RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Poezja’

Nadzieja…

24 maj

Nadzieja bywa, jeżeli ktoś wierzy,
że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem,
I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.
A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można. Ale jest na pewno.
Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
Jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli.

Niektórzy mówią, że nas oko łudzi
I że nic nie ma, tylko się wydaje,
Ale ci właśnie nie mają nadziei.
Myślą, że kiedy człowiek się odwróci,
Cały świat za nim zaraz być przestaje,
Jakby porwały go ręce złodziei.

 

Czesław Miłosz

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Muzyka, Poezja

 

Pastylka na depresję… Chemiczny substytut szczęścia…

10 lut

Wczoraj byłam na szkoleniu

Pani prowadząca zaprezentowała różne teksty

Wśród nich taki…

Jestem pastylka na uspokojenie,
Działam w mieszkaniu,
skutkuję w urzędzie,
siadam do egzaminów,
staje na rozprawie,
starannie sklejam rozbite garnuszki -
tylko mnie zażyj,
rozpuść pod językiem,
tylko mnie połknij,
tylko popij wodą.

Wiem, co robić z nieszczęściem,
jak znieść złą nowinę,
zmniejszyć niesprawiedliwość,
rozjaśnić brak Boga,
dobrać do twarzy kapelusz żałobny.
Na co czekasz –
zaufaj chemicznej litości.

Jesteś jeszcze młody (młoda),
powinieneś (powinnaś) urządzić się jakoś.
Kto powiedział, że życie ma być odważnie przeżyte?

Oddaj mi swoją przepaść –
wymoszczę ją snem,
będziesz mi wdzięczny (wdzięczna)
za cztery łapy spadania.

Sprzedaj mi swoją duszę.
Inny się kupiec nie trafi.

Innego diabła już nie ma.

 

Prospekt
Wisława Szymborska

 

I pomyślałam o depresji…

Pomyślałam o tabletkach, „pigułkach” jakie się wtedy otrzymuje, żeby mniej czuć, albo nie czuć w ogóle.

Zatopić się w głębokim śnie i „zaufać chemicznej litości”

Odsunąć od życia

które za bardzo boli

utulić się w samotności, która wyciąga lepkie ramiona i mości w głębokiej przepaści

Spadam do niej miękko i bezszelestnie

Uzbrojona w cztery łapy chemicznej błogości

A pozytywna psychologia krzyczy „Żyj natychmiast, jest później niż ci się wydaje!!!”

Walka o duszę trwa!

I nie ma boga i szatana

Jest życie, albo chemiczna litość

Ból, albo sen bez marzeń

….

Ten wiersz nie jest optymistyczny

Jest prawdziwy

Nie ma w nim jednego ważnego elementu:

bliskości drugiej osoby

a odwaga traktowana jest z ironią

Wiem jak to jest stawać przed każdym dniem jak przed stromą górą i zdobywać go, drżąc ze strachu

Wiem

Pastylki na depresją

Chemiczne substytuty szczęścia

Czasami bardzo potrzebne

A czasami …

Nie, dziękuję

Mam odwagę żyć naprawdę

Mimo, że cholernie boli…

A może się pomyliłam w interpretacji tego wiersza?!

***

Dla przeciwwagi – inny wiersz

Jeżeli zdołasz zachować spokój, chociażby wszyscy go stracili, ciebie oskarżając;
Jeżeli nadal masz nadzieję, chociażby wszyscy o Tobie zwątpili,
licząc się jednak z ich zastrzeżeniem;
Jeżeli umiesz czekać bez zmęczenia,

jeżeli na obelgi nie reagujesz obelgami,
jeżeli nie odpłacasz na nienawiść nienawiścią, nie udając jednakże mędrca i świętego;
Jeżeli marząc – nie ulegasz marzeniom;

Jeżeli rozumując – rozumowania nie czynisz celem;
Jeżeli umiesz przyjąć sukces i porażkę,
traktując jednakowo oba te złudzenia,
Jeżeli ścierpisz wypaczenie prawdy przez Ciebie głoszonej,

kiedy krętacze czynią z niej zasadzkę, by wydrwić naiwnych
albo zaakceptujesz ruinę tego, co było treścią twego życia,
kiedy pokornie zaczniesz odbudowę zużytymi już narzędziami;
Jeśli potrafisz na jednej szali położyć wszystkie twe sukcesy

i potrafisz zaryzykować, stawiając wszystko na jedną kartę,
jeśli potrafisz przegrać i zacząć wszystko od początku, bez słowa, nie żaląc się, że przegrałeś;
Jeżeli umiesz zmusić serce, nerwy, siły, by nie zawiodły,

choćbyś od dawna czuł ich wyczerpanie, byleby wytrwać,
gdy poza wolą nic już nie mówi o wytrwaniu;
Jeżeli umiesz rozmawiać z nieuczciwymi, nie tracąc uczciwości

lub spacerować z królem w sposób naturalny,
Jeżeli nie mogą Cię zranić nieprzyjaciele ani serdeczni przyjaciele;

Jeżeli cenisz wszystkich ludzi, nikogo nie przeceniając;
Jeżeli potrafisz spożytkować każdą minutę,

nadając wartość każdej przemijającej chwili;

Twoja jest ziemia i wszystko, co na niej
i co – najważniejsze – synu mój – będziesz Człowiekiem.

List do syna
Rudyard Kipling

 

Twoja jest ziemia i wszystko co na niej,
i co najważniejsze – będziesz człowiekiem,
niezależnie od płci, jaką podarowało ci życie

 

Artykuł na temat, bardzo ciekawy w Zwierciadle „Chemicznie sterowani”.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

Wiara i nadzieja – dwie potężne siły.

26 sty

Otaczam się ciszą.
Cisza jest we mnie, wypełnia mój dom,
wychodzi z jego ścian aż do pobliskich lasów.
Jest to ta sama cisza,
która bierze swój początek we mnie
i rozchodzi się na wszystkie strony.
W ciszy słucham, patrzę,
odczuwam, uważam, obserwuję…
Potrzebuję tej ciszy. Odkrywam ją.
Alice Koller

 

Tak, teraz otaczam się ciszą…

Właściwie spokojem

Kiedyś bałam się takiego stanu. Krzyczałam, że zniknę, że mnie nie będzie. Rozedrgana, przerażona i zdołowana szukałam i żądałam spokoju, który dałby mi ktoś inny. Nie rozumiałam, że wszystko zależy ode mnie. Nie rozumiałam, że aby mieć więcej, najpierw muszę się wszystkiego wyzbyć. Pożegnać stare i znane i przywitać nowe i jak się okazało lepsze.
Ostatnio śmiałam się do znajomej, że mój dom jest jak sanatorium – jem, śpię i odpoczywam. Jestem szczęśliwa. Znajoma odpowiedziała: „Ty się tak nie chwal, bo wszystko szlak trafi”. „Nie, nie trafi” – odpowiedziałam. Nie trafi, bo to, co teraz mam, to nie dzieło przypadku, ale mojej ciężkiej pracy na terapii. I to nie są rzeczy materialne, ale moje poczucie wewnętrzne.

Cisza jest we mnie

I wcale nie zniknęłam

Mogą to poświadczyć moje dzieci :-D

 

Na jednej ze stron internetowych znalazłam opowiadanie.

 

 

Tam gdzie kończy się nadzieja

Zbigniew Żbikowski

 

 

Nie trać nadziei bo nie jesteś sam.
Ja, twój Bóg jestem z tobą. Nie jesteś
w stanie sobie nawet wyobrazić
jak potężne procesy powołałem
do życia w twojej intencji.

 

- Tam gdzie kończy się nadzieja zaczyna się śmierć! – krzyknęła do swojego pijanego męża Elżbieta.
– Ja już nie mam nadziei! Straciłam ją już dawno temu. Już nie wierzę w nic. Kiedyś polegałam na tobie. Wierzyłam, że będę miała dobre życie. Kochałam Cię. Chcę odejść stąd. Nie chcę już żyć. Mam dosyć tego ciągłego użerania się z tobą i proszenia cię o to, byś zechciał mi łaskawie dać pieniądze na jedzenie dla dzieci. Wszystko trwonisz na tą wódę!!!
– Cicho kobieto – burknął pod nosem Dariusz.
– Nie będę już cicho. Zrozum, że ja naprawdę mam dość tego odrażającego odoru z Twoich ust. Mam dosyć słuchania od innych o tym, że mnie zdradzasz. Mam dosyć tego ciągłego proszenia ciebie o pieniądze. Zobacz , zarabiasz prawie dwa tysiące złotych. Wyjaśnij mi proszę, dlaczego dziś dostaliśmy pismo ze spółdzielni o zapłatę zaległego czynszu? – podsunęła mu pisemne ponaglenie z administracji.
– Nie kochany! Nie mówimy o jednomiesięcznej zaległości. To może się zdarzyć każdemu. To bym zrozumiała. Mamy nieopłacony czynsz za 5 miesięcy. A Ty mi mówisz, że płacisz wszystko w terminie. Teraz to ja już rozumiem dlaczego nigdy nie mogłeś mi pokazać książeczki. A to zapomniałeś z radiowozu, a to znowu zostawiłeś w pracy… Wszystko to tylko po to, by ukryć przede mną prawdę.
– Cicho kobieto! – powiedział przez zęby.
– Już tobie powiedziałam, że nie będę cicho. Skończyło się. Ja chcę, byśmy się rozstali. Nie wiem co będzie dalej, ale wiem, że nie może być tak, jak jest teraz.
– No, a jak jest teraz kobieto?!! – wrzasnął zniecierpliwiony.
– Darek – powiedziała do niego czule – popatrz na nas. Popatrz na siebie. Od urodzenia Kornelki ty ciągle schodzisz do piwnicy i tam pociągasz to swoje wińsko. Tyle razy ciebie prosiłam, byś się opamiętał. Byś przestał pić. Ty mówiłeś mi, że się zmienisz, że zrobisz to dla mnie jeśli tylko dam ci jeszcze jedną szansę. Tą ostatnią.
Popatrzyła na męża z politowaniem i powiedziała:
– Czy ty wiesz chociaż ile razy dawałam ci te ostatnie szanse na poprawę. Ile razy godziłam się na to, by tobie przebaczyć, bo prosiła mnie o to Twoja mama. Obiecała mi, że z tobą porozmawia, że otworzy tobie oczy… Dzięki niej miałeś zrozumieć co możesz stracić. Czy zrozumiałeś? Nie!!! Tak naprawdę to przekręciłeś kota ogonem… Naopowiadałeś jej na mnie jakieś niestworzone historie. Powiedziałeś jej o tym, że ja cię zdradzałam. Na jakiej podstawie? Dziś ona mnie obwinia za twój upadek. Ileż to przykrych słów usłyszałam z jej ust pod swoim adresem.
Dariusz zerwał się na równe nogi i chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju, Wychodząc chwycił drzwi i trzasnął nimi tak, że umocowana w nich szyba rozleciała się na drobne kawałki. Ubrał się i wyszedł z mieszkania. Oczywiście zamknięcie drzwi odbyło się w taki sposób, że tynk odleciał od ściany.
Elżbieta rozpłakała się. Skryła twarz w dłoniach i szlochając mówiła:
– Boże, powiedz mi za co Ty mnie tak doświadczasz? Co ja Ci zrobiłam?
Oczywiście nikt nie odpowiedział na jej pytanie.
– Czy Ty w ogóle istniejesz? Gdybyś istniał, to wiedziałbyś, że jest mi źle. Gdybyś istniał to byś mi pomógł. Ale Ty mi nie pomagasz… Dlaczego tak jest!?
– Ty wiesz, jak bardzo kochałam swojego męża. A on mi się odpłacił zdradą, obelgą i… Ileż to razy widziałam jak… – żachnęła się z ogromnym bólem – … jak obmacywał inne kobiety na imprezach, na których byliśmy przecież razem. Bo przecież nigdy nie było go przy mnie na takich zabawach. Zostawiał mnie samą… Inni to widzieli i wyrażali swoje zdziwienie, że Darek tak mnie traktował. Tak długo nie chciałam wierzyć w to, co widziały moje oczy. Tak bardzo go kochałam i ufałam mu. Jak tylko był w pobliżu mnie to musiałam się do niego tulić, głaskać go i dotykać. Pragnęłam być przy nim… Tyle niespełnionych marzeń przepadło wraz z chwilą, gdy z całą siłą odepchnął mnie i rzucił na ścianę. Zwymyślał, obrzucił najgorszymi inwektywami. Czy wiesz Boże, że ja się go boję? Ty Ojcze wiesz doskonale jaka jest prawda. Dlaczego więc mnie karzesz?

Elżbieta czuła się osamotniona w swoim cierpieniu. Jedyną bliską osobą, która ją z całego serca popierała była jej starsza córka. Ta dwunastoletnia dziewczynka potrafiła już sama ocenić wagę zdarzeń, których była świadkiem. Kiedyś Magdusia powiedziała do niej:
– Mamo, czy wiesz, co powiedział dziś ksiądz na lekcji religii?
– Nie wiem… Powiesz mi?
– Zapytałam go o to, dlaczego Bóg nie wysłuchuje moich modlitw.
– Jakich modlitw nie wysłuchał Bóg? O co się modlisz córeczko?
– Kiedyś chciałam, by Bóg sprawił, żebyście ty i tatuś nadal byli razem. I Bóg mnie nie wysłuchał. Zrobił wręcz odwrotnie, bo tatuś zrobił się jeszcze gorszy, niż przed moją prośbą. Krzyczy na Ciebie, popycha i mówi do ciebie brzydkie wyrazy… Dlatego teraz proszę Boga, by tata odszedł od nas, by nas zostawił w spokoju.
– I o tym powiedziałaś księdzu na lekcjach?
– Tak.
– I co powiedział ksiądz?
– Powiedział, że Bóg zawsze wysłuchuje naszych modlitw.
– I co o tym myślisz? Zadowoliła ciebie taka odpowiedź?
– Nie, i powiedziałam o tym księdzu. A on mi powiedział, że Bóg w swej nieskończonej mądrości kieruje się wielką miłością do wszystkich istot na świecie. Powiedział mi, że dlatego nam w danej chwili może się wydawać, że Bóg nas nie wysłuchał, lub że zrobił coś zgoła innego niż to o co go prosiliśmy w modlitwie. Ale gdy poczekamy do ostatecznego rozwiązania, to się okaże, że Bóg spełnił nasze prośby najlepiej jak to było możliwe.
– Wiesz co jeszcze powiedział?
– Mów kochanie – spojrzała czule na swoją malutką mądralę.
– Że najlepiej przetrwać trudne chwile pogrążając się w ufności do Boga. Tak jak to zrobił Pan Jezus wisząc na krzyżu. Więc ja obiecałam sobie, że mu zaufam – że zaufam Bogu tak… tak mocno. Najmocniej jak umiem. I pomyślałam sobie, że skoro ufam Bogu, to mogę spokojnie mu zawierzyć, że on zna rozwiązania mojego problemu i że znajdzie sposób, by mi dopomóc. A skoro Bóg je zna, to znaczy, że one już są w jego kieszeni… Wystarczy, że sięgnie w odpowiednim czasie po nie i już. Dlatego postanowiłam, że nie będę Boga prosić, ale będę mu dziękować, za to co już mam… Ksiądz powiedział jeszcze, że Bóg zna nasze modlitwy i prośby zanim je pomyślimy.
Magda mówiąc te słowa była pełna jakiegoś wewnętrznego blasku. Jej twarz się rozpromieniła a oczy błyszczały.
– Żeby to było takie proste – pomyślała Elżbieta.
– Ty jesteś już taka mądrótka – powiedziała do córki i przytuliła ją mocno ściskając. Poczuła, jak łzy wzruszenia napływają jej do oczu.
– Oj, bo mnie wyciśniesz! – powiedziała ze śmiechem dziewczynka.
Roześmiały się obydwie. Tak rzadko się ostatnio śmieje. A przecież Elżbieta od zawsze postrzegana była jako osoba o wesołym usposobieniu. Wielokrotnie słyszała od przyjaciół i znajomych, że najpierw widać jej wielki uśmiech, a potem dopiero ją.

Teraz, po tej kolejnej scysji, Elżbieta wiedziała już, że nie chce być ze swoim mężem. Miłość odeszła, przestała istnieć. Lecz jak ma sobie poradzić ze swoją tęsknotą za szczęśliwym życiem? Mąż okazał się niezdolny do tego, by dać jej rękojmię zaufania, na której mogłaby się oprzeć przy budowie przyszłości swojej i swojej rodziny. Dzisiaj, gdy zaczęła się go szczerze bać to zrozumiała, że wspólne życie nie jest możliwe.
– Ileż razy można przejść do porządku dziennego nad groźbami, że któregoś dnia ktoś mnie zabije? – powiedziała do siebie.

Postanowiła, że sama też pójdzie do tego księdza, katechety swojej córki, by usłyszeć… Może on powie jej coś takiego, co pomoże jej przetrwać. Zajrzała do tornistra Magdy i odszukała plan lekcji swojej córki. Religia będzie w czwartek o jedenastej.
W wyznaczonym dniu stanęła pod drzwiami klasy, w której odbywały się zajęcia z religii. Gdy zadzwonił dzwonek dzieci wybiegły na korytarz. Hałas był nieznośny.
– Jak Ci nauczyciele to znoszą? – pomyślała.
Gdy zajrzała do klasy, zobaczyła szpakowatego mężczyznę w średnim wieku otoczonego gromadką roześmianych i wesołych dzieci. Widać było, że dzieci naturalnie lgną do tego człowieka w sutannie.
– Niech ksiądz powie, dlaczego Adam i Ewa popełnili grzech pierworodny?
– Pismo święte mówi, że nie posłuchali Pana Boga i dlatego Pan Bóg wygnał ich z raju.
– Ale przecież dzięki temu mogliśmy się urodzić prawda?
– Tak Jacku. To prawda – pogłaskał chłopca po głowie.
– Czy to znaczy, że nie było by nas, gdyby Adam i Ewa wtedy nie zgrzeszyli?
– To trudne pytanie, ale bardzo dobre. Myślę, że powinieneś je zadać Panu Bogu i poczekać na jego odpowiedź. Jesteś bardzo mądry. Pewnie zostaniesz filozofem, co?
W tym momencie zauważył stojącą w drzwiach klasy Elżbietę. Uśmiechnął się do niej i skinieniem głowy wskazał na dzieci, chcąc się wytłumaczyć przed nią, że najpierw musi uporać się z tą rozszczebiotaną gawiedzią. Rozłożył ręce i zaczął to stadko owieczek bożych zaganiać w stronę wyjścia.
Gdy wreszcie udało mu się wyprowadzić wszystkie dzieci z klasy, podszedł do Elżbiety wyciągnął do niej rękę i najnormalniej w świecie uścisnął jej dłoń. Elżbieta zawsze czuła się zakłopotana w kontaktach z osobami duchownymi. W tym przypadku jednak szybko się przekonała, że ma do czynienia z człowiekiem, który nie zamierza za wszelką cenę zachować barier wynikających ze swojej pozycji społecznej.
– Mam na imię Krzysztof. W czym mogę pani pomóc? – powiedział do niej z uśmiechem.
– Widzi ksiądz, ja przychodzę w nietypowej sprawie do księdza – Elżbieta nerwowo rozglądała się po klasie, co nie uszło uwadze duchownego.
– O co chodzi? – zapytał.
– Nie jest mi łatwo… Nie wiem od czego zacząć?
– Najlepiej od początku – powiedział i uśmiechając się wskazał jej miejsce w uczniowskiej ławce.
Usiadł obok.
– Proszę się nie krępować. Jeżeli tylko potrafię pomóc to z przyjemnością to uczynię. Mamy troszkę czasu, bo właściwie skończyłem zajęcia, a ta klasa nie będzie używana. Możemy tu rozmawiać.
Elżbieta spojrzała w oczy tego mężczyzny. Zauważyła w nich jakąś niewysłowioną dobroć. On położył swoją dłoń na jej dłoni i patrząc jej w oczy skinął głową na zachętę. Chwilę milczeli.
– Moja córka uczęszcza do księdza na lekcje religii… Magda z piątej c…
– Tak, wiem. Spotkaliśmy się przecież na kilku zebraniach z rodzicami, czyż nie?
– Tak, to prawda.
– Jestem zagubiona, bo świat wali mi się na głowę – powiedziała.
– Domyślam się, że wiem o czym pani chce powiedzieć. Pamiętam rozmowę z Magdą…
Elżbieta popatrzyła na księdza i skinęła głową na znak, że chodzi właśnie o sprawy rodzinne. On kontynuował:
– … kiedy powiedziała mi, że modli się o to, by jej tata… by pani mąż dał wam spokój. To smutne. Ale stanowi to dowód czegoś, czego świadkiem są Państwa dzieci. Jakże często bywa w życiu tak, że nasze otoczenie nie zdaje sobie sprawy z tego, że jesteśmy ofiarami przemocy domowej. Na pozór przykładna rodzina jest nękana przez brutalne znęcanie się nad bliskimi. Cisza trwa tak długo, jak długo wstyd ofiar jest silniejszy od bólu wyrządzanego przez oprawcę. Mogę tylko domyślać się tego, co się dzieje w pani życiu. Dobrze się jednak dzieje, że zaczęła Pani poszukiwać dróg wyjścia z tej sytuacji. Z pewnością zwykłe milczenie nie rozwiązuje problemu.
– No tak, ale co mam zrobić w tej sytuacji, proszę księdza?
– Przede wszystkim proszę nie tracić nadziei bo nie jest Pani sama. Bóg jest z Panią. Nie jest Pani w stanie sobie nawet wyobrazić jak potężne procesy powołał On do życia w Pani intencji. Czy widziała Pani gwiazdy na niebie? Czy wie Pani, że Słońce jest tylko malutką kropeczką we wszechświecie? A wszystko to zostało powołane do życia w konkretnym celu. Malutki, najmniejszy atom i najmniejsza część materii go tworzącej są Jemu znane. Bóg pamięta o wszystkim i wszystko rozumie. U niego nie ma miejsca na przypadek. Choć my tego nie jesteśmy w stanie pojąć, to „Boska Księga Żywota” jest już zapisana od początku do końca.
– Jak to możliwe? Czy to oznacza, że wszystko jest już zapisane i my nie mamy wpływu na nasze losy? A gdzie nasza wolna wola, którą ponoć Bóg nas obdarzył? – zapytała Elżbieta.
– Wiem, że trudno te dwie sprawy ze sobą pogodzić, pani Elżbieto. Nam może się to nie udać… Ale to co nie jest wykonalne dla człowieka, dla Stwórcy może być niczym przysłowiowa bułka z masłem. Kiedyś miałem ten sam dylemat. Było tak do czasu, gdy nie zagrałem w szachy z komputerem. Zastanowiło mnie, że komputer potrafił zareagować na każdy mój ruch. Zdałem sobie sprawę, że na dysku komputera są zapisane wszystkie możliwe operacje i dlatego maszyna była zdolna do reakcji adekwatnych dla moich wyborów. Może podobnie jest ze wspomnianą „Boską Księgą Żywota”? Ja dla swoich potrzeb przyjąłem, że tak jest. Dlatego potrafię zaufać Bogu w to, że On ma odpowiedź na moje wołanie. Ufam mu bezgranicznie, bo wierzę, że on mnie kocha i dlatego z pewnością działa dla mojego dobra i dąży do tego najkrótszą i najlepszą drogą. Tak naprawdę to ja nawet to wiem. Doświadczam tego w każdym momencie swojego życia. Ale nawet, gdyby miało być tak, że moje dobro nie ma tu żadnego znaczenia, to wierzę w Boski Plan. I jestem wdzięczny Panu, że powołał mnie do uczestnictwa w jego realizacji. Wierzę w absolutną mądrość stwórcy i dlatego mogę śmiało przyjąć, że plan ten jest absolutnie mądry i dobry.
Odpowiedź na moje prośby przychodziła zawsze. Często była ona bardzo zaskakująca. Przychodziła w niespodziewany sposób i z nieprzewidywalnej strony. Naprawdę jest tak, że są na tym świecie rzeczy, które się nawet filozofom nie śniły, pani Elżbieto. Proszę się zastanowić nad tym, co powiedziałem. Najcenniejsze są pani własne wnioski, które uzyskać może pani jedynie w drodze własnego doświadczenia.
Elżbieta wysłuchała uważnie tego co powiedział ksiądz Krzysztof. Wyczuwała w jego głosie szczere przekonanie o tym, o czym mówił. Nigdy wcześniej nikt z nią tak nie rozmawiał.
– Czy powiedział ksiądz, że moja ufność do Boga jest kluczem do rozwiązania moich problemów?
– Ufność do Boga daje moc przetrwania najtrudniejszych chwil w naszym życiu. Gdy powierzyłem mu swój los, gdy to przeświadczenie wypełniło moją całą istotę, to poczułem głęboką jedność z Bogiem. Zacząłem pojmować, że jest on moim życiem. Najcenniejszym darem jaki mi ofiarował jest on sam. To samo dotyczy każdego człowieka, każdego zwierzęcia, każdej rośliny i wszelkich innych istot żyjących w świecie widzialnym i niewidzialnym. Ufność… Jakże jest ona potrzebna rozbitkom na środku oceanu. Ufność jest źródłem nadziei, że Bóg nam dopomoże, że na horyzoncie pojawi się ląd lub, że w pobliżu przepłynie statek, który podejmie nas na pokład. Nadzieja… To życie pełne wiary w spełnienie naszych pragnień. Nadzieja to po prostu życie. Gdy tracimy nadzieję to tracimy także wolę wytężenia wszystkich sił potrzebnych nam do przetrwania trudnego okresu naszego życia.
– Skoro powołał się ksiądz na przykład rozbitka to chcę zauważyć, że przecież nie wszyscy rozbitkowie zostali uratowani, choć może żywili najgorętszą ufność dla Boga i pokładali w nim nadzieję – powiedziała Elżbieta.
– To prawda. Ale jestem przekonany, że mając tą nadzieję zrobili wszystko co w ich mocy, by się nie poddać, by wytrwać. Jestem przekonany, że człowiek, który pokłada nadzieję w rękach Boga otrzymuje od niego dar życia – choćby nawet je postradał w jakiejś tragicznej dla siebie sytuacji. To nie wstyd ulec, lecz źle się dzieje, gdy po prostu się poddajemy i zakładamy bezradnie ręce. Gdy ufność i nadzieja zostaną poparte czynem następuje nasze zbliżenie się do rozwiązania problemu, z którym się borykamy. Rozbitek na środku oceanu sięga po wszystko, co może mu służyć do tego, by utrzymać się na powierzchni. Jeżeli to jest człowiek ufający Bogu, to nigdy nie poświęci życia lub zdrowia innego człowieka, by ratować siebie. Tak naprawdę nie będzie dążył do pozbawienia drugiego czegokolwiek, co jest w jego posiadaniu. Raczej będzie wspierał drugiego podtrzymując go na duchu – to jest czyn. Ktoś inny, kto znajduje się w trudnej sytuacji życiowej, znajduje w sobie odwagę, by wreszcie zwrócić się o wsparcie do osób lub instytucji powołanych do niesienia pomocy. To też jest czyn zbliżający do rozwiązania. A najważniejsze moim zdaniem jest to, by nie zakopywać swoich talentów. Bóg dał talenty każdemu z nas! Pokażmy je naszym bliskim, przyjaciołom, a nawet całemu światu.
– Czy mój talent – jeżeli go posiadam… Czy on może mi być pomocnym w rozwiązaniu moich problemów rodzinnych?
– Z całym przekonaniem twierdzę, że tak. Gdy odkryje pani swoją pasję, wówczas pojawią się nowe możliwości i horyzonty, których dziś pani nie dostrzega, a dzięki którym pani życie stanie się bardziej spełnione. Spełnione życie jest źródłem szczęścia dla każdego człowieka. A szczęście… no cóż od niego zaczyna się zgodne życie rodziny i wszystkich jej członków. I tak koło się zamyka.
Ksiądz spojrzał na nią pytającym wzrokiem, jakby chciał ją zachęcić do podjęcia decyzji, czy ta rozmowa ma trwać dalej, czy też już powinna się zakończyć. Elżbieta usłyszała pogląd duchownego. Tylko czy to co usłyszała zaspokoiło jej oczekiwania co do celu tej rozmowy?
– Obawiam się, że to co usłyszałam tu dzisiaj jest zbyt ogólnikowe i jako takie nie może mi się przydać w moim konkretnym przypadku – powiedziała.
– Nie mam prawa dokonywać za panią wyboru drogi, jaką powinna pani podążyć. Mogę jedynie powiedzieć pani jak ja radzę sobie z trudnościami. Po prostu żywię nadzieję w Opatrzność Bożą i czerpię z niej siłę oraz robię wszystko co w mojej mocy, by swoim trzeźwym i przemyślanym czynem dać Bogu szansę na udzielenie mi pomocy. Dotychczas zawsze mi pomagał, a jego pomoc docierała do mnie – często z najbardziej niespodziewanych stron.
Elżbieta pokiwała głową z prawdziwym zrozumieniem tego co powiedział. Zrozumiała, że nie otrzyma od niego konkretnej odpowiedzi na temat tego, co ma uczynić ze swoim życiem, a w szczególności ze swoim małżeństwem. Trudno by było oczekiwać, by ksiądz zachęcał ją do rozstania się ze swoim mężem. Dlatego postanowiła o to go nie pytać. Ale i tak poczuła, że otrzymała wiele istotnych informacji na temat sposobu patrzenia na życie w ogóle. Wstała… Na pożegnanie zamieniła z księdzem jeszcze kilka grzecznościowych zdań i wyszła z klasy. Gdy znalazła się poza budynkiem szkolnym spojrzała w niebo i powiedziała:
– Więc dobrze! Postanowiłam, że Ci zaufam z całego serca i z całej duszy! Pokładam w Tobie całą swoją nadzieję! Tam gdzie zaczyna się nadzieja, zaczyna się życie – moje życie, którym Ty jesteś Boże.
Z taką postawą Elżbieta przeszła przez trudny okres separacji. Ostatecznie rozstała się z mężem, który przechodził sam siebie w zadawaniu jej ran cielesnych i psychicznych. Dzięki nadziei przetrwała ten ciężki czas. Dzięki nadziei znajdowała siłę by przeciwstawić się sytuacji i obronić swoje dzieci przed napadami chorego małżonka. Odkryła w sobie talent, którego się wcześniej nie spodziewała. Zaczęła się realizować w pracy na rzecz ofiar przemocy w rodzinie. Ileż to razy wypowiedziała dobrze znane sobie słowa:
– Nie trać nadziei, bo nie jesteś sam. Twój Bóg jest z tobą. Nie jesteś w stanie sobie nawet wyobrazić jak potężne procesy powołał On do życia w twojej intencji.



 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Książka, Poezja, Życie

 

Czasem potrzebujemy kuloodpornej duszy…

21 wrz

Siedzę z lampką winka

Za oknem noc

Noc i nareszcie pada deszcz

Mogłoby być trochę cieplej. Znów zaczynają się chłodne noce. 8 stopni… Tylko osiem stopni ciepła.

Wczoraj wieczór w Operze Narodowej na spektaklu „Pasażerka”. Wspaniała sztuka. Od połowy pierwszego aktu ryczałam jak bóbr… Od momentu, kiedy na scenie, w odpowiednim świetle i oprawie muzycznej zaczęły padać numery obozowe. Jak wystrzały z karabinów. Mocne, suche, niemieckie słowa. Tragedia obozowego życia. Życia,  które tliło się dzięki wierze w Boga. Słowa modlitwy były wypowiadane często. Prośby, rozmowy i w końcu krzyk w stronę Najwyższego. Marta, Polka o silnym charakterze wspierała wszystkie obozowe kobiety. Zapamiętałam słowa wypowiadane do zapłakanej dziewczyny, kiedy tuliła ją w ramionach: „Jeszcze będziesz się śmiać i kochać. Jeszcze będziesz…”
Obejrzałam film, wysłuchałam słuchowiska a teraz byłam na spektaklu – trzy „spojrzenia”. Każde niesie coś nowego, coś, co uzupełnia pozostałe.

Na koniec sztuki wszyscy aktorzy kłaniali się widzom a pośród nich krucha figurka pani Zofii Posmysz…

Krucha, delikatna kobieta a taka mocna. Ogromnie mocna dusza.
Spotkałam ją przy szatni, na dole. Nieśmiało powiedziałam „dzień dobry” i poprosiłam o wpisanie dedykacji w książce „Pasażerka”. Pani Zofia spojrzała na mnie z uśmiechem. Przysiadłyśmy na jednej ze stojących ławeczek.
- Za dużo mnie wszędzie – powiedziała bardzo delikatnie.
- Nie, pani Zofio, nie za dużo. Jest pani wspaniałą osobą.
Wspaniałą i bardzo skromną.

Tego samego dnia odebrałam listy z poczty.
Jeden bardzo gruby a drugi, normalny…
Normalny…
Listy, które powinnam odebrać w dużo wcześniej. Odezwał się sąd. Przeszłość. Bardzo mi zależało na tych listach, ale niestety nie podałam zmienionego adresu a „człowiek”, u którego wynajmowałam mieszkanie na pewno wyrzucał awiza. Sąd w sumie próbował dostarczyć cztery razy wiadomości. Gdybym nie zaczęła załatwiać ważnej formalności, listy nigdy by do mnie nie dotarły. Ciekawe czy bawiło tamtego wyrzucanie zawiadomień z poczty? Prosiłam o przekazywanie korespondencji, znał mój numer telefonu a jeszcze raz ze mnie zakpił…

Listy

Te z sądu przeczytałam dopiero dziś rano…

Opinia biegłych psychiatrów o stanie zdrowia człowieka, z którym przeżyłam 15 lat.
Suche fakty.
Jego słowa, opowieści i plany na przyszłość. Brak krytycyzmy, autystyczne zachowanie i zdawkowe odpowiedzi. Spokojny. Kontakt emocjonalny powierzchowny… Ble… Ble…Ble…

A co gdybym… Nie, przecież…
Cień wspomnień przesłonił racjonalne myślenie …
W uszach słowa z opery: „Jeszcze będziesz się śmiać i kochać. Jeszcze będziesz…”

I kolejny list. Wirtualny. Mailowy

Właśnie odczytałam kolejny list od kobiety z lustrzaną historią

Co czują takie jak ja??? Czasami pustkę, strach, znikanie, zagubienie…

Przerażenie i bezradność w związku a po odejściu… przerażenie i bezradność…

A później uczymy się nowego życia. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, latami…

Czasami przez chwilę przeszłość wyciąga po nas lepkie paluchy… Patrzy na nas ciemną otchłanią…

Lecimy więc do światła, do pozytywnych ludzi, do radosnych wydarzeń, do wszystkiego i wszystkich, którzy dają nadzieję, radość, spokój, bo odbudowanie własnej wartości idzie bardzo niemrawo i powoli.

Czujemy zniecierpliwienie i złość, że ktoś umiał ogarnąć się bardzo szybko i radośnie wkroczył w nowe historie swojego życia. Czy aby na pewno umiał? Czy nie jest to kolejna maska, którą zakłada, żeby mniej bolało?

Powoli, bardzo powoli, tacy jak ja, uczą się podnosić z kolan…

Życie przynosi różne sytuacje, za które nie możemy winić siebie. Wybieramy, uczymy się, coś nam się nie udaje i znów wybieramy jakieś wyjście. W danej chwili dane postępowanie wydaje nam się najlepsze, później czas weryfikuje nasze wybory. Jesteśmy coraz bogatsze w nowe doświadczenia. Ważne, żebyśmy się nie poddawały, żebyśmy wciąż szły do przodu. Tak myślę teraz… Podoba mi się powiedzenie Jacka Walkiewicza. „A co jak się przewrócę? Jak się przewrócę, to sobie poleżę! Wstanę i pójdę dalej.”
Kiedyś mówiłam, że Bóg zsyła na mnie różne próby. Dziś, w trakcie terapii wiem, że sama wchodzę w różne sytuacje i ode mnie zależy jak sobie z nimi poradzę. Terapia otworzyła mi oczy na to, co ze mną i we mnie się dzieję. Burze się pojawiają, ale potrafię sobie z nimi radzić.
Owszem, przeszłam przez piekło, trudno mi o tym mówić, ale ….

Wysłałam do niej list. Zatytułowałam go „To jest bardzo mocne.”

Napisałam w nim:

„Czytam Twoje listy jeszcze raz. Wiem, jakie to piekło i wiem, że czujesz,że cały Twój świat się skończył. A teraz będę adwokatem diabła. Postaw się w jego sytuacji. On WIE, że mu ktoś zagraża. W pracy się dziwnie patrzą i szepczą po kątach, ktoś pisze donosy na niego, dyrektor pewnie chce go wywalić z pracy i jeszcze żona zaczęła mu wmawiać chorobę i straszyć odejściem. No i co??? Jak się czujesz??? Teraz tak czuje się on. Jak zwierzątko w potrzasku. Skoro nie jest agresywny, to zostaw to.
Próbowałaś wszystkiego. Bez skutku. Nie uzdrawiaj go na siłę. Niech psychoza się rozwinie… Pozwól, żeby zabrali go w kaftanie…
Wiesz dlaczego to piszę???
Kiedy przyprowadziłam swojego na pierwszą wizytę, po tygodniu „jazdy” , tygodniu w którym byłam…”

Byłam…

Byłam…

Nie, po co rozdrapywać stare rany?

Jej, tej kobiecie, opowiedziałam, co się wtedy stało.

Tu, na blogu, też opowiedziałam tamtą historię.

Wciąż o nim myślę…

„Uczę się żyć na nowo i czerpać radość z bezpiecznego i spokojnego życia. Jestem sama z dziećmi. Moje dzieciaki są nareszcie szczęśliwe i spokojne. Wychodzę na prostą. Nie wiem, ja by to wyglądało, gdybym odeszła 12 lat temu.”

Nie wiem…

„Tak było u mnie
Nie musi być tak u Ciebie

Napisałam Ci na początku „ćwiczenie”, którego ja nie byłam w stanie przejść. Nie rozumiem chorych na schizofrenię, którzy są do tego agresywni. Boję się ich – teraz wiesz dlaczego. Mam żal do naszego systemu, że chorzy mają więcej praw a rodziny są traktowane po macoszemu. Rodziny mają związane ręce, w przypadku, kiedy chory nie chce się leczyć. Zostawisz,boisz się, że sam nie da sobie rady. Zostaniesz, boisz się, że zrobi ci krzywdę. Życie w permanentnym strachu”

Czytam jej listy

Co może radzić kobieta taka jak ja???

Że jakakolwiek decyzja jest niesamowicie trudna!

Jakiś hejter napisał do mnie w komentarzu : (…) Stałaś się tymi ludźmi, którzy wyrządzali Ci krzywdę. Stałaś się potworem. Stałaś się otchłanią i udowodniłaś to. (…) Ale ostatecznie, cóż wymagać od kogoś, kto pozbywa się chorego męża dla wygody”.

Napisał mi później, że jest chory na cyklofrenię…

Wyłuskał mnie z morza blogów i trafił na moją stronę, żeby się przyczepić i dać sobie upust.

Kto choremu psychicznie zabroni?

Nikt!!!

My mamy ich rozumieć, współczuć, chronić przed zranieniami psychicznymi, rozpinać nad nimi parasol ochronny a kto taki parasol rozepnie nad rodzinami chorych???

Po piekle, jakie przeszłam nie jestem w stanie tego zrozumieć…

Na stronie internetowej Muzeum POLIN znalazłam wiersz:

 

Bez lęku

Ludzie, co z trwogą w sercu idą poprzez życie
klepią – jak pacierz – hasło: „Nie wyzywać losu”
przemykają się cicho, cicho, jak najciszej,
żeby spało licho, nie słysząc ich kroków.

Ja idę przez życie hucznie i z muzyką,
mój żywioł – śpiew rozgłośny, śmiech gromki, oklaski,
bo jestem jak ocean – otwarta na wszystko,
nie kropla zamknięta kształtem własnej klatki.

Różni jednak bywają ludzie i ludziska…
więc, gdy łza spadnie czasem u mojego brzegu –
zagarnę kroplę falą, serdecznie uściskam,
porwę w świat i powiem – nie bój się… człowieku.

Wanda Sieradzka de Ruig (Holandia, 2003)

I niech tak będzie!!!

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka, Poezja, Życie

 

„Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?”

19 sie

Dni szybko mijają.

Otulają mnie swoim spokojem.

Na jednej ze stron psychologicznych na FB przeczytałam wiersz

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat
Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?
Stanisław Barańczak

Przerabiałam (i dalej) przerabiam ten ból. Ból pozostawiania za sobą tego, co miało być na całe życie i uczę się nie przywiązywać do rzeczy materialnych. Trudno to idzie, ale idzie. Dziś wiem, że nic nie jest na zawsze, że wszystko zostanie i ulegnie zniszczeniu…

Gdzieś w tle widzę dom w S. Dom, który tak dopieszczałam… Boli. To wspomnienie boli…

W głowie dudnią słowa:

Do następnej przeprowadzki…

Dziś, gdziekolwiek jestem, czuję się tam dobrze. Jakbym była w domu

Tam dom, gdzie serce moje. Moje serce nie zostaje teraz w budynkach, miejscach, z ludźmi. Jest cały czas ze mną.

Takie wspomnienia

Z którymi się chcę oswoić

Bez bólu mojego serca, które wcale nie jest głupie ♥

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

W zwolnionym tempie :-)

08 sie

Zwolnij swoje tempo.

Czy widziałeś już kiedyś dzieci bawiące się na karuzeli lub słuchające deszczu? Skaczące po dachu?
Tropiłeś radośnie fruwającego motyla albo obserwowałeś zachód słońca?
Powinieneś się zatrzymać.
Nie tańcz za szybko, bo życie jest zbyt krótkie, muzyka nie trwa wiecznie.
Czy jesteś zabiegany całymi dniami, wiecznie zajęty?
Jeśli zadajesz pytanie „Co słychać?”, czy masz chwilę żeby usłyszeć odpowiedź?
A gdy wyciągasz się w łóżku po całym dniu, czy myślisz o 1.000 różnych rzeczach, które plączą ci się po głowie?
Powinieneś zwolnić tempo.
Czy mówiłeś już do swojego dziecka „zrobimy to jutro” i przekładałeś to na pojutrze?
Czy straciłeś już kontakt z przyjacielem, pozwoliłeś umrzeć przyjaźni, bo nigdy nie miałeś czasu żeby zadzwonić i spytać jak leci?
Byłoby lepiej gdybyś zwolnił tempo, nie tańcz zbyt szybko, bo pewnego dnia muzyka ucichnie, życie jest takie krótkie.
Gdy biegasz gdzieś tak szybko żeby gdzieś zdążyć, tracisz połowę przyjemności bycia tam dokąd biegniesz.
Gdy zawracasz sobie głowę i zbyt się codziennie przejmujesz, to tak jakbyś wyrzucał prezent którego nawet nie otworzyłeś.
Życie to nie wyścig, powinieneś zwolnić tempo, znajdź chwilę na wysłuchanie muzyki zanim się skończy piosenka.

autor nieznany

Zwolniłam już dawno :-)

Delektuję się życiem

Jesteśmy nad morzem i nieważne, że słonecznych dni miałyśmy zaledwie trzy od zeszłego poniedziałku

Trochę zdjęć jest na Facebooku – z miejsca, gdzie jesteśmy

Zaledwie trochę, bo reszta niech zostanie w pamięci tylko dla nas. Nie wszystko jest na pokaz i tak dużo odkryłam na tym blogu.

Jak łatwo jest pisać o nieszczęściach a jak trudno opisać jest szczęście, radość i miłość – przynajmniej w moim przypadku.

Tekst, który umieściłam na początku ma w sobie ogromna moc – moc zatrzymywania , bo życie to nie wyścig a na końcu życia nie czeka nas podium z medalem a zupełnie co innego.

Żaden dzień się nie powtórzy

Nie ma dwóch podobnych nocy

Szymborska miała rację

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

Niełatwy wpis. Niełatwy i nieładny…

18 maj

Dziś niełatwy wpis. Niełatwy i nieładny a miejscami nawet wulgarny.
Wpis najpierw umieściłam w brudnopisie, ale pomyślałam sobie o osobach, które czytają mojego bloga. W wyobraźni mam osoby, które są spętane wszystkimi „nie wypada”, „tak nie można”, „a co ludzie powiedzą”, „To wstyd”, „nie jestem ważna”, „liczą się inni i ich potrzeby”, „jestem głupia”, itp. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Życie to nie tylko pogoń za szczęściem i gęba rozdziawiona zachwyceniem i radością.

Dziś trudna terapia… Ok, podzielę się z wami moimi przemyśleniami.
Uwaga, jeżeli jesteś wrażliwy na punkcie wiary, albo moralności, lepiej tego nie czytaj. Możesz poczuć się urażony/a !

***

Dziś wizyta była
Nie chcę mi się opisywać jej przebiegu

Nie chce mi się…

Jechałam z niepewnością, ale bawara stała

Zauważyłam ze zdziwieniem, że nie jest biała, ale srebrna.

Nie spieszyłam się. Pomyślałam, że bez sensu jest się denerwować. Mówić coś. To i tak nic nie zmieni.
Co jest w środku, w głowie? Strach przed agresją innych. Ja powiem, wykrzyczę i spotkam się z agresją, odrzuceniem, niezrozumieniem. A tak nie chcę, więc łatwiej trwać w stuporze, w zacięciu. Nie ranić innych, nie denerwować ich. Lepsza implozja, niż eksplozja. Ofiarą będę tylko ja a innych uchronię od szkód.

To on wymyślił. Ja tylko przytakiwałam.

Wiele myśli w głowie. Jakiś tajfun, którego nie jestem w stanie ogarnąć. Kręci się w tej mojej makówce. Czuję niepokój, zdenerwowanie.
Było parę tematów, dla mnie bardzo atrakcyjnych, w które weszłabym jak w masło. Nie dałam się wkręcić, nie chciałam się nimi zajmować.  Ważna byłam ja a nie historie innych.

Głupia ściana, mur, szyba – tłumione emocje – to wszystko nie pozwalało mi na powiedzenie tego, o czym myślałam. Nie pierwszy raz.

On powiedział, że jego matka dopiero po 10 latach terapii uporała się ze swoimi demonami.

Popatrzyłam na niego i wypaliłam:
– Ile masz jeszcze do emerytury?
– Myślę, że zdążymy…
– Niezła perspektywa – powiedziałam z krzywym uśmiechem.

Na koniec podnosząc się z fotela, skrzywił się, jakby dorwał go ból korzonków. Chciałam powiedzieć, żeby o siebie zaczął dbać, bo moja terapia jeszcze nie jest skończona. Pojawiła się odrobina paniki w mojej głowie?! Odrobina, ale ugryzłam się w język i nie skomentowałam jego skrzywionego chodu.
Okularnika też chciałam uzdrawiać od raka podstawnokomórkowego skóry. Przestraszyłam się, że jak umrze, to ja nie będę miała gdzie mieszkać, więc załatwiłam mu szpital i operację. Przypilnowałam, „uzdrowiłam”, i dowiedziałam się przy okazji o zatajonej relacji z inna kobietą. Był jak ciele, które ssało dwie matki. Zabolało mnie a mieszkania i tak omal nie straciłam…
Takie skojarzenie…

Terapia długoterminowa.

Powiedziałam, że mu nie ufam całkowicie. Nie umiem. To, że chodzę na terapię, to i tak dużo. To, że buduję jakąś relację z nim, to dla mnie duży wysiłek. Gdzieś z tyłu głowy pojawiają się obrazy pijanego ojca, agresywnego męża, samotności, mojego krzyku w lesie, gdzie do drzew żaliłam się, jak mi jest bardzo źle i wygrażałam Temu w górze, że jest niezłym skurwielem, bo nic w moim przypadku nie robi. W lesie odpowiadał mi szum drzew, świergot ptaków i mój głośny szloch.
W domu, przed rodzicami nie złościłam się. A właściwie raz – kopnęłam w zabytkowe krzesło tak, że wyłamałam nogę. Matka była wściekła i nazwała mnie kurwą a ojciec nie powiedział nic. Popatrzył na krzesło i na mnie i cicho powiedział:
– To się sklei…
Nic więcej. Rozczulił mnie tym. Byłam mu wdzięczna za brak wrzasku.
Wytresowano mnie, że złość to krzyk i agresja, że trzeba głośno krzyczeć, żeby inni nas słuchali i coś dla nas robili. Za ten krzyk dostawałam od męża. Za każdym razem dostawałam coraz bardziej, mocniej, bardziej perfidnie i zaciekle, aż w końcu ledwo mogłam wyrwać się z jego łap…

10 lat terapii. Prawie trzy już za mną. Skończę ją jak będę miała ponad pięćdziesiąt lat. 2/3 życia będzie za mną. Do 68 zostanie niewiele. Matka zmarła w wieku 68 lat na raka. Zostało mi 24, z tego 10 trzeba odjąć na terapię. Niewiele lat zostanie na szczęśliwe życie… Zresztą co to jest szczęście…

Dużo emocji dzisiaj. W oczach szklą się łzy… Parę nawet dało radę popłynąć po policzkach. Zapiekłam się w sobie. Zapiekłam bardzo mocno… Zimno mi…

Trudno na tej terapii. Trudno, ale nie zrezygnuję…

Relacja w gabinecie bardzo mi się podoba – jest bezpieczna. Może dlatego z niej nie rezygnuję. Oprócz agresji brak w niej seksualności i jej podtekstów. Rodzi się nowy obraz mężczyzny w mojej podświadomości. Mężczyzny, który nie stanowi zagrożenia. No… napisałam to!
Podświadomie się jeżę, bo może on nie ma czystych intencji, itd – takie mam schizy, kiedy mówię, że nie ufam mu całkowicie. Moje fantazje w chwilach złości do niego są następujące: ja krzyczę, on wstaje, czerwienieje na twarzy i zaczyna bluzgać a później zaczyna tłuc na oślep a właściwie nie na oślep…
J bił po głowie. Trzymał za włosy i uderzał drugą ręką. Później chwytał za szyję i ściskał z całej siły, do momentu, aż ja traciłam oddech i przestawałam się wyrywać, wtedy dawał szansę na oddech i zaczynał od nowa… Bawił się jak kot myszą… A później był „seks”. Kurwa, czy ja wyrzucę z głowy te obrazy?

Łzy toczą się powoli po policzkach… W środku wszytko boli… Trudne te sesję…

***

Rozmawiałam z młodym człowiekiem. Niby niepokorny, ale jednak spokojny. Niby się burzy, ale wciska na siebie „kaganiec” dobrego zachowania. Dwa w jednym…
20 lat. Po drodze uzależnienie od alkoholu, narkotyków, hazardu. Bogate doświadczenie w tak młodym wieku.
W szkole stara się być spokojny. Dużo pomaga, zwłaszcza nauczycielkom. Jest dżentelmenem dla pań – przepuszcza je w drzwiach, nie używa złych określeń, uśmiecha się miło i spogląda na nie z ukosa, z pochylonej głowy…

Siedzi bardzo spokojnie, ale… wciąż obgryza paznokcie. Nie ma tam już właściwie co obgryzać i czasami pojawia się krew…

Uśmiecha się…

Ciemne, niespokojne oczy przeskakują po przedmiotach, osobach, oknie. Nerwowy uśmiech, jakieś słowo, spojrzenie z ukosa, palce podnoszą się do ust…

Jest w nim coś niepokojącego, jakaś niewypowiedziana historia…

Wczoraj uchylił „drzwi” do swojego świata.

Słuchałam i nie wiedząc, co powiedzieć, wypaliłam z głupia frant
- „Wkręcasz mnie”.

- Nie – odpowiedział z uśmiechem i nerwowym spojrzeniem w kierunku kolegi.

Jego świat do piętnastego roku życia to było życie w pełnej rodzinie. Mama, tata, rodzeństwo i… PRZEMOC ze strony MAMY. To nie była tylko przemoc słowna, to była też przemoc fizyczna. Mamusia zgasiła tego chłopaka i skrzywiła go psychicznie.
- Mama mnie biła. To nie były klapsy. Biła sznurem od żelazka. Chłopaki chodzili na basen, nad rzekę a ja wiecznie w koszulce. Kiedyś wskoczyłem do rzeki w koszulce, wyszłem mokry a chłopaki zaczęli wołać, że plecy mam czerwone. To była krew…
Nie wiem, dlaczego mnie biła. Coś poszło nie tak w pracy, pokłóciła się z ojcem, zdenerwowała się i już wiedziałem, że dostanę. Była pielęgniarką. Miała nerwową pracę. Później bała się zwolnienia. Zawsze miała powód. Ojciec od niej odszedł, ja zostałem. Później i ja nie wytrzymałem. Uciekłem do ojca. Teraz mam spokój. Została siostra. Do niej matka też wyciąga ręce. Chcemy, żeby przeniosła się do nas. Szkoda mi jej… Do matki nie czuję nienawiści… – spojrzał na mnie i nerwowo zaczął obgryzać skórki przy paznokciach.

Jutro pewnie znów się upije, albo zrobi coś jeszcze, żeby nie czuć…

Nie, nie jest agresywny. Jest spokojny, z przyklejonym uśmiechem i nerwowymi ruchami, chociaż na krześle siedzi spokojnie, albo kładzie głowę na rękach, na ławce, jakby spał…

Ja mogę go tylko wysłuchać…

Kończy szkołę w czerwcu

Na lekcji wita mnie zapytaniem:- Proszę pani a co dzisiaj obejrzymy?

****

Tak jakoś połączyłam te dwie historie, wspólnym mianownikiem – agresją i przemocą.

Przemoc i agresja kiedyś mijają, ale w głowie pozostają drzazgi i ropieją i bolą…

Trudno się je usuwa

Też boli

Kiedy zdecydujemy się je usunąć, rana się zagoi. Pozostaną blizny…

Kiedyś przeczytałam piękny wiersz ks. Jana Pałygi o bliznach – „Blizny w człowieku”

Możecie też go przeczytać.

Wiersz jest >>>tu<<<

Mały fragmencik:

„Płyniemy bowiem przez czas

A życie nie jest snem

Tylko drogą do wieczności”

Czasami chciałabym, aby życie było snem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

Wielkanocny czas.

26 mar

Życzenia z okazji świąt:

wielkanoc

 

Wielka sobota!!!

Za oknem siąpi wiosenny deszczyk

Maleńka poszła z koszyczkiem

Młody jeszcze śpi

Wielkanoc na swoim jest bardzo spokojna, będzie bardzo spokojna. Pięknie. Wielkanoc jutro, przecież…

Pięknie

Pięknie

Pięknie

i spokojnie

***

Baranku Wielkanocny

Baranku Wielkanocny coś wybiegł z rozpaczy
z paskudnego kąta
z tego co po ludzku się nie udało
prawda, że trzeba stać się bezradnym
by nie logiczne się stało

Baranku Wielkanocny coś wybiegł czysty
z popiołu
prawda, że trzeba dostać pałą
by wierzyć znowu

Jan Twardowski

***

Dzieci na Wielkanoc

Dzieci na Wielkanoc są inne niż zazwyczaj,
W dzieciach na Wielkanoc jest moc tajemnicza,
Dzieci na Wielkanoc
Wstają bardzo rano
I pytają: – Dlaczego dzwony tak głośno krzyczą?

Dzieci na Wielkanoc mają czerwone usta,
Czerwonymi ustami plotą różne głupstwa:
Czy strażak śpi na wieży,
Czy słońce to jest księżyc
I dlaczego hiacynty zaglądają w lustra.

Ty dzieciom na Wielkanoc odpuść wszystkie winy:
Że rozlały atrament, że zbiły słoiki -
Gdy tak smacznie śpią nocą,
Nie dziw, że we dnie psocą,
Że wciąż w ruchu są, jak małe listeczki brzeziny.

Ty także byłeś mały. To historia dawna,
Powiadasz. Ja rozumiem – dzisiaj nosisz krawat,
Parasol i notesik,
Ale gdyś jest wśród dzieci,
Czy nie jesteś znów dzieckiem, powiedz, czy nieprawda?

Widzisz, ten świat jest wciąż niedoskonały:
Jednym ciągle zbyt groźny, innym wciąż zbyt mały -
Ale wiedz: ciemne drogi,
Troski, trudy i trwogi -
Że dzieci, zawsze dzieci w nim opromieniały.

I jeszcze jedno cierpkie słówko jegomości
Podrzucę na odchodnym, z sympatii, z miłości:
Że gdy dzieciom, mój panie,
Zechcesz kropnąć kazanie,
Zaczynaj od kazania do własnych słabości.

Konstanty Ildefons Gałczyński

***

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

Samotność jest pełna bycia „obok”.

28 wrz

Przeczytałam wiersz na stronie Psychologia Pozytywna. Wiersz o miłości, która była. Istniała. Ta kobieta zmarła. Zmarła na rękach mężczyzny, który był jej bardzo bliski i dla którego ona była bardzo blisko.

OBECNOŚĆ

Kiedy nikogo nie będzie i pomyślisz,
że nikomu nie zależy.
Kiedy cały świat opowie się przeciwko Tobie
i poczujesz się osamotniona.
Ja będę obok

Kiedy ten na kim najbardziej Ci zależy,
nie będzie dbał o Ciebie.
Kiedy ten, komu dasz swoje serce, rzuci Ci je w twarz.
Ja będę obok

Kiedy osoba, której zaufałaś zdradzi Cię.
Kiedy ten, z którym dzielisz wszystkie myśli i tajemnice,
nie będzie pamiętał nawet o Twoich urodzinach.
Ja będę obok

Kiedy wszystko, czego będziesz potrzebowała,
to ktoś, kto Cię wysłucha.
Kiedy wszystko, czego będziesz potrzebowała,
to ktoś, kto otrze Twoje łzy.
Ja będę obok

Kiedy Twoje serce będzie tak bolało,
że nie będziesz mogła nawet oddychać.
Kiedy będziesz chciała już tylko położyć się i umrzeć.
Ja będę obok

Kiedy zaczniesz płakać słysząc smutną piosenkę.
Kiedy łzy nie będą chciały przestać płynąć.
Ja będę obok

Więc widzisz, będę obok aż do końca.
To jest obietnica, którą mogę Ci dać.
Jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebowała,
po prostu daj mi znak i znajdę się obok
Kocham cie i z całego serca

Pragnę być z tobą cicho

Obok

autor: Marcin Antoniak

Wiersz przypomina mi modlitwę. To tak jak obietnica Boża – będę obok. Cokolwiek zrobisz, cokolwiek powiesz, cokolwiek zadecydujesz – ja będę obok.

A dlaczego nie z tobą?  Nie z tym kimś, kogo się kocha. Być z nim, nie obok. Obok jest pustka, opuszczenie, obojętność, która przywdziewa maski. Samotność.

Byłam przy pewnej osobie przez 15 lat. Byłam obok, bo ta osoba miała swój świat, którego ja nie umiałam zrozumieć. Dwa światy, które były obok. Nie połączył ich nawet element wspólny – dzieci.

Wiersz jest pełen romantyzmu, ale to „obok” wykopało ogromna przepaść i powiało mroźnym chłodem.

Czepiam się?

Samotność jest pełna bycia „obok”…

sadness-831514_640

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com, Poezja, Życie

 

Szukając wyjścia…

23 wrz

Chciałabym zacząć życie od białej kartki

Czystego konta wypełnionego amnezją

Zadziwia mnie lekkość życia, innych

Ja tak nie umiem

Rozdzielam włos na czworo

Sczytuję przyszłość z grymasów twarzy

Nie mojej twarzy, innych

Wciąż nie umiem uwierzyć

Że życie zależy tylko ode mnie

Zaplątana w obrazy, wspomnienia, emocje

Szukam wyjścia

Jest

Wiem, że jest

Tylko tak trudno do niego trafić

Mam dość!!!

Wciąż nie umiem „zasymilować się”  z ludźmi. Wciąż nie mogę zrozumieć tego, ze ludzie nagminnie sprzedają obraz lepszych siebie. Ja wciąż opowiadam o sobie prosto z mostu – bez upiększeń, bez blichtru, zadęcia. Jeżeli jest źle, to jest źle. Otwarcie o tym mówię, albo milczę. Kiedy sobie z czymś nie radzę, przyznaję to otwarcie. Nie lubię plotek, sztuczności i fałszywych przyjaciół. Odcinam się od takich ludzi, bo wiem jak potrafią krzywdzić. Świat nie jest idealny a ja wciąż nie potrafię się zgodzić na taki stan rzeczy. Przede mną marne rokowania?

Dookoła pęd do pozytywnego postrzegania rzeczywistości, albo przerzucania odpowiedzialności na Boga. Bóg ma nam „załatwić” lepsze życie a my posiedzimy i poczekamy myśląc pozytywnie.

Męczy mnie przyklejanie wciąż nowych masek – uśmiech proszę! Ponuraków się omija! Cheese! Please!

robins

Ciężki dzień.

Od samego rana.

Idealny świat nie istnieje a ja nie jestem w stanie go stworzyć. Próbowałam…

Sąd przysłał pismo, że nie odbierze praw rodzicielskich ojcu. Nie rozumiem tego, tak jak nie potrafię zrozumieć mechanizmów działania schizofrenii. Starałam się. Odrabiałam te „prace domowe”, przeczytałam mnóstwo książek, spotykałam się ze znajomymi z takim samym problemem, wysłuchałam mnóstwo przemów dotyczących trwałości i świętości małżeństwa i jedyne co pozostało to poczucie winy, że nie dałam rady. Teraz też nie mogę zrozumieć decyzji sądu. Może chodzi o to, że sąd ma nadzieję na jego cudowne uzdrowienie, albo zmianę jego myślenia i po pobycie w zakładzie wyjdzie wspaniały, kochający ojciec. Ojciec, który zacznie brać leki i nie będzie agresywny. Staram się zrozumieć…

Pierwsza sprawa o pozbawienie praw rodzicielskich została oddalona.

Druga sprawa też.

Czekamy na cudowne uzdrowienie ze schizofrenii.

Spuszczę łeb i nic nie powiem. Przykleję uśmiech na twarz i powiem, że nic się nie stało i że ja to ogarniam.  Jest Ok!

Chciałabym zacząć wszystko od nowa. Stworzyć bezpieczny i szczęśliwy świat. Idealny.

Odhaczyć kolejne lata/zadania jako przeanalizowane i zrobione.Check-lista

Zrobione. Przeżyte. Zapomniane.

15 lat – pyk! Jakie 15? Było jakieś 15 lat? Nie!!! Nie było!!!

Jesteśmy szczęśliwi! Mam szczęśliwe dzieci! Umiem walczyć o swoje! Nie mam problemów z oznajmianiem mojego zdania! Umiem walczyć o swoje! Otwarcie umiem powiedzieć, że ktoś swoim postępowaniem mnie denerwuje, rani i nie szanuje!

Nie da się…

Jeszcze nie…

Czy w ogóle

Pierwszy dzień jesieni – nieźle się zapowiada. Deprecha…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Poezja, Życie