RSS
 

Parę słów o cierpieniu według księdza Jana Kaczkowskiego.

22 lis

W piątek 13 listopada obchodziliśmy dzień uśmiechu…

Obchodziliśmy go prawie do północy, bo później wiadomo, co się stało. O tym co się wydarzyło powiedział mi syn. Wpadł wzburzony do pokoju i zaczął krzyczeć, że w Paryżu był zamach.

- Przełączcie na wiadomości. Był zamach. Wielu ludzi nie żyje – krzyczał.

Włączyliśmy jeden z kanałów informacyjnych i zamarliśmy.  Czy 11 września miał się powtórzyć 13 listopada? W sobotę musiałam rano wstać. Jechałam do W-wy a mimo to siedzieliśmy we trójkę prawie do 2 w nocy. Słuchaliśmy przerażających wiadomości.

Warszawa w sobotę 14 listopada była dziwnie cicha i wyludniona.

Na pierwszych zajęciach mówiliśmy o eutanazji, dobru, cierpieniu. Zdenerwowały mnie słowa koleżanki, że cierpienie uszlachetnia. Nie mogłam opanować emocji i głośno powiedziałam, o tym, że szlachetność cierpienia to absurd. Cierpienie nas nie uszlachetnia. Ono nas odczłowiecza, odbiera nam godność, chęć do życia. Mówiłam z wielkimi emocjami. Powiedziałam o cierpieniu mojej matki umierającej na raka i o chorobie ojca – guz mózgu mylony w diagnozach z udarami. Te cierpienia nie miały nic wspólnego ze szlachetnością. Mówiliśmy o eutanazji. O wyborze śmierci w momencie, kiedy życie jest jednym wielkim cierpieniem. Koleżanka mówiła coś o wierze w Boga i działaniu Ducha Świętego i o tym, jak wielkie owoce to przynosi. Słuchałam jej a później powiedziałam, że wiara w Boga ma ogromne znaczenie psychologiczne. Wiara pozwala wiele sytuacji życiowych usprawiedliwić ingerencją Bożą. Człowiek poszukuje Boga w momencie, kiedy wszystko co ludzkie zawodzi. Powierza się transcendentnej sile, która ma go chronić, wspierać, dawać siłę, nadzieję a w perspektywie szczęście. Powierzając się tej sile osiąga pewien spokój. Bóg staje się synonimem spokoju, ale jeżeli będziemy patrzeć na Boga przez pryzmat cierpienia, stanie się On okrutnym Bogiem. Bogiem żądającym krwawych ofiar. Kiedy mówimy o cierpieniu podajemy przykład Chrystusa, ale zapominamy o jednym szczególe – Chrystus też nie chciał cierpieć – scena z ogrodu w Getsemani. Prosił Ojca o „odsunięcie kielicha”. Bał się cierpienia, ale był posłuszny Ojcu i był mega altruistą – kochał ludzi – tego możemy się dowiedzieć z Nowego Testamentu. Nie znamy apokryfów, nie znamy nie włączonych do kanonu biblijnego opowieści spisanych przez innych, którzy żyli obok Jezusa. Może w innych księgach historia Jezusa nie byłaby aż tak  wspaniała. Kanon biblijny pokazał Chrystusa Boga – a więc człowieka superbohatera, ideał, wzorzec. Dlatego pierwsi chrześcijanie tak chętnie przyjmowali śmierć, pociągnięci przykładem Jezusa. Wolę na Ewangelię patrzeć jak na księgę uczącą miłości i dobra. Chrystus był tylko jeden. Umierał w przeświadczeniu, że zabiera wszystko cierpienie, cały grzech i daje nam życie wieczne a później zmartwychwstał. Przymus cierpienia w wierze powoduje u mnie myśl o fundamentalizmie i tego przykład mieliśmy w piątek 13 listopada. Dżihad i mnóstwo zabitych i rannych. Cierpienie rodzin, którzy utracili najbliższych. Niech koleżanka im powie, że to cierpienie ich uszlachetni!

www.wiez.pl

Kiedyś obiecałam napisać coś na temat książki Ks. Kaczkowskiego „Szału nie ma, jest rak” i chyba nadszedł ten czas.

Lubię tego księdza za bezpośredni sposób wypowiedzi, za nie owijanie niczego w bawełnę. Postawiłabym go w jednym szeregu z ks. Tischnerem i ks. Twardowskim.  W 2012 r. zdiagnozowano u ks. Kaczkowskiego po raz drugi raka.  Pierwszy raz był to rak nerki, usunięty. Drugi to glejak mózgu czwartego stopnia, czyli dający niewielkie szanse na wyleczenie. Pomimo swojej choroby ksiądz zajmuje się innymi chorymi - prowadzi hospicjum w Pucku.  Książka jest napisana w formie wywiadu, który przeprowadziła Katarzyna Jabłońska. 

Ksiądz Jan mówi o eutanazji, ale nie w sensie jej dopuszczalności, lub zakazu. Termin pojawia się przy wyjaśnieniu czym jest sedacja paliatywna, czyli podanie leków, które likwidują świadomość. W najpoważniejszych przypadkach można podać takie leki, które powodują, że pacjent nie będzie nic czuł. O sobie mówi tak: „(…) nie chciałbym kurczowo trzymać się życia. Nie chciałbym ranić wszystkich naokoło. Tak ich umęczyć, żeby wpędzić ich w w tak zwany syndrom wypalenia, czyli taki stan, kiedy rodzina opiekująca się przewlekle chorym osiąga kres swoich milkliwości psychicznych i fizycznych – to znaczy z jednej strony nadal bardzo kocha swojego chorego i pragnie jego wyzdrowienia, a drugiej jest na niego wściekła. I odwrotnie, bo to działa w obie strony. Pacjent wdzięczny jest najbliższym za wszystko, co dla niego robią, ale oni są właśnie tymi najbliższymi, na których najłatwiej się wyżyć, i on to właśnie robi. Jeśli nadejdzie taki stan, kiedy już będę… nie chcę powiedzieć „nieprzydatny”, skoro nie pozwalam tak myśleć i innych, ale skrajnie umęczony chorobą i moi bliscy też będą nią umęczeni, trzeba będzie w końcu wspólnie podjąć decyzję w której mówimy „koniec”. Koniec – żadnej następnej operacji, żadnej następnej chemii, żadnego leczenia w Chinach za pięćdziesiąt tysięcy. Koniec z namawianiem, żebym nacierał nogi cieciorką czy zjadł kolejną łyżkę jogurtu. ” s. 16-17

„Fundamentalnie nie zgadzam się jednak z ludowym przekonaniem, głoszącym „Kogo Pan Bóg kocha, temu krzyżyki zsyła”. Ks. Tiszner twierdził, że cierpienie raczej nie uszlachetnia, a jeżeli ktoś mi mówi z pozycji kaznodziei: „Złącz swoje cierpienie z cierpieniem Chrystusa”, mam mu ochotę opowiedzieć historię o wężu, czyli: sss…”  (s.19). Mocne! Mocne i dobitne, ale taki jest ks. Kaczkowski.

„Człowiek wierzący chce na przykład ofiarować swoje cierpienie w jakiejś ważnej intencji. I oczywiście ma do tego prawo. Teraz, kiedy jestem chory , zdarza się, że ludzie pytają, czy mógłbym ofiarować cząstkę swojego cierpienia za nich lub w ważnej dla nich sprawie. W tym momencie jeszcze nie jestem godzien, bo tymczasem wcale nie czuję się specjalnie cierpiący. Przecież takie zwykłe dyskomforty jak to, że wczoraj wywaliłem się na pysk i trochę potłukłem, albo, że siadła mi wątroba, co powoduje wysypkę i brak przyjemności z jedzenia, czy że miałem okropne problemy z wypróżnianiem, trudno ofiarować Bogu w imię pomocy bliźniemu. Prawdziwe cierpienie rozumiem jako ogromny, dojmujący ból. Jeśli taki przyjdzie wcale nie wiem, czy będę potrafił ofiarować go Bogu” (s. 19)

Łatwo się mówi o cudowności cierpienia, kiedy jest się człowiekiem zdrowym, ale perspektywa zmienia się w momencie doznawania takiego cierpienia. Przypomina mi się moja mama, kobieta, której życie nie rozpieszczało. Często płakała i prosiła Boga, aby ją zabrał z tego świata. Krzyczała, że nie chce żyć. Była wtedy zdrowa. Kiedy przyszła choroba i mama domyśliła się, że jest to choroba, z której już nie wyjdzie i z dnia na dzień traciła siły, kilogramy i nadzieję na wyzdrowienie, bardzo chciała żyć. Zgadzała się na każdy pomysł na swoje leczenie. Siostra woziła ją do bioenergoterapeuty, zielarza tybetańskiego, jakiegoś szamana-uzdrawiacza. Na chwilę było lepiej. Jeden nawet powiedział, że nie ma już komórek rakowych a później był zjazd i rozpacz. Nie dawała się do samego końca. Umierała przeklinając tego s…. Trzymałam jej coraz zimniejszą dłoń i modliłam się, mając nadzieję, że Bóg ją jeszcze z nami zostawi, że to jakiś koszmar, z którego się obudzę i zobaczę jej uśmiechnięta i szczęśliwą buzię. Niestety… Jej cierpienie nie miało nic wspólnego ze szlachetnością a umieranie nie było godne. I dlatego tak emocjonalnie odpowiedziałam na słowa koleżanki.

 Fragment ze strony: tischner.pl „Znana anegdota mówi o tym, że pewnego dnia ciężko chorego ks. Józefa Tischnera odwiedził Jarosław Gowin. Jakiś czas wcześniej rozmawiali dużo o cierpieniu. Podczas kolejnej wizyty Tischner – który już nie mógł mówić – podał Gowinowi karteczkę ze słowami: „Nie uszlachetnia”.
Bardzo często na spotkaniach poświęconych Tischnerowi pytany jestem o sens tych słów. Jednym wali się świat, kiedy usłyszą: „Cierpienie uszlachetnia”. Innym z kolei świat wali się, gdy usłyszą coś przeciwnego. „Jeżeli nie uszlachetnia, to jaki sens mają moje wieloletnie zmagania?” W odpowiedzi cytuję na ogół ostatni opublikowany tekst Tischnera, zatytułowany „Miłość”. Jest tam rozwinięcie uwagi przekazanej Gowinowi. „Do prawdy dochodzi się rozmaitymi drogami. Przyznajmy, że są takie prawdy, do których dochodzi się również poprzez męczeństwo. Jedną z takich prawd jest prawda, że cierpiąc, cierpimy z Chrystusem. (…) Niemniej nie cierpienie jest tutaj ważne. Nie ono dźwiga. Wręcz przeciwnie, cierpienie zawsze niszczy. Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość”.”

Tak to prawda – MIŁOŚĆ – i nie ważne do kogo miłość – do człowieka, czy do Boga (ta pisana dużą literą). Miłość daje ogromną siłę.

Ks. Jan mówi też o szkodliwych relacjach międzyludzkich. Ja często mam „rozchwiane odczucia” dotyczące mojego odejścia od męża. Terapeuta ma na to nazwę, ale co innego wiedzieć a co innego odczuwać. Często to sobie racjonalizuję, ale uczucie „drżenia serca” – mieszanka żalu, wstydu, winy, niepewności od czasu do czasu mną targa. Kiedyś przeczytałam artykuł dr Marioli Kosowicz, w którym powiedziała: „Nie ma takiej miłości, czy wiary, w imię której mamy być poddani przemocy” i tego się trzymam jak mantry, kiedy głupie serce chce wrzucić na moje barki poczucie winy, że nie ogarnęłam. W książce „Szału nie ma jest rak” ks. Kaczkowski tak mówi o toksycznych relacjach: „Uważam, że człowiek ma prawo chronić siebie przed relacjami, które z jakichś powodów są dla niego szkodliwe. Warto uświadomić sobie, że chrześcijaństwo nie jest cierpiętnictwem i jeżeli relacja z kimś nas rani, to mamy nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek chronić siebie. Jeżeli mąż znęca się nad żoną i patrzą na to dzieci, ona ma obowiązek odizolować się od tego męża. (…)Do tego mam prawo. I to nie jest niechrześcijańskie. (…) Są takie relacje, które bardzo nas obciążają, a nawet niszczą. I przed nimi trzeba się chronić, bo ostatecznie wynika z nich więcej szkody niż dobra – angażują nasz czas, uwagę, nasze siły i emocje, sprawiają, że nie zajmujemy się sprawami, gdzie naprawdę jest szansa na wydobycie dobra i sensu. Będziemy wiecznie wyciągać kogoś z dołków, a on nad sobą w ogóle nie pracuje, wymaga nieustannej pomocy i uwagi i na przykład odciąga nas od naszych powinności bycia przede wszystkim ojcem czy matką. No trudno, trzeba powiedzieć: nie jestem psychologiem, nie jestem w stanie ci pomóc, nie rozwiąże za ciebie twoich problemów, to nie jest możliwe. (…) Często idealizujemy nasze bycie z innymi. Trzeba iść dalej. (…) Nie jesteś w stanie wszystkich potrzebujących nieść na swoich barkach. Te osoby muszą również nauczyć się ponosić konsekwencje swoich wyborów. Tak jest, że pewne relacje w naszym życiu pielęgnujemy, a inne się rozluźniają. Z pewnymi osobami nasze drogi się rozchodzą – każdy z nas musi iść własną.” (s.88)

„(…) warto mieć świadomość i zgodzić się na to, że niektóre osoby pojawiają się na danym etapie naszego życia po to, byśmy lepiej sami sobie w życiu radzili, byli bardziej samodzielni i niezależni. Podobnie jest z nami, my też pojawiamy się na jakimś etapie w życiu innych, ale ta obecność w pewnym momencie intensywna, może później osłabnąć. I to jest nie tylko naturalne, ale także zdrowe.” (s.89)

Zachęcam do przeczytania książki o ks. Janie Kaczkowskim, bo jak zwykle ja umieszczam „swoje” fragmenty a w wywiadzie są poruszane jeszcze inne ważkie tematy dotyczące życia, śmierci, seksu, miłości.

Fragmenty tekstów pochodzą z książki ” Szału nie ma, jest rak” z ks. Janem Kaczkowskim rozmawia Katarzyna Jabłońska, Więzi, Warszawa 2013.

Wpisu można posłuchać w aplikacji Audioblog. Czyta Jolanta Zdulska_Gurgul.

logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Komentarze (7)

Napisane przez w kategorii Audioblog, Życie

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Sara

    27 listopada 2015 o 20:33

    Witam Anulo.Książkę o ks. Janie Kaczkowskim mam wpisaną na listę najbliższych zakupów w księgarni. W swoim życiu na co dzień oglądam inne cierpienie osoby mi najbliższej-swojego dorosłego dziecka. Choruje na schizofrenię paranoidalną. Nie przeczytałam jeszcze całego Twojego bloga, ale zrobię to w najbliższym wolnym czasie. Pozdrawiam

     
    • ...

      27 listopada 2015 o 22:51

      Też pozdrawiam serdecznie :-D

       
  2. ~Emilia

    29 listopada 2015 o 13:54

    Ksiedza Kaczkowskiego poznalam w australijskim Perth kilka miesiecy temu. Niesamowity czlowiek!

     
  3. ~babula

    30 listopada 2015 o 21:06

    cierpienie niszczy albo nawet uświęca. tak jak w przypadku s. Faustyny, o. Maksymiliana Kolbe….i tylu innych, o których wiemy i nie wiemy. nie da się o nich powiedzieć, że cierpienie ich nie uszlachetniło.

     
    • Anula

      30 listopada 2015 o 21:13

      Uszlachetniło, jeżeli pomyślimy o efekcie końcowym, czyli wyniesienie do rangi świętego, ale jest mnóstwo ludzi, którzy cierpią i świętymi nigdy nie zostaną ogłoszeni. Cierpią w „zaciszach” domów, fizycznie, albo psychicznie przeklinając fakt, że się urodzili. Sam Tischner, kiedy był zdrowy napisał wiele o cudowności cierpienia a kiedy umierał na raka i nie mógł nawet mówić, na kartce napisał słowa, że nie uszlachetnia. Ja piszę z perspektywy szarego, zwykłego człowieka, który boi się choroby i cierpienia, bo miał z tym styczność i wie jak okrutne mogą to być rzeczywistości.

       
  4. ~Hobo

    1 grudnia 2015 o 10:33

    Dziękuję za ten mądry, głęboki wpis. Po prostu dziękuję i ciepło pozdrawiam.