RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2015

Zamienić „uciekam” na „wybieram” i życie staje się łatwiejsze.

30 lip

Często mówię, że uciekam… Uciekałam w młodości w naukę i w książki, uciekłam ze złego małżeństwa, uciekłam od złych znajomości, od ludzi, którzy swoim postępowaniem mnie ranią, lub denerwują. Uciekam, uciekam, uciekam… Od czegoś, od kogoś, co przeszkadza, doskwiera – uciekam, albo odchodzę.

Kończę te relacje jakbym zatrzaskiwała za nimi ciężkie drzwi, zakładam na nie grubą kłódkę i staram się o tym zapomnieć. Unikam tego tematu. Unikam ludzi i miejsc. Udaję, że tego nie ma. Owszem „sprzątam kolejne pokoje”, ale zamiast uczyć się na błędach robię z nich zamknięte, tajemnicze pomieszczenia z etykietą „Posprzątane. Nie wchodzić!” Czy to jest dobrze? Nie, bo niby już się uporałam z problemem, zwerbalizowałam go, ale pozostał strach. Strach sygnalizuje, że coś nie zostało „oswojone”, czegoś jeszcze nie poznałam aż tak, żeby się tego nie bać. Zachowuje się jak nastolatka, którą porzucił chłopak a ona w odwecie podrze jego zdjęcie i powie, że o nim zapomniała. Nie ma zdjęcia – nie ma problemu. Czy, aby na pewno? 

Na czym polega ucieczka? Na nagłej, szybkiej zmianie miejsca w wyniku sytuacji związanej ze stanem zagrożenia. Ucieczka może być też synonimem dokonania jakiejś nagłej, niespodziewanej zmiany w życiu i wtedy możemy zamienić je słowem „wybór”. Podobnie, jak w przypadku zamiany słowa „muszę” na „chcę”, lub „mogę”. Możemy powiedzieć „muszę się tym zająć”, ale możemy również powiedzieć „chcę się tym zająć”, albo „mogę się tym zająć”. Zmienia się nasze nastawienie do problemu. Przypomina mi się Kant i jego imperatywy. Kierujemy się imperatywami – zawsze  coś musimy i w związku z tym się buntujemy, zamiast mądrze zamienić przymus na nasz wybór. I jak to brzmi? Już nie musimy a możemy.

Podobnie mogę postąpić ze słowem „ucieczka” i zamienić je na słowo „wybór”. Po zamianie już nie muszę o niczym zapominać, niczego się wstydzić, drżeć przed czymś, lub kimś ze strachu. Sytuacja/relacja była zła, więc dokonałam wyboru na coś lepszego, bezpieczniejszego, bardziej komfortowego, ale tamta sytuacja czegoś mnie nauczyła. Uciekając, będę chciała o niej zapomnieć i zapomnę, ale wejdę w następną taką samą sytuację. Stworzę „błędne koło” a tego chciałam uniknąć „uciekając”. Dokonując wyboru, będę mądrzejsza o doświadczenie i uniknę dawnych błędów. Niby takie proste a tak trudno na to wpaść :-( Mówiąc bardziej obrazowo nie warto zamykać posprzątanych pokoi, ale otworzyć je żeby do nich też dotarło słońce i świeże powietrze). Wszystko co mnie w życiu spotykało (nawet sytuacje traumatyczne) było bardzo dobre – dobre dlatego, że umożliwiło mi rozwój, nauczyło czegoś, popchnęło do określonego działania. Zamiast zapominać mogę się z nich wiele nauczyć i oswoić swoje lęki. 

Warto dokonywać wyborów :-) zamiast uciekać. (chyba, że powodem ucieczki jest rozwścieczony pies – wtedy nie ma się co zastanawiać, tylko trzeba brać nogi za pas :-D )

uciekać

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Anka – najpiękniejsze imię na świecie!

26 lip

Tak przy okazji imienin wszystkich Anek – wspaniałych kobiet, dziewczyn i małych dziewczynek.

Oj! Potańczyłabym!

Życie jest piękne i pełne niespodzianek!

Byłam na koncercie tego zespołu. Ponad dwie godziny energetycznej muzyki. „Normalnie” występują w Łodzi. Grupa Samokhin Band. Warto posłuchać, pobawić się, pooddychać ich klimatem. Polecam!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Po nitce do kłębka – od wiersza do książki. John Bradshaw.

23 lip

 

Zaczęło się od wiersza o toksycznym wstydzie.  Kiedy go przeczytałam na stronie FB i zobaczyłam na jakiej jest witrynie, pomyślałam, że autorem był terapeuta. Na początku była wzmianka „za…”, ale wiersz nie był podpisany. Poszperałam trochę w internecie i znalazłam nie tylko autora, ale też tytuły książek przez niego napisanych - John Bradshaw.

Kim był John Bradshaw? Bardzo ciekawa postać. Bardzo.

JhonWychowywał się w niepełnej rodzinie. Ojciec, alkoholik porzucił matkę. Bradshaw tak powiedział o sobie: „Byłem zastępczym małżonkiem mojej matki. Moje cztery kolejne partnerki były ofiarami kazirodztwa i wszystkie były ode mnie starsze o mniej więcej piętnaście lat. Ja sam byłem ofiarą niefizycznego kazirodztwa  – zostałem emocjonalnie uwiedziony przez moją matkę. Ona też była nieleczoną ofiarę kazirodztwa (…). Jako dziecko byłem niedostrzegany. Nie miałem własnego kąta, co dla dziecka jest sprawą o podstawowym znaczeniu. W ciągu czternastu lat przeprowadzaliśmy się dziesięć razy. Mój ojciec nie udzielał nam żadnego wsparcia. Jako dziecko pojąłem, że nie jestem kochany, gdy wyrażam swoje potrzeby. A przecież wszystkie dzieci potrzebują miłości rodzicielskiej. Rodzice często mówią swoim dzieciom: „Bądź silny! Nie bądź taki samolubny! Nie miej potrzeb, zapomnij o sobie, zapomnij o swoich chęciach i uczuciach! Nie bądź zbyt szczęśliwy!” Ja zostałem wychowany w rodzinie, gdzie za dobre dziecko uznawano takie, które nie ma własnych woli, jego wola była zniewolona. Moim jedynym „ja” było kojenie bólu matki.”

Jako nastolatek był „młodym gniewnym” należącym do grupy podobnych sobie nastolatków nie mających ojców. Był też prymusem zdobywającym najlepsze oceny w szkole i kochanym synem otaczającym opieką swoją matkę, którą uważał za „świętą”.  Dla niej na 9 lat poszedł do zakonu. Przypłacił to uzależnieniem od alkoholu. Z alkoholizmem się uporał, tak dobrze, że dziś pomaga innym ludziom. Jest znanym i cenionym terapeutą. No i jednak autorem wiersza jest terapeuta!

Bradshaw zwraca uwagę na sposób w jaki ludzie przeżywają swoje dzieciństwo i na to, że ten okres jest „fundamentem” na którym budują dorosłe życie. Na jednym ze swoich seminariów powiedział: ” Największym problemem naszych czasów są krzywdy zadawane dzieciom. Musimy się wreszcie nauczyć, że dzieci zasługują na szacunek i poważanie. Dzieciom odmawiano i wciąż odmawia się prawa do czucia tego, co rzeczywiście czują, mówienia tego, co chcą powiedzieć. Dzieci potrzebują prawdziwej, altruistycznej miłości. Należy im się ta miłość, za to, że po prostu są – ja takiej miłości nie zaznałem. Szybko pojąłem, że jeżeli będę pomagał, będę odpowiedzialny i będę miał dobre wyniki – zacznę coś znaczyć i zostanę pokochany.  Moje zachowanie było niejako autoryzowane przez rodzinę. Słyszałem „Nie bądź taki uczuciowy”. Tylko poczucie winy było na miejscu. Strach też był ceniony. Musiałem odpowiadać żądaniom autorytetu, jakim była dla mnie moja rodzina. A przecież to właśnie nasza rodzina jest miejscem, gdzie zdobywamy podstawową wiedzę na temat stosunków międzyludzkich.

I tak powstała książka o tytule „Powrót do wewnętrznego domu. Jak odnaleźć i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko.”

Każdy z nas posiada wewnętrzne dziecko. Wielu psychoterapeutów podkreśla jak ważne jest zaopiekowanie się nim. Wewnętrzne dziecko lub ego. Bradshaw twierdził, że skrzywdzone wewnętrzne dziecko jest powodem wszystkich chorych zachowań, uzależnień, nałogów, i powodem nieumiejętności rozwiązywania większości problemów. Czy wiemy kim jesteśmy i jaka jest nasza tożsamość? Czy mamy poczucie bezpieczeństwa i odczuwamy radość, ufność, spokój, czy może ciągle szukamy czegoś co nam poprawi nastrój? Dowartościowujemy się jedzeniem, pieniędzmi, używkami, czynnościami a może drugim człowiekiem? Co z poczuciem naszej własnej wartości? Czy zdajemy sobie sprawę, że tak wiele zależy od naszego myślenia?

Ja dziś mogę powiedzieć, że zdaję sobie sprawę. Rzeczywiście to moje wewnętrzne dziecko „zaczepiło” się w kilku miejscach mojego życia. Pisałam o tym. Przepracowywałam to na kolejnych sesjach terapeutycznych. Napisałam nawet bajkę o małej dziewczynce, bo czułam się małą dziewczynką. Skrzywdzoną przez rodziców. Niekochaną i szukającą tej  miłości w innych. Długo zajęło mi zrozumienie, że nikt nie da mi takiej miłości, jaką mogę otrzymać od samej siebie. Kiedyś usłyszałam takie określenie „kobieta bluszcz”. Ja o swoim mężu napisałam, że jest jak jemioła. No i spotkali się: „kobieta bluszcz” i „mężczyzna jemioła”. Co z tego wynikło? Oprócz dwójki wspaniałych dzieci – nic dobrego.

Czytałam książkę i odnajdywałam tam wiele „swoich” fragmentów. Ja nie popadłam w uzależnienia, ale swój toksyczny wstyd zamieniałam na depresję. Kumuluję nierozładowaną złość w sobie a konfrontacja z ta złością przekłada się na problemy zdrowotne, tzw. psychosomatyczne.

Autor powoli wprowadza nas w tematykę postrzegania dziecka wewnętrznego. Pokazuje spojrzenia innych ważnych psychologów, np. Junga, Ericsona, Freuda. Mówi o swojej metodzie terapii. Czytałam, kiwałam głową i w duchu krzyczałam: to o mnie, tak, o kurcze, ale pasuje.

Bardzo podobał mi się początek pracy nad swoim „dzieckiem”. Należy je odnaleźć, nawiązać z nim kontakt, odzyskać i otoczyć opieką. Wszystko to brzmi tak, jak byśmy mieli zaadoptować cudze dziecko a tu chodzi o to, aby wyłączyć zaprogramowane ego przy władzy, przyjrzeć się sobie i zobaczyć własną cudowność.

Autor podzielił książkę na cztery części:

  1. przedstawia w jaki sposób nasze cudowne dziecko straciło swoją cudowność i jak krzywdy doznane w dzieciństwie wpływają na nasze obecne życie;
  2. stadia rozwojowe dzieciństwa wraz z ankietami ułatwiającymi określenie, czy potrzeby naszego wewnętrznego dziecka zostały zaspokojone. Są też ćwiczenia pomocne w odzyskaniu wewnętrznego dziecka na dowolnym etapie rozwoju;
  3. ćwiczenia korekcyjne mające pomóc naszemu dziecku rozwinąć się i rozkwitnąć, nauczymy się być samodzielni;
  4. narodziny cudownego dziecka po naprawieniu krzywd.

 

Brzmi jak opowieść „z mchu i paproci”, ale chodzenie na terapię też dla niektórych postrzegana jest jak strata czasu, bo maska tak mocno wrosła w twarz, że trzeba byłoby ja zrywać siłą, a to boli. Ból jest okropny. Nieważne jaki, mentalny czy fizyczny, jest ogromnym dyskomfortem. Jeden ból, ten egzystencjalny zasłaniamy następnym, zastygłym w maskę. Pogubić się można, który jest nasz. :-/ A nasze wewnętrzne dziecko cierpi i sabotuje nasze działanie.

Jakie są objawy „sabotażu” rozżalonego, skrzywdzonego dziecka wewnętrznego? Oto one: współuzależnienie, zachowanie przestępcze, narcyzm, nieufność, odreagowaniu na otoczeniu lub na sobie, myślenie magiczne, niezdolność do nawiązywania bliskich kontaktów, niezdyscyplinowanie, skłonność do nałogów i zachowań kompulsywnych, wypaczone myślenie, uczucie pustki, apatia, depresja.

Czytając książkę zrozumiałam, dlaczego wchodzę w takie a nie inne relacje z ludźmi, dlaczego się od nich izoluję (od ludzi) i pomimo, że tęsknię za towarzystwem, skutecznie się od niego odcinam.

Podobały mi się ćwiczenia do przeprowadzenia. Autor przestrzega przed ich wykonywaniem, jeżeli mamy problemy psychiczne, albo jesteśmy w trakcie terapii. W takich przypadkach należny skonsultować się z terapeutą. Jeżeli w trakcie ćwiczeń doznamy dziwnych, przytłaczających emocji, natychmiast należy je przerwać.

I zaczynamy…

Najpierw od odnalezienia niemowlęcia…

Podstawą jet pięćdziesięcio minutowa medytacja. Tekst do medytacji można sobie nagrać. Rzeczywiście, tekst czytany spokojnym głosem, z robionymi odstępami pomiędzy poszczególnymi instrukcjami wynosi 50 min. Wstęp, wspólny dla poszczególnych etapów zajmuje ok. 30 min.

Bardzo rozczuliło mnie pisanie listu do siebie w okresie niemowlęcym. Mamy sobie wyobrazić, że jesteśmy mądrymi, starymi czarodziejami i chcemy zaadoptować niemowlę, ale najpierw piszemy do tego dziecka list.  List nie musi być długi. Ważne, aby był pisany z miłością i wsparciem. Ja napisałam taki:

Kochanie!

Właśnie przyszłaś na świat. Jesteś taka delikatna, piękna. Kocham Cię całym sercem! Chciałabym pokazać Ci jak bardzo jesteś dla mnie ważna. Chcę byś zawsze była ze mną. Cieszę się, że jesteś dziewczynką i pragnę pomagać Ci w rozwoju

Duża A.

Pisałam ten list i widziałam moją córeczkę. Mój cud. Piękną, kruchą, bezbronną istotę.  Widziałam też siebie… Mojej fizycznej córce będę towarzyszyć jeszcze kilka lat i wyfrunie z gniazda. Pójdzie swoją drogą. Wiem, że będę ją wspierać w każdym wyborze, dobrym czy złym. Będzie trudno, ale ona to nie ja. Z moją mentalną córką (dzieckiem) zostanę do końca życia, dlatego uczę się wspierania siebie.

Następnym krokiem w kontakcie z wewnętrznym dzieckiem jest otrzymanie od niego listu. Brzmi trochę dziwnie i autor też doradza, abyśmy napisali list do siebie obecnego dorosłego lewą ręką. List ma być krótki. Mój był taki:

Droga A.!

Chcę, abyś przyszła i zabrała mnie. Nie chcę być sama. Chcę, aby ktoś się mną zaopiekował.

Mała A.

I afirmacje, które powiemy swojemu wewnętrznemu niemowlęciu podczas medytacji. Mamy wybrać takie, które najbardziej nam się podobają.

Witaj na tym świecie, czekałam na ciebie, cieszę się, że tu jesteś. Przygotowałam dla Ciebie specjalny pokój.

Podobasz mi się taki, jaki jesteś.

Nie opuszczę Cię , choćby nie wiem co się stało!

Twoje potrzeby są moimi potrzebami.

Poświęcę cały mój czas, aby zaspokoić twoje potrzeby.

Tak bardzo się cieszę, że jesteś dziewczynką (chłopcem).

Pragnę się o ciebie troszczyć i jestem na to przygotowany.

Lubię cię karmić, kąpać, zmieniać pieluszki i spędzać z tobą czas.

Na całym świecie nie ma nikogo takiego jak ty.

Bóg się ucieszył, gdy przyszłaś na świat. 

Wszystko to może wydawać się śmieszne, ale robimy mnóstwo śmiesznych rzeczy w swoim życiu, dlaczego nie spróbować jeszcze jednej. Możemy poznać siebie lepiej i spotkać ze swoim prawdziwym ja. No, chyba że ktoś boi się swojego prawdziwego ja a wtedy wracamy do początku wpisu i słów o zranieniu przez innych naszego wewnętrznego dziecka a przez to nas samych.

Robiąc ten wpis zerknęłam na swoją ulubioną stronę CARE „Brok” i co znalazłam:

dziecko

Pasuje!

Polecam książkę do przeczytania !

Na podstawie książki:  John Bradshaw  ”Powrót do swego wewnętrznego domu. Jak odnaleźć i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko”, Medium, Warszawa 1995.

P.s. zmieniłam zdjęcie w nagłówku na zdjęcie zrobione przez moją córcię. Sprytna bestyjka  :-D

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

„Na imię mi toksyczny wstyd” – mocne i prawdziwe.

17 lip

Za FB, ze strony Centrum Aktywnego Rozwoju i Edukacji . Szkoła terapeutów uzależnień „Brok”.

 

Na imię mi toksyczny wstyd
Byłem obecny przy Twoim poczęciu
W adrenalinie wstydu Twej matki
Czułeś mnie w wodach płodowych jej łona
Dopadłem, Cię nim mogłeś mówić
Zanim zrozumiałeś
Zanim znalazłeś drogę poznania
Dopadłem Cię, gdy uczyłeś się chodzić
Gdy byłeś bezbronny i odsłonięty
Gdy byłeś podatny na ciosy i odczuwałeś potrzeby
Zanim chroniły Cię granice Twojego ja
wstyd1NA IMIĘ MI TOKSYCZNY WSTYD.
Dopadłem Cię, gdy byłeś magiczny
Zanim mogłeś pojąć, ja już byłem
Okaleczyłem Twą duszę
Przeszyłem Cię do szpiku kości
Dałem Ci poczucie wad i skaz
Dałem Ci poczucie nieufności, brzydoty, głupoty,
zwątpienia, bezwartościowości, niższości, niegodziwości
Sprawiłem, że czułeś się inny
Powiedziałem Ci, że coś jest z Tobą nie w porządku
Splamiłem Twą Boskość
NA IMIĘ MI TOKSYCZNY WSTYD.
Istniałem przed sumieniem
Przed winą
Przed moralnością
Jestem panem emocji
Jestem głosem wewnętrznego potępienia
Jestem wewnętrznym dreszczem grozy, która przeszywa
Cię znienacka, nieprzygotowanego psychicznie
NA IMIĘ MI TOKSYCZNY WSTYD.
Żyję w tajemnicy
W głębokich, ciemnych moczarach przygnębienia i rozpaczy
Zawsze podkradam się chyłkiem i chwytam Cię,
Gdy nie masz się na baczności
Wchodzę tylnymi drzwiami
Nieproszony, niechciany
Przybywam pierwszy
Byłem tu od początku czasu
Z Ojcem Adamem i Matką Ewą
Bratem Kainem
Byłem w wieży Babel i podczas Rzezi Niewiniątek
NA IMIĘ MI TOKSYCZNY WSTYD.
Rodzą mnie „bezwstydni” opiekunowie, porzucenie, kpiny, nadużycia, zaniedbania,
systemy perfekcjonistyczne
Dodaje mi sił gniew rodziców
Okrutne uwagi rodzeństwa
Drwiące poniżanie przez inne dzieci
Niezdarne odbicie w lustrach
Dotknięcie odczuwane jako sprośne i przerażające
Spoliczkowanie, uszczypnięcie,
Szarpanie niszczące ufność
Wzmacnia mnie rasizm, kultura seksu
Słuszne potępienie ze strony religijnych bigotów
Lęki i presja systemu nauczania
Hipokryzja polityków
Wielopokoleniowy wstyd dysfunkcyjnych rodzin
NA IMIĘ MI TOKSYCZNY WSTYD.
Mogę zmienić kobietę, Żyda, Murzyna, geja,
człowieka Wschodu, drogocenne dziecko
W dziwkę, gudłaja, czarnucha, ciotę, lesbę,
żółtka, samolubnego bękarta
Przynoszę nieustanny ból, który nie ustąpi
Jestem myśliwym, tropię Cię dzień i noc.
Codziennie i wszędzie
Nie mam granic
Starasz się skryć przede mną,
Ale nie potrafisz
Bo żyję w Tobie
Sprawiam, że czujesz się zdesperowany
I nie masz wyjścia
NA IMIĘ MI TOKSYCZNY WSTYD.
Sprawiam ból tak nieznośny, że musisz przenieść go
na innych przez kontrolowanie, perfekcjonizm,
wzgardę, krytycyzm, bluźnierstwa, zawiść,
osądzanie, władzę i wściekłość
Ból, który sprawiam, jest tak dotkliwy
Że musisz go łagodzić nałogami, surowością,
odreagowywaniem i nieświadomą obroną swojego ja
Ból, który sprawiam jest tak dotkliwy
Że musisz się znieczulić, by przestać go odczuwać
Przekonałem Cię, że zniknąłem – że mnie nie ma -
abyś odczuł brak i pustkę
NA IMIĘ MI TOKSYCZNY WSTYD.
Jestem sednem współuzależnienia
Jestem duchowym bankructwem
Logiką absurdu
Przymusem powtarzania
Jestem zbrodnią, przemocą, kazirodztwem, gwałtem
Jestem żarłoczną dziurą – źródłem wszelkich nałogów
Jestem nienasyceniem i żądzą
Jestem Ahaswerusem, Żydem Wiecznym Tułaczem,
Wagnerowskim Latającym Holendrem,
umarłym człowiekiem Dostojewskiego,
uwodzicielem
Kierkegaarda, Faustem Goethego
Przemieniam to, kim jestem, w to, co robisz i masz
Morduję Twą duszę
A Ty przekazujesz mnie z pokolenia na pokolenie
NA IMIĘ MI TOKSYCZNY WSTYD.

John Bradshaw  ”Powrót do swego wewnętrznego domu. Jak odnaleźć i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko”, s.86-89, Medium, Warszawa 1995.

Wiersz bardzo podobny do utworu Thomasa Mertona z książki „Siedmiopiętrowa góra”.

 

Reminiscencje po lekturze książki Katarzyny Michalak. O wisielcu…

16 lip

Przeczytałam ostatnio książkę Katarzyny Michalak „Nie oddam dzieci”. Nie o książce chcę pisać. Autorka w fabułę wplotła wątek o żonach alkoholików, tzw. współuzależnionych. Policjant, który jedzie na interwencję do rodziny z „problemem” porównuje je (kobiety) do wisielca. Godzą się na bicie,picie, poniżanie, bo są jak wisielec, który kołysze się na sznurze. Lubią się „kołysać”. One już wiszą i kołyszą się od zgody na swoją sytuację do sprzeciwu, ale „sznur” trzyma. Same go nie przetną. I przypomniała mi się moja sytuacja małżeńska. Ja „kołysałam” się 15 lat. Płakałam, klęłam, prosiłam, krzyczałam, groziłam odejściem, starałam się grać na jego emocjach, woziłam do lekarza… On nie pił. Był chory psychicznie. Stwierdzono schizofrenię paranoidalną. Poznałam później wielu chorych na tę chorobę, ale żaden nie był tak wyrachowany jak on, żaden nie był inny przy swoich a inny przy obcych. On miał w dupie pracę, pomoc przy dzieciach i rozmowę ze mną. Wdział we mnie wroga, puszczalską, kogoś, kto truje go lekami. Ciche dni ciągnące się miesiącami… Przemoc… Sznur trzymał mocno… Mogłam odejść, ale wolałam zostać i płakać. Tłumaczyłam to strachem przed tym, czy dam sobie radę… Chciałam być wzorową żoną. Dziś po terapii widzę, że było mi cholernie dobrze w tym bagnie. Dobrze, cieplutko i swojsko. Znałam to. Przemoc znałam z domu rodzinnego. Powielałam stare wzorce zachowań. Wolałam krzyczeć, że J. mnie wykańcza, że nie mam już siły, że nie chcę mi się żyć, ale przerwać sznura nie chciałam. Lubiłam się bujać… Jest wiele kobiet, które to lubią…

Dziś po wielu godzinach na terapii doceniam siebie. Doceniam swoją siłę. Widzę spokój, który jest. „Sznura” nie ma i nie mam zamiaru go szukać. Wolę być sama niż „wisieć” i się „bujać”.

Tak, było warto. Warto odciąć „sznur”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Nie każdy uśmiech jest dowodem szczęścia. Bycie miłym to…

15 lip

No i kupiłam! Kupiłam ją! Nie, nie chodzi o najpiękniejszą sukienkę czy nową parę przepięknych bucików! O nie!

Bycie_milym_okladka

www.charaktery.eu

Przede mną leży nabytek o którym jest ostatnio głośno – czyli książka Jacqui Marson „Bycie miłym to przekleństwo”. Wiem, że to przekleństwo. To, że jestem z gatunku „miłych” wiem nie od dziś. Przyklejony uśmiech do twarzy w każdej sytuacji. Jestem zła, w środku buzuje gniew a na ustach uśmiech. W oczach łzy, ale na ustach uśmiech. Nie zgadzam się na jakieś zachowanie, na obraźliwe słowa, na to żeby ktoś zajmował mój cenny czas, ale UŚMIECH. Przestępuję z nogi na nogę, zerkam na zegarek, krzywię się, spoglądam w dal, ale… no wiecie już co, to na uś… ech… Właśnie z piersi wyrywa się westchnienie. Ech… w mordę jeża. A gdyby tak zacząć krzyczeć, zabluzgać szpetnie, „przylutować” w te okropną facjatę – tylko czyją? Moją czy tego rozmówcy, z którym się nie zgadzam? Ale nie, tak nie można, przecież trzeba być miłym…

W wyobraźni pojawia się mała, grubiutka dziewczynka z mysimi warkoczykami. Ma pięć, może sześć lat. Uczy się żyć. Wszędzie jej pełno. Obserwuje swoich rodziców, przebywa z rodzeństwem. Kiedy zaczyna się zachowywać za głośno mama mówi: nie kłóć się, oddaj tę zabawkę siostrze/bratu, ustąp, pomóż, słuchaj mnie w końcu, jaka ty jesteś głupia, itp. Kiedy mała udaje, że nie słyszy wtedy dobiega ją krzyk: jesteś okropna, tak nie można, trzeba się dzielić, trzeba ustąpić, oni są starsi, oni są młodsi, itp. Dobra siostra zawsze pomaga, wspiera, nie krzyczy, dzieli się, NIE MA SWOJEGO ZDANIA, bo jest cieniem innego rodzeństwa i posłuszną córeczką. W oczach łzy a na buzi uśmiech, bo mama się nie myli, jest autorytetem, wzorem, tak głośno krzyczy i ma twardą rękę. Więc lepszy unik niż bolesny klaps, albo łzy w jej oczach i wyrzut w słowach: „Widzisz do czego mnie doprowadziłaś, znów przez ciebie płaczę. I tak mam ciężko a ty zamiast mi pomóc jeszcze przeszkadzasz”.

Mała dziewczynka prosi tatusia siedzącego przed telewizorem:

- Tatusiu chcę siku. W tamtym pokoju jest ciemno. Proszę, chodź ze mną! Proszę! – zbliża się ostrożnie do ojca – Tatusiu!

- Czeegoo!! – wrzeszczy rozgniewany ojciec – Czego chcesz!!! Nie przeszkadzaj!! – i padają niecenzuralne słowa zakończone zdaniem – z gnojami tylko same problemy!

Mała stoi struchlała ze strachu a dookoła maleńkich stópek rośnie mokra kałuża. Po buzi płyną łzy. Ojciec nie zwraca uwagi na „gnoja” a ona patrzy na niego szeroko otwartymi oczami, w których maluje się mieszanka strachu, bólu i czci dla „tatusia”, bo tatuś ją kocha a ona przeszkadza mu oglądać telewizję… Ona jest taka niedobra… Mała rośnie i staje się dorosła. Ziarno zasiane w dzieciństwie „plonuje” w dorosłości. Nauki rodziców płynące z ich postępowaniem nie poszły w las. Rodziców już dawno z nią nie ma, ale ona w dalszym ciągu boi się mieć własne zdanie, bo nie można nikogo denerwować, trzeba być uległym i uśmiechniętym, bo jak kogoś zdenerwuje to … A ona tak chce być kochana i czuć się potrzebna.

Tak. Bycie miłym to przekleństwo.  Przekleństwo uśmiechniętej „japy”. Mili nie potrafią reagować „umiarkowanie”. Jest albo „cud, miód” albo agresja. Agresja nie w sensie przemocy fizycznej, ale krzyku, w którym dominują wulgaryzmy. Ich emocjonalność to kocioł przykryty szczelnie pokrywą. Z zewnątrz piękna emalia, ale w środku się gotuje. Wytwarza się ciśnienie, które od czasu do czasu „zrzuca” pokrywę i wyłazi wrzeszczący, wulgarny, rozgniewany potworek, który z miłym nie ma nic wspólnego. I w tym momencie Jacqui Marson, czyli autorka książki przybywa z odsieczą i uczy w jaki sposób „uchylać” pokrywę powoli, aby „para” wydobywała się w sposób kontrolowany i nie robiła nikomu krzywdy. W książce jest mnóstwo wskazówek jak postępować, ćwiczeń, podpowiedzi jak panować nad „byciem miłym”.

A teraz ciekawostka. O czym świadczy, albo nie, inaczej – w jaki sposób ludzie odbierają uśmiech stale przyklejony do twarzy? Większość powie to: że jesteśmy mili, przychylni, pozytywni i wszyscy nas wtedy lubią! Otóż nie! Autorka książki tak to tłumaczy: Ewolucjonizm wskazuje na naczelnych (czyli małpy) jako protoplastów rodzaju ludzkiego. Co oznacza u małp człekokształtnych pokazanie uzębienia? Ni mniej ni więcej tylko: Wycofuję się! Nie jestem groźny! Uśmiech z pokazanymi zębami wcale nie oznacza radości. Może oznaczać strach. Uśmiech samymi wargami, bez odsłaniania zębów oznacza nawet poddaństwo. Atawizm przeniesiony na ludzi. No i wiadomo dlaczego ludzi uśmiechniętych postrzegamy jako słabszych, niekompetentnych, zagubionych, mniej ważnych. W niektórych sytuacjach lepiej się nie uśmiechać (i nie chodzi tu o pogrzeb), bo to będzie oznaką naszej słabości, niekompetencji i wycofania. Rada szczególnie ważna dla młodych nauczycieli „Nigdy nie uśmiechaj się przed Bożym Narodzeniem!” W pierwszym semestrze należy pokazać bardziej asertywną, ostrzejszą wersję siebie, aby zdobyć autorytet i szacunek. A później, w drugim semestrze można już spróbować być sobą i częściej się uśmiechać. Działa!!

Nasz uśmiech nikogo nie zmieni. Nie wpłynie cudownie na czyjeś postępowanie, niestety nie ma się co oszukiwać. Cudów nie ma! Sami też nie zmieniamy się od razu, ale ewoluujemy stopniowo, po trochu. Jest to ciężka, mozolna praca nad przemianą SIEBIE.

Oglądamy mnóstwo filmów, w których następuje cudowna, nagła przemiana kogoś. Ktoś był zły i nagle przeżywa moment oświecenia, cud i zmienia się diametralnie. Fabryka snów Hollywood nazywa to „klamrą odkupienia” i filmy z taką właśnie klamrą mają największą oglądalność. Na czym to polega? Klasyczna historia: chłopak spotyka dziewczynę, chłopak traci dziewczynę i w końcu ją odzyskuje. Odkupienie polega na tym, że jeden z bohaterów albo oboje diametralnie się zmieniają, bardzo często mają jakiś przebłysk w głowie, chwilę oświecenia czy zrozumienia, co doprowadza do szczęśliwego zakończenia. Film jest filmem a życie życiem. Jedyna prawdziwa zmiana postępowania jest tylko taka, którą wprowadzimy świadomie. Nie oczekujmy od innych, że staną się tacy, jakimi byśmy chcieli, żeby byli. To się nie uda!

Autorka podaje Kartę Osobistych Praw Podstawowych. Oto one:

  • Mam prawo wyrażać własne uczucia.
  • Mam prawo być sobą.
  • Mam prawo odmawiać.
  • Mam prawo do błędów.
  • Mam prawo do zmiany zdania.
  • Mam prawo powiedzieć, że czegoś nie rozumiem.
  • Mam prawo nie czuć się odpowiedzialna za problemy innych dorosłych.
  • Mam prawo stawiać siebie na pierwszym miejscu.
  • Mam prawo nie być zależną od aprobaty innych.

 

I teraz parę praktycznych metod, aby podkreślić ważność własnej osoby:

  • Zaneguj własne krytyczne myśli i dawne zasady.
  • Osłabiaj wewnętrzne głosy krytyczne.
  • Przestań mówić „muszę” i zamień je na „chcę” lub „mogę”

 

Tak wiele treści a książki nie doczytałam jeszcze do końca.  Marson podkreśla też wielkie znaczenie mowy ciała w kontaktach z innymi, ale o tym później. Na dzisiaj to i tak dużo…

Na podstawie książki Jacqui Marson „Bycie miłym to przekleństwo. Jak nauczyć się asertywności i z łatwością mówić nie.” Muza S.A. Warszawa 2015.

Fragment książki do przeczytania na stronie Charaktery.eu

 Kiedyś zrobiłam wpis o „Trzech dobrych rzeczach na dzień” – okazało się, że porada pochodzi z książki „Bycie miłym to przekleństwo”.  :-D

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

Nie jestem doskonała… No i co z tego?! :-P

12 lip

Owszem, chciałam być doskonałą: żoną, matką, koleżanką, znajomą, nauczycielką, …. Kimś tam jeszcze – też oczywiście doskonałym. Wiedzącym wszystko, empatycznym, altruistycznym, miłym, uczynnym, kochającym, wybaczającym, …-ym do potęgi n, itd. Nie udało się! I dobrze!!!! Jestem sobą i dobrze mi z tym! I myślę o tym wszystkim podobnie jak autorka bloga leonette.plnobody-is-perfect-688370_640

 

 

Nie jestem doskonała, no i co z tego?
Moje życie nie chodzi jak w zegarku, no i co z tego?
Moje reakcje nie zawsze są idealne, no i co z tego?
Czasem nie chce mi się starać, no i co z tego?
Czasem nie wiem, czasem błądzę, no i co z tego?

Co się liczy teraz dla mnie? Co się liczy ponad miarę?
Nie dążenie do doskonałości,
którą nie wiadomo kto, kiedy i do jakich celów wymyślił.
Nie odhaczanie z listy kolejnych sukcesów i zadań,
które nie wiadomo czemu służą.
Nie bycie robotem wypranym z emocji,
kontrolującym się na każdym kroku.
Nie bycie źródłem niewyczerpanej energii,
niepotrzebującym odpoczynku.
Nie kontrolowanie każdej sekundy życia,
nie niepopełnianie błędów.

Co się liczy teraz dla mnie? Co się liczy ponad miarę?
Świadomość tego, kim jestem:
człowiekiem – jednostką i częścią całości,
misternym dziełem Boga,
będącym cudem już przez sam fakt istnienia;
istotą zdolną do bezgranicznej miłości,
istotą zdolną do nieustannego rozwoju.

Świadomość, że moje życie ma sens,
że świat ma sens, że wszystko ma sens,
że idę drogą, którą sama tworzę i która jest tworzona dla mnie
– bez krzty przypadkowości.

Świadomość skutków i mocy każdego działania,
każdego słowa i każdej myśli.
Pewność, że nic nie nie odchodzi w nicość,
pewność, że nic nie pozostaje bez konsekwencji,
pewność, że nieustannie tworzę i zmieniam rzeczywistość.

Świadomość, że umiem zarówno się starać, jak i sobie wybaczać,
że umiem obserwować i wyciągać wnioski.
Dążenie do równowagi, dążenie do pełnej akceptacji,
dążenie do pełniejszego zrozumienia sobie.

Świadomość, że tyle mogę,
świadomość nieskończonych możliwości, dar wyboru.
Chęć podążania za swoją intuicją,
za głosem serca, doganianie przeznaczenia.

autorka: Anna Młodawska (Leonette)
blog: www.leonette.pl

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Internet, Życie

 

Flare ;-) – Zabłysła niczym błyskawica podczas burzy. Like…

08 lip

„To co w życiu ważne…
Czuje każdy z nas…
To co w życiu ważne…
To w sobie masz od lat…
Świat się ciągle zmienia
Już go nie dogonisz…
Ale wiem, że możesz… być szczęśliwy tu…”

Ania Dąbrowska

Wakacje!

Bardzo spokojne! Nareszcie bezpieczne! Nareszcie…

Gdybym mogła namalować ten mój stan. Położyć na stole ogromną białą kartkę, wziąć kolorowe farby i namalować to, co jest we mnie w tej chwili to byłyby to kolory tęczy. Wiem, obecnie niezbyt pozytywna konotacja – bo środowisko gejowskie i tego typu pierdoły, tylko środowisko chrześcijańskie zapomina, że tęcza jest symbolem przymierza Boga z Narodem Wybranym. PRZYMIERZA – czyli zgody, akceptacji, miłości, tolerancji, zrozumienia. Ok. Nie ma co się zagłębiać w „politykę” postrzegania tęczy. I tak każdy będzie widział to, co będzie chciał.  To co ma w duszy. Przypomina mi przypowieść zen o tytule „Krowie placki i posąg Buddy”. Oto ona:

Jeżeli twój umysł jest czysty, świat, w którym żyjesz, też będzie dobry i pełen harmonii. Widząc w drugiej osobie demona, fundujesz sobie życie w piekle. Jeżeli zobaczysz w drugim człowieku anioła, będziesz żył w niebie.

Pewnego dnia Su zaprosił przyjaciela, mistrza na herbatę. Usiedli po turecku na podłodze, delektując się smakiem herbaty i gawędząc.

- Powiedz do kogo jestem podobny? – spytał Su.

- Przypominasz Buddę – odpowiedział mistrz.

Su uśmiechnął się i rzekł:

- Hmm, ty za to wyglądasz jak krowi placek!

Mistrz zaśmiał się, ale nic nie powiedział. Su uznał, że udało mu się zwyciężyć tanim kosztem.  Wrócił do domu i nie kryjąc satysfakcji opowiedział o wszystkim siostrze.

„Bracie, to ty przegrałeś! To jak postrzegasz świat, zależy od twojego umysłu. To, że mistrz powiedział, że przypominasz Buddę świadczy o tym, że jego umysł jest umysłem Buddy. To, że ty widzisz w nim krowi placek, świadczy jedynie o tym, że twój umysł to jedne wielkie łajno!”, śmiała się dziewczyna. Su zawstydził się  i zrozumiał, że przegrał z mistrzem w potyczce na słowa. 

Nasze zachowanie uzależnione jest od postawy umysłu. Jeśli twój umysł jest zanieczyszczony, w drugiej osobie też będziesz widział tylko brud. Jeśli w twoim umyśle jest Budda (Bóg), każdego kogo spotkasz będziesz traktował jak Buddę (Boga). To umysł warunkuje postrzeganie świata – jeśli patrzysz na świat z żalem, gdziekolwiek pójdziesz wszędzie będzie ponuro i nieciekawie; jeśli w twym sercu świeci słońce, świat też jest pełen blasku.

(na podstawie „Chiński zen. Droga szczęścia i spokoju. Wu Yansheng, Olesiejuk, 2014)

To tak na temat postrzegania i poczucia szczęścia.

Wczoraj jeden z moich wpisów „zajaśniał”. Zabłysł likami ;-) Ktoś musiał go wstawić na Facebook a inni polubić, bo nagle tych „lików” pojawiło się 358 i liczba wciąż rośnie. Nie wiem gdzie jest ten wpis, kto go „wypromował”. Widzę tylko rosnącą liczbę polubień i liczbę wejść na wpis o tytule Magda, miłość i rak” – towarzyszenie osobie chorej. Jeżeli ktoś udzieli mi satysfakcjonującej odpowiedzi i zaspokoi moją ciekawość będę mu wdzięczna. Ogromnie!!! Za odnalezienie „zguby” czeka nagroda – coś z robionej przeze mnie biżuterii, może śliczna bransoletka z czerwonej ceramiki?! Dajcie znać (w komentarzach lub na mail: anulazet@wp.pl), jak będziecie mieli jakieś wiadomości co do „miejsca przebywania” mojego wpisu. Pierwsza osoba zdobywa nagrodę!!!!  

Wczoraj zadzwoniła do mnie moja znajoma. I znów ogromne zdziwienie! Ania jedzie w sobotę ściąć włosy, żeby oddać je na potrzeby fundacji. Jakiej fundacji?! No?! Życie potrafi zaskakiwać!!!! Fundacji Rak’n Roll „Daj włos!”. Gęba mi się rozdziawiła!!! Ania ma przepiękne, długie włosy. Gruby, blond warkocz i chce je ściąć!! Oddaje włosy dla fundacji założonej przez Magdę Prokopowicz, dla kobiet chorych na raka, które po chemioterapii straciły włosy. Fundacje „oddaje” tym kobietom pewność siebie i piękno – bo dla wielu włosy są takim wyznacznikiem – kobiecego piękna, godności, pełni. Oddaje je w podarowanych perukach. Oto co można przeczytać na stronie poświęconej tej akcji: Obecnie w Polsce peruki z naturalnych włosów są tylko częściowo refundowane przez NFZ, a dopłata do nich jest wyjątkowo wysoka. W odpowiedzi na tą sytuację ruszyła akcja „Daj Włos!”. Każdy, kto chce obciąć włosy, może to zrobić w dobrym celu – na peruki dla kobiet w trakcie chemioterapii. Angażujemy do współpracy zakłady fryzjerskie, które ścinają włosy w odpowiedni sposób, a następnie przekazują je nam. Dalej wędrują do perukarni Rokoko, która robi doskonałe, wygodne i piękne peruki. Te są przekazywane za darmo kobietom, które walczą z rakiem. Dzięki temu mogą wyglądać znacznie lepiej i mają więcej siły w drodze do zdrowia.

Pięknie! Anulka jesteś wspaniała!!!! <3 

Trochę zaczerwieniło się na moim wpisie, ale wszystkie czerwone literki są aktywne, czyli przenoszą na inne, bardzo ważne strony!!! Wystarczy na nie „klikać” i przekonacie się!

No i jak tu nie mówić, że nareszcie jest dobrze! Nie, nie jest dobrze jest … wspaniale! Młodzież powiedziałaby, że jest za….ście, ale ja jako powściągliwy belfer nie mogę… Ale gęba mi się śmieje i gdyby nie uszy to uśmiech byłby dookoła głowy.

I na koniec coś do posłuchania. Moja ukochana Ania Dąbrowska (Anki jednak są SUPER)

 
 

Bardzo! Bardzo warto! Zapachem lip upić się warto!

01 lip

„W życiu warto mieć odwagę,

Warto mówić “Dzień Dobry” obcym ludziom,

warto zrobić sobie wstyd na oczach wszystkich ludzi,

warto mieć przyjaciół i wrogów też warto mieć.

Warto czasem nie wziąć parasola, gdy pada deszcz,

warto nie doczytać książki i wrócić do niej po latach,

warto pisać wiersze nawet te nieudane.

Warto wskoczyć do jeziora w ubraniu,

warto śmiać się na ulicy bez powodu,

warto czasem niczego nie tłumaczyć.

Warto udawać czasem głupków chociaż wiemy dobrze o co chodzi.

Warto słuchać każdej muzyki,

warto marzyć,

warto zgubić się w obcym mieście,

warto poznać nowych ludzi, i zapomnieć o starych znajomych,

warto napisać list i go nigdy nie wysłać.

Warto być realistą, pesymistą, optymistą.

Warto zadzwonić o 1 w nocy do przyjaciółki i się wypłakać,

warto pójść na samotny spacer,

warto zapalić znicz na opuszczonym grobie.

Warto żyć i nie pytać dlaczego.

Źródło: Jesteśmy dorośli. Kiedy to się stało? Jak to zatrzymać?

Bardzo! Bardzo warto!

linde-58824_640Zaczynają kwitnąć lipy! Ale zapach! Już teraz wiem dlaczego Jan z Czarnolasu swoje najlepsze wiersze pisał pod lipą. Lipa była olbrzymia. Rozłożyste konary dawały przyjemny cień w upalne dni i piękny zapach w okresie kwitnienia a on siadał w jej cieniu i tworzył, wymyślał, upajał się jej zapachem. Może przysypiał w jej cieniu i śnił…

Napisał nawet fraszkę o lipie:

Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!

Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,

Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie

Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.

Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,

Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.

Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły

Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.

A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,

Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.

Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie

Jako szczep napłodniejszy w hesperyskim sadzie.

Ech! Pięknie!

Parę słów o wpisie na temat kultury gwałtu. I tu włączy się moje belferskie „zboczenie”, czyli ocenianie. Chciałam podziękować za komentarze. Jak na tyle odsłon komentarze były bardzo wyważone, stonowane i pozytywne. Bardzo dziękuję! Przyznam, że obawiałam się pisać na ten temat. Zastanawiałam się nad reakcją czytelników, ale jest ok.

I jeszcze jedno – jednak nie zobaczycie mnie w telewizji. Przekonałam panią, że moja wiedza i przeżycia związane z podanym przez nią tematem są niewystarczające, abym wniosła coś do dyskusji. Ufff… Odetchnęłam. Nie mam „parcia na szkło”. Oczami wyobraźni widziałam siebie jako biedną i skrzywdzoną kobietkę, siedzącą ze zgarbionymi plecami, przestraszoną i wycofaną, która coś bąka do kamery. O nie! Ciężko pracuję nad sobą, żeby tą przestraszoną istotą nie być. Jeżeli coś będę mówić publicznie, to będę to robić z uśmiechem i podniesionym czołem, albo wcale. Koniec z zastraszoną Anką!

Tak a propos „warto śmiać się na ulicy bez powodu” ostatnio omal nie przewróciłam się ze śmiechu. Już wyjaśniam dlaczego. Wracałam z „chodzenia” i przechodząc między garażami wpadłam na Kubusia Puchatka. No, może niedosłownie, ale jegomość bardzo mi przypominał tamtą postać. Facet prawie 1,90, w rozciągniętych porteczkach, przymałej, spranej koszulce odsłaniającej pękaty brzuszek i puszką piwa w łapce. Odchylony do tyłu spijał „złocisty miodek” wprost z puszeczki. Popatrzył na mnie swoimi przymglonymi oczętami, czknął i podrapał się po odsłoniętym brzuszku. Minęłam go z poważną miną, ale zaraz za nim wybuchnęłam gromkim śmiechem. Nie mogłam się powstrzymać. A mówią, że to kobiety o siebie nie dbają. A faceci? Kubusie z bożej łaski… I jak tu nie zostać feministką ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com, Życie