu, jak zachowują się chorzy i na koniec dostaliśmy płyty z muzyką relaksacyjną. Wielka pomoc?! Problem zostawał nierozwiązany. Muzyka nie uciszy strachu, zawodu, paniki, niemego krzyku o pomoc. Owszem było lżej pod tym względem, że kiedy nasłuchaliśmy się, że w niektórych rodzinach jest gorzej niż u nas, wtedy można było się pocieszyć: „U mnie nie jest jeszcze tak źle”. To wszystko.

Papierowe prawa i papierowa pomoc. Odnotowana w kartach chorobowych i innych dokumentach podnoszących statystyki i słupki wykresów. Służba zdrowia daję radę! Tylko dlaczego rodziny sobie nie radzą?! Ot, zagwostka…

Wielkie dzięki pani doktor Joanno Borowiecka-Karpiuk. Wielkie dzięki!!!  :-?

 
Komentarze (17)

Napisane przez w kategorii Życie

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~UK

    29 kwietnia 2015 o 07:43

    Zawsze mnie zastanawiało jak można od osoby chorej psychicznie wymagać poprawnej oceny stanu swojego zdrowia i wyrażenia zgody na leczenie. Przecież taka osoba nie jest w stanie psychicznym tego zrobić. To zdrowy współmałżonek czy rodzić musi podjąć decyzję, bo tylko taka będzie właściwa. To tak jakby przedszkolakowi pozwolić decydować czy chce jeździć na motorze czy nie. Wprowadzenie w życie tego przepisu jest głupotą.

     
    • Anula

      29 kwietnia 2015 o 09:02

      Ciebie zastanawia a ja nie umiem się z tym pogodzić. Przez wszystkie te lata, kiedy „jęczałam” u lekarza i prosiłam o pomoc, mówiąc jak mąż się zachowuje, odbijałam się od tego przepisu. Rozumiem, że są tacy, którzy mogliby wykorzystywać możliwość umieszczenia chorego w szpitalu bez jego zgody a tak jest przepis, który go chroni, ale… Były sytuacje kiedy on realnie nam zagrażał a ja słyszałam „jest przepis, że bez jego zgody…” itd. Sprawa o znęcanie – umorzona, sprawa o zabójstwo – umorzona, sprawa o zawieszenie praw rodzicielskich – umorzona – bo chory nie ma zdolności prawnych i nie odpowiada za to robi. Dopóki nie zabił, był na wolności i nam zagrażał. Nie przenieśliśmy się do innego miasta, wiadomo dlaczego (mieszkanie, praca, szkoła dla dzieci). Ukrywaliśmy się w miasteczku obok wsi, gdzie mieszkał mąż. Znalazł nas szybko. Policja miała to w nosie. Kolejne sprawy dotyczące znęcania odbywały się bez ostatecznego werdyktu, bo jest chory. O wszystkim pisałam na blogu. On trafił dwa razy do szpitala. Pierwszy raz po naszej ucieczce, bo mało mnie nie zabił i drugi raz, kiedy policja wyprowadziła go ze sklepu, w którym stał przez 5 godzin. Nie był w tych szpitalach długo. około 2 m-cy. Wracał a my dalej się baliśmy. Nie zgadzał się na leczenie, bo był przekonany, że jest zdrowy. Mój i dzieci strach i nasze realne zagrożenie się nie liczyło dla osób kompetentnych, by coś w tej sytuacji zrobić. Doszło do tragedii i dopiero wtedy mąż został umieszczony w zakładzie psychiatrycznym na dłuższy pobyt. Potrzebna była ta tragedia? Ja wiem z życia, że ten przepis jest idiotyczny. Jest schizofreniczny. Osoba chora ma swój świat. Nie wszyscy chorzy są tacy jak mój mąż.Gdybym wszystkich mierzyła taką samą miarką skrzywdziłabym wielu chorych, którzy mimo choroby normalnie funkcjonują – pracują, utrzymują rodziny, są wspaniałymi ludźmi, ale w przypadku kiedy do choroby dołącza agresja ze strony chorego nie ma na co czekać z hospitalizacją. Agresja sama nie minie, chory nie zgodzi się na szpital a rodzina sama sobie z nim nie poradzi. Potrzebna jest zmiana ustawy. Potrzebna jest realna pomoc dla wielu rodzin dotkniętych tych problemem.

       
      • ~tofog

        29 kwietnia 2015 o 10:05

        Jest możliwość wystąpienia do Sądu Rejonowego o zgodę na przymusowe leczenie. Można też złożyć wniosek o ubezwłasnowolnienie chorego – ubezwłasnowolniony nie będzie pytany o zgodę na leczenie.
        Są odpowiednie narzędzia prawne, tylko trzeba z nich korzystać.

         
        • Anula

          29 kwietnia 2015 o 10:31

          O tym wiem!!!! Kiedy chciałam ubezwłasnowolnić męża usłyszałam od lekarza psychiatry, że: 1. jest to proces długotrwały (ok. 9 m-cy) a on nam zagrażał w danej chwili i nie miałam czasu tyle czekać a po 2. lekarz powiedział, że mąż przyjeżdża na wizyty (nieważne, że ja go przywoziłam), prowadzi racjonalny dialog z lekarzem, bierze leki. Tak było w gabinecie a w domu pozostawał lęk i modlitwa. Proszę mi nie mówić o „narzędziach prawnych”. Widziałam te narzędzia przez prawie dwa lata, kiedy toczyły się sprawy w sądzie o znęcanie się męża nade mną. Dwa długie lata!!!! Potrzebne było jego leczenie, ale sądy tego nie widziały. Temida jest ślepa? W dniu kiedy zabił matkę, rano czekał na mnie przed blokiem. Zadzwoniłam na policję. Co usłyszałam? „Nie możemy nic zrobić!” Proszę mnie nie denerwować słowami „są odpowiednie narzędzia prawne”, bo dla mnie to objaw spychologii powszechnie stosowanej w takich przypadkach!

           
          • ~luiza

            29 kwietnia 2015 o 11:45

            Ubezwłasnowolnienie ma to do siebie, że nawet jeśli długo się ciągnie to potem jest trwały efekt. Dla niektórych ludzi może być to dobre wyjście…
            Nie wiem dlaczego w Polsce jest tak nierówno, że w niektórych miejscach wszystko w miarę działa, a w innych nic nie działa… Lekarz z dużego miasta może sobie nawet nie zdawać sprawy, ze aż tak bardzo nic nie działa na prowincji.

             
        • ~magda

          29 kwietnia 2015 o 19:52

          I tu się nie zgodzę. Pracuję z osobami chorymi psychicznie ubezwłasnowolnionymi i ich także się pyta czy wyrażają zgodę na hospitalizację. Miałam nawet taki przypadek, że chory był ubezwłasnowolniony, wydano nakaz leczenia w warunkach szpitalnych i nic, bo nie wyrażał zgody. Dopiero kiedy zaczął wypowiadać groźby karalne pod adresem pani doktor umieszczono go w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

           
  2. ~ewa

    29 kwietnia 2015 o 10:35

    Mam w pracy kontakt z osoba ,ktora zachowuje sie wrecz ksiazkowo ,jak chora na schizofrenie i nie ma zadnej mozliwosci ,zeby sklonic ja do leczenia , ani ze wzg.formalno-prawnych ,nie mozna jej tez zwolnic.co robic?

     
  3. ~Mallos

    29 kwietnia 2015 o 11:00

    To prawda, w Polsce nie ma żadnej pomocy dla rodzin osób chorych. Mój mąż chorował na afektywność dwubiegunową (psychoza maniakalno-depresyjna). Dowiedziałam się o tym po 11 latach małżeństwa. Mieliśmy małe dzieci. Nie wiedziałam jak pomóc jemu, dzieciom, jak żyć z taka chorobą. Cierpiał na manię prześladowczą i samobójczą. Jakoś, intuicyjunie, udało mi się zahamować próby samobójcze. Lekarz powiedział, że wybrałam dobry sposób, ale pomogło na kilka miesięcy. Kolejna próba samobójcza okazała się skuteczna.
    Minęło prawie 18 lat, a wciąż czasem zadaję sobie pytanie: czy mogłam zrobić coś jeszcze? Chociaż wiem, że na moją ówczesną wiedzę, zrobiłam wszystko co mogłam. Szukałam pomocy w różnych miejscach, ale nigdzie jej nie uzyskałam.
    To jest choroba całej rodziny. Widzę to po moich dzieciach. Niby wszystko jest dobrze, poukładały sobie życie, ale ta trauma czasem „wychodzi”.

     
  4. ~(Jużnie)Żona alkoholika

    29 kwietnia 2015 o 11:16

    Witaj,
    co do zasady rozumiem przepis chroniący osobę chorą przed umieszczeniem jej bez jej zgody w ośrodku zamkniętym. I na tym koniec rozumienia. Przepisy swoje życie swoje. Każda choroba psychiczna, która zmienia osobowość człowieka w przypadku nawrotu jest powodem do dogłębnego zastanowienia się nad sensem wspomnianego przepisu. Bo wszystko wygląda dobrze na papierze-słupeczki, wykresy, statystyki…
    A osoba zdrowa pozostająca w otoczeniu chorej żyje jak w zamkniętej klatce-klatce niemocy. Nie znam się na chorobie o której piszesz-znam się na alkohliźmie.
    To choroba która również prowadzi do zmian osobowościowych, kiedy cudowny wspaniały człowiek zamienia się w potwora. Co otrzymałam kiedy udałam się po pomoc? Terapię dla siebie (akurat dobrze),
    sądową fikcję przymusowego leczenia, głupie docinki pracowników pogotowia, „dobre rady” wzywanej policji.
    I stwierdzenie sądu, pogotowia i policji że oni nic nie mogą, jeśli on się nie zgadza. I tak -masz rację, że dokąd nie wydarzy się nic dramatycznego wszelkie służby umywają od takich spraw ręce, bo przepis… A jak dojdzie do tragedii, to potem krzyk w telewizji, że gdzie były odpowiednie władze. Ja tak sobie myślę, że te władze są i może nawet by pomogły, ale dokąd nie zmieni się ten przepis, dramatów w rodzinach będzie przybywać. Ja oczywiście wiem, że nawet dobrowolne leczenie może nie przynieść żadnych efektów, nie mówiąc już o przymusowym nie mniej jednak ja wiem na pewno, że osoba chora psychiczne nie jest w stanie właściwie ocenić żadnej życiowej sytuacji. Że często nawet ucieczka od takiej osoby niewiele pomaga, bo osoba chora z uporem godnym lepszej sprawy poszukuje swoich ofiar.
    I też nie potrafię się z tym pogodzić.

    Dla mnie grupy wsparcia są przygnębiające. Oprócz stwierdzenia, że inni mają gorzej, pogłębia się frustracja z bezsilności, że nic nie mogę zrobić. Ba dochodzi myśl, że mogę mieć tak samo źle i zamykając drzwi po spotkaniu wiem, że zostaję jeszcze bardziej sama.

    Jeśli będziesz chciała pogadać bez tej gry w ping ponga czyli „Ty to nie masz tak źle, ja to dopiero mam…” odezwij się. Nie dam Ci też „dobrej rady” w stylu „ja na Twoim miejscu to bym…”, bo nie jestem na Twoim miejscu.

    Trzymaj się mocno dziewczyno i pozdrawiam serdecznie .
    E.

     
  5. ~logika

    29 kwietnia 2015 o 12:09

    Pod tym względem za czasów PRLu było jednak lepiej. Gdy się chory awanturował i stanowił zagrożenie przyjeżdżała karetka i zabierali w pasach bezpieczeństwa. Wtedy nikt sie specjalnie nie martwił o prawa takiego pacjenta a bardziej o normalnych ludzi. Dzisiaj agresywny chory lub przestępca ma większe prawa niż ofiary jego przemocy. Niestety mamy to na własne życzenie.

     
  6. ~sloneczko010981

    29 kwietnia 2015 o 16:23

    Jestem osobą zaburzoną psychicznie, choruję na zaburzenia schizoafektywne typu depresyjnego. Mój partner choruje podobno na schizofrenię. Piszę „podobno” bo ja przez te 6 lat, gdy jesteśmy razem, nie zauważyłam u niego urojeń ani omamów. Nie zwracamy więc uwagi na jego diagnozę. Nie będę Ci pisać, że takie związki jak nasz mogą być bardzo zgrane i szczęśliwe, bo nie taki temat poruszasz. Napiszę o tym, że masz rację, bo niewątpliwie ją masz. Mam znajomych, którzy też chorują, ale mają wgląd w swoje choroby, biorą leki i jak najbardziej normalnie się z nimi rozmawia. Funkcjonują też prawidłowo, czasem z przerwą na szpital. Ale znałam też osoby, które stanowiły zagrożenie i dla siebie i dla innych. Te, które były groźne dla siebie, już nie żyją, z kolei ludzie chorzy, groźni dla innych, często pozostają bezkarni, bo takie durne mamy prawo i już. Gdy dochodzi do tragedii, wtedy coś zaczyna się dziać, ale jest już za późno. Nie wiem, gdzie Ty mieszkasz, ale moje miasto nie jest duże, jednak mamy szpital, jest oddział dzienny – terapeutyczny (ale terapia nie obejmuje chorych na schizofrenię, przynajmniej indywidualna), mamy ośrodek wsparcia dla osób chorych, gdzie swego czasu były spotkania także rodzin i poradnia. Ale jeśli chce się naprawdę porządnie leczyć, to wizyty u prywatnego psychiatry i psychologa są nieodzowne. Czyli różowo nie jest. Nieraz zazdroszczę osobom, które mieszkają w dużych miastach, chociaż doceniam, że i w moim mieście coś tam jest, głównie dzięki pasjonatom, którzy poświęcają się dla chorych.
    Nie napiszę, że wiem, co przeżywasz, ale moja mama miała też problemy psychiczne i nie chciała za nic się leczyć. Jednak była dobrą matką, czego nie mogę napisać o matce mojej koleżanki, która znęca się nad nią. Oczywiście nikt nic nie może zrobić, bo chora nie wyraża zgody na leczenie. Dobrze przynajmniej, że brat mojej przyjaciółki jest już praktycznie na stałe w szpitalu, ale przez lata terroryzował rodzinę, mogło nawet dojść do morderstwa. Jakimś cudem podpisał zgodę na leczenie, ale ciężko było.
    Dość już tego mojego pisania, bo pewnie i tak Ci ono nie pomoże. Może tylko zaznaczę, że my chorzy, nie wszyscy tacy jesteśmy. Ściskam za Ciebie kciuki i pozdrawiam. Na moim blogu opisuję moje zmagania z chorobą. Jest tam też trochę pozytywnych rzeczy, więc zapraszam.
    http://moje-zycie-z-nia.blog.pl/

     
    • Anula

      29 kwietnia 2015 o 16:45

      Bardzo dziękuję za Twój wpis. Pozdrawiam

       
  7. ~Beata

    29 kwietnia 2015 o 16:40

    Dawno temu, w latach 60-tych maz na wysokim stanowisku maltretowal zone. Zona byla lekarzem i przychodzila do pracy pobita. Byla dobrym lekarzem i jej znajomy z pracy nie wytrzymal – jako dobry, uznany w wojewodztwie neurology wypelnil jedno skierowanie do zakladu zamknietego… Ubezwlasnowolnienie przyszlo z sadu pozniej… Dla Pani prawdopodobnie brzmi to jak bajka – jest to opowiesc, ktora mnie uraczyla moja mama, ktora w latach 60-tych pracowala w tym samym szpitalu… Dzisiaj niejednokrotnie dochodzi do tragedii, a posredni sprawca (lekarz prowadzacy) nie ponosi zadnej odpowiedzialnosci. Moze gdyby lekarz psychiatra odpowiadal za czyny pacjenta (w koncu to on daje pacjentowi wolnosci i gwarantuje, ze nie musi byc odosobniony), to mniej tragedii by bylo, a wiecej pacjentow trafialoby do osrodkow, gdzie ich leczenie przebiegaloby pod kontrola?

     
  8. ~Agnieszka

    30 kwietnia 2015 o 20:02

    Przypadkiem natrafiłam na Twój wpis na blogu, ale wzbudził on we mnie sporo refleksji. Wprawdzie trochę obok tematu, który poruszasz, ale dotyczących pomocy dla ludzi znajdujących się w jakiejś specyficznej, trudnej sytuacji życiowej. Pracuję w dużym mieście w urzędzie pracy, czyli instytucji powołanej rzekomo dla pomocy osobom bez pracy. Piszę „rzekomo”, ponieważ owa pomoc figuruje głównie w teorii. Wynika z różnych przepisów, które pięknie się czyta, ale w praktyce nie za wiele można zaproponować tym ludziom, którzy z różnych względów znaleźli się w sytuacji bezrobocia. W swojej pracy spotykam wiele osób, u których współistnieją inne problemy, różne: zdrowotne (w tym choroby psychiczne, uzależnienia), rodzinne, prawne, przeróżne. I znów widzę rozdźwięk między tym co jest naprawdę, a tym co występuje w sferze teoretycznych możliwości. Czyli realia kontra jakiś koncert życzeń pobożnych. Szlag mnie trafia nieraz, bo jestem wtedy w sytuacji o której wspominasz: mogę jedynie wysłuchać i nic więcej. W dużym mieście są małe realne możliwości pomocy, więc na prowincji jeszcze mniejsze. Życzę Ci sukcesów w budowaniu swojego nowego życia, bo choć na przeszłość swoją niewiele możemy poradzić, ona jest częścią nas, o tyle na przyszłość mamy wpływ, ona jest w naszych rękach.

     
    • Anula

      30 kwietnia 2015 o 20:17

      Dziękuję i pozdrawiam serdecznie

       
  9. ~Sara

    30 kwietnia 2015 o 23:46

    Witam. Sama również zmagam się codziennie z chorobą dorosłego syna- schizofrenią paranoidalną. Mieszkamy w niewielkim mieście, gdzie są dwie przychodnie PZP z lekarzami leczącymi w ramach NFZ. Na prywatne wizyty mnie nie stać. Od początku jego leczenia miałam podobne problemy. Nie chciał się początkowo( trwało to kilka miesięcy) leczyć. Trzeba było dorosłego faceta przekupić jak dziecko. Kosztowało nas to sporo zdrowia. Leczy się już kilka lat, leki bierze regularnie( podajemy mu je sami- próba samobójcza). Przebywał w tym czasie kilka razy w szpitalu oddalonym od naszego miasta o 40 km.. Oczywiście nie chciał wyrazić zgody, ale był w takiej psychozie i lęku, że szpital wydawał mu się wybawieniem. Lekarz obiecał mu leki, po których zaśnie( od tygodnia nie spał). Mamy podobne problemy, jak Twoje, ponieważ nasz syn nigdy nie dostąpił zaszczytu przebycia terapii, ponieważ u nas takich niema. Są tylko terapie grupowe, a takie nie są wskazane dla schizofreników. Mnóstwo osób doradza nam ubezwłasnowolnienie syna. Myślę, że niedługo się zdecydujemy. wiele razy odgrażał się, że nas pozabija. W czasie psychozy ma niespotykaną wręcz siłę. Syn leczy się od kilku lat, a do tej pory nie ma wglądu w swoją chorobę. w gabinecie na wizytach prawie nie odzywa się do lekarza. Staramy się pogodzić z jego chorobą, ale nam się to nie udaje.Choroby psychiczne postrzegane są w naszym społeczeństwie jako związane z patologią rodziny. Nie mamy już siły się bronić. Z wieloma osobami zerwaliśmy kontakty( a może to oni zrobili?) i została nam tylko najbliższa rodzina. Pozdrawiam Anula i życzę dużo sił i mądrych rad od ludzi.

     
    • Anula

      1 maja 2015 o 06:55

      Dziękuję za wpis. Chciałabym Pani życzyć również wiele siły, ale siłę Pani już posiada – ogromną i hart ducha. Przydałoby się więcej wsparcia, ale jak jest, wiemy. A co do ubezwłasnowolnienie syna – w komentarzach wypowiadała się Magda (proszę przeczytać) – chory i tak będzie miał prawo do wyrażenia zgody na leczenie, chodzi tylko o odpowiedzialność prawną opiekuna za chorego.Opiekun będzie odpowiadał za to, co robi chory. Proszę to rozważyć. Pozdrawiam cieplutko

       
 

  • RSS