RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Film’

Trzy razy osiem, czyli czas na odpoczynek

16 cze

Tak. Ogromny czas! Najwyższy czas! ODPOCZYNEK! Uwielbiam to słowo :-D  Uwielbiam ten czas :-D

Od dwóch tygodni mam nareszcie wszystkie kanały w telewizji. Odkąd przenieśliśmy się do mieszkania przy parku, czasami jedynym „filmem” jaki mogłam obejrzeć był przepiękny widok z okna. Owszem antenę zamontowałam, nawet czasami było parę kanałów, ale wystarczył deszcz, albo silniejszy wiatr, o śniegu nie wspomnę i z oglądania nici. Ostatnio nawet nie chciało nam się wchodzić na dach i ustawiać „talerza”, bo i tak na drugi dzień był tylko program II telewizji polskiej. Taki myk :-(
W końcu odżałowałam parę złoty na fachowca i od prawie dwóch tygodni możemy normalnie oglądać telewizję. Hurrrra! Chociaż tak między nami telewizyjnymi jaskiniowcami, oglądać najczęściej nie ma czego. Niestety…
Najczęściej oglądam HBO, bo tam można „złapać” nowości.

Wstrząsnął mną film „Ostatnia rodzina”. Matuszyński odarł rodzinę Beksińskich z nadprzyrodzonego blichtru sławy i patrzenia na nich przez pryzmat surrealistycznych obrazów Zdzisława Beksińskiego.
To podczas filmu przypomniałam sobie głos Tomasza z radiowej „trójki” i jego magnetyczne przyciąganie. Jako panienka wyobrażałam sobie inaczej faceta, który czarował głosem a tu… w filmie szare, a wręcz przytłaczające życie młodego mężczyzny, który zmaga się z nadpobudliwością i załamaniami nerwowymi, uciekając się nawet do prób samobójczych.
Wspaniała gra aktorska. Andrzej Seweryn (Zdzisław Beksiński), Aleksandra Konieczna (Zofia) i Dawid Ogrodnik (Tomasz). Nie poznałam Andrzeja Chyry w roli Piotra Dmochowskiego.
Nie mogłam się opędzić od uczucia klaustrofobicznego zamknięcia podczas oglądania. Wszystkie (prawie) sceny rozgrywają się w mieszkaniach w bloku. Ta rodzina dusi się, kłębi, wikła, wykańcza i powoli wymiera. Nie obejrzałam całego filmu od razu. Podchodziłam do niego trzy razy.  W pamięci zostało mieszkanie Beksińskich, gdzie umarły dwie starsze panie – matka Zofii i matka Zdzisława; w kuchni zmarła Zofia a w przedpokoju został zadźgany nożem Zdzisław. Oczywiście te zdarzenia były rozmieszczone w czasie. Brrr… Ciemne, zatłoczone mieszkanie naznaczone śmiercią.
Tomasz też popełnił samobójstwo w swoim mieszkaniu.
Beksiński przez dłuższy czas był sam. Wpuszczał ekipę sprzątającą i w taki sposób w końcu doczekał się swojej śmierci. Wpuścił młodego chłopaka, o którym myślał, że jest jedną z osób, które zajmują się sprzątaniem. Głupia, beznadziejna śmierć. Bardzo okrutna.

Zofia mówiła do męża „Zdzisek”…


Tomasz neurotyczny, nadpobudliwy, wybuchający niepohamowanym gniewem, potrafiący rozwalić kuchnię matki przez byle pierdołę i Zofia, kochająca mamusia, mówiąca do dorosłego syna „Tomcio”. Tomcio to, Tomcio tamto…

Ciężki film. Wstrząsający i zapadający w zły sposób w pamięć.

I zapamiętam zdanie wypowiadane przez Beksińskiego: „Rodzina to grono ludzi, którzy tak jak się lubią, tak też się nie znoszą”. 

I ogarnęło mną przeświadczenie, że to, co widzimy, jest inne od stanu faktycznego. Ludzie dostrzegają, to co chcą widzieć, albo pokazują „jedną stronę księżyca”, tę jaśniejszą a ciemniejsza zawsze jest niewidoczna a prawdziwe życie toczy się właśnie po ciemnej stronie księżyca… Hmmm… Ciemna strona księżyca może być przerażająca.

No, dobra, ale po co się dołować. Lepiej łapać słoneczne promienie, sycić się błękitem nieba, wdychać woń lasu i rozkwitłych łąk. Na polach plonuje żyto i pachnie świeżo pieczonym chlebem. To jest życie!!!! Warto ruszyć tyłek z kanapy i wyjść w przepiękne okoliczności przyrody :-D

Znalazłam taka wskazówkę pewnego zakonnika o imieniu Phil Bosmans „Trzy razy osiem”

Nasze czasy są męczące i nerwowe.
Lekarze mają pełne ręce roboty
Z ciśnieniem, sercem, krążeniem, nerwami ludzi.
Kto, zwłaszcza w miastach, da porwać się
piekielnemu tempu, pospiesznemu życiu,
ponieważ wszystko musi przebiegać terminowo i planowo,
ten wkrótce się rozchoruje i na wpół oszaleje.

Dobrze spałeś, wstałeś spokojny,
dobrze się czujesz, jesteś w dobrym nastroju
i pełen optymizmu.
Ale przy śniadaniu otwierasz gazetę.
same straszne wieści: zbrodnie, nieszczęścia,
katastrofy, konflikty narodowe i międzynarodowe.
Nie widzisz nic poza budzącymi grozę obrazami
i przy ostatnim łyku kawy wzdychasz:
„Niech diabli wezmą taki świat”.
Twój całkiem dobry nastrój gdzieś się ulotnił.
I tak dzieje się dalej: Cały dzień urabia cię
huk samochodów, dźwięk telefonów,
stukot maszyn, uliczny hałas,
rzępolenie radia, głos szefa…

Poznaj sekret, jak w tym kotle czarownicy
zachować zdrowie ciała i duszy.
Zaklęcie brzmi „trzy razy osiem”:
osiem godzin pracować, osiem godzin spać,
osiem godzin śmiać się, jeść, bawić się, śpiewać, modlić.
Trzy razy osiem, to ratunek dla ciebie.*

 

To bardzo dobra rada. TRZY RAZY OSIEM! Zwłaszcza sen i odpoczynek jest ważny, żeby nie zwariować w tym rozpędzonym świecie :-D

 

* PhilBosmans, Żyć każdym dniem, Seven, Wrocław 2004, s. 180.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Film, Życie

 

Zielono mi, czyli przepis na koktajl witaminowy☺

27 kwi

Wiosnazielony

Wiosna

a z nią wiosenne przesilenie, czyli zmęczenie i brak witamin.

Znalazłam przepis na zielony koktajl, pełen witaminy c, żelaza, błonnika, tłuszczy dobrze tolerowanych i szybko wchłanianych przez organizm. No, po prostu bomba!

Podaje przepis:

1 jabłko
1 kiwi
garść szpinaku
sok z połowy cytryny
łyżeczka siemienia lnianego
1/4 awokado
woda wg uznania

Można dodać winogrona, albo banana, albo modnego teraz, młodego jęczmienia.

Szybko się robi! Ja po prostu wszystko traktuję blenderem w wysokim naczyniu.

Jeżeli dodamy mniej wody, będzie coś do jedzenia łyżeczką a jeżeli dodamy więcej wody, coś do picia.

Polecam! Jest pyszne ☺ I te witaminy, mmmmmy

 

************* 20:21************

Niedawno wróciłyśmy z kina.

„Chata”

Bardzo dobry film. Film o przebaczeniu sobie i innym.

Zdania, które pozostały po filmie: „Bóg nie chcę, żebyśmy się stali niewolnikami wiary”; „Przebaczenie nie tworzy relacji, ale daje spokój”; „Nie możemy sądzić nikogo, bo nie wiemy jakie miał życie”…

Bóg jest czarną kobietą, albo starym Indianinem, albo…

Duch Św. to młoda, piękna Azjatka.

Oglądałam i myślałam o terapii i film stał się nagle bardzo mi bliski…

Nooooo, terapeutyczne filmy: „A Monster Call”, „Ukryte piękno” i teraz „Chata”.

Usłyszałam, że film jest mocno chrześcijański. Może i tak, bo główny bohater trafia do Chaty/Nieba i tam spotyka Trójcę św. Bóg jest czarną kobietą i przedstawia się imieniem łudząco podobnym do słowa „iluzja” – więc nie do końca trzeba się kierować „chrześcijańską” ścieżką.
Fabułą filmu jest proces powrotu do dobrego życia po traumatycznych przeżyciach i na tym trzeba się skupić. Osoby, które zamieszkują chatę to przewodnicy do odnalezienie szczęścia. Pokazują, że zło jest względne, że można przebaczyć a nawet trzeba, nie ze względu na dobro krzywdziciela, ale ze względu na nasze dobre samopoczucie. Tkwienie w poczuciu krzywdy jest dla nas toksyczne i powoli nas niszczy. Lepiej więc otworzyć się na życie, zrezygnować z bycia sędzią, dostrzegać piękno przyrody a przede wszystkim pozwolić naszym najbliższym nas kochać z wzajemnością.
Było mnóstwo fajnych dialogów. Niestety, głowa nie komputer i wszystkiego nie zapamiętałam. Ale, jak zwykle spłakałam się jak głupia.
Niełatwo było patrzeć na sceny przemocy, kiedy pijany ojciec bije swojego syna, każąc mu recytować fragment Biblii o miłości dzieci do rodziców…
Niełatwo było patrzeć na ogromną rozpacz ojca po stracie ukochanej, najmłodszej córki…
Więc łzy płynęły strugą :cry:

Były piękne zdjęcia przyrody i… niespodzianka!!! Drzewo!!!!

Drzewo, piękne, zielone i pełne kwiecia wyrosło w środku wspaniałego ogrodu. Wyrosło po wyrwaniu innej wspaniałej rośliny. Wystrzeliło z ziemi w miejscu złożenie ciała zamordowanej córki. Ogromny symbol!!! Mogłabym wrócić do książki „Moc uwielbienia”, gdzie po raz pierwszy przeczytałam, że nawet z największego zła Bóg może wyprowadzić dobro. Nawet z największej „biedy” możemy otrzymać wiele dobra, pod warunkiem, że będziemy chcieli je dostrzec i popracować nad jego wydobyciem. Wszystko jest w nas – zło i dobro. Jest tak jak z tymi wilkami – dobrym i złym. Wygrywa ten, którego bardziej karmimy.

Ochhhhhh….

No i następny zakup w planach – film i książka „Chata”.
Film dlatego, żeby córka mogła go obejrzeć z lektorem a poza tym obiecałyśmy sobie (ja, córka i jej koleżanka) wieczór filmowy właśnie z tym filmem w zaciszu domowym. A książka dlatego, że chciałabym jeszcze raz „usłyszeć” te zdania, sentencje i dialogi, jakie wypowiadali bohaterzy.

Książka „A Monster Calls” już w domu. Czeka na czytanie. Przemycę niektóre fragmenty na bloga.

Mam też „Sekretne życie drzew” – wydanie z pięknymi zdjęciami – 60 fotografiami polskich lasów i naprawdę to, co widać na zdjęciach to czysta magia. Magiczne drzewa :-) ;-)

Bo wszędzie można znaleźć odrobinę magii. No nie?!

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film, Książka, Życie

 

Ale to już było…

22 sty

Z otchłani Facebooka wychynęło zdjęcie sprzed czterech lat

Niby niedawno

Niby…

Na zdjęciu ciężki sprzęt, który utknął przy odśnieżaniu drogi do domu

Cztery lata temu śnieg zasypał wąską drogę pomiędzy łąkami a panowie, którzy odśnieżali drogę chcieli ją odśnieżyć do samej bramy.

Utknęli. Przyjechała koparka, żeby wydobyć pług śnieżny

Cztery lata temu

A mnie wydaje się, że to było w innym życiu, w innym wymiarze, nierealna przeszłość, która odeszła w niebyt a nawet w zapomnienie.

Kosmos

Inny wymiar

Znajoma wpisała komentarz „Ale to już było i nie wróci więcej…”

Śmieszne, tak odciąć się od piętnastu lat. Patrzeć na to zdjęcie, jakby nie dotyczyło mnie, bez emocji…

Tak patrzę na rodzinny dom. Wiem, że tam się wychowałam, ale już do niego nie należę. Nie jest częścią mnie. Małżeński dom też już nie jest częścią mojego jestestwa. Wyszłam… Zostawiłam…

2013

2017

Cztery kosmiczne lata

Ale to już było

Znikło gdzieś za nami

Za oknami kolejny świt

I do przodu wciąż wyrywa moje serce

Ale to już było

Dziś wtulam się w ciepłą ciszę

Rozpływam w spokojnej rzeczywistości

 

 

 

Oglądałam dwa dokumenty dotyczące Karrie Fisher, księżniczki Lei z „Gwiezdnych wojen”. Polecam. Na HBO.

Carrie opowiada o swoim życiu z ogromnym poczuciem humoru i autoironią, chociaż cierpi na depresję dwubiegunową.

Z dokumentu zapamiętałam te zdania:
„Wielu z nas odnajduje niebo dopiero po powrocie z piekła. A choć miejsce, w którym się dziś znalazłam nie wszystkim kojarzy się z rajem, mogłabym przysiąc, że gdy jest cicho, słyszę anielskie pienia… no tak, k…wa, zapomniałam o lekach…” (słychać sygnał karetki) Carrie podnosząc palec, mówi „to po mnie”.
Daje też takie rady:
- „rozpamiętywanie jest jak picie trucizny, albo oczekiwanie, że umrze za nas ktoś inny”;
i wskazówka od babci
- „płacz, będziesz mniej sikać”.  :-D
Bardzo dobry dokument, wart obejrzenia.

I to na dziś tyle :-D

Bardzo polecam do obejrzenia „Carrie Fisher i Debbie Reynolds prywatnie” i „Księżniczka na kacu” (ten można oglądać bez abonamentu) obydwa na HBO. Warto!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Film, Muzyka, Życie

 

Oprah Winfrey – całe życie polega na tym, by stawać się bardziej sobą.

28 gru

Po trzech latach terapii odkryłam dlaczego na nią chodzę, dlaczego nie zrezygnowałam po przeprowadzce, kiedy piałam z zachwytu, jak mi teraz dobrze.

Maleńkimi kroczkami doszłam do „wielkiej tajemnicy”, która tajemnicą nie jest…

Wczoraj obejrzałam przepiękny film o chłopcu, którego matka chorowała na raka. Była na tyle mądra, że swoje dziecko przygotowała do własnej śmierci.
Było wiele tekstów, które słyszałam na swojej terapii.
Było Mądre Drzewo, wielowiekowy cis, które odegrało rolę terapeuty i które zjawiało się na wezwanie chłopca.

Tytuł anglojęzyczny był bardziej adekwatny do tego, co działo się w filmie. Polski tytuł „Siedem minut po północy”, jak zwykle nietrafnie ułożony, nie oddawał sedna filmu. „A monster calls”  – i ten tytuł powinien zostać. Chłopiec przyzywał potwora, kiedy nie umiał czegoś zrozumieć, albo kiedy czuł tak wielką złość, że tylko Drzewny Potwór mógł ją wyrazić.
Drzewny stwór opowiedział mu trzy bajki a czwartą chłopiec miał opowiedzieć sam. Czym była czwarta opowieść? Była wyzwoleniem chłopca z jego leków, tamowanej złości na matkę i na jej ostateczne odejście i zostawienie chłopca z nielubianą babką.
Dialogi w filmie są mocno terapeutyczne. Nawet matka ostatecznie mówi do syna, że ten ma prawo do złości, ma prawo w tej złości nawet coś zniszczyć i to nie będzie złe…
Na sali podczas projekcji filmu słyszałam jak ktoś pochlipywał, jak ktoś głośno wycierał nos. Ja też płakałam… Całą sytuację mocno brałam do siebie. Powtarzałam sobie: Masz prawo się złościć, masz prawo wyrazić tę złość! Wypuść ją w końcu! Niech zamieni się w potwora, który zrówna z ziemią stary świat, wyniesiesz później szczątki starych rzeczy na śmietnik i dasz miejsce nowemu, lepszemu.
Łzy toczyły się po policzkach… To tak śmiesznie płakać… Tak użalać się nad sobą… Co by powiedziała matka??? Przecież trzeba być dzielną i nią się opiekować, nie pozwolić, żeby umarła, znaleźć cudowny lek na jej chorobę, nie złościć się, bo złość może ją zabić! A ona musi żyć!
I już nie wiem, co było filmem a co kawałkami mojego życia…
Chłopiec miał swojego Drzewnego Potwora i ja z Drzewnym Potworem spotykam się co środa…

Dziś na sesji powiedziałam dlaczego tak przywiązuję się do ludzi, dlaczego zachowuję się w stosunku do nich asekuracyjnie: uśmiecham się i jestem mega miła. Bardzo cierpię, kiedy ktoś odchodzi z jakichkolwiek bliskich relacji ze mną i dlaczego obwiniam wtedy siebie. Powód jest bardzo prozaiczny i bardzo wyśmiewany przez przeciwników terapii – zaczepienie się w relacji z najbliższymi w dzieciństwie i powtarzanie tych samych sytuacji, które wtedy „nie wyszły”, albo które wpojone przez rodziców są naszym świętym dekalogiem zachowań.
Co jest moim dekalogiem?

„nie chciałam ciebie”, „chciałam aborcji”, „wychowywała cię siostra, bo ja byłam za stara”, „nie masz prawa się złościć”, „jesteś niewdzięczna, ciągle czegoś chcesz”, „już nie chcę żyć”, „niech Bóg mnie w końcu zabierze, bo…”, „ja umieram, zobacz jak nierówno bije mi serce”, „umrę jak się wyprowadzisz”, „wykończy mnie ten…” i w końcu umarła naprawdę … i nic nie dało, że nie chciałam… że chciałam być najlepszym dzieckiem pod słońcem.. to nic nie dało…
Złościć się? Przecież nie mam do tego prawa…

A tu terapeuta mnie prowokuje… A tu film, gdzie matka mówi „Masz prawo do złości”… I moja panika, kiedy zostawiam coś swojemu biegowi, kiedy wychodzę z bliskich relacji z ludźmi, kiedy nie wspieram, kiedy nie jestem miła i dobra, kiedy próbuję dbać o siebie…
Ychmmmm…
Kocham życie, ale do tej pory nie żyłam a ludziom starałam się nieba uchylić, ze strachu. Bałam się, że odejdą jak matka, że jak ona będą źli na mnie, bo za mało się staram… Kurczowo się ich trzymam i bardzo cierpię, kiedy się ode mnie odsuwają. Odchodzą, bo nie zdałam „matkowego” egzaminu. To znaczy, że jednak jestem do niczego, że zasłużyłam sobie na takie traktowanie i lepiej, żeby mnie jednak nie było. Pojawia się panika… Co robić? Przecież nie mogę pozwolić, żeby „umarli”…

Jak pogodzić dwie tak skrajne emocje: miłość i nienawiść, dobroć i ogromną złość? Jak?

I dlatego dalej chodzę na terapię

Chcę dobrego życia – życia bez panicznego lęku i bez raniących relacji z ludźmi!!! Bez przyklejonego do ust uśmiechu i bez milczenia, bo lepiej nic nie mówić, niż powiedzieć coś, co zrani drugą osobę, a w mojej głowie są to wszystkie słowa, w których wyrażam swoje zdanie, swoją opinię.
Lepiej milczeć…
Lepiej zniknąć…
Nie, wcale nie lepiej!
Chcę dać sobie prawo do życia!

Zwiastun filmu, na który warto iść:

 

 

Wpadła mi do ręki książka Oprah Winfrey „To, co wiem na pewno” i skojarzyłam to, co ona napisała ze swoim żmudnym dreptaniem w miejscu podczas kolejnych sesji i pytań terapeuty, które wciąż krążyły wokół jednego tematu – tematu, który opisałam wyżej.
Teraz mam cel – przestać przepraszać wszystkich, że ośmielam się żyć i dziękować wszystkim za wszystko.

Bardzo często paraliżuje mnie strach przed powiedzeniem tego co myślę, bo mogłabym urazić drugą osobę… A nie uśmiechać się i nie wspierać? No,no, matka przewraca się w grobie…
Brrr

A przecież…

„Całe moje życie jest cudem… (…). Nieważne, czy rodzice cię pragnęli, czy była to wielka wpadka (…) fantastycznie, że żyjesz i czytasz te słowa.
Piszę je nie znając szczegółów twojego życia. Wiem jednak, że każdy człowiek niesie swoją historię nadziei i smutku, zwycięstw i strat, odkupienia, radości i światła.
Każdy odbiera swoją porcję życiowych lekcji. Od ciebie zależy, ile się z nich nauczysz.
Gdy spojrzysz na świat jak na szkolną klasę, zrozumiesz, że wszystkie doświadczenia mają cię czegoś o tobie nauczyć. A całe życie polega na tym,  by stawać się bardziej sobą. (…) (s. 149)

„Brak bliskości to nie dystans dzielący nas od drugiej osoby, lecz lekceważenie siebie. To prawda, że wszyscy potrzebujemy relacji, które nas wzbogacają i wzmacniają.
Ale prawdą jest też, że jeśli szukasz kogoś, kto cię uzdrowi i dopełni, kto uciszy wewnętrzny głos wiecznie szepczący, że jesteś do niczego – marnujesz czas. Dlaczego? Ponieważ jeśli do tej pory nie znasz swojej wartości, to żadne słowa przyjaciół, krewnych albo drugiej połowy cię o niej nie przekonają. Stworzyciel tobie powierzył odpowiedzialność za twoje życie, a towarzyszy jej cudowny przywilej: moc, by ofiarować sobie miłość, czułość i sympatię, którymi w dzieciństwie nikt cię nie obdarzył. Jesteś i będziesz swoimi najlepszymi bliskimi: matką, ojcem, siostrą, przyjacielem, kuzynką i kochankiem.
Już tylko jedna decyzja dzieli cię od uświadomienia sobie, że twoje życie ma nadprzyrodzone znaczenie – zdecyduj więc, by widzieć je w ten właśnie sposób. Nie musisz ani sekundy dłużej zajmować się przeszłością, naznaczoną brakiem akceptacji, którą powinni okazywać ci rodzice. Tak, ta miłość ci się należy, ale teraz to ty możesz obdarzyć nią siebie i iść dalej. Przestań czekać , aż mąż ci wyzna, jak cię ceni, aż dzieci ci powiedzą, że jesteś fantastyczną matką, aż ukochany cię porwie i poślubi, a najlepszy kumpel zapewni, że może z tobą konie kraść. Patrz w swoje serce – miłość zaczyna się od ciebie.” (s. 60

„Siły nie nabiera się bez wyzwań, przeciwności, oporu i często bólu. Problemy, przez które chcesz podnieść ręce do góry i wołać „Litości!”, zbudują twoją nieustępliwość, odwagę, dyscyplinę i determinację” (s. 54)

„To, co wiem na pewno”, Oprah Winfrey, Galaktyka, Łódź, 2015

 

 

Niedługo Sylwester

Dobry rok, w dobrym miejscu, dobiegnie do końca…

W nowym roku, nowe doświadczenia, w dobrym miejscu, przybliżą mnie do siebie samej.

 

 

***

 

No, ok. 18:18

Emocje minęły i… opowiem coś o terapeucie…. No, dobrze, że nie czyta mojego bloga… No, dobra, nie wiem, czy nie czyta ale taką mam nadzieję…

Mała dykteryjka z dzisiejszego dnia, coś a la plotki…

Siedziałam w fotelu i ocierałam cieknące łzy a one wciąż płynęły… I wtedy mój terapeuta zerwał się na równe nogi i pospieszył do pojemnika na papierowe ręczniki. Wyszarpał z nich parę sztuk. Patrzyłam oniemiała i w mojej głowie pojawiła się wdzięczność, że tak się o mnie troszczy, że nawet ten papierowy ręcznik jest gotów dla mnie wyszarpać. Szedł w kierunku foteli, usiadł w swoim i … mocno wytarł swój nos.

No, oj tak, nie mam lekko. Nawet mój terapeuta mnie nie wspiera w ciężkich sytuacjach. Taka karma :-( A już chciałam mówić, że nie trzeba, że jestem mu wdzięczna za ten odruch, a tu rzeczywistość skrzeczy a raczej głośno wyciera swój nos…

Och życie…

A na zewnątrz wtedy padał śnieg. Grube płaty leciały z nieba. Zimny wychów

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Film, Książka, Muzyka, Życie

 

Listy z piekła…

10 lis

Ciąg trudnych dni

Listy z piekła

Agresywny facet na drodze

I kulminacja (chociaż z tym byłabym ostrożna, czy to kulminacja, czy preludium do czegoś większego)

Wczoraj na komunikator FB przyszła wiadomość od J.

Napisał „Aniu” ble, ble, ble…. itd

Najpierw była wiadomość do córki a teraz do mnie. Zna słabe ogniwa… To my

Pokazałam najpierw synowi a później córce. Spojrzeli na mnie. Nic nie mówiliśmy…

Co zrobiłaby stara „Ania”???

Na pewno byłaby wzruszona i poruszona, gotowa odpowiedzieć i uspokoić, ukoić i wrócić. Stara…

Hę, nawet nie wiem, czy ja, to już ta nowa, czy jeszcze ta stara?????

Nie odpowiedziałam na tę wiadomość.

Nie mam zamiaru

Pisze z profilu osoby, która pewnie też jest w szpitalu. To widać po oczach tej osoby.

Wczoraj usłyszałam od terapeuty, że mentalnie wciąż jestem jego żoną. Unieważnienie małżeństwa, plany rozwodowe, ale w głowie wciąż jestem jego żoną.

Nie zaprzeczyłam

We wtorek obejrzałam film „Zabiłam, aby żyć”. Bardzo mocny. O przemocy domowej. Zaszczuta żona musiała uciec się do zabójstwa, aby obronić własne życie. Pod koniec filmu się rozryczałam. Czułam wszystkie emocje, jakie targały bohaterką.
Też nie odchodziłam, pomimo agresji z jego strony. Godziłam się z przemocą fizyczną i psychiczną. Wystarczył jego uśmiech, jego zainteresowanie, nawet dobre chęci, abym znów czuła tę cholerną nadzieję na jego cudowną przemianę. Jak ona, wytrzymałam kilkanaście lat…
Też byłam odsunięta od znajomych, przyjaciół, rodziny.
Miałam dwie przyjaciółki, które wiedziały o wszystkim i znajomych, którzy starali się pomóc, ale byli tak wystraszeni jednym wystąpieniem J, że szybko zrezygnowali.
A kiedy już zdecydowałam o ucieczce, rozpadłam się. Wtedy często słyszałam „Musisz być silna dla dzieci”, „Zrób to dla dzieci”,
Tak jak tamta kobieta.

Napisał „Aniu” i uważa, że dam się nabrać na jego cudowna przemianę. Przez 15 lat małżeństwa nie używał tego imienia. Cudowna przemianą??? Hm, dobre…

Wczoraj B coś mówił o zmianie otoczenia, bo wszystko tu przypomina mi jego i to co przeszłam. Zamknęłam się we wspomnieniach.
Odpowiedziałam, że nic nie da to, że się przeniosę. W innym miejscu, gdziekolwiek bym była, w człowieku o podobnej do niego sylwetce będę widziała jego i będę się bała.
On siedzi w mojej głowie. Siedzi z obrazami przemocy, z zaciśniętymi od złości ustami i bólem bitego ciała. Z ogromnym strachem…

Głupia, naiwna, stara „Aniu”, której matka wpoiła chore zasady, że nie ważne jaki jest, jest: rodzicem, bratem, mężem. Że kocha, ale ty się za mało starasz… Jesteś niewdzięczna… Masz być dobra… Masz wracać, bo zdechniesz bez tej osoby, nie dasz sobie rady i wrócisz z podkulonym ogonem…

NIE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie zdechnę, nie wrócę, nie zginę!!!!!!!!!!!!

BĘDĘ ŻYĆ!!!!!!!!!!!!!!!

Ja wiem jakie jest życie z bezsensowną nadzieją. WIEM!!!!!!!!

Na miejscu tego faceta zaczęłabym się bać. On już obrał sobie następny cel. J wybierając sobie tego faceta do przesyłania wiadomości oskarży go o spisek. On będzie winny, że my nie odpowiadamy. On będzie moim kochankiem, który zabiera wiadomości „na pewno napisane do niego”. J już ma „winnego” i to może skończyć się nieciekawie.
Na miejscu lekarzy odseparowałabym tego faceta od J, inaczej będą kolejne ofiary…

Co jeszcze mnie czeka???

 

 

Tego wpisu można posłuchać przez aplikację Audio-Blog.

Pięknie przeczytany przez Monikę, autorkę bloga Singiel-Mama

logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Audioblog, Film, Muzyka, Życie

 

Zdobywanie szczytów jest przyjemne :-)

17 wrz

Jest późny ranek (chyba), bo godzina 10:23W uszach wciąż brzmi muzyka Weinberga – fortepian i instrumenty smyczkowe. Uczta dla uszu. Wspaniała sceneria – grupa muzyków siedząca na tle ekranów wyświetlających las.
Spokojna muzyka i drzewa…
Obok mnie dwie wspaniałe istoty, moje rodzone ♥ ♥
I to wszystko w
Muzeum POLIN w Warszawie

Z wyjazdem na koncert nie zastanawiałam się długo. W Muzeum jest mnóstwo wspaniałych wydarzeń. Ceny przystępne, atmosfera wspaniała, wnętrza pełne piękna – grzechem byłoby nie skorzystać. Więc skorzystałam. Zastanawiałam się czym dojechać do stolicy??? Autobus, czy samochód? Wiadomo samotna matka-polka musi liczyć się z kosztami. Taniej wyszło autem, ale… I tu strach zajrzał w oczy!  8-O Wiadomo nie od dziś, że mijam to miasto szerokim łukiem. Boję się jeździć po Warszawie. Paraliżuje mnie wtedy… Wolę nadrobić drogi zamiast przejechać przez zatłoczone ulice, albo wsiąść do autobusu i wygodnie przyjechać na miejsce.
Wczoraj też tak było.
Owszem nawigacja była włączona – bardzo dobrze, bo bez niej zginęłabym z kretesem, ale kierownicę trzymałam żelaznym uściskiem a serce tłukło się w mojej piersi jak oszalały ptak w klatce. 
Zewnętrznie nadrabiałam mina a nawet śmiałam się i żartowałam z Młodym, ale ufff… było grubo ;-) 

Zdobyłam swój Mount Everest!!!!

 

Pojechałam, dojechałam i to całkiem spokojnie a nawet super spokojnie. DAŁAM RADĘ!

Droga mimo remontów przebiegła nadzwyczaj gładko a jazda po ulicach Warszawy okazała się nie taka straszna. Owszem, dwa razy spanikowałam, kiedy nawigacja zawiesiła się na obrazie, którego pasa mam się trzymać – droga się rozwidla a głos z nawigacji mówi „zostań na lewym pasie” – Tylko którym lewym, bo przede mną cztery pasy??? A przecież nie stanę, żeby znów był „normalny obraz”!!! No i musiałam zawrócić na ulicy, bo jednak wjechałam na zły pas. Spoko! Dałam radę! Kto, jak nie ja!!! ;-)

Dojechaliśmy godzinę przed czasem. Bez trudu znalazłam miejsce parkingowe i weszliśmy do gmachu muzeum.

Trochę za wcześnie, więc jeszcze miałam możliwość pokazania Maleńkiej wnętrza a później terenu dookoła Muzeum. Młody już widział, więc z miną starego wyjadacza kroczył obok nas.

O 18. 45 weszliśmy ponownie. Bardzo miły pan obsługujący bramkę wejściową na moje „dzień dobry” odpowiedział z uśmiechem „No, my się już znamy”. „Więc witam ponownie” – odpowiedziałam.

Spojrzałam przed siebie i nie mogłam uwierzyć w to, co widzę…

Przede mną stała starsza pani. Siwiutkie włosy uczesane w staranną fryzurę. Drobna figurka. Elegancja. Zaraz… Zaraz… – pomyślałam – przecież to… przecież to Zofia Posmysz!!! 

Kobieta, która przeszła piekło Oświęcimia. Napisała książkę, na podstawie której nakręcono film a teraz w Operze Narodowej będzie wystawiana sztuka „Pasażerka”.

W Muzeum było spotkanie z panią Zofią. Nie mogłam na nie pojechać a tu ona, we własnej osobie, stoi przede mną. Och życie… Ale niespodzianka. Zamarłam a później zrobiłam coś, co mnie samą bardzo zaskoczyło…

Podeszłam do niej z pytaniem:
– Dzień dobry. Czy mogę uścisnąć pani rękę? Dużo o pani słyszałam. Miałam być na spotkaniu z panią… Nie byłam… Bardzo żałuję. Jest pani wspaniałą kobietą…
Patrzyłam w jej oczy i paplałam wiele nieistotnych słów.
W moich oczach pojawiły się łzy.
Byłam szczęśliwa, że spotkałam właśnie ją i mogłam do niej podejść.
Ona była taka krucha. Drobna. Miała takie delikatnie dłonie. Siwe włosy… Była piękna.  Twarz z siateczką zmarszczek i te oczy… Ciemne, głębokie, mądre… Była w nich  ogromna siła.
– Jak mogła przeżyć obóz? – przemknęło mi przez głowę – Jak? Z tą swoją kruchością,  eterycznością? Wygląda tak, jakby była stworzona z kruchej porcelany.
Zachowywałam się jak pensjonarka. Paplałam i trzymałam jej drobniutką dłoń.
Czułam ciepło jej delikatnej dłoni.
– Będziemy w Operze na spektaklu „Pasażerka”.
– A którego dnia? – zapytała pani Zofia
– We wtorek.
Popatrzyła na mnie z uśmiechem
– Przepraszam, czy mogę z panią zrobić zdjęcie?
– Czekam na znajomych, ale proszę bardzo, tylko szybciutko, proszę tu stanąć…
Stanęłam obok tej kruchej kobietki a córka zrobiła nam zdjęcie.
- Bardzo pani dziękuję i przepraszam… – uścisnęłam jeszcze raz jej rękę.
Byłam intruzem, który zakłócił jej spokój, ale to co zrobiłam było silniejsze ode mnie. 
Przytrzymała moją dłoń i patrząc mi w oczy zapytała:
– Jak się pani nazywa?
Podałam swoje imię i nazwisko i powiedziałam skąd przyjechałam, dodając „To małe miasteczko. Jeszcze raz dziękuję i przepraszam”.

Nie spodziewałam się takiego spotkania.

A później był koncert – fortepian w akompaniamencie instrumentów smyczkowych.

Muzyka Weinberga – autora muzyki do przedstawienia „Pasażerka” wystawianego w Teatrze Wielkim – Opera Narodowa.
Jedziemy na spektakl we wtorek.

Kim jest Zofia Posmysz? – informacja na tej stronie <<<tu>>>

To był piękny wieczór

A dziś, z samego rana, obejrzałam film „Pasażerka” z 1963 r. w reżyserii Andrzeja Munka. Wysłuchałam słuchowiska o tym samym tytule, z udziałem Danuty Stenki.
Film uzupełnił słuchowisko.
A później jeszcze wywiady z panią Zofią Posmysz. Ciekawych tego wszystkiego odsyłam na moją Facebookową stronę - tam są umieszczone  wszystkie filmy i słuchowisko radiowe.

W jednym z wywiadów pani Zofia powiedziała: „Do tego, żeby przetrwać obóz pomogła mi modlitwa i wiara w to, że Bóg mnie jednak nie opuścił”.
Do młodych ma takie przesłanie: „Dla młodych ludzi: żeby się nie poddawali ideologiom. Żeby byli bardzo ostrożni wobec haseł wzywających do takiej czy innej opcji politycznej, żeby to sprawdzali, bo najpiękniejsza idea, najbardziej wzniosła, może być później wykorzystana do zbrodniczych celów”.

To przesłanie jest chyba do nas wszystkich, nie tylko do młodych.

I na koniec film:

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com, Film, Życie

 

Wewnętrzne dziecko ☺

05 wrz

Wewnątrz nas,w naszej jaźni, mieszka sobie dziecko.

To my

I nie chodzi o powrót do dzieciństwa, ale o nasze potrzeby.

Nie jestem psychologiem, więc nie będę kalać swoimi wywodami tej dziedziny nauki.

Pisałam o tym kiedyś. We wpisach:

„Na imię mi toksyczny wstyd” – mocne i prawdziwe.

Po nitce do kłębka – od wiersza do książki. John Bradshaw.

Moje wewnętrzne dziecko – tęsknota za miłością do siebie.

A teraz znalazłam film, który obrazuje spotkanie z naszym wewnętrznym dzieckiem

 

Warto słuchać naszego wewnętrznego dziecka

Ma wiele do powiedzenia

Wiele dobrego

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film, Internet, Życie

 

Worcraft i nas TROJE a właściewie nastroje ;-) Początek czegoś…

12 cze

Matko przecież ja nie lubię filmów fantasy…

No, owszem film o niebieskich stworzeniach obejrzałam, ale w domu…

Owszem, podobał mi się, ale do kina… no, nie bardzo

A tu Młody wyszukał, gdzie „grają”, ja wykupiłam bilety i pojechaliśmy.

Film w 3D. Efekty no, śmiało mogłabym rzec, mogły być lepsze. Czasami obraz nie nadążał z jakością, rozmywał się, ale siedziałam i oglądałam. Fabuła bardzo podobna do trylogii Tolkiena – Władca Pierścieni – przyznam szczerze trylogii nie zmogłam. Nie obejrzałam nawet w domu, przed telewizorem. Nużyła mnie, i nie czułam klimatu… A teraz… No teraz, to czułam klimat, oj, jak czułam.

Fabuła bardzo wciągająca, pomimo obrzydliwych orków , ogromnej ilości magii i scen batalistycznych, gdzie trup ścielił się gęsto. Wiecie co, nie umiem opowiedzieć tego filmu – to po prostu trzeba zobaczyć. Trzeba poczuć tę magię, wejść w historię i odbierać ja zmysłami. Opowiadanie to nie to. A i jeszcze – świetny dubbing – film na tym bardzo zyskał a właściwie zyskali ci, co nie znają języka angielskiego.

Mnie zauroczyło coś ważniejszego – obecność naszej trójki (prawdę mówiąc to piątki, bo młody był z kolegami). Po mojej prawej stronie siedziała Maleńka, dwa miejsca dalej Młody. Pierwszy wspólny wyjazd. Kurde, poryczałam się na koniec filmu. Oni myśleli, że film mi się tak spodobał a ja wycierałam łzy szczęścia, że pomimo różnych zainteresowań, różnych charakterów, różnych spojrzeń na jakąś rzecz, jesteśmy razem i jesteśmy mega szczęśliwi. Jak mało trzeba do szczęścia?! (dobrze, że jest 500+ – dzieciaki przynajmniej skorzystają :-) )

W drodze do domu przypomniała mi się piosenka Anny Marii Jopek

„Szczęście to ta chwila co trwa, niepewna swojej urody!

Więc nie patrz w dal – bo szczęście jest tuż obok nas!”

Trochę o filmie <<<tu>>>, ale polecam zobaczyć na żywo.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film, Życie

 

Przyjemności płynące z jedzenia i … seksu

17 kwi

Najpierw na słodko:

Ciasto na niedzielę.

Myślałam, że będzie zbyt słodkie, ale jest ok 
Przepis na „Ciasto z jabłkami wg siostry Anastazji”

Ciasto:
Składniki:
4 jaja, 20 dag (ok. 2 niepełnych szklanek) cukru pudru
15 dag margaryny, lub masła
20 dag mąki
sok i skórka z cytryny
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Wykonanie:
Margarynę, cukier, żółtka utrzeć do białości. Ubić na sztywno pianę z białek. Dodać mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia, sok i startą skórkę z cytryny, na koniec pianę. Całość delikatnie wymieszać. Piec w temp. 180 st. C przez 30-40 min

MASA JABŁKOWA
Składniki:
1 kg jabłek
1 szklanka cukru
1 cukier waniliowy
1/2 szklanki wody
3,4 szklanki kaszy manny
1 łyżka masła
1 galaretka pomarańczowa
Wykonanie:
Jabłka zetrzeć na tarce. Wodę zagotować z cukrem i cukrem waniliowym. Gdy zrobi się syrop, dodać jabłka i smażyć na małym ogniu. Do wysmażonych jabłek dodać kaszę mannę, masło i smażyć do czasu rozgotowania kaszy. Dodać galaretkę rozpuszczoną w 1/2 szklanki wrzącej wody. Wymieszać i gorącą masę jabłkową wyłożyć na placek.

MASA BIAŁA
Składniki:
25 dag masła
1 szklanka cukru oudru
1 cukier waniliowy
1 szklanka kwaśnej śmietany
sok z cytryny
Wykonanie:
Masło utrzeć z cukrem pudrem i cukrem waniliowym. Ucierając, dodawać stopniowo po 1 łyżce kwaśnej śmietany. Do smaku dodać sok z cytryny

Przełożenie placka:
Ciasto – gorąca masa jabłkowa – masa (po wystygnięciu jabłek). Wierzch zalać galaretką lub polewą.

Dodatek: Galaretka lub polewa.

Ciasto ma cytrynowy smak i nie jest słodkie – co dla mnie było dziwne z powodu tak dużej ilości cukru. Smak przełamało dwie cytryny.

SMACZNEGO

O seksie nie będę pisać! Sorry ;-) To zostawiam Wam i Waszej inwencji twórczej :-D
I teraz łyża dziegciu do tej słodyczy:
Niedawno pokazywałam młodzieży taki film.
Moje refleksje po obejrzeniu filmu o wpływie, niestety, narkotyków na zachowanie człowieka.
Po wzięciu narkotyku w mózgu następuje wyrzut dużej ilości dopaminy – hormonu szczęścia. Ludzie pragną szczęścia, dlatego tak łatwo uzależniają się od narkotyków. Narkotyki, niestety, niszczą mózg i pierwsze wrażenie, tzw. kop dopaminowy, jest coraz trudniejszy do osiągnięcia aż w końcu staje się niemożliwy. Mózg jest tak zniszczony, że człowiek zamienia się w zombi.
   Z filmu pozostało w pamięci pewne stwierdzenie, że są dwie rzeczy, które dają najwięcej przyjemności: jedzenie i seks. Ludzie zdrowi najwięcej przyjemności czerpią z tych dwóch obszarów. I gorzka refleksja – otyłość, uzależnienie od seksu, zaburzenie odżywiania, oziębłość seksualna, i inne podobne zachowania są objawami depresji, niechęci do życia. Osoba w depresji przestaje jeść, albo objada się. Seks przestaje być ważny (u kobiet dochodzi nawet do zatrzymania miesiączki). A skoro nie ma przyjemności płynących z życia, to staje się ono nieważne a nawet staje się ciężarem.
   Co najbardziej pamiętamy z dzieciństwa: to, że była taka babcia (ciocia, mama, itp), która robiła pyszności. Pamiętamy zapachy, smaki, kojarzymy miejsca ze smakami i zapachami jedzenia. To była nasza pierwsza, niezapomniana przyjemność. A dorosłość, albo wiek dojrzewania? Pamiętamy pierwsze pocałunki, nasze dłonie w innych dłoniach, zapach perfum, ciepło bijące od drugiej ososby, trzepot serca, „pierwszy raz” z ukochaną osobą. I tęsknimy za tym pierwszym razem… Za wyrzutem dopaminy :-( Medyczny świat odziera zwykły z romantyzmu. Niestety. I nie tylko w sferze relacji międzyludzkich, ale też w sferze wiary w Najwyższego, a nam tak potrzeba sacrum w życiu a nie okropnego profanum.
 

Sorry za taką gorzką końcówkę, ale te myśli „chodziły” za mną od jakiegoś czasu.

A poniżej film, który zrobił na mnie największe wrażenie „Requiem dla snu” a właściwe jego esencja



Cały można obejrzeć pod linkiem <<<Requiem dla snu”>>>

A żeby skończyć optymistycznie – kochajmy się kochać i smakujmy życie! Wierzmy w CUD (ten związany z faktem, że Czas Unieść Dupę i wyjściem z domu)  I to wszystko mówi baba, która leczy depresję, chodzi na terapię, ma górki i dołki i jak wańka-wstańka wciąż podnosi łeb do góry!

Kocham to moje pokręcone życie!!!

A propos tego faktu CUD-u.

Spacer z kijami.

Nosi mnie po bezdrożach, polnych i leśnych ścieżkach.

Weszłam do lasu. Na drodze samochód, z którego wysiada pięciu rosłych chłopów. Trzech to ABS-y (Absolutny Brak Karku). W rękach jednego z nich broń.

- Muszę się wycofać! Ale oni mnie już widzieli! Za późno! Q**wa, co robić? – szalało mi po głowie.

Nie cofnęłam się. Szłam przed siebie. Szłam na bezdechu. Broń okazała się wiatrówką, ale i taką z bliskiej odległości można wyrządzić krzywdę. Mijałam i ich z hardą miną. Spojrzałam jednemu z nich prosto w oczy.

- Dzień dobry – powiedział.

- Dzień dobry – odpowiedziałam.

W uszach głośna muzyka. W sercu strach.

- Nie oglądaj się! – krzyczałam w duchu i goniłam, aż się kurzyło.

Kobiecy głos w aplikacji Endomondo oznajmił, po kilkudziesięciu metrach:

- Trzy kilometry, czas…, czas odcinka 8 min 30 sekund.

Nieźle leciałam. Średni czas, który zajmowało mi przejście kilometra to 9,40. W aplikacji w zakładce „Międzyczasy” z jednego kilometra: 1. km z ikonką żółwia (12.45) i drugi z ikonką zająca (tak, leciałam jak zając) 08.53!!

Nieźle, szukam przygód  :-| Następnym razem drogi tylko często uczęszczane, leśne tylko z kimś obok. Przecież kocham życie!! No nie?!

Zapraszam na moją stronę na Facebooku „Och życie”. Będę tam zamieszczać mądre myśli Phila Bosmansa – moje nowe odkrycie. Bosmans był zakonnikiem zakochanym w człowieku. W 1959 roku założył w Belgii Stowarzyszenie Bez Nazwy, ruch oparty na wolontariacie. Pomagał biednym i upośledzonym, ludziom z różnych powodów spychanym na margines społeczeństwa. Zmarł w 2012 roku.

No i to chyba wszystko na dziś! Chyba…

A i jeszcze zdjęcia z wczoraj: też na Facebooku    <<<tu>>>>    tu    <<<tu>>>

 

Trochę też na stronie Google+  <<<tu>>>   Zapraszam!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Facebook.com, Film, Internet, Życie

 

Ważne, aby czuć było piniądz – czyli o Sławomirze.

10 lis


Padłam!!!

Słuchałam Radia Dla Ciebie i padłam. Gościem programu był Sławomir. Nowe objawienie muzyczne w klimacie disco polo, dla którego ważne jest, aby był pinądz i aby go było czuć. Szacun.

Fajny pomysł na życie. Wiadomo jak jest, ale dlaczego nie obśmiać wszystkiego. Podoba mi się! Podoba mi się takie poczucie humoru.

Słuchałam wywiadu w RDC z uśmiechem i szybko znalazłam fan page na Facebooku.

Odjechany człowiek.

Na zewnątrz szaro, buro i deszczowo, ale nic to – jest Sławomir.

To o muzyce a teraz trochę o filmie.

wybor_zofii3W niedzielę obejrzałam film „Wybór Zofii” z cudowną Meryl Streep. Film poleciła mi znajoma ze studiów. Na jednym z wykładów mówiliśmy na temat dokonywania wyborów etycznych i padł tytuł filmu. Zofia była Polką, która straciła dzieci w Oświęcimiu. To tam musiała dokonać trudnego wyboru, ale to nie był jej jedyny wybór. Dokonała też innego, ważnego wyboru a jakiego? Trzeba obejrzeć film, żeby się dowiedzieć. Ja skupiłam się na tym drugim wątku – takie zboczenie życiowe :-( . Wątek o toksycznym związku i schizofrenii.  Film trzyma za gardło i wyciska łzy z oczu. Trwa długo, ale warto usiąść i przenieść się w czasy Nowego Jorku z roku 1947.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Facebook.com, Film, Muzyka