RSS
 

Po nitce do kłębka – od wiersza do książki. John Bradshaw.

23 lip

 

Zaczęło się od wiersza o toksycznym wstydzie.  Kiedy go przeczytałam na stronie FB i zobaczyłam na jakiej jest witrynie, pomyślałam, że autorem był terapeuta. Na początku była wzmianka „za…”, ale wiersz nie był podpisany. Poszperałam trochę w internecie i znalazłam nie tylko autora, ale też tytuły książek przez niego napisanych - John Bradshaw.

Kim był John Bradshaw? Bardzo ciekawa postać. Bardzo.

JhonWychowywał się w niepełnej rodzinie. Ojciec, alkoholik porzucił matkę. Bradshaw tak powiedział o sobie: „Byłem zastępczym małżonkiem mojej matki. Moje cztery kolejne partnerki były ofiarami kazirodztwa i wszystkie były ode mnie starsze o mniej więcej piętnaście lat. Ja sam byłem ofiarą niefizycznego kazirodztwa  – zostałem emocjonalnie uwiedziony przez moją matkę. Ona też była nieleczoną ofiarę kazirodztwa (…). Jako dziecko byłem niedostrzegany. Nie miałem własnego kąta, co dla dziecka jest sprawą o podstawowym znaczeniu. W ciągu czternastu lat przeprowadzaliśmy się dziesięć razy. Mój ojciec nie udzielał nam żadnego wsparcia. Jako dziecko pojąłem, że nie jestem kochany, gdy wyrażam swoje potrzeby. A przecież wszystkie dzieci potrzebują miłości rodzicielskiej. Rodzice często mówią swoim dzieciom: „Bądź silny! Nie bądź taki samolubny! Nie miej potrzeb, zapomnij o sobie, zapomnij o swoich chęciach i uczuciach! Nie bądź zbyt szczęśliwy!” Ja zostałem wychowany w rodzinie, gdzie za dobre dziecko uznawano takie, które nie ma własnych woli, jego wola była zniewolona. Moim jedynym „ja” było kojenie bólu matki.”

Jako nastolatek był „młodym gniewnym” należącym do grupy podobnych sobie nastolatków nie mających ojców. Był też prymusem zdobywającym najlepsze oceny w szkole i kochanym synem otaczającym opieką swoją matkę, którą uważał za „świętą”.  Dla niej na 9 lat poszedł do zakonu. Przypłacił to uzależnieniem od alkoholu. Z alkoholizmem się uporał, tak dobrze, że dziś pomaga innym ludziom. Jest znanym i cenionym terapeutą. No i jednak autorem wiersza jest terapeuta!

Bradshaw zwraca uwagę na sposób w jaki ludzie przeżywają swoje dzieciństwo i na to, że ten okres jest „fundamentem” na którym budują dorosłe życie. Na jednym ze swoich seminariów powiedział: ” Największym problemem naszych czasów są krzywdy zadawane dzieciom. Musimy się wreszcie nauczyć, że dzieci zasługują na szacunek i poważanie. Dzieciom odmawiano i wciąż odmawia się prawa do czucia tego, co rzeczywiście czują, mówienia tego, co chcą powiedzieć. Dzieci potrzebują prawdziwej, altruistycznej miłości. Należy im się ta miłość, za to, że po prostu są – ja takiej miłości nie zaznałem. Szybko pojąłem, że jeżeli będę pomagał, będę odpowiedzialny i będę miał dobre wyniki – zacznę coś znaczyć i zostanę pokochany.  Moje zachowanie było niejako autoryzowane przez rodzinę. Słyszałem „Nie bądź taki uczuciowy”. Tylko poczucie winy było na miejscu. Strach też był ceniony. Musiałem odpowiadać żądaniom autorytetu, jakim była dla mnie moja rodzina. A przecież to właśnie nasza rodzina jest miejscem, gdzie zdobywamy podstawową wiedzę na temat stosunków międzyludzkich.

I tak powstała książka o tytule „Powrót do wewnętrznego domu. Jak odnaleźć i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko.”

Każdy z nas posiada wewnętrzne dziecko. Wielu psychoterapeutów podkreśla jak ważne jest zaopiekowanie się nim. Wewnętrzne dziecko lub ego. Bradshaw twierdził, że skrzywdzone wewnętrzne dziecko jest powodem wszystkich chorych zachowań, uzależnień, nałogów, i powodem nieumiejętności rozwiązywania większości problemów. Czy wiemy kim jesteśmy i jaka jest nasza tożsamość? Czy mamy poczucie bezpieczeństwa i odczuwamy radość, ufność, spokój, czy może ciągle szukamy czegoś co nam poprawi nastrój? Dowartościowujemy się jedzeniem, pieniędzmi, używkami, czynnościami a może drugim człowiekiem? Co z poczuciem naszej własnej wartości? Czy zdajemy sobie sprawę, że tak wiele zależy od naszego myślenia?

Ja dziś mogę powiedzieć, że zdaję sobie sprawę. Rzeczywiście to moje wewnętrzne dziecko „zaczepiło” się w kilku miejscach mojego życia. Pisałam o tym. Przepracowywałam to na kolejnych sesjach terapeutycznych. Napisałam nawet bajkę o małej dziewczynce, bo czułam się małą dziewczynką. Skrzywdzoną przez rodziców. Niekochaną i szukającą tej  miłości w innych. Długo zajęło mi zrozumienie, że nikt nie da mi takiej miłości, jaką mogę otrzymać od samej siebie. Kiedyś usłyszałam takie określenie „kobieta bluszcz”. Ja o swoim mężu napisałam, że jest jak jemioła. No i spotkali się: „kobieta bluszcz” i „mężczyzna jemioła”. Co z tego wynikło? Oprócz dwójki wspaniałych dzieci – nic dobrego.

Czytałam książkę i odnajdywałam tam wiele „swoich” fragmentów. Ja nie popadłam w uzależnienia, ale swój toksyczny wstyd zamieniałam na depresję. Kumuluję nierozładowaną złość w sobie a konfrontacja z ta złością przekłada się na problemy zdrowotne, tzw. psychosomatyczne.

Autor powoli wprowadza nas w tematykę postrzegania dziecka wewnętrznego. Pokazuje spojrzenia innych ważnych psychologów, np. Junga, Ericsona, Freuda. Mówi o swojej metodzie terapii. Czytałam, kiwałam głową i w duchu krzyczałam: to o mnie, tak, o kurcze, ale pasuje.

Bardzo podobał mi się początek pracy nad swoim „dzieckiem”. Należy je odnaleźć, nawiązać z nim kontakt, odzyskać i otoczyć opieką. Wszystko to brzmi tak, jak byśmy mieli zaadoptować cudze dziecko a tu chodzi o to, aby wyłączyć zaprogramowane ego przy władzy, przyjrzeć się sobie i zobaczyć własną cudowność.

Autor podzielił książkę na cztery części:

  1. przedstawia w jaki sposób nasze cudowne dziecko straciło swoją cudowność i jak krzywdy doznane w dzieciństwie wpływają na nasze obecne życie;
  2. stadia rozwojowe dzieciństwa wraz z ankietami ułatwiającymi określenie, czy potrzeby naszego wewnętrznego dziecka zostały zaspokojone. Są też ćwiczenia pomocne w odzyskaniu wewnętrznego dziecka na dowolnym etapie rozwoju;
  3. ćwiczenia korekcyjne mające pomóc naszemu dziecku rozwinąć się i rozkwitnąć, nauczymy się być samodzielni;
  4. narodziny cudownego dziecka po naprawieniu krzywd.

 

Brzmi jak opowieść „z mchu i paproci”, ale chodzenie na terapię też dla niektórych postrzegana jest jak strata czasu, bo maska tak mocno wrosła w twarz, że trzeba byłoby ja zrywać siłą, a to boli. Ból jest okropny. Nieważne jaki, mentalny czy fizyczny, jest ogromnym dyskomfortem. Jeden ból, ten egzystencjalny zasłaniamy następnym, zastygłym w maskę. Pogubić się można, który jest nasz. :-/ A nasze wewnętrzne dziecko cierpi i sabotuje nasze działanie.

Jakie są objawy „sabotażu” rozżalonego, skrzywdzonego dziecka wewnętrznego? Oto one: współuzależnienie, zachowanie przestępcze, narcyzm, nieufność, odreagowaniu na otoczeniu lub na sobie, myślenie magiczne, niezdolność do nawiązywania bliskich kontaktów, niezdyscyplinowanie, skłonność do nałogów i zachowań kompulsywnych, wypaczone myślenie, uczucie pustki, apatia, depresja.

Czytając książkę zrozumiałam, dlaczego wchodzę w takie a nie inne relacje z ludźmi, dlaczego się od nich izoluję (od ludzi) i pomimo, że tęsknię za towarzystwem, skutecznie się od niego odcinam.

Podobały mi się ćwiczenia do przeprowadzenia. Autor przestrzega przed ich wykonywaniem, jeżeli mamy problemy psychiczne, albo jesteśmy w trakcie terapii. W takich przypadkach należny skonsultować się z terapeutą. Jeżeli w trakcie ćwiczeń doznamy dziwnych, przytłaczających emocji, natychmiast należy je przerwać.

I zaczynamy…

Najpierw od odnalezienia niemowlęcia…

Podstawą jet pięćdziesięcio minutowa medytacja. Tekst do medytacji można sobie nagrać. Rzeczywiście, tekst czytany spokojnym głosem, z robionymi odstępami pomiędzy poszczególnymi instrukcjami wynosi 50 min. Wstęp, wspólny dla poszczególnych etapów zajmuje ok. 30 min.

Bardzo rozczuliło mnie pisanie listu do siebie w okresie niemowlęcym. Mamy sobie wyobrazić, że jesteśmy mądrymi, starymi czarodziejami i chcemy zaadoptować niemowlę, ale najpierw piszemy do tego dziecka list.  List nie musi być długi. Ważne, aby był pisany z miłością i wsparciem. Ja napisałam taki:

Kochanie!

Właśnie przyszłaś na świat. Jesteś taka delikatna, piękna. Kocham Cię całym sercem! Chciałabym pokazać Ci jak bardzo jesteś dla mnie ważna. Chcę byś zawsze była ze mną. Cieszę się, że jesteś dziewczynką i pragnę pomagać Ci w rozwoju

Duża A.

Pisałam ten list i widziałam moją córeczkę. Mój cud. Piękną, kruchą, bezbronną istotę.  Widziałam też siebie… Mojej fizycznej córce będę towarzyszyć jeszcze kilka lat i wyfrunie z gniazda. Pójdzie swoją drogą. Wiem, że będę ją wspierać w każdym wyborze, dobrym czy złym. Będzie trudno, ale ona to nie ja. Z moją mentalną córką (dzieckiem) zostanę do końca życia, dlatego uczę się wspierania siebie.

Następnym krokiem w kontakcie z wewnętrznym dzieckiem jest otrzymanie od niego listu. Brzmi trochę dziwnie i autor też doradza, abyśmy napisali list do siebie obecnego dorosłego lewą ręką. List ma być krótki. Mój był taki:

Droga A.!

Chcę, abyś przyszła i zabrała mnie. Nie chcę być sama. Chcę, aby ktoś się mną zaopiekował.

Mała A.

I afirmacje, które powiemy swojemu wewnętrznemu niemowlęciu podczas medytacji. Mamy wybrać takie, które najbardziej nam się podobają.

Witaj na tym świecie, czekałam na ciebie, cieszę się, że tu jesteś. Przygotowałam dla Ciebie specjalny pokój.

Podobasz mi się taki, jaki jesteś.

Nie opuszczę Cię , choćby nie wiem co się stało!

Twoje potrzeby są moimi potrzebami.

Poświęcę cały mój czas, aby zaspokoić twoje potrzeby.

Tak bardzo się cieszę, że jesteś dziewczynką (chłopcem).

Pragnę się o ciebie troszczyć i jestem na to przygotowany.

Lubię cię karmić, kąpać, zmieniać pieluszki i spędzać z tobą czas.

Na całym świecie nie ma nikogo takiego jak ty.

Bóg się ucieszył, gdy przyszłaś na świat. 

Wszystko to może wydawać się śmieszne, ale robimy mnóstwo śmiesznych rzeczy w swoim życiu, dlaczego nie spróbować jeszcze jednej. Możemy poznać siebie lepiej i spotkać ze swoim prawdziwym ja. No, chyba że ktoś boi się swojego prawdziwego ja a wtedy wracamy do początku wpisu i słów o zranieniu przez innych naszego wewnętrznego dziecka a przez to nas samych.

Robiąc ten wpis zerknęłam na swoją ulubioną stronę CARE „Brok” i co znalazłam:

dziecko

Pasuje!

Polecam książkę do przeczytania !

Na podstawie książki:  John Bradshaw  ”Powrót do swego wewnętrznego domu. Jak odnaleźć i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko”, Medium, Warszawa 1995.

P.s. zmieniłam zdjęcie w nagłówku na zdjęcie zrobione przez moją córcię. Sprytna bestyjka  :-D

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Książka

 

Tags:

Dodaj komentarz