RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Wymyślone’

„Zamknij buzię”, czyli nie denerwuj Pana Właściciela.

12 sty

nie jestMinęły święta. Rodzinnie – tylko ja i dzieci. Pierwszy dzień u znajomej. Pojechaliśmy, żeby samotnie nie siedzieć w domu. Znajoma ma dzieci w wieku moich, więc pierwszy dzień świąt minął przyjemnie.

Później był sylwester  - też u tej samej znajomej. Choroba – same pary i tylko ja, samotna jak palma, ale było warto. Wytańczyłam się, wyskakałam, wypiłam szampana i usłyszałam mnóstwo życzeń. Oby się tylko spełniły!!!!

Zaraz po Nowym Roku odwiedziła mnie znajoma. Tak jak ja wynajmuje mieszkanie i miała bardzo podobną „przygodę” związaną z wizytą właściciela. A tak swoją drogą to zastanawia mnie dlaczego ludzie w niektórych przypadkach pokazują swoją wyższość. Niby wszyscy jesteśmy równi a okazuje się, że są jednak „równi i równiejsi”. To, że ktoś posiada więcej dóbr nie oznacza od razu, że jest lepszy. Może miał więcej szczęścia, sprytu, zaradnego współmałżonka, lepszą pracę. Niejeden powie, że ktoś taki lepiej potrafił się „ustawić”. Czasami jest tak, że im grubszy portfel, tym skąpszy właściciel. Niestety do kompletu dołącza również poziom kultury osobistej takiego „bogacza” a raczej brak jakiegokolwiek poziomu. Przypomina mi się sytuacja, kiedy pracowałam w pewnej dużej firmie, w recepcji.  Regułą było zachowanie prezesa tej firmy, nota bene bardzo szanowanej persony. Prezes podjeżdżał swoją „wypasioną bryką” (rano, bo później był wożony przez kierowcę), rzucał ostentacyjnie klucze od auta na kontuar recepcyjny i coś wywarkiwał pod nosem z groźną miną. Kiedyś ośmieliłam się poprosić o powtórzenie, tego co powiedział. Zawarczał wtedy:

-Pani jest głucha! Proszę zadbać o samochód!

- Ale… – nie wiedziałam o co chodzi, bo byłam nowa.

Popatrzył na mnie jak na okaz guźca afrykańskiego, który zaplątał się na salony i znów zawarczał (prezes oczywiście). Nie ośmieliłam się poprosić o powtórzenie. A o co mu chodziło, wytłumaczyły mi starsze koleżanki. Klucze należało przekazać kierowcy. Ale powróćmy do historii Hani.

Hania przyszła do mnie późnym popołudniem. Czasami do mnie „wpada”. Odeszła od męża, który pił i bił. Przeprowadziła się z dużego domu na wsi do miasta. Zabrała siebie, syna, swoje meble, wspomnienia i tęsknotę za miejscem, które miało być jej na zawsze, aż do śmierci. W mieście bardzo długo przeżywała to, że w wynajętym mieszkaniu jest tak mało miejsca, ale cieszyła się, że nareszcie ma święty spokój. Chwaliła sobie dobrą relację z właścicielem mieszkania, chociaż niepokoiło ją to, że nie chce podpisać z nią umowy najmu. Prosiła o to parę razy, ale on zawsze stawał się wtedy niemiły, krzykliwy i pytał, czy źle jej mieszkać. Ustępowała.

Po Nowym Roku zobaczyłam Hankę bardzo przygnębioną. Blada twarz i podkrążone oczy. Widać było, że płakała. Usiadła na kanapie w pokoju a ja zrobiłam kawę.

- No opowiadaj – rzuciłam – zobaczymy, czy możemy coś poradzić. W końcu ja miałam podobną sytuację po świętach. Jak to z siebie wyrzucisz będzie ci lżej – zachęcałam.

Hanka popatrzyła na mnie a w jej oczach pojawiły się łzy. Zaczęła:

- No i znów mam problem! A zaczęło się od nieodebranego telefonu.

- Kurcze, tak jak u mnie.

- W Sylwestra odebrałam parę sms-ów z życzeniami od znajomych. Sama też wysłałam kilka i nie odebrałam telefonu od znajomego, od którego wynajmuję mieszkanie. Zawiódł mnie w paru sprawach, zachowywał się parę razy niegrzecznie, więc nie zamierzałam odbierać tego telefonu. „Niech dzwoni” pomyślałam. Rachunki za mieszkanie mam popłacone, za światło też a jego życzeń nie chcę słyszeć. Co prawda przed świętami zaczepił mnie na ulicy i powiedział, że jednak zmienił zdanie, co do umowy i że kiedyś przyjdzie do mnie, aby ją podpisać, ale nie myślałam, że wybierze akurat koniec roku . Okazało się, że nie odbieranie jego telefonów było dużym błędem.

- Co? Dlaczego? – zapytałam zaskoczona i pomyślałam „Chyba mamy tego samego właściciela”.

- Po Nowym Roku „zaszczycił” mnie swoją obecnością. Od progu zaczął krzyczeć, że muszę odbierać jego telefony. Mieszkam w jego mieszkaniu i mam taki obowiązek. Roześmiałam się i odpowiedziałam, że nie muszę. Nie miałam ochoty. Rachunki są popłacone a z nim nie miałam ochoty rozmawiać w Sylwestra. Wykrzyknął,że dopóki tam mieszkam nie mam nic do gadania. 

Hanka popatrzyła na mnie umęczona i „przeszła” na dialog, jaki przeprowadziła z mężczyzną.

- Powiedziałam, że nie życzę sobie, żeby na mnie krzyczał a jeżeli nie, to niech wyjdzie.

- Nigdzie nie będę wychodził! Jestem u siebie! – wykrzyczał

- Nie życzę sobie rozmowy w takim tonie – odpowiedziałam hardo.

- Przyszedłem podpisać umowę na mieszkanie – oznajmił.

- Wcześniej kategorycznie nie chciałeś podpisywać umowy. Krzyczałeś, że jeżeli chcę mieszkać, to nie będę upierać się przy umowie a teraz zmieniłeś zdanie.

- Tak, zmieniłem!

- Umowa niczego nie zmieni. Opłaty robię regularnie, więc nie musisz się bać.

- Ja się nie boję a ty jeżeli chcesz mieszkać to podpiszesz umowę! – zaczął krzyczeć.

- Człowieku zdecyduj się wreszcie, czego chcesz i nie krzycz.

Nie dawałam za wygraną. Nie pozwoliłam się obrażać. To, że jest właścicielem mieszkania nie upoważnia go do traktowania mnie w taki sposób. Nie wchodzi się do kogoś i nie robi mu awantury z powodu nieodebranych telefonów. Zastanawiałam się o co mu chodzi? Pamiętam, jak wcześniej stałam przed nim i tłumaczyłam, dlaczego proszę o umowę. Ciskał się tak samo a ja potulnie starałam się tłumaczyć, słuchałam jego krzyków i bałam się jak cholera, że wyrzuci nas z mieszkania. Ustąpiłam… Teraz też się bałam. Widziałam jego zagniewaną twarz i słyszałam wiele złych słów, ale broniłam się. W końcu on widząc, że nie będę spokojnie stać i znosić jego krzyków, rzucił:

- Zamknij buzię!

Widziałam błysk w jego oczach. Miał zwężone źrenice. Pomyślałam, że gdybym była jego żoną, na pewno dostałabym po twarzy.

- Nie, nie zamknę! Nie masz prawa mnie obrażać!

- Zamknij, albo w nią dostaniesz! Podpisuj tą umowę, albo zaraz otworzę okno i zacznę wyrzucać twoje rzeczy.

Zobaczyłam, że mówi tak, jakby za chwilę miał to zrobić. Struchlałam. Żołądek skurczył się w bolesną kulę. Wzięłam do ręki kartki umowy. Nie byłam w stanie czytać liter. Pobieżnie przeleciałam wzrokiem po zadrukowanej kartce. On wypełniał moje dane z dowodu, którego kategorycznie zażądał. Nie dostałam czasu na zapoznanie się z umową. Musiałam podpisać, jeżeli chciałam mieszkać dalej.

- Nigdzie nie znajdziesz mieszkania na takich warunkach i radzę na przyszłość odbierać telefony.

- Nie mam zamiaru odbierać telefonów od ciebie. Wszystko, co dotyczy mieszkania można załatwić wtedy, kiedy przynoszę pieniądze za czynsz. Nie mieszkasz 200, czy 300 km stąd. Dbam o mieszkanie, nie niszczę go…

- Jeszcze by tego brakowało a telefony będziesz odbierać!

- To jest zapisane w umowie? W którym paragrafie? Jeżeli nie, to dopisz to! – nie wytrzymałam.

- Zamknij buzię! Dopóki wiąże nas umowa, nie masz nic do powiedzenia! Teraz po pieniądze będę przychodził sam!

Mówił coś jeszcze z wielką złością a ja poczułam się jak w pułapce. Znów „wyłuskałam” sobie faceta z ogromną agresją do kobiet. Na szczęście nie jestem jego żoną i nie muszę znosić jego humorów. Zawiódł mnie. Wykorzystywał moją dobroć i chęć niesienia pomocy. Użalałam się nad jego trudną sytuacją. Było mi go szkoda, bo tak rozpaczał po stracie żony. Starałam się pomóc a później wyszło na jaw, że nie jest taki samotny i opuszczony jakim się przedstawiał. Ma przyjaciółkę i mnóstwo innych „pocieszycielek”. Kiedy się dowiedziałam, odsunęłam się. Nie chciałam już słuchać telefonów z użalaniem, przestałam gotować obiadki, pomagać przy dzieciach. Po rozmowie wiosną odsunęłam się zupełnie. Bałam się tylko o mieszkanie, bo wiem w jaki sposób usunął lokatorów, którzy mieszkali przede mną – z dnia na dzień kazał im opróżnić mieszkanie. Mieli tydzień na znalezienie nowego. Dobrze, że to byli panowie a nie jakaś rodzina. Tak może być i w moim przypadku. Ten człowiek nie bawi się w jakieś sentymenty, jeżeli nie ma z tego żadnej korzyści a korzyści ze mnie się skończyły, więc wnioski nasuwają się same. Po jego wyjściu nie mogłam ochłonąć. Starałam się uspokoić. W głowie miałam totalną pustkę. Nie wiem co robić. Tysiące pytań i blokada w głowie. I poczucie winy – znów to poczucie winy. W poniedziałek poszłam do banku dowiedzieć się, czy mogę otrzymać kredyt. Mogę – na 25 lat! Długo! A odsetki, jakie będę musiała spłacić to 1/4 kredytu. Lichwa! Po tym, co przeszłam w domu na wsi nie mogę znów się bać. Nie po to uciekałam, żeby znów się bać. Jeżeli będzie trzeba, to wezmę ten lichwiarski kredyt. Obroniłam własną dumę, ale mieszkania muszę szukać. Nie mogę być zależna od kolejnego niezrównoważonego faceta!

Hanka skończyła swoje opowiadanie i popatrzyła na mnie smutnymi oczami. Po chwili dodała:

- Później na spokojnie przeczytałam podpisaną umowę i okazało się, że mam wpłacać pieniądze 1-go każdego miesiąca do rąk właściciela. Przecież on wie, że wypłatę mogę wziąć dopiero drugiego. Będzie miał kolejny pretekst do straszenia mnie. Nie chcę go widzieć! Boję się go.

- To prześlij pieniądze przekazem – podrzuciłam pomysł.

- Nie przyjmie ich.

- To idź z kimś znajomym i zapłać. Przy kimś nie będzie krzyczał.

- On ma przychodzić.

- To niech ktoś wtedy z tobą będzie. Ktoś z sąsiadów.

- Ja to mam szczęście – Hanka spuściła głowę.

- My to mamy szczęście! – dodałam – ale Hanka nie możemy pozwalać, żeby nas ktoś straszył, krzyczał, wykorzystywał.

- Łatwo ci mówić. Ja nie umiem się przeciwstawić. Nie mam na to odwagi. Wiem, że mogłam się postawić i nie podpisywać tej umowy, ale wtedy pomyślałam o synu i o tym, że znów go zawiodę i gdzie my pójdziemy. Pensji nie mam za wysokiej a kiedy zobaczyłam agresję tego faceta w stosunku do mnie, automatycznie „podkuliłam ogon”. Moja odwaga uleciała. Czy ja kiedyś nauczę się walczyć o swoje? Ja już nie chcę się bać!

- Haniu nauczysz się! Nauczymy się! Zobaczysz! Tyle lat ustępowałyśmy. Pozwalałyśmy na to, żeby ktoś używał siły przeciwko nam. Tyle lat… A ty chcesz nauczyć się odwagi przez rok. Dopiero rok jesteś sama. I tak dobrze, że miałaś odwagę powiedzieć, że nie życzysz sobie, aby ktoś na ciebie krzyczał. W twoim przypadku to dużo. Będzie dobrze. Musimy obie poszukać jakiegoś innego mieszkania. Uda się! Zobaczysz! Damy radę! Hanka! Kto jak nie my?!

Hanka popatrzyła na mnie a ja pomyślałam, jak ciężkie jest życie i na jakie próby wystawia czasami ludzi.

Jak wiele musimy się nauczyć, aby normalnie żyć…

I jak pieniądze zmieniają ludzi…

Tego wpisu można posłuchać w aplikacji Audiobog

logo_audioaudioblog_small_white1

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Audioblog, Wymyślone, Życie

 

Konwersacja trochę nerwowa cz. 6 – o radzeniu sobie.

27 wrz

Pozwól mi marzyć
Pozwól mi uwierzyć 
Pozwól mi powiedzieć 
że możemy zmienić historię 
Jeśli prawdą jest, że jesteśmy wolni 
że możemy odlecieć 
Uwolnij mnie 
Mam wrażenie że się zadławię

W tym mini mini mini świecie mini mini
Ten mini mini świat mini
Ten mini mini świat mini mini 
Czuję się jakbym biegła w zwolnionym tempie 
W tym świecie mini (…)
Nadal śnię że śpiewamy tę samą melodię

Nie rozumiem ich
ale co chcą powiedzieć
dlaczego jest mi zimno
Czy to tak się umiera?
A jeśli chcę przeżyć
Czy naprawdę muszę to zaakceptować
Ze wszystkim się dostosować
Z dala od mej rzeczywistości

Zatem idę każdego dnia 
Umieram w każdym momencie 
Czuję że
Życie trwa tylko chwilę 
Niesiona po horyzont
Przez jakieś nuty muzyki
Śpiewam o nadziei
Aby uczynić moje życie magicznym (…)

Tłumaczenie: tekstowo.pl

Znów przyszła. Nie było jej już bardzo długo. Już myślałem, że w ogóle nie przyjdzie. Dni leciały bardzo szybko. Minęły wakacje. Znów wrzesień. W koronach drzew zaczęły pojawiać się barwy rdzy i złota. Jesień. Zimne wieczory… Bezwiednie zmieniłem temat a miałem opowiedzieć o jej następnej wizycie. Podświadomie chyba nie chcę o niej mówić – o wizycie. Zbyt dużo irytacji,nerwów, niedokończonych zdań i uczucia zawieszenia, milczenia. 

Rytuał parzenia kawy odbył się jak zwykle. Jak zwykle siedziała niespokojnie, podnosząc filiżankę do ust i pijąc małymi łykami. Kawa parzyła usta, język i przełyk. Miałem wrażenie, że ta wizyta jest ostatnia a bardzo tego nie chciałem. Była mi taka bliska, chociaż bez tej intymnej, fizycznej bliskości . Gościłem ją w domu. Obserwowałem jak pije kawę. Słuchałem jej nerwowych monologów. Odpowiadałem i słyszałem niezadowolenie w jej głosie. Zawsze była niezadowolona z tego, co mówiłem. Romantyczna dusza osadzona w trudnej rzeczywistości. Idealistka, która chciała, aby świat był taki, jak na kolorowym, pięknym obrazku. Szukała idealnej miłości, idealnych ludzi i idealnych relacji. Była zawiedziona jak dziecko, kiedy wszystko było inne niż ona chciała. Płakała i krzyczała. Kurczyła się w sobie i patrzyła tymi dziecięcymi oczami na mnie a ja drętwiałem w środku, bo nie mogłem  nic zrobić. Podnosiła się wtedy energicznie i uciekała, trzaskając drzwiami. Teraz też tak było…

- Dobra ta kawa…

- Wiem. Powtarzasz to zawsze, kiedy ją pijesz.

- Wiem. Nie wiem jak powiedzieć…

- Co? Co tym razem wymyśliłaś?

- Przychodzę do ciebie i coś próbuje powiedzieć. Mam nadzieję, że usłyszę jakąś radę, pocieszenie a ty zawsze reagujesz rzeczowo, drętwo i odpychająco. Ratuje cię ta kawa – roześmiała się, chociaż oczy znów zrobiły się jak u małej dziewczynki.

Patrzyłem spokojnie. W ciszy. Czekałem na jej słowa. 

- Pogubiłam się. Nie wiem, co dalej.

- Przecież było już dobrze. Byłaś zadowolona. Kto zrozumie kobiety…

- Znów sarkazm. Mam dość. Przychodzę i mówię o swoich problemach, uczuciach a ty zawsze mnie zbywasz. Śmiejesz się, kiedy ja płaczę. Krytykujesz, kiedy ja potrzebuję wsparcia. Nie wiem po co ja przychodzę. 

- Może ja też nie wiem, nie wiem jak radzić sobie z życiem. Nie znajdziesz we mnie oparcia.

Patrzyła szeroko otwartymi oczami. 

- Wiem. Chciałam sprawdzić co powiesz. Poradzę sobie. Poradzę sobie bez tych rozmów, bez użalania się, bez płaczu, no chyba, że będą to łzy radości. Wiem to! 

Podniosła się energicznie i dodała:

- Kiedyś wpadnę na kawę. Kiedyś… Może…

Wyszła trzaskając drzwiami.

Za oknem słoneczna jesień malowała korony drzew na różne kolory.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Wymyślone

 

„Pamiętaj, nie zawsze tak będzie” – mądrość naszych starsztch braci w wierze.

26 sie
Mosze_Feinstein

Ortodoksyjny rabin Mosze Feinstein; fot. ChanochGruenman, en.wikipedia.org

Na początku spieszę wyjaśnić, że nasi starsi bracia w wierze to Żydzi. W taki sposób odniósł się do narodu żydowskiego Jan Paweł II. „Jan Paweł II kilkakrotnie w czasie swego pontyfikatu tak ich nazywał. Podczas jednej z audiencji generalnych, 28 kwietnia 1999 r., stwierdził, że dialog międzyreligijny obejmuje w szczególny sposób „naszych starszych braci”, a 23 marca 2000 r. w czasie spotkania z rabinami Izraela powiedział: „jesteście naszymi starszymi braćmi”.
Zainicjował również wiele działań na rzecz dialogu z wyznawcami judaizmu. Wystarczy przypomnieć, że w 1986 r., jako pierwszy papież w dziejach Kościoła, przekroczył próg świątyni żydowskiej, przybywając na spotkanie wspólnoty judaistycznej w rzymskiej Synagodze Większej, oddalonej 2 km od Watykanu. Dla jednych ta wizyta była powodem do dumy, dla drugich – przyczyną zgorszenia zarówno wśród katolików, jak i żydów. Pamiętamy również jak kilkanaście lat później, podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie, drżącą ręką wkładał kartkę z modlitwą. Wyraził wówczas żal za winy chrześcijan wobec żydów, wskazując na nasze wspólne korzenie religijne.” (Fragment artykułu: Dlaczego „starsi bracia w wierze”?, Przewodnik Katolicki). To gwoli wyjaśnienia…

Wracając do pierwszej części tytułu, czyli „nie zawsze tak będzie”, nie chodzi o nasze nastawienie do Żydów, nie.  Wiele, wiele lat temu, kiedy zaczynałam pracę w szkole, mieliśmy warsztaty szkoleniowe i to w trakcie tych warsztatów usłyszałam opowieść o bogobojnym Żydzie i starym rabinie. Zapamiętałam tę opowieść i w czasie największych zawirowań życiowych powtarzałam sobie to zdanie „Zapamiętaj, nie zawsze tak będzie” i było mi lżej, i pojawiała się nadzieja na coś lepszego, bo nie zawsze tak będzie. A oto historia:

Żył kiedyś bardzo bogobojny Żyd. Wiodło mu się bardzo dobrze. Miał wspaniały dom, pracę, która przynosiła radość i wysokie dochody, piękną i mądrą żonę i gromadkę wspaniałych dzieci. Był szczęśliwym człowiekiem. Chodził codziennie do świątyni i dziękował Bogu za tyle szczęścia. Dni płynęły w zdrowiu i szczęściu, aż …

Aż któregoś dnia mężczyzna ciężko zachorował. Nie miał siły pracować. Dorobek całego życia powoli zaczął topnieć. Na domiar złego dzieci i żona też zapadli na tajemniczą chorobę. Mężczyzna zaczął rozpaczać. Nic nie pomagały modlitwy i składane Bogu ofiary. Był załamany a ponieważ bał się złorzeczyć Bogu udał się do mądrego rabina, aby ten coś mu poradził. Rabbi popatrzył na niego i zanim dał mu radę, poprosił o wypełnienie jego prośby, chociaż załamanemu mężczyźnie może wydać się dziwna i śmieszna. Mężczyzna przyrzekł wykonać polecenie. Rabin rzekł:

- Idź do domu i weź najładniejszą dębową deseczkę. Na desce wypal takie zdanie „Zapamiętaj, nie zawsze tak będzie!”. Powieś tę deskę w takim miejscu, abyś zawsze mógł  widzieć i spoglądaj na nią jak najczęściej. Módl się też do Boga i bądź cierpliwy.

Mężczyzna zdziwił się, ale przyrzekł, że wykona wszystko o co rabin go poprosi, więc nie miał wyjścia. Przyszedł do domu i na kawałku dębowej deseczki wypalił zdanie: „Pamiętaj, nie zawsze tak będzie!”. Jednak sytuacja życiowa nie poprawiła się, wręcz przeciwnie. Majątek znikł – potrzebne były pieniądze na leczenie. Dzieci i ukochana żona zmarły, bo nie znaleziono lekarstwa na dziwną chorobę. Dom spłonął. Żyd został tylko w jednym ubraniu a w dłoni trzymał deseczkę z napisem:

-”Pamiętaj, nie zawsze tak będzie!”

Została tylko taka pociecha. Denerwowało go to, ale obiecał rabinowi, że będzie się modlił. Cóż mu zostało innego? I tak wszystko stracił…

Dni mijały, ale Żyd nie siedział bezczynnie i nie rozpaczał. Rzucił się w wir ciężkiej pracy. Praca była też dla niego ucieczką od trudnej rzeczywistości. Powoli odzyskiwał swój majątek. Wybudował wspaniały dom. Poznał dobrą i mądrą kobietę i założył rodzinę. W domu pojawiły się dzieci, które swoim radosnym szczebiotem umilały mu dni. Żyd znów poczuł się szczęśliwy. Znów w modlitwie dziękował Bogu za odmianę swojego losu. Zadowolony poszedł też do rabina, aby mu podziękować za mądrą radę i wsparcie. Rabin popatrzył na niego znad otwartej księgi i zapytał:

- Czy masz jeszcze tą deseczkę z napisem?

Mężczyzna zdziwił się. Przyszedł szczęśliwy podziękować za pomoc, a tu mędrzec pyta o deseczkę.

- Mam, oczywiście, że mam. Nigdy się z nią nie rozstaję!

- Wyjmij ją i przeczytaj, co jest na niej napisane – polecił.

Mężczyzna wyjął i przeczytał: „Pamiętaj, nie zawsze tak będzie!”. 

Żyd popatrzył na mądrego starca, skłonił się i odszedł.

Morał opowieści niech każdy dopowie sobie sam…

Szczęście tak samo jak nieszczęście nie będzie trwało wiecznie… 

Tą opowieść dedykuję również mojemu Dobremu Duchowi. Kochana K. pamiętaj nieszczęście nie będzie trwało wiecznie – przyjdzie czas, że spełni się Twoje najgorętsze pragnienie, bo na to zasługujesz. Ty bądź cierpliwa a ja będę się modlić!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Wymyślone

 

Konwersacja trochę nerwowa… cz.5, czyli o odnajdywaniu siebie.

13 cze

„Chciałabym (móc) zapomnieć czas
Na jedno westchnienie, na jedną chwilę,
Wytchnienie po biegu…
I ruszyć, gdzie mnie serce pchnie.

Chciałabym odnaleźć moje ślady,
Gdzie jest moje życie, gdzie jest moje miejsce. (…)

Chciałabym przebyć ocean, przeciąć lot mewy,
Myśleć o wszystkim, co widziałam lub wręcz iść w nieznane.
Chciałabym ściągnąć księżyc, a nawet ocalić ziemię, (…)

Chciałabym zwolnić, aby usiąść, 
Znaleźć w zakamarkach pamięci
Głosy tych, którzy mnie nauczyli, 
Że nie ma zakazanego marzenia.

Chciałabym znaleźć w sercu kolory, obrazy (…)

Chciałabym (móc) zapomnieć czas
Na jedno westchnienie, na jedną chwilę,
Wytchnienie po biegu…
I ruszyć, gdzie mnie serce pchnie.

Chciałabym odnaleźć moje ślady, 
Gdzie jest moje życie, gdzie jest moje miejsce. (…)”

@@@@@

Przyszła całkiem inna. Odmieniona. Fizycznie się nie zmieniła, ale coś w niej było innego -  spokój, pewność siebie… Zaraz się dowiem z czym przychodzi.

- Kawa?

- No, może…

- Zaparzę – podszedłem do ekspresu.

- Poczekaj może herbata – zielona – ostatnio taką zaczęłam pić. Więc może…

- Dobrze. Zaraz zaparzę.

Siedziała na krześle. Nie odzywała się.  Cisza, ta z tych niepotrzebnych zaczęła przeszkadzać. Przyszła pełna energii a teraz – nic.

- Co tam?

- Wiesz, tak jakoś …

- ?

- Wiem. Znów marudzę.  Obudziłam się dzisiaj o czwartej rano i zaczęłam rozmyślać. No, nie patrz tak, jakby rozmyślanie było zbrodnią. Robię pewnego rodzaju podsumowanie. Chyba mogę? – spojrzała na mnie zaczepnie.

- Możesz. I jakie wnioski?

- Przez piętnaście lat byłam w chorej relacji z drugą osobą. Żebrałam o uczucie. Szukałam uczucia u osoby chorej psychicznie, bo w głowie miałam mnóstwo banałów, bo czułam się silna. Może wierzyłam w romantyczną miłość? Wierzyłam, że miłość może wszystko. „Gdybym miłości nie miał… i tak dalej. Miałam  w sobie dużo miłości, ale „byłam jak ten cymbał brzmiący, albo miedź brzęcząca” – grałam nie swoją muzykę. Podporządkowałam się…

- Ho, ho znów filozoficznie.

- Wkurza mnie ten twój sarkazm. Może już pójdę!

- Poczekaj, no dobra, nie będę przeszkadzał. Zaraz będzie herbata – rozlałem gorącą wodę do filiżanek z herbatą i postawiłem je na stoliku.

- No mów – zachęciłem.

- Skończyłam jeden etap w życiu. Miało być dobrze i… Rozpoczęłam drugą znajomość z osobą w głębokiej depresji. Tak mi się przynajmniej wydawało. Był tak samo nieszczęśliwy jak ja. Moje odbicie lustrzane. Znów zastosowałam stary schemat – oparłam uczucie na wyobrażeniu a nie na prawdzie. Dawałam dużo z siebie, niczego nie oczekując. Czułam się zakłopotana, kiedy sama otrzymywałam coś od niego. Dlaczego? Bo tkwi we mnie niskie poczucie wartości – myślę, że nie zasługuje na nic dobrego, bo jestem brzydka, gruba, głupia, nic nie warta…

- Nie jesteś!

- Nie przerywaj! Myślałam jestem gorsza, więc to ja muszę nadskakiwać każdemu. Pomagałam. Czekałam na miłe słowa, na rozmowy, na wymówienie nawet mojego imienia. Chore nie?

- Dlaczego od razu chore. Nie miałaś tego w małżeństwie.

- Dałam sobą manipulować. Bez sensu. Uciekłam z jednej chorej relacji a wpakowałam się w następną i jeszcze byłam z tego zadowolona.

- A więc to dlatego kiedyś powiedziałaś, że się zakochałaś?

- Tak wtedy czułam. Tylko oprócz tego czułam też przygnębienie, osamotnienie, bezradność, chęć ucieczki, niepewność i często płakałam. Męczyłam się tą znajomością.

- To na cholerę ci taka miłość? Kobieto ogarnij się!

- No! I znów – kobieto ogarnij się, ale ja się właśnie ogarnęłam. Skończyłam to.

- Czyżby?

-Okazało się, że nie mówił mi całej prawdy – mówiąc jego słowami. Czasami czułam, że coś jest nie tak, coś jest na rzeczy, ale pomagałam, słuchałam, pocieszałam, pozwalałam się przytulać i okazało się, że całkiem niepotrzebnie, bo on jest w związku – ma kogoś. Prozaiczne. Nie? Poczułam się oszukana, ale nie ma tego złego… Popatrzyłam na siebie i wiesz kogo zobaczyłam – kogoś, kto jest mega silny, wartościowy, mądry, zaradny. I wiesz co ci jeszcze powiem zasługuję na taką prawdziwą miłość i spotkam kogoś, kto mi ją ofiaruje bez żadnych granic, barier, oczekiwań, uprzedzeń i kłamstw. A jeżeli nie, to też dobrze. Nareszcie doceniam wartość życia w spokoju i bezpieczeństwie. Samotność też może być dobra…

- Kogo chcesz przekonać do samotności – siebie, czy mnie?

- Ty i te twoje pytania.

- No dobrze, brakuje mi bliskości z drugą osobą,no wiesz, z facetem, zwykłej wymiany zdań i tak dalej. Nigdy takiej relacji nie doświadczyłam. Wyobrażam ją sobie a później sam wiesz… Później jest proza życia…

- Wiem, rozczarowanie, łzy, rezygnacja.

- No właśnie!

- To przestań sobie wyobrażać. Odbieraj życie i ludzi takimi, jacy są – bądź obiektywna.

- Męski punkt widzenia.

- Męski, czyli praktyczny.

Roześmiała się.

- Wiesz, kiedyś spotkałam pewną kobietę. Była roześmiana, żartowała a kiedy zaczęłiśmy rozmawiać o konkretach, z płaczem oznajmiła, że leczy się na depresję, że nie radzi sobie z życiem. Nie mówiła, o jakie życie chodzi. Pamiętam  te jej przerażająco smutne oczy, tą nagłą zmianę, z radości w rozpacz.  Zawsze tęsknimy za czymś, czego nie mamy a nie umiemy się cieszyć tym, co jest. Jesteśmy pełni lęku…

- Za dużo myślisz. Pij herbatę…

- Dobrą herbatę robisz.

- Dzięki.

Patrzyłem, jak zamyślona powoli podnosi filiżankę do ust i pije małymi łyczkami. Nie odzywała się. Zmieniła się.  Ciekawe, co wymyśli następnym razem. A tak swoją drogą, to dlaczego wybrała do rozmowy właśnie mnie? Może kiedyś mi powie.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Wymyślone

 

Jak to z pewnym mężem było, czyli „tak kochanie, nie denerwuj się!”

14 maj

Stare-dobre-małżeństwo

Z powodu likwidacji platformy blog.pl wpis został przeniesiony na stronę :
http://anulazet.blogspot.com/2018/01/jak-to-z-pewnym-mezem-byo-czyli-tak.html

Zosia jest wesołą kobietą. Wesołą w sensie ogromnego optymizmu życiowego. Nie ma dla niej sytuacji bez wyjścia, celu, którego nie da się osiągnąć, smutku, który by trwał wiecznie – tak przynajmniej było w czasach naszego studiowania, czyli było nie było, trochę czasu minęło. Spotkałam ją przed marketem :-) . Czarne włosy, brązowe, śmiejące się oczy, mocny makijaż. Jeździłam z nią na studia. Odwiedzałyśmy się, ale kiedy wyszłam za mąż nasza znajomość ograniczyła się do okazjonalnych spotkań.

Zawsze lubiłam z nią rozmawiać, właśnie z powodu ogromnego optymizmu.

Spieszyła się, ale nie tak bardzo, aby nie porozmawiać. Ucałowałyśmy się i po tradycyjnym – co u ciebie słychać – zaczęłyśmy rozmowę. Zosia wiedziała o moich problemach z mężem, więc teraz raczej dopytywała w swojej sprawie, uznając mnie za eksperta w dziedzinie chorób psychicznych :-( . Wysłuchać mogę, ale doradzać nie będę – pomyślałam. No i potoczyła się opowieść.

- Ten mój też ma coś z głową – wybuchnęłyśmy śmiechem, ale zauważyłam, że zawsze wesołe oczy Zosi dziwnie się zaszkliły.

- ?

- Mam dość! – wyszeptała – od jakiegoś czasu mam z nim problem. Wyrzucają go z każdej roboty. Nie chce mu się pracować. Obija się, więc kto chce takiego pracownika. A ja już nie mam siły. Teraz też siedzi w domu, ale żeby coś robił – nie! Od rana ogląda telewizję! Rozwali się na kanapie i wyżera wszystko z lodówki! Takiemu to dobrze! A ty pracuj jak dziki osioł – praca, dom, dzieci – wszystko na mojej głowie. A w dodatku oszukuje! Kiedy proszę go, żeby szukał pracy, albo mówię, gdzie może ją znaleźć momentalnie robi się chory. Oblewa się potem, trzęsie się, nie ma siły chodzić. Kładzie się i leży a mnie cholera bierze. Widzę, że udaje, ale żeby tak realistycznie. Może on jest chory… no wiesz… ma coś z głową? – wybuchamy śmiechem.

- Porozmawiaj z nim. Zaproponuj wizytę u psychologa, nie wiem…

- Myślisz, że nie proponowałam. Powiedział, żebym sama się leczyła. Rozmawiam, ale kiedy za bardzo naciskam on ucieka z domu.

- Jak to ucieka?

- Ucieka, albo straszy, że się powiesi.

- ?

- No właśnie! Wyobraź sobie, kiedyś przychodzi do domu i pokazuje czerwoną pręgę na szyi. Pytam, co się stało a on, że się wieszał, ale sznurek nie wytrzymał i się urwał i pokazuje porwany sznurek. Później nosił w kieszeni podwójny, bo wzmocniony się nie urwie.

- Wieszał się?

- Nie, ale straszył.

- On cię szantażuje. Wie, że masz dobre serce i wie, że kiedy cię postraszy przestaniesz mówić o tym, żeby zaczął pracować. Dasz mu święty spokój.

- Kiedy zwolnili go z zakładu nic nie powiedział, nie zdradził się słowem. Odwiozłam go jak co rano do pracy a po południu przyjechałam, żeby go odebrać. Czekałam godzinę. Nie przyszedł, więc odjechałam. Wiesz ile go nie było – cztery dni! Przestraszyłam się, że sobie coś zrobił – przecież się wieszał. Zadzwoniłam na policję, żeby zaczęli go szukać. Pomodliłam się do św. Antoniego – przecież to patron rzeczy zagubionych…

- Niezła rzecz – pomyślałam.

- Domyśliłam się, gdzie może być. Jego rodzice mają działkę, na której stoi budynek. Razem z policją pojechaliśmy w to miejsce. Policjanci poszli sami, bo ja obawiałam się najgorszego. Był tam. Przez trzy dni siedział na strychu. Nie wiem, czy coś jadł. Było zimno. Nie wiem jak wytrzymał te trzy dni. Przyprowadzili go. Brudny. Owinięty pajęczyną. Do mnie nie chciał się odzywać. Zapytałam, gdzie go znaleźli. Policjant spojrzał na mnie i skierował się do niego: Powiedz pani, gdzie siedziałeś! Milczał. Nie wiem już, co robić, jak postępować?

- Rozmawiaj z nim, ale tak konkretnie.

- A co ja niby robię? Rozmawiam, tłumaczę, proszę. Kiedy mówię o pracy on milczy, albo raptownie oblewa go pot. Trzęsie się, więc wolę już nic nie mówić. Ma fach w ręku. Mógłby przyjąć się do pobliskiego zakładu, a szuka pracy tam, gdzie jej nie ma, albo wie, że nikt go nie przyjmie. Mówiłam mu o tym zakładzie i wiesz jaka było jego reakcja – siódme poty, ból głowy i to taki, że musiał się położyć, drżenie rąk. Chory człowiek! Ja już nie mam siły…

- Może on ma depresję. Idźcie do lekarza.

- On nie chce. Rozmawiałam z nim. Powiedział – sama się lecz!. I co?

- Do lekarza nie chce, ale grać na twoich uczuciach potrafi jak nikt.

Spojrzała na mnie ze smutną miną.

- Nie wiem , co robić… Myślałam, że ten jego zły nastrój jest spowodowany śmiercią ojca. Po pogrzebie długi czas jeździł na cmentarz i godzinami przesiadywał na ławeczce przed grobem. Kupował sobie dwu litrowy napój, siedział i popijał. Niedopity stawiał pod ławeczką i po południu wracał do domu. Podpatrzyłam go. Żartem zapytałam, dlaczego zostawia otworzoną butelkę w bądź, co bądź publicznym miejscu – przecież mogą mu czegoś dosypać, albo nasikać – wybuchnęłyśmy śmiechem .

- I co?

- Nic nie powiedział. Dalej przesiadywał i popijał.

- Przeszło z tymi wizytami na cmentarzu?

- Teraz nie jeździ, ale siedzi w domu. My do pracy a on na kanapie przed telewizorem.

- W niczym nie pomaga?

- Coś ty! Na te jego zachowania znajoma podpowiedziała święconą wodę. Przyniosłam. Dolałam łyżkę do jego kubka z herbatą. Jakby coś wyczuł. Zawsze wypijał na raz a tę pił powoli, jakby mu nie smakowała. Później dopytywał jaka to herbata. Prychał, kichał, kasłał. Przestraszyłam się, że go przytrułam. Przecież dolałam stojącej wody. Może coś jest na rzeczy.

- W sensie?

- No wiesz – może to opętanie?

- Tak, opętanie lenistwem i wygodnictwem.

Nagle zadzwonił jej telefon. Pokazała mi kto dzwoni. On! Odebrała:

- Tak kochanie. Jestem w sklepie. Kupuje bułeczki. Tak. Zaraz będę. Tak, kochanie, nie denerwuj się! No cześć!

I tyle z tego biadolenia. Zadzwoniło kochanie – stan podwyższonej gotowości. Nagadała się, nagadała i co – czas wracać do manipulanta. Patrzyłam wielkimi oczami. Kobiety – siłaczki, które w imię miłości są ślepe na wszystko. Układ zamknięty – on jest z natury leniem  a ona ciągle wierzy, że go zmieni. Oboje napędzają się wzajemnie, szkoda tylko, że negatywnymi emocjami.

Och życie…

Tego wpisu można posłuchać w aplikacji Audioblog

logo_audioaudioblog_small_white1

 
Komentarze (30)

Napisane w kategorii Audioblog, Wymyślone, Życie

 

Bajka o Małej Dziewczynce trochę smutna, ale nie ma jeszcze zakończenia, więc…

08 mar

 

Foto: www.kadarka.info

Opowieść, którą przeczytacie nie jest wcale wesoła. Jest raczej smutna. Rodzi się pytanie – po co opowiadać smutne historie, kiedy na świecie dzieje się tyle złych  rzeczy? Szczerze – nie wiem, ale opowiem o Małej Dziewczynce, która strasznie, okropnie chciała dorosnąć. :roll: No, jak to brzmi? Strasznie, okropnie – negatywne słowa – prawda? Dzisiaj jest dojrzałą kobietą z duszą Małej Dziewczynki, ale trafiła na szybki kurs dorastania. Kiedy dostanie certyfikat ukończenia kursu? Nie wiem, ale kiedy będzie go miała na pewno mi o tym powie.

 A teraz wkraczamy w świat bajki. Nie zdziwcie się, kiedy świat bajkowy i realny będzie się przenikać w takim stopniu, że sami się pogubicie w odgadnięciu, który jest prawdziwy, ale tak to z bajkami bywa, więc przenosimy się do przepięknej Szmaragdowej Krainy (brzmi jak w bajce o Dorotce z Krainy OZ, ale to nie ta bajka), gdzie spotkamy właśnie ją – Małą Dziewczynkę.

Za górami, za lasami, w małej wiosce, zielonej od szmaragdowych lasów i łąk żyła Mała Dziewczynka, której nikt nie kochał. Miała długie warkoczyki, pyzatą buzię i ogólnie była raczej grubiutka. Wychowywała ją siostra, bo mama z racji swojego wieku (aż 41 lat) wstydziła się Małej Dziewczynki.

- Jestem za stara na dzieci – mówiła mama, więc Dziewczynka chcąc nie chcąc musiała zadowolić się opieką siostry zamiast mamy.

Siostra też miała swoją córeczkę – śliczną, roześmianą dziewczynkę o kruczych włosach, więc Mała Dziewczynka była dla niej tylko ciężarem, przykrym obowiązkiem, do którego siostra często nie miała cierpliwości.

Śliczna Córeczka często dostawała ładne prezenty – a to pluszowego misia, a to strojnie ubraną lalkę a raz dostała nawet mały, zielony rowerek na którym ochoczo zaczęła uczyć się jeździć.

Mała Dziewczynka patrzyła z zazdrością na Śliczną Córeczką i też chętnie by się uczyła, ale siostra stwierdziła:

- Jesteś za gruba i nie dasz rady. Nigdy się nie nauczysz! – i aby potwierdzić swoją teorię odkręciła jedno z bocznych kółek, które pomagały Ślicznej Córeczce utrzymywać równowagę.

Mała Dziewczynka rzeczywiście zamiast jeździć prosto zatoczyła się i przewróciła na bok.

- A nie mówiłam – wykrzyknęła Siostra.

Mała Dziewczyna zasmuciła się, ale przyznała Siostrze rację i pomyślała:

- Jestem głupia, brzydka i gruba i nawet mama mnie nie chciała. Trudno!

Usta wygięły się w podkówkę a z oczu zaczęły kapać łzy.

Mała Dziewczynka trochę podrosła i poszła do szkoły. Bardzo lubiła się uczyć i czytać książki. Książki otwierały przed nią inny, lepszy świat. Świat pełen przygód, dobrych ludzi, wspaniałych miejsc, fantastycznych historii. Pożerała łapczywie kolejne książkowe opowieści. Tęskniła za tym innym, lepszym światem, ale żyła w małej wiosce, gdzie często nie było tak bajkowo i gdzie trzeba było ciężko pracować. Mała Dziewczynka miała głowę pełną marzeń. Bardzo chciała, aby chociaż część historii, o których czytała w książkach zdarzyły się naprawdę, ale w tej bajce tak jak w prawdziwym życiu, plany zawsze coś krzyżowało. Nie była to zła macocha, ani wyrodny ojciec. Nie były to zawistne przyrodnie siostry, ani zły czarodziej, który swoimi czarami zamieniał dobro w zło a piękno w brzydotę. Nie, była to szara rzeczywistość. Życie.

Marzenia w głowie Małej Dziewczynki pozostały. Ona w pewnym momencie swojego życia pomyślała nawet, że nie ma już marzeń. Że wszystko, co ją spotyka, to kara za coś, co kiedyś zrobiła. Myślała:

- Może to dlatego, że jestem uparta, że nie słucham nikogo, że wszystko chcę robić po swojemu, może…

Była uparta. Uparła się na lepszą szkołę, na studia. Aby spełnić swoje marzenia o studiach musiała ciężko pracować, ale opłacało się. Dziś robi to, co lubi. Fakt nie wyszło z życiem osobistym, bo wybrany królewicz ( na którego też się uparła) okazał się okropnym ropuchem a i całowanie nic nie dało (przez 15 lat nie zamienił się w urodziwego księcia), ale może ta bajka ma taką właśnie fabułę – wszystko było po coś. Nie wszystko, co nas spotyka musimy od razu rozumieć – byłoby za pięknie.

Dziś Mała Dziewczynka mierzy się z kolejnym życiowym zakrętem – ostrym wirażem. Trzymam za nią kciuki i życzę jej, żeby w końcu dorosła, bo warto spoglądać na świat z perspektywy dorosłego a nie małego dziecka. Kiedy jest się dorosłym widzimy więcej (chyba?) a naiwność dziecka jest dobra, ale dla dzieci a nie dla osoby dojrzałej.

Kochane Kobiety wszystko jest po coś – jak to mówiła Marta Fox – kiedyś zrozumiemy po co. Nasza siła jest w naszej głowie. Nie możemy o sobie źle myśleć, bo nie daj Boże będą to samospełniające się proroctwa a tego byśmy nie chciały.  W dniu kobiet (chociaż niektórzy mówią, że to święto komunistyczne, ale niech tam) życzę Wam samych serdeczności. :-P

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Wymyślone, Życie

 

„Czy wiesz, że jesteś kimś bardzo ważnym?”

12 lut


http://www.rat.prw.pl/

 

 

 

Usłyszałam rozmowę, a właściwie podsłuchałam , albo ładniej byłam świadkiem rozmowy pomiędzy kobietą i mężczyzną. Rozmowy o trudnym dzieciństwie, trudnym małżeństwie, nieudanych związkach, próbie wyjścia z sytuacji wydawałoby się wręcz beznadziejnej. Słuchałam z ciekawością. Może się czegoś nauczę, czegoś co ubogaci również mnie.

- Kolejny raz poznałam kogoś, kim muszę się opiekować. Dlaczego tak się dzieje? Sama potrzebuję wsparcia, a tu jak na złość ktoś, kto mi tego wsparcia nie da. Nie chcę być wieczną pielęgniarką!

- Czyżby?

- Pewnie. Mam pecha!

- Zaraz, zaraz. Pomyśl zanim powiesz o pechu. Poznajesz mężczyzn, którzy są inni – to znaczy chorzy, załamani, opuszczeni.Ty chcesz się nimi opiekować, poświęcać. Syndrom Mesjasza. Chodzące dobro. Tylko zauważ – ty im nie pomagasz, ty ich kontrolujesz.

- Też coś! Kontroluję!

- Pomyśl – to nie jest zdrowa relacja.

- Wiem. Zdaje sobie z tego sprawę. Przeszkadza mi to. Denerwuje. Uwiera. Czuję się jak w pułapce, ale nie umiem inaczej. Nie wiem, jak z tej pułapki wyjść.

- Nie wiesz, czy nie chcesz?

- Jak to nie chcę. Nie umiem znaleźć wyjścia.

Kobieta na chwilę zamilkła. Mężczyzna popatrzył na nią uważnie i stwierdził:

- Wchodzisz w sytuacje, które znasz, które miałaś. Wiesz, jak w danej sytuacji się zachować, jak postępować. Ja tutaj nie widzę przypadku, czy pecha. Odnajdujesz osobę, której będziesz „pomagać”, czyli taką nad którą będziesz sprawować kontrolę. Spotkałaś ją niby przypadkiem, ale to nie był przypadek. Inną osobą tak byś się nie zainteresowała.

- No dobra – może i racja. Jak się zmienić? Nie umiem.

- Nie umiesz, czy nie chcesz?

- Denerwują mnie te pytania. Gdybym nie chciała nie zaczynałabym rozmowy.

- No więc…

- Dobra. Chyba to drugie – nie chcę. Masz rację. Teraz kiedy pomyślałam, chyba naprawdę pasuje mi to użalanie się nad sobą. Płakanie, narzekanie. Pozwalam się wykorzystywać, pomagać, bo wtedy czuję się potrzebna. Zaczynam istnieć i rzeczywiście kontroluję sytuację, bo im bardziej pomagam tym bardziej angażuję też drugą osobę – uzależniam ją od siebie. Okropne, ale tak jest. Jestem rozczarowana i załamana, kiedy ktoś mnie odsuwa od siebie, kiedy mówi, że nie jestem potrzebna. Stwarza dystans – boję się tej próżni. Boję się, że nie będę nikomu potrzebna. Przeszkadza mi to. Chcę się zmienić, ale się boję.

- Nie boisz się, nie chcesz!

- Znów to samo. Człowieku! No dobra – nie chcę. bo nie umiem sobie wyobrazić takiej sytuacji, kiedy ktoś będzie ze mną tylko po to, aby być. Niczego ode mnie nie żądać, nie stawiać mnie na baczność, akceptować mnie taką, jaka jestem. Dla mnie to kosmos. Nawet jak teraz o tym myślę to czuję panikę. Czuję się teraz  jak osoba, którą ktoś spycha na głęboką wodę, bo wie, że umiem pływać a ja ze wszystkich sił  się trzymam tego kogoś i krzyczę, że utonę, że nie dam rady. BOJĘ SIĘ. Zapomniałam, że umiem pływać. Buntuję się, bronię, tłumaczę. Jeszcze nie jestem gotowa, ale myślę, że już dużo dla siebie zrobiłam.

- Bardzo dużo. Czy wiesz, że jesteś kimś najważniejszym, osobą niezastąpioną i niepowtarzalną? Potrzebną?

Kobieta popatrzyła na rozmówcę zdziwionym wzrokiem i stwierdziła:

- Wiem. Jestem potrzebna dla moich dzieci. Muszę dla nich żyć.

- Niezupełnie. Tu chodzi tylko o ciebie…

- O mnie? Mnie nie ma… Jestem wtedy, kiedy jestem komuś potrzebna. Wtedy się pojawiam…

- Jesteś pewna?

- Czasami chciałabym zniknąć zupełnie. Wiem, to myślenie depresyjne, ale ja tak czuję. Istnieję dla kogoś, kto potrzebuje pomocy. To boli, ale tak jest.

Zobaczyłam jak po jej policzkach spłynęły łzy.

- Mnie nie ma – powtórzyła.

- To nieprawda…

Mężczyzna mówił coś jeszcze. Kobieta słuchała i odpowiadała.

Rozmowa, która zapadła mi w pamięć.

Ten wpis można wysłuchać w aplikacji Audioblog logo

 

Przeczytałam ciekawy artykuł: „Dzień świstaka, czyli czemu pakujemy się w beznadziejne związki”  to tak w klimacie powyższej rozmowy, czyli dlaczego wielokrotnie powtarzamy te same błędy tworząc kolejne związki. Dlaczego dochodzi do takich powtórek? I dlaczego nie umiemy /nie chcemy wyjść z zaklętego kręgu naszych zachowań. Warto przeczytać.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Wymyślone, Życie

 

Bajka o dziewczynie, pałacu i czymś jeszcze.

30 sty

zdjęcie: moblo.pl

    – Opowiem ci bajkę. Możesz zamknąć oczy – jeśli chcesz. Posłuchaj…

- W pewnym miejscu – nieważnie gdzie –  mieszkała pewna dziewczyna. Mieszkała w pięknym pałacu, który miał mnóstwo pokoi – przepięknych komnat, urządzonych z przepychem. Były tam pokoje gościnne o ścianach bogatych w  złocone ornamenty, z drogocennymi obrazami, z olbrzymimi oknami z których rozciągał się widok na urządzony ze smakiem ogród. Były pokoje przeznaczone dla gości – każdy w innym kolorze. Były sypialnie, które swoim wyglądem obiecywały spokojny i bezpieczny sen – wystarczyło wejść i człowiek czuł się bezpiecznie i sennie. Były łazienki wyłożone przecudnymi kafelkami, z ogromnymi wannami i lustrami.  Przepiękny pałac pełen światła, kolorów, drogocennych rzeczy. Dziewczyna była szczęśliwa. Każdego dnia wybierała inny pokój, każdego dnia  jadła posiłek w innej kuchni i każdej nocy spała w innej sypialni. Wiodła całkiem ciekawe życie. Pałac był taki duży…

- …

- Chmm… w jednej z sypialń był trup…

- Co?

- Był trup. Dziewczyna o tym wiedziała i czuła niepokój. Bała się, więc zapakowała trupa do szafy. Szafę zamknęła na klucz. Zaciągnęła ciemne kotary na okna. Zamknęła drzwi do sypialni na klucz. Klucz ukryła – z czasem sama zapomniała gdzie. W miejsce, gdzie były drzwi zawiesiła ogromny obraz. Drzwi zniknęły. Zniknął pokój. Został długi korytarz w jednym ze skrzydeł pałacu, a w korytarzu pojawił się ogromny obraz przedstawiający… nawet nie wiem co. Obraz też był ładny, z nieokreślonym widokiem, chyba jakiś krajobraz.

Dziewczyna żyła dalej. Cieszyła się tym, co miała. Tyle pięter i tyle pomieszczeń. Zapomniała o trupie w szafie. Co dzień w innym pokoju, ale kiedy wchodziła na piętro, gdzie w korytarzu wisiał ogromny obraz czuła niepokój. Szybko odwracała się i zbiegała po schodach wyłożonych grubym dywanem na parter, bo tam było bezpieczniej. Sama nie wiedziała dlaczego ten korytarz ją niepokoi. Niby wszystko jest dobrze, ale dlaczego czuje strach – myślała. Nie dawało jej to spokoju. Pewnego dnia usłyszała, że w okolicy przebywa pewien człowiek, który wie wszystko a niektórym zagubionym nawet pomaga odnaleźć to, czego im brakuje. Wyszła na poszukiwanie tego człowieka. Przyprowadziła go do pałacu i poprosiła o pomoc. Człowiek popatrzył na piękne pokoje, porozmawiał z dziewczyną a później krytycznie stwierdził:

- Pięknie, ale strasznie tu dużo kurzu i taki stęchły zapach. Posprzątamy najpierw, otworzymy okna, wywietrzymy… a później…

- Co później? – zapytała dziewczyna

- Później wejdziemy do tego ciemnego korytarza z ogromnym obrazem. Tam jest najwięcej kurzu, ale zauważyłem, że nie ma okna. Przydałoby się przewietrzyć, posprzątać…

Dziewczyna poczuła ogromny strach. Przypomniała sobie dlaczego nie wchodzi na to piętro, dlaczego zawiesiła obraz i co jest w pokoju. Powiedziała o tym człowiekowi. Bała się jego reakcji. Ujawniła tajemnicę i czekała na krzyk, pogardę, wstręt, odrzucenie. Bała się, że człowiek zaraz wyjdzie trzaskając drzwiami, ale on tylko się uśmiechnął, wziął dziewczynę za rękę i poprowadził przez korytarz. Razem zdjęli ogromny obraz. Odstawili go. Dziewczyna podała klucz. Człowiek ze zgrzytem otworzył zardzewiały już zamek i otworzył drzwi. Podszedł najpierw do okien, aby odsunąć zasłony. Otworzył okna wpuszczając świeże powietrze i słoneczne światło. Na końcu podszedł do szafy. Dziewczyna zadrżała. W panice ściskała dłoń człowieka a on powoli otworzył drzwi szafy. Szafa była pusta. Na dnie leżała kupka popiołu, którą wywiał wiatr, bo w pokoju zrobił się przeciąg – były przecież otwarte drzwi i okna.

- Widzisz – powiedział – nie ma się czego bać. Już posprzątane…

Opowiedziałam bajkę…

Bajkę usłyszałam od człowieka w tęczowej czapce.

Nieprawdopodobne, a jednak tak było.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wymyślone

 

Konwersacja trochę nerwowa… cz. 3

16 sty

Wbiegła z impetem do mieszkania i z hukiem zamknęła drzwi. Zaniemówił z wrażenia, chociaż nieraz wpadała jak bomba, ale tak wzburzonej jeszcze jej nie widział.

- Aż boję się pytać…

- Pewnie – aż boję się pytać – powtórzyła złośliwie – jak zwykle! Właśnie myślałam, nad tym, co usłyszałam od ciebie. Co miały znaczyć te słowa: szkoda, że nie znałem cię dwadzieścia lat wcześniej?

Popatrzył na nią zdziwiony. Przecież żartował. Powiedział to nie zastanawiając się. Po prostu powiedział kilka słów  a tu taka reakcja.

- Mam się tłumaczyć?

- Nie, nie trzeba – odpowiedziała z przekąsem, spoglądając na niego z ukosa – w ogóle wpadłam tak na chwilę, żeby powiedzieć ci osobiście, co myślę i jaki jesteś ślepy.

- Nie obrażaj mnie!

- Nawet nie mam takiego zamiaru. Chcę tylko powiedzieć, że fajny z ciebie facet. Wiesz ja też chciałabym poznać ciebie dwadzieścia lat wcześniej, kiedy jeszcze byłeś młody – zaśmiała się- to znaczy pełen nadziei, planów na przyszłość. Ciebie z czasów młodości zanim uwierzyłeś, że nic nie jesteś wart, że jesteś prostakiem, któremu słoma wystaje z butów. Chciałabym spotkać ciebie wtedy. Lubię patrzeć w twoje oczy kiedy się śmiejesz, bo są wtedy takie radosne i tak błyszczą, przyciągają. Lubię, kiedy patrzysz na mnie w ten specyficzny sposób,oczy ci ciemnieją a we mnie serce zaczyna tańczyć i wydajesz mi się taki bliski. Ile jeszcze czasu trzeba, żebyś zrozumiał… – zawiesiła głos.

- Co zrozumiał?

- Czy wszyscy faceci są tacy?

- To znaczy jacy?

- Tak ciężko im się domyślić!

- Ej tylko nie zaczynaj mówić o miłości!

- A czego się boisz?

- Nie boję się!

- No! Broń się!

- Nie bądź dziecinna!

- No to kłótnia…

- Nie chcę się kłócić!

- Broń się! – powtórzyła

- Mam dość!

- Tak wiem. Często to słyszę od ciebie. Ja też mam dość tego słuchać. Denerwujesz mnie tym narzekaniem, brakiem nadziei, materialistycznym podejściem do życia. Zastanawiam się dlaczego ze mną rozmawiasz. Ty – taki życiowy i ja niepoprawna romantyczka. No, dlaczego?!

Zadarła twarz w kierunku jego twarzy. Denerwowała go, ale też było coś, co go do niej przyciągało. Podobała mu się. Lubił patrzeć w jej piękne oczy. Kiedy się uśmiechała świat wydawał się piękniejszy. Miał wrażenie, że cała jej twarz jaśnieje wtedy światłem. Lubił patrzeć, jak odgarnia opadające na czoło włosy i zadziornie patrzy w jego kierunku. Była piękna, chociaż kiedy to mówił ona szybko zaprzeczała i mówiła, że jest wariatem. Cieszył się kiedy przychodziła, ale też czuł, że nie zasługuje na kogoś takiego. Kiedy tak patrzyła chętnie by ją przytulił. Zamknął w ramionach. Wtulił twarz w rozpuszczone włosy. Tylko jak ona by na to zareagowała?

-”Tak nie można” – pomyślał – „a jeżeli ją też bym skrzywdził? Jest za dobra, za piękna… Nie mogę”

- Hej, halo tu ziemia – usłyszał nagle jej głos – wracaj!

- Mówiłaś coś?

- Tak mówiłam, chciałam cię wysłać na Marsa – zaśmiała się – jak zwykle mnie nie słuchasz. Nic tu po mnie. Lecę…

- A kawa?

- Daj spokój. Dziś nie mam na to czasu. Innym razem.

Odwróciła się na pięcie i szybko wyszła. Zamknął za nią drzwi. W korytarzu pozostał tylko zapach jej perfum.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Wymyślone

 

„Samotność to taka wielka trowga – wiesz (…)” wyobraziłam sobie, że…

04 sty

Dwoje siedzących naprzeciwko siebie ludzi – kobieta i mężczyzna. On po tragicznych przejściach i ona z niełatwą teraźniejszością. Mierzą się wzrokiem.

- Jesteś piękną kobietą. Zadbaną. Trudno uwierzyć, że przeżyłaś tyle trudnych chwil, sytuacji. Przecież tego nie widać. – słychać powątpiewanie w jego głosie.

Ona uśmiecha się smutno. W głowie gonitwa myśli:

- „Więc jak mam wyglądać? Mam być brudna, zaniedbana, jęcząca. Z pretensjami do wszystkich?  Nieważne jak jest  ci źle  – masz wyglądać dobrze. Ładne ubranie, fryzura, uśmiech na twarz. Głowa do góry. Niech nikt nie wie, jak jest naprawdę i niech się nie dowie. Ciężko a jednak to możliwe. Keep smiling – uwaga zakładamy maskę – szeroki uśmiech. To nic, że serce płacze, że nie chce ci się żyć – keep smiling i do przodu”.

- Ja tak nie umiem – powiedział smutno się uśmiechając.

- Ciężko.

- Ciężko, nawet nie wiesz jak…

- Nie wiem, ale widzę – pomyślała.

Siedział przed nią przystojny mężczyzna, od którego biła aura bólu, ale nie bólu fizycznego, tylko tego gorszego – psychicznego. Ciemne oczy wydawały się ciemnymi przepaściami. Oczy pełne bólu, lęku, niewypowiedzianego cierpienia. Mroziły. Ogarnęła ją panika, kiedy starała się patrzeć w nie bezpośrednio. Spuściła wzrok. Nie wiedziała, co powiedzieć. Każde słowo zdawało się być takie niepotrzebne, nie na miejscu.

- Jak z nim rozmawiać, co powiedzieć – pomyślała. Niezręczna sytuacja.

- Nie wiesz, co powiedzieć.

- Nie, nie – szybko zaprzeczyła. Zbyt szybko.

- Wiem, trudno się ze mną rozmawia. Wszyscy, jakby się bali. Wszyscy wiedzą … i chyba się litują, a ja nie potrzebuje litości. Potrzebuję szczerej rozmowy, zrozumienia, wysłuchania. Czasami boję się tej samotności. Niby nie jestem sam, ale tak naprawdę nie ma przy mnie nikogo bliskiego i jeszcze te wspomnienia…

- Brakuje ci jej?

- Brakuje to mało powiedziane. W pamięci mam obraz kiedy stała w oknie i patrzyła, jak robię coś w ogrodzie. Kiedy jestem na podwórku wciąż spoglądam w to okno, ale tam jej nie ma i już nie będzie. Nie mogę się pogodzić z tym, że odeszła. Zginęła. Wypadek. Tyle się słyszy dzisiaj na temat wypadków. Pijani kierowcy, niedostosowanie prędkości do warunków na drodze. Człowiek słyszy i myśli – to mnie nie dotyczy. Ja jeżdżę dobrze, bezpiecznie, nic złego się nie stanie. Do czasu. Wypadek to ułamki sekund. Brak czasu na jakąkolwiek reakcję. Jedziesz i nagle coś zaczyna się dziać. Nie ma czasu na reakcję. Jest za późno. Możesz tylko obserwować rozwój wydarzeń. Nie ma czasu nawet na myślenie. Wtedy była okropna pogoda. Śnieżyca. Śliska droga. Mogliśmy nie wyjeżdżać, zostać w domu. Mogliśmy…

Zamilkł. Oczy zaszkliły się łzami.

- Nie możesz wciąż rozdrapywać tego, co się zdarzyło. Wracać do tego. Przeszłości nie zmienisz.

- Nie mów mi czego nie mogę, ja to wiem, ale to, co się ze mną dzieje jest silniejsze. Minęły trzy lata. Trzy długie lata a ja nie mogę się pozbierać. Czasami się zastanawiam, czy ze mną jest wszystko w porządku. Innym wystarczy pół roku, rok i już planują nowe życie a ja… Ze mną chyba coś jest nie tak.

- Każdy ma swój czas przeżywania żałoby.

- Ale to już trwa tak długo.

- Myślałeś o pomocy specjalisty?

- Nawet mogłem z takiej pomocy skorzystać, kiedy byłem w szpitalu, ale takie tłumaczenie, jakie tam usłyszałem tylko mnie zdenerwowało jeszcze bardziej. Nie chcę takiej pomocy.

- Nie wiem, jak ci pomóc. Bardzo bym chciała, ale nie umiem. Widzę, jak cierpisz, ale moje słowa niewiele tu znaczą.

- Po prostu bądź i czasami ze mną rozmawiaj.

- Będę…

W duchu dodała – będę, bo wiem co znaczy samotność, bezradność, rozpacz, poczucie pustki.

Mówi się o piekle. Straszy się nim niegrzeczne dzieci. Kiedy ludzie robią coś złego, mówią – pójdę do piekła, ale czy czasami nie stwarzamy sobie takiego piekła najpierw w naszej głowie myśląc „jestem do niczego, jestem zły, nic nie umiem, nie zasługuje na nic co dobre, bo…”. Ludzie tu na ziemi tworzą piekło dla siebie. Piekło uprzedzeń, poczucia bezsensu, własnej winy, wycofania, samotności. Piekło tym większe, im bardziej są wrażliwi, im bardziej czują. To chyba najgorsze piekło, jakie może być i dlatego potrzebni są ludzie, którzy „podadzą” rękę, wysłuchają, porozmawiają a nawet razem pomilczą, którzy będą „ciągnąć w górę”.

 

Dodaję ku przestrodze: Szkoda życia – zwolnij! – Warto obejrzeć!

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wymyślone, Życie