RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2017

„Sekretne życie drzew” – jak to z bukami było?

30 kwi

Jest!!!

Już ją mam! A właściwie je mam!

Dwie książki – „Sekretne życie drzew” i „Siedem minut po północy”

Pierwsza to rodzaj wydania albumowego ze wspaniałymi fotografiami polskich lasów. Jest magia!

Druga to zwykła książka. Mała i niezbyt gruba, rzekłabym nawet, że cienka. Oglądając film myślałam, że książka będzie gruba i okazała. Na pierwszych stronach spotkała mnie niespodzianka. Jaka? Napiszę o tym w oddzielnym wpisie :-)

Dziś o drzewnym albumie.

Znalazłam fragment o bukach.

Gorączkowo przeglądałam strony, zatrzymując się na zdjęciach. Szkoda, że blog ma tak małą pojemność i zdjęcia pożerają bardzo szybko wolne miejsce, dlatego trzeba oszczędnie gospodarować zawartością bloga, bo chętnie zamieściłabym niektóre z obrazów.
Zdjęcia przedstawiają lasy w całej Polsce. Są przepiękne. Puszcza Białowieska Krzysztofa Onikjiuka to drzewa skąpane w słonecznej poświacie. Słońce przedziera się przez sosnowe korony rzucając smugi zawieszone w mlecznej mgle. Światło wyławia kolorowe poszycie. Pada na rude listeczki małych drzewek i żółte źdźbła traw. W zielonym cieniu ukrywają się mchy rozrastające się u podnóża grubych, omszałych pni. Magia!

A oto fragmenty o bukach:

„(…), każde drzewo wychowuje sobie następcę, który kiedyś zajmie jego miejsce. (…)
Buk wytwarza co najmniej trzydzieści tysięcy sztuk bukwi co pięć lat. (…) Dojrzałość płciową uzyskuje między osiemdziesiątym a sto pięćdziesiątym rokiem życia, w zależności od tego, ile światła otrzymuje na swoim stanowisku. Osiągnąwszy maksymalny wiek czterystu lat, może zatem co najmniej sześćdziesiąt razy wydać owoce i wytworzyć łącznie około miliona ośmiuset orzeszków. I z tej liczby dokładnie jedna sztuka stanie się dorosłym drzewem.”*

W rozdziale „Pomalutku, pomalutku” opowieść o bukowych drzewach i ich zwyczajach w pełnej krasie :-) CAM00150

„(…) Małe drzewka chętnie rosłyby jak najszybciej, a przyrost pędu szczytowego o pół metra w sezonie w ogóle nie byłby problemem. Niestety ich rodzice mają inne zdanie na ten temat. Ogromnymi koronami osłaniają cały swój przychówek i wraz z innymi dorosłymi drzewami tworzą gęsty dach nad lasem. Przepuszcza on na ziemię albo na liście ich dzieci tylko trzy procent światła słonecznego. Trzy procent – w praktyce tyle co nic. Starczy na tyle fotosyntezy, żeby jakoś utrzymać organizm przy życiu. Porządnego pędu, nie mówiąc o okazalszym pniu, wypuścić się nie da. Bunt przeciwko tak surowemu wychowaniu jest niemożliwy, bo brakuje na to energii. Wychowaniu? Tak, rzeczywiście chodzi tu o metodę pedagogiczną, która służy wyłącznie dobru malucha. Pojęcie to zresztą nie jest wzięte z sufitu, tylko już od pokoleń służy niemieckim leśnikom do określenia tego zjawiska.
Środkiem wychowawczym jest przykręcenia światła. Ale czemu służy to ograniczenie? Czyżby rodzice nie chcieli, by ich potomstwo jak najszybciej się usamodzielniło? Najwyraźniej drzewa mają w tej sprawie inne poglądy, a niedawno uzyskały jeszcze wsparcie ze strony nauki. Stwierdziła ona, że powolny wzrost w młodości jest warunkiem osiągnięcia podeszłego wieku. My ludzie często gubimy się w tym, co naprawdę oznacza starość, bo nowoczesna gospodarka leśna ustala wiek maksymalny w granicach od osiemdziesięciu do dwustu lat, gdy posadzone drzewa mogą być ścięte i posadzone. Jednak w naturalnych warunkach drzewa w tym wieku są dopiero grubości ołówka i wysokości człowieka. (…) Moje buczki, które czekają na swoją kolej już co najmniej osiemdziesiąt lat, rosną pod mniej więcej dwustuletnimi drzewami rodzicielskimi. Przeliczając to na ludzką miarę, byłyby czterdziestolatkami. Niewykluczone, że mikrusy będą musiały tak jeszcze wegetować ze dwa stulecia, póki wreszcie nie rozwiną skrzydeł. Umila się im zresztą czas oczekiwania. Rodzice nawiązują z nimi kontakt poprzez korzenie i przekazują cukry oraz inne składniki pokarmowe. Można powiedzieć – karmią własną piersią drzewne oseski. (…)
CAM00152Pewnego dnia nadchodzi wreszcie pora. Drzewo rodzicielskie osiągnęło już limit wieku albo zachorowało. Albo też do zagłady dochodzi w w trakcie letniej burzy. (…) Gdy drzewo uderza o ziemię, miażdży kilka oczekujących siewek. Jednak dla reszty przedszkola powstała luka oznacza sygnał do startu, bo teraz wreszcie mogą uprawiać fotosyntezę ile dusza zapragnie. W tym celu muszą przeorientować przemianę materii, muszą przekształcić takie liście (..), które mogą wytrzymać i przerobić silniejsze światło. Trwa to od roku do trzech lat. A później trzeba się pospieszyć. Wszystkie maluchy chcą rosnąć, ale tylko te, które strzelają w górę, liczą się w dalszym wyścigu. (…) Ci, którym udało się przedostać na pośrednie piętro, nie muszą się już obawiać konkurencji, bo stali się następcami tronu, którzy przy następnej okazji wreszcie będą mogli dorosnąć.”**

Pisząc o bukowym lesie uzmysłowiłam sobie, że ja mam przecież zdjęcie z takiego lasu. Zrobiła je córka. Las był bardzo ciemny i tajemniczy. Bukowe drzewa rzeczywiście przepuszczają bardzo mało światła. Poszycie jest usłane miękkimi mchami, w których lubią rosnąć kurki. Wystawiają swoje żółte kapelusze z gęstego mchu niczym zastępy wojska, ciasno stłoczone w miejscach, gdzie jest najwięcej wilgoci.
Wędrowałyśmy po ciemnym lesie, z olbrzymi, majestatycznymi drzewami.  

Było bardzo pięknie

I niechcący zdjęcia przydały mi się do dzisiejszego wpisu.CAM00151

Bukowy las w obiektywie mojej utalentowanej córki

 

 

                 

 

 

    Piękny las w Kopalinie. Dziś już wiem, że jest też bardzo wiekowy. Ten las miał ponad 200   lat.

I piękna opowieść o bukach.

O życiu i dojrzewaniu, i oczekiwaniu na swoje miejsce w „lesie”.

Każda opowieść może mieć znaczenie terapeutyczne ;-)

 

 

Fragmenty tekstu pochodziły z książki Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”,  tłumaczenie Ewa Kochanowska, wydawnictwo OTWARTE, Kraków 2016, *s. 51, **s. 53 – 62.

Zdjęcia  na blogu autorstwa mojej córki E. Z.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

Zielono mi, czyli przepis na koktajl witaminowy☺

27 kwi

Wiosnazielony

Wiosna

a z nią wiosenne przesilenie, czyli zmęczenie i brak witamin.

Znalazłam przepis na zielony koktajl, pełen witaminy c, żelaza, błonnika, tłuszczy dobrze tolerowanych i szybko wchłanianych przez organizm. No, po prostu bomba!

Podaje przepis:

1 jabłko
1 kiwi
garść szpinaku
sok z połowy cytryny
łyżeczka siemienia lnianego
1/4 awokado
woda wg uznania

Można dodać winogrona, albo banana, albo modnego teraz, młodego jęczmienia.

Szybko się robi! Ja po prostu wszystko traktuję blenderem w wysokim naczyniu.

Jeżeli dodamy mniej wody, będzie coś do jedzenia łyżeczką a jeżeli dodamy więcej wody, coś do picia.

Polecam! Jest pyszne ☺ I te witaminy, mmmmmy

 

************* 20:21************

Niedawno wróciłyśmy z kina.

„Chata”

Bardzo dobry film. Film o przebaczeniu sobie i innym.

Zdania, które pozostały po filmie: „Bóg nie chcę, żebyśmy się stali niewolnikami wiary”; „Przebaczenie nie tworzy relacji, ale daje spokój”; „Nie możemy sądzić nikogo, bo nie wiemy jakie miał życie”…

Bóg jest czarną kobietą, albo starym Indianinem, albo…

Duch Św. to młoda, piękna Azjatka.

Oglądałam i myślałam o terapii i film stał się nagle bardzo mi bliski…

Nooooo, terapeutyczne filmy: „A Monster Call”, „Ukryte piękno” i teraz „Chata”.

Usłyszałam, że film jest mocno chrześcijański. Może i tak, bo główny bohater trafia do Chaty/Nieba i tam spotyka Trójcę św. Bóg jest czarną kobietą i przedstawia się imieniem łudząco podobnym do słowa „iluzja” – więc nie do końca trzeba się kierować „chrześcijańską” ścieżką.
Fabułą filmu jest proces powrotu do dobrego życia po traumatycznych przeżyciach i na tym trzeba się skupić. Osoby, które zamieszkują chatę to przewodnicy do odnalezienie szczęścia. Pokazują, że zło jest względne, że można przebaczyć a nawet trzeba, nie ze względu na dobro krzywdziciela, ale ze względu na nasze dobre samopoczucie. Tkwienie w poczuciu krzywdy jest dla nas toksyczne i powoli nas niszczy. Lepiej więc otworzyć się na życie, zrezygnować z bycia sędzią, dostrzegać piękno przyrody a przede wszystkim pozwolić naszym najbliższym nas kochać z wzajemnością.
Było mnóstwo fajnych dialogów. Niestety, głowa nie komputer i wszystkiego nie zapamiętałam. Ale, jak zwykle spłakałam się jak głupia.
Niełatwo było patrzeć na sceny przemocy, kiedy pijany ojciec bije swojego syna, każąc mu recytować fragment Biblii o miłości dzieci do rodziców…
Niełatwo było patrzeć na ogromną rozpacz ojca po stracie ukochanej, najmłodszej córki…
Więc łzy płynęły strugą :cry:

Były piękne zdjęcia przyrody i… niespodzianka!!! Drzewo!!!!

Drzewo, piękne, zielone i pełne kwiecia wyrosło w środku wspaniałego ogrodu. Wyrosło po wyrwaniu innej wspaniałej rośliny. Wystrzeliło z ziemi w miejscu złożenie ciała zamordowanej córki. Ogromny symbol!!! Mogłabym wrócić do książki „Moc uwielbienia”, gdzie po raz pierwszy przeczytałam, że nawet z największego zła Bóg może wyprowadzić dobro. Nawet z największej „biedy” możemy otrzymać wiele dobra, pod warunkiem, że będziemy chcieli je dostrzec i popracować nad jego wydobyciem. Wszystko jest w nas – zło i dobro. Jest tak jak z tymi wilkami – dobrym i złym. Wygrywa ten, którego bardziej karmimy.

Ochhhhhh….

No i następny zakup w planach – film i książka „Chata”.
Film dlatego, żeby córka mogła go obejrzeć z lektorem a poza tym obiecałyśmy sobie (ja, córka i jej koleżanka) wieczór filmowy właśnie z tym filmem w zaciszu domowym. A książka dlatego, że chciałabym jeszcze raz „usłyszeć” te zdania, sentencje i dialogi, jakie wypowiadali bohaterzy.

Książka „A Monster Calls” już w domu. Czeka na czytanie. Przemycę niektóre fragmenty na bloga.

Mam też „Sekretne życie drzew” – wydanie z pięknymi zdjęciami – 60 fotografiami polskich lasów i naprawdę to, co widać na zdjęciach to czysta magia. Magiczne drzewa :-) ;-)

Bo wszędzie można znaleźć odrobinę magii. No nie?!

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film, Książka, Życie

 

Opowieści, metafory, analogie…

23 kwi

Zamówiłam w Empiku film „A Monster Calls”. Będę go miała na własność i będę mogła go oglądać, kiedy będę chciała. Hę!!!

Mało tego!!!!

Zamówiłam książkę o tym samym tytule. Ha!!!! Będę mogła wcielić się w głównych bohaterów, wniknąć w ich uczucia, poznać ich myśli. Bardziej ogarnąć klimat.

A tak a propos klimatu… A może drzew…

Przecież w „A Monster…” obok chłopca główną rolę zagrało drzewo – Drzewny Potwór

Znów analogie 8-O Drzewny Potwór odegrał rolę terapeuty chłopca a…

W środę terapeuta opowiedział mi o fragmencie książki, którą teraz czyta. Książkę kupiła mu córka. „Sekretne życie drzew”
– Czytałem o bukach. Czy wiesz, że stare buki zasłaniają młode drzewko przed słońcem, aby wolniej rosło. Zabierają mu światło, roztaczając nad nim swoje korony. Młody buk bardzo powoli rośnie. Kiedy stare drzewa umierają a jest to około osiemdziesiątego roku życia, młody buk strzela w górę i rośnie bardzo szybko. Bardzo szybko dojrzewa. Zaopatrzony w pokarm, który latami czerpał, teraz w mgnieniu oka nabiera siły i wielkości. Rośnie piękne i potężne drzewo. Nie wiem, dlaczego ta historia przyszła mi do głowy akurat w twoim przypadku…
– Tak… Ja też zostałam sama. Stare buki już dawno poumierały – pomyślałam a głośno powiedziałam, z uśmiechem – No to jak teraz strzelę w górę, tooooo…

Teraz, kiedy o tym myślę, robi mi się ciepło na sercu. Taka analogia wywołuje u mnie ciepłe uczucia. Jestem silna… Rozwinę powyginane gałęzie, a właściwie to już je wyprostowałam i czerpię coraz więcej światła…

Analogie…

Metafory…

Opowieści…

One zasiane w naszej pamięci, kiełkują, rosną i rozwijają się. Dzięki nim życie nabiera głębi, barw i przestrzeni. Staje się trójwymiarowe. Dobra opowieść potrafi zdziałać cuda.

Pierwszą opowieścią, jaka została w mojej pamięci z terapii to Bajka o dziewczynie, pałacu i czymś jeszcze a później sama zbierałam różne opowieści. Najpiękniejsze były te Ingi Zawadzkiej. Są na blogu. Np. Jak wszystko zmienić, nie zmieniając niczego, i inne…

Opowieści pomagają żyć.

Mnie pomagają też filmy, od niedawna książki, od zawsze muzyka (zwłaszcza smooth jazz)  i od trzech lat nordic walking.  Na kijach przeszłam ponad 2300 km. Czyli byłabym w drodze powrotnej z, np. Turcji.
Oczywiście z żadnej wyprawy geograficznej nie wracam, za to wracam do siebie. Do siebie prawdziwej, tej schowanej przez te kilkadziesiąt lat w „cieniu innych buków”. „Buki” już poumierały. Zostałam sama i czerpię światło wszystkimi listeczkami, jakie mam. Hahahahahaha

Książkę „Sekretne życie drzew” też zamówiłam. Będę miała co czytać :-) Bardzo mnie zaciekawiła

A póki co czytam następną opowieść Jodi Picoult „Jak z obrazka”, a tam odkryłam taką starą opowieść indiańską, która ma drzewne zakończenie 8-O
Przeczytajcie sami…

Dawno, dawno temu na brzegu Atlantyku żył wielki indiański wojownik imieniem Porywisty Wiatr. Miał magiczną moc – potrafił stać się niewidzialny, dzięki czemu mógł chodzić po obozach wrogów i wykradać im tajemnice. Wraz z siostrą mieszkał w wigwamie owiewanym spokojną, przyjemną, morską bryzą.
Jego sława znakomitego wojownika niosła się szeroko i wiele dziewic pragnęło wyjść za niego. Ale Porywisty Wiatr nie zwracał uwagi na ich niemądre, kokieteryjne uśmiechy i fałszywe zapewnienia, że stanowiliby idealną parę. Oznajmił, że poślubi tę, która zobaczy go wracającego nocą do domu.
Wymyślił próbę na sprawdzenie wiarygodności kandydatek na żonę. Wiele panien przychodziło z jego siostrą na plażę, gdy słońce z sykiem zanurzało się w morzu, i pragnęło zdobyć serce Porywistego Wiatru. Siostra zawsze widziała brata, nawet w chwilach, gdy dla reszty świata był niewidzialny. Gdy zbliżał się, siostra pytała dziewczynę:
- Widzisz go?
Każda panna odpowiadała kłamliwie:
- Tak, to on.
Siostra Porywistego Wiatru pytała wtedy:
- Czym pogania swój zaprzęg?
Odpowiedzi było wiele: Biczem ze skóry karibu. Długim, sękatym kijem. Pękiem mocnych konopi.
Siostra Porywistego Wiatru od razu wiedziała, że to zwykłe zgadywanki i że jej brat nie wybierze tej dziewczyny, której stopy odciskały się w piasku, tworząc lustrzane odbicie jej śladów.
W wiosce mieszkał potężny wódz, wdowiec z trzema córkami.
Najmłodsza miała twarz śliczną jak pierwszy, letni deszcz, a serce tak wielkie, że mogło pomieścić ból całego świata. O wiele starsze siostry, skręcane zazdrością, wykorzystywały jej dobroć. Próbowały zniszczyć urodę najmłodszej, zamieniając jej odzież w łachmany, obcinając lśniące, czarne włosy, przypalając gładkie policzki i szyję rozżarzonymi węglami. Ojcu mówiły, że sama to sobie zrobiła.
Tak jak inne panny na wsi, one też usiłowały zobaczyć, jak Porywisty Wiatr pojawia się o zmierzchu. Stały na plaży z jego siostrą,  czuły jak woda zalewa im stopy, i czekały. Jak zwykle siostra Porywistego Wiatru zapytała, czy go widzą, a one potwierdziły. Kiedy zapytała, czym pogania zaprzęg, skłamały, że niewyprawioną skórą. Kiedy weszły do jego namiotu, poły mocno zatrzepotały. Miały nadzieję, że zobaczą go pochylonego nad kolacją, ale w namiocie nikogo nie było. Porywisty Wiatr, odkrywszy ich oszustwo, pozostał niewidzialny.
Gdy najmłodsza córka wodza poszła na poszukiwania Porywistego Wiatru, natarła poparzoną twarz ziemią, by ukryć blizny, i załatała spódnice korą drzew. W drodze na plażę minęła inne panny, które śmiały się z niej i nazywały ją głupią.
Ale siostra Porywistego Wiatru czekała i kiedy słońce ciężko opadało ku horyzontowi, zabrała dziewczynę na plażę. Widząc brata, zapytała:
- Widzisz go?
- Nie – odparła dziewczyna, a siostra Porywistego Wiatru zadrżała, słysząc prawdę.
- Czy teraz go widzisz? – zapytała ponownie.
Na początku dziewczyna z twarzą zwróconą ku niebu milczała, nagle jednak jej oczy zapłonęły jak ogień.
- O tak, widzę – rzekła wreszcie – i jest piękny. Tańczy na chmurach i chodzi z księżycem na ramieniu.
- Czym pogania zaprzęg?
- Tęczą.
Siostra Porywistego Wiatru też spojrzała w niebo.
- A z czego jest zrobiona cięciwa jego łuku?
Dziewczyna uśmiechnęła się i noc obmyła jej twarz.
- Z drogi Mlecznej – odrzekła. – A groty strzał to najjaśniejsze z gwiazd.
Siostra Porywistego Wiatru wiedziała, że brat ukazał się tej dziewczynie, ponieważ mówiła prawdę. Zabrała dziewczynę do domu i wykąpała, tak długo przesuwając dłońmi po jej skórze, aż wszystkie blizny zniknęły. Śpiewała, a włosy dziewczyny rosły gęste i czarne. Dała jej swoje bogate stroje i zaprowadziła do namiotu Porywistego Wiatru.
Następnego dnia Porywisty Wiatr ją poślubił i oboje przemierzali niebo, skąd dziewczyna patrzyła na swój lud. Jej siostry kipiały z wściekłości i groziły pięściami duchom, żądając wyjaśnień. Porywisty Wiatr postanowił ukarać je za krzywdy, jakie wyrządziły jego oblubienicy. Zamienił je w osiki i zakopał ich korzenie głęboko w ziemi. Od tamtego dnia osiki drżą z przerażenia na myśl o nadejściu Porywistego Wiatru. I choćby nie wiem jak łagodnie nadchodził, one się trzęsą, ponieważ nie potrafią zapomnieć o jego wielkiej mocy i jego gniewie.

Legenda Algonkinów*

 

Opowieści…

 

A w życiu? Leniwe, niedzielne przedpołudnie z padającym za oknem śniegiem. Mokre paćki śniegu z deszczem pokrywają parkową trawę tworząc dysonans do śliwy pokrytej drobnymi, białymi kwiatkami. Wiosna. Kwiecień, plecień, bo przeplata. Trochę zimy, trochę lata :-P

 

 

* Opowieść pochodzi z książki Jodi Picoult „Jak z obrazka”, Kolekcja Jodi Picoult 7, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2017, s. 9-12.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

Poszukiwanie zapomnianego dzieciństwa

20 kwi

W terapii cofnęłam się do dzieciństwa

I mur…

Nie pamiętam niczego, co działo się przed szóstym rokiem życia. Nic. Czarna dziura…

Postanowiłam pobawić się w detektywa i zapytać żyjącego rodzeństwa o swoje dzieciństwo. Pomyślałam, że to uruchomi jakieś trybiki, coś poruszy i runie lawina wspomnień. Zaleje mnie i nareszcie będę mogła odnaleźć swoje miejsce w rodzinie. Odnajdę te niteczki, które łączą mnie z najbliższymi, przestanę czuć się obcą wśród nich. Odnajdę swoją tożsamość. Przestanę być odmieńcem i tym „wyskrobkiem”, jak mnie nazywali. Może zobaczę wtedy matkę, która zamiast płakać, że mogła mnie abortować, nareszcie się uśmiechnie i powie, że to co chciała zrobić, jest niczym w porównaniu, z tym co ma. A miała przecież mnie…

Pomyślałam, że najlepszym momentem na takie śledztwo będą święta.

W niedzielę zadałam pytanie o moje dzieciństwo bratu.

Może zaczęłam niefortunnie. Może czas nie taki. Może poruszyłam temat siostry… Cholera wie…

Brat bardzo się zdenerwował. Popatrzył na mnie i odparował:
- Byłaś oczkiem w głowie rodziców.

I tyle…

W poniedziałek poszukiwania tożsamości ciąg dalszy… To samo pytanie zadałam siostrze.

Siostra bez namysłu odpowiedziała „bo ty chowałaś się po kątach…”

No fajnie…

No to dużo się dowiedziałam.

Dalej nic nie wiem. Dalej czuję się kukułczym pisklęciem.
Wspomnienia nie pasują do bycia „oczkiem w głowie”, raczej do „chowałaś się po kątach”.
Życie, które ułożyłam sobie jako dorosła osoba też bardziej pasuje do „chowałaś się po kątach”. Dziecko, które chowa się po kątach czegoś się boi, przed czymś ucieka, coś ma do ukrycia…
Masz, następna łamigłówka!!!

A może lepiej nie drążyć… Zostawić w cholerę całą tę przeszłość. Było, minęło…

W środę rozbawiło mnie na terapii jedno zdanie dotyczące drążenia w przeszłości: A co jak okaże się, że handlowałam śledziami na Placu Grzybowskim? Ostatecznie to nic złego, to handlowanie. Znam dziewczynę, której motto życiowe to: „Lepszy słaby handelek, niż  ciężki szpadelek”. Lepiej?! Tylko czemu tak bardzo brakuje mi tego życiowego puzzla, dlaczego taką wagę do niego przywiązuję???

Nomen, omen, czytam książkę o kobiecie, która dowiaduje się, że została porwana przez ojca. Żyła z przeświadczeniem, że jej matka nie żyje a tu okazuje się, że matka nie tylko żyje, ale że była też alkoholiczką i ojciec, aby chronić córkę, wolał ją wywieść do innego stanu.
Kobieta chce poznać swoją matkę, chce przypomnieć sobie swoje dzieciństwo w najdrobniejszych szczegółach, jakby to miało w magiczny sposób zmienić całe jej życie.
W książce jest taki fragment:
„Szkoda, że nie mogę sobie przypomnieć wszystkiego. (…) nie wiem, kim byłam” Na co odpowiada jej przyjaciel: „Rozejrzyj się dziewczyno, znasz całą rzeszę ludzi, którzy ci o tym przypomną, zacznij zadawać sobie pytanie, kim będziesz teraz, po tym wszystkim, co się stało. (…) ważniejsze jest to, gdzie będziesz mieszkała za pięć lat. Co z tego, że kiedyś miałaś na podwórku drzewko cytrynowe? Bardziej mnie interesuje, czy teraz posadzisz sobie cytryny w ogródku?
I w tym momencie wszystko stało się jasne. Jakby ktoś umył brudne okno, przez które człowiek całymi dniami bezskutecznie próbował coś wypatrzeć. Niektórzy ludzie wiedzą o sobie wszystko i są też tacy, którzy nie wiedzą o sobie nic. W rodzinach zastępczych żyje mnóstwo adoptowanych dzieci, którzy nie mają zielonego pojęcia, kim byli ich biologiczni rodzice (…) W każdej chwili życia można zacząć od nowa. I to nie jest życie na niby, to jest prawdziwe życie. Naprawdę.” *

To życie, które mam teraz jest prawdziwe i dobre i mam w dupie przeszłość. Ona nic dobrego nie przyniesie. To wiem naprawdę. Wypróbowałam to… Ale tak mi brakuje tego puzzla…

Terapeuta powiedział:
- Ty dobrze pamiętasz, co się wtedy działo…
- Nie, nie pamiętam…
- Pamiętasz…
Czyli co, jest w pamięci szufladka z napisem „wczesne dzieciństwo”, ale dla mojego dobra nie chce się otworzyć??? Kto w takim razie ma kluczyk???

 Więc szukać, czy nie? Drążyć, czy dać sobie święty spokój? Dowiedzieć się, czy lepiej nie przekraczać tej czarnej ściany zapomnienia?

 

* Jodi Picoult , Zagubiona przeszłość, Kolekcja Jodi Picoult 6, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2017.

 

************  21:56  ***************

 

Właśnie wróciliśmy

Byłam drugi raz na filmie „A Monster Calls”.  Tytuł polski, nieszczęśliwie przetłumaczony  – „7 minut po północy”.

Zajebisty film

Oglądany po raz drugi zyskał więcej „smaczków”

Bardzo terapeutyczny. BARDZO!!!

Zryczałam się jak głupia.

Teraz oglądałam go z synem. Wcześniej była córka

Po raz trzeci pójdę sama

Nie daruje

Wart jest każdej minuty oglądania

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

Poniedziałek wielkanocny – wielka moc spokoju

17 kwi

Jest poranek

Za oknem piękne słoneczko

Kot wypuszczony na poranny obchód po parku

Na dworze jest przymrozek. Trawa jest siwa od szronu…

Piękny, spokojny, świąteczny poranek.

Wczoraj popołudnie u brata.

Kawa już wypita…

Czytam kolejną powieść Jodi Picoult „Zagubiona przeszłość”. Opowieść o kobiecie, której przeszłość okazała się inna od tej jaką znała. Jak zwykle fabuła książki mocno oparta na rzeczywistości. Autorka pokazuje na czym polega wychowywanie się w rodzinie z problemem alkoholowym – matka głównej bohaterki była alkoholiczką. W dorosłym życiu Delia wybiera na męża alkoholika.
„Zagubiona przeszłość” – to przeszłość Delii i jej ojca, historia, która wraca w najmniej oczekiwanym momencie.
„Delia Hopkins jest dzieckiem szczęścia. Ma małą córeczkę, przystojnego narzeczonego, ukochanego ojca oraz psa, z którym pracuje przy poszukiwaniu zaginionych ludzi. Trwają przygotowania do ślubu. Ni stąd, ni z zowąd Delię zaczynają dręczyć wspomnienia których nie potrafi wyjaśnić ani umiejscowić w czasie i przestrzeni. A potem w jej domu nagle pojawia się policjant, przynosząc nieoczekiwana wiadomość, która rujnuje bezpieczny świat młodej kobiety”
To tyle z okładki.
Delia dowiaduje się o swojej matce alkoholiczce i o tym, że ojciec chcąc ratować ją przed matką, uprowadza ją do innego stanu, zmienia nazwisko i wychowuje sam.
Ojciec trafia do więzienia za uprowadzenie i zostaje deportowany do stanu, w którym dopuścił się przestępstwa. Delia wyjeżdża za nim a jej narzeczony, adwokat, broni przyszłego teścia.
Podążając za głównymi bohaterami możemy się zastanowić nad różnymi problemami: czy lepiej mówić prawdę, czy ukrywać ją i maskować kłamstwem; dlaczego dzieciństwo tak wpływa na dorosłe wybory; dlaczego dorośli wchodzą w związki z osobami bardzo podobnymi do własnych rodziców, po to, żeby naprawić i stworzyć relację, jakich nie mieli w dzieciństwie (jeżeli to byli „toksyczni” rodzice”); dlaczego przebaczenie i pogodzenie się z przeszłością daje ogromną ulgę.
Jeszcze nie przeczytałam książki do końca, więc nie powiem nic o zakończeniu…

Książka tak jakoś splotła się z wydarzeniami przeżywanymi przeze mnie na terapii. Wróciłam do dzieciństwa, z którego też nic nie pamiętam do 6 roku życia a to co pamiętam od tego roku, wesołe raczej nie jest. Już wiem dlaczego wybrałam takiego, a nie innego partnera, dlaczego reaguję nerwowo na święta, dlaczego nie umiem wchodzić w głębsze relacje z ludźmi.

W środę na terapii nad nami zawisło moje pytanie (retoryczne oczywiście)

CO MAM ROBIĆ, ŻEBY CZUĆ SIĘ DOBRZE WE WŁASNEJ SKÓRZE. CZUĆ SIĘ DOBRZE W MIEJSCACH. W KTÓRYCH JESTEM. CZUĆ SIĘ DOBRZE Z LUDŹMI, KTÓRZY MNIE OTACZAJĄ????

Terapeuta mi nie opowie na to pytania :-(

Odpowiedź muszę znaleźć sama

Utkwiło mi w pamięci parę słów B – o tym, że dorastam.
Taaa, baba ponad czterdziestoletnia w końcu ma szansę dorosnąć.
Dobrze, że on mi to umożliwia. Tak powinien zachowywać się ojciec, albo matka. Pozwolić na dorośnięcie, ale skoro nie dane mi było, więc obcy człowiek dokonuje tego procesu za nich.
Dobrze…

Podobno moje dorastanie charakteryzuje się tym, że zaczynam dostrzegać odcienie szarości. A dla mnie oznacza margines spokoju. Skoro nie ma bardzo złych i bardzo dobrych ludzi a są jacy są, pozwala mi to na wyciszenie się i popatrzenie na wszystko, co się dzieje dookoła mnie z odrobiną dystansu. Tak, ludzie się bronią, nawet wtedy kiedy nie muszą i atakują, nawet wtedy kiedy nie ma realnego zagrożenia. Są agresywni, opryskliwi, wrzaskliwi, kłótliwi, bo się boją. Zostali poranieni przez swoich rodziców, przez niepowodzenia życiowe, przez samotność. „Kolce” dawały możliwość przetrwania, ale teraz, kiedy nie ma zagrożenia, ranią innych. „Odcień szarości” – to strefa, gdzie biel miesza się z czernią, gdzie dostrzegamy zło i dobro, ale nie popadamy w skrajność, bo bardziej cenimy własny spokój, niż „zbawianie świata”. Pozwolić ludziom istnieć, bez potrzeby ich naprawiania. Ominąć, zamiast toczyć bój. Ludzie się nie zmienią, jeżeli tego nie chcą. Odcień szarości bardzo mi się podoba.

Rozmawialiśmy w środę o wielu rzeczach.
Rozmawialiśmy o mim eksperymencie społecznym i o jego wyniku i pierwszy raz przyznałam się do tego, że zaczynam marzyć. Dotąd nie miałam marzeń a teraz marzę o wyjazdach, ciekawych miejscach, zmianach, których przestaję się bać.

Opowiedziałam historię sprzed dwóch lat, z biletomatem, w Warszawie. Nie umiałam kupić z niego biletu na tramwaj. W przerażenie wprowadziło mnie wielość stref i to, że nie wiem jaki bilet wybrać i jak go w ogóle kupić. Byłam wtedy z córką.W planach był teatr a wcześniej wizyta u znajomej. Do wizyty nie doszło, bo mnie sparaliżował strach. Wpadłam w taką panikę, że najchętniej usiadłabym pod biletomatem i zaczęła płakać. Poczułam się jak w potrzasku. Pytani przeze mnie ludzie, w jaki sposób kupić bilet, też nie wiedzieli. Było mi wstyd przed córką. Jedyne co mogłam zrobić, to zadzwonić do znajomej i przeprosić ją, że nie przyjadę i spotkamy się przed teatrem. Byłam przerażona…

Dziś traktuje to jako doświadczenie. Bilety na tramwaj kupuję w kiosku i zawsze mam dodatkowe w portfelu, żeby znów nie spanikować.

Pytanie o swoje miejsce wciąż nade mną wisi. O poczucie siebie… Tak podobno mają dzieci DDA – uczucie wyobcowania, niezrozumienia, ostracyzmu, osamotnienia.

Wiec, dorastam…

Na to nigdy nie jest za późno…

Jestem dumna z tego, że dane mi jest dorosnąć :-)

Powoli zmieniam sytuacje, które mnie uwierają, które powodują moje „stanie w rozkroku”, bo nie umiem się zdecydować, co jest lepsze. „Rozkrok” jeszcze jest, ale różnica polega na tym, że teraz jestem go świadoma. Jest jeszcze parę rzeczy do przepracowania…
Dorosłość to umiejętność dokonywania racjonalnych wyborów, bez patrzenia „co inni powiedzą” i „czy przypadkiem kogoś nie uraziłam?”. Dorosłość to szanowanie siebie i obrona własnych granic. Dorosłość to spokój i cieszenie się własnym życiem, to relacje, które nie ranią, to odnalezienie własnego miejsca na ziemi – tak to sobie wyobrażam.
Aby wejść w fazę dorastania musiałam poświęcić prawie cztery lata terapii 8-O . Ile zajmie mi stawanie się dorosłą????

Nieważne! Nie żałuje ani jednej godziny terapii. Jestem z siebie dumna :-D

Kiedy spojrzę wstecz, na tę kobietę sprzed dwóch lat, którą byłam, zmotaną w emocjonalne relacje, przeżywającą wszystko bardzo mocno, na myśl przychodzi mi podsumowanie syna, kiedy usiedliśmy do wielkanocnego śniadania.
Młody powiedział:
- Nareszcie normalnie i w końcu przestałaś powtarzać z nerwami… – i tu zawiesił głos.

- Powtarzać co? – zapytałam ze śmiechem
- No, nie wiem, czy wypada, tak przy stole?
- Mów, bo sama jestem ciekawa.
- Przestałaś powtarzać „A ch…j z tym wszystkim”
Wytrzeszczyłam oczy i odpowiedziałam:
- Kurde ja tak mówiłam? Synu, nie bierz przykładu z mamusi. A tak na serio, w końcu zaczęło mi zależeć na czasie z wami – popatrzyłam na Maleńką i w jego kierunku – No i zaczynam dorastać! – wybuchnęliśmy wszyscy śmiechem.
Zrozumiałam, że święta to nie suto zastawiony stół, to nie baby i mazurki pieczone z wywieszonym ozorem do bladego świtu, żeby „były święta”, i nie piękne ubranie, kiedy siadamy do stołu… więc odpuściłam. Pozwoliłam, żeby święta przyszły same. Leniwie przetoczyły się przez te dwa dni, pozwoliły popatrzyć na prześliczną Małą i przystojnego Młodego, bo najważniejszy jest spokój i to, że osoby, które kochamy są jeszcze blisko nas.
Nie zawsze tak będzie…

 

 

Fragment tekstu pochodzi z książki Jodi Picoult „Zagubiona przeszłość” ,Kolekcja Jodi Picoult, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2017.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Książka, Życie