RSS
 

Czwarta własna opowieść – życie miesza się z fabułą

03 maj

Stała w gęstym lesie i krzyczała.

To nie był jakiś przeraźliwy krzyk. Raczej zduszony skowyt. Leśne ptaki nie podrywały się z furkotem z koron drzew, a leśne zwierzęta nie czmychały przerażone do swoich norek.

Krzyk bardziej brzmiał w jej głowie. Rozsadzał ją…

W górze, nad koronami drzew rozpinał się lazurowy błękit nieba…

Już nie miała siły żyć. Nie miała siły więcej wmawiać sobie, że da radę, że jeszcze jeden dzień i wszystko się zmieni. Już nie…

Nic się nie zmieni!!!!

- Boże, nie mam już sił! Już nie mam sił… Proszę…  – błagała coraz ciszej, osuwając się na kolana.

W końcu położyła mokrą od łez twarz na miękkim mchu. Był chłodny i wilgotny. Wszystko ucichło…

- Chciałabym przestać istnieć, wtopić się w ten mech, stać się ziemią i zniknąć. Już dość…

Nie, nie stała się mchem, ani ziemią, ani żadną leśną rośliną.

W domu czekało na nią dwoje dzieci. Dzieci, dla których była całym światem. Jej świat rozpadł się na kawałki, ale świat dzieci dopiero zaczął istnieć a ona była najważniejszym jego składnikiem. Bardziej to czuła, niż wiedziała. Instynkt – najsilniejsza z sił.

Przetrwała

Ocalała

Jest

Silniejsza i mądrzejsza. Świadoma…

„Wciąż żył.
A to było najokropniejsze, co mogło się zdarzyć.
- Czemu to mnie nie zabiło? – jęknął kryjąc twarz w dłoniach. – Zasłużyłem na najgorsze.
- Naprawdę? – spytał górujący nad nim potwór. (…)
- Zacząłem myśleć, jak bardzo pragnę, by to już się skończyło. Jak bardzo chciałem wreszcie przestać o tym rozmyślać. Że nie mogłem już znieść tego czekania. Nie mogłem znieść tego, jak bardzo samotny się przez to czułem.
  Teraz naprawdę się rozpłakał, bardziej niż się tego spodziewał (…).
- Cząstka ciebie chciała, by to się po prostu skończyło (…) Wtedy zaczął się koszmar (…)

Żal Conora był fizycznym doświadczeniem oplatającym ciało chłopca niczym metalowa obręcz. Ledwie mógł złapać oddech, Znów leżał na ziemi, życząc sobie, by po prostu go pochłonęła.
Poczuł ogromne dłonie potwora podnoszące go z ziemi, otulające jego ciało niczym ogromne gniazdo. (…)
- To nie twoja wina – odparł potwór głosem niosącym się przez powietrze jak wiatr.
- Moja.
- Chciałeś tylko, by ból się wreszcie skończył – rzekł potwór. – Twój własny ból. By skończyło się to, co odizolowało cię od świata. To najbardziej ludzkie ze znanych mi życzeń.
- Ale przecież nie chciałem…
- Jednocześnie chciałeś i nie chciałeś – powiedział potwór? (…)
- Jak i jedno, i drugie może być prawdą?
- Bo ludzie to skomplikowane bestie – stwierdził potwór. – Jak to się dzieje, że królowa może być jednocześnie dobrą i złą wiedźmą? Jak książę może być zarazem mordercą i zbawcą? (…)
- Nie wiem – wyczerpany Conor wzruszył ramionami. – Dla mnie twoje opowieści nigdy nie miały sensu.
- Odpowiedź brzmi: nie ma znaczenia to, co myślisz, bo twój umysł sto razy dziennie sam sobie zaprzecza. (…) Twój umysł uwierzy  w pocieszające kłamstwa, znając jednocześnie bolące prawdy, które sprawiają, że te stają się konieczne. I twój umysł w końcu ukarze cię za to, że wierzyłeś w jedno i drugie.
- Ale jak z tym walczyć? – spytał oschle Conor. – Jak walczyć z tymi wszystkimi myślami, które w tobie szaleją?
- Wyjawiając prawdę – odparł potwór (…). – Nie piszesz swojego życia słowami, lecz działaniami. Nie jest ważne co myślisz. Liczy się tylko to, co robisz. (…) Powiedz prawdę!!!!”*

To prawie zakończenie książki.

Conor przywoływał potwora, żeby przetrwać najcięższe chwile.

A kobieta, która spotkaliśmy na początku wpisu?

Wciąż uczy się mówić prawdę…

 

 

Patrick Ness jest autorem nie tylko książki, ale też scenariusza filmu „A Monster Calls”. Książka i film uzupełniają się wzajemnie. W książce spotkamy przyjaciółkę Conora – Lily. W filmie jej nie ma. Książka wyjaśnia też, dlaczego tak często pojawia się godzina 12:07 i dowiemy się jak czuł się chłopiec w szkole, gdzie wszyscy traktowali go ulgowo, bo miał chorą mamę i jak bardzo to go denerwowało.
Film ma rozbudowaną postać babci Conora, wspaniale zagraną przez Sigourney Weaver, no i wspaniały głos Liama Neesona – czyli drzewnego potwora.

I film i książka warta jest każdej minuty spędzonej przy czytaniu i oglądaniu. Polecam z całego serca ♥

*Siedem minut po północy, Patrick Ness, PapierowyKsiążyc, Słupsk 2016, s. 192-196.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

Drzewnych opowieści ciąg dalszy. A Monster Calls…

01 maj

Obiecałam, że napiszę o książce „Siedem minut po północy”

Przyszedł czas opowieści ;-)

Ale głos oddam Drzewnemu Potworowi. Udostępnię pierwszą opowieść.

  I ciekawostka. Opowieść o drzewnym potworze pierwsza wymyśliła Siobhan Dowd. Niestety nie napisała jej do końca – zmarła przedwcześnie. Książkę dokończył Patrick Ness i książka, którą trzymam w dłoniach, jest jego autorstwa.
To była piata książka Siobhan. Miała pomysł, bohaterów i początek, ale zabrakło jej czasu…

Patrick Ness we wstępie napisał, zwracając się bezpośrednio do czytelnika: „Teraz nadeszła pora, bym przekazał pałeczkę tobie. Opowieści nie kończą się na pisarzach, mimo, że w tym wyścigu startuje ich wielu. Oto co udało się wymyślić Siobhan i mnie.
DALEJ. WEŹ TĘ HISTORIĘ I PĘDŹ PRZED SIEBIE.
NAROZRABIAJ!”*

Głównym bohaterem jest Conor O’Mailley. Pisałam o nim, kiedy zachwycałam się filmem.
Conor bardzo przeżywał chorobę swojej mamy. Wypierał z myśli ostateczność – czyli moment kiedy ona odejdzie od niego na zawsze, umrze.

Umysł chłopca działał jak mądry terapeuta. Conor wymyślił drzewnego potwora, który przychodził w momentach, kiedy był najbardziej przerażony i bezradny.
Potwór powstał z wiekowego cisu. Był mądrym i leczniczym drzewem, które opowiedziało chłopcu trzy opowieści…

Ponieważ opowieści są bardzo piękne a ja opowiadając je po swojemu nie oddałabym całego przesłania, więc udostępnię je bezpośrednio z książki.

W filmie ilustracjami do opowieści były rysunkowe postaci, wspaniałe animacje. Mnie pozostają jedynie słowa.

Potwór przedstawił się w następujący sposób:
„Jestem kręgosłupem, na którym wznoszą się góry! Jestem łzami, którymi płaczą rzeki! Jestem płucami, które oddychają wiatrem! Jestem wilkiem, który zabija jelenia, jastrzębiem, który zabija mysz, pająkiem, który zabija muchę! Jestem jeleniem, myszą i muchą, które zostają pożarte!  Jestem wężem świata, pochłaniającym własny ogon! Jestem wszystkim, co dzikie i nieposkromione! (…) Jestem tą dziką planetą, która przyszła po ciebie” ** – no i jakie wrażenie? O czym najpierw pomyśleliście? Jakie uczucie się w was zrodziło? Jaka emocja? Kim jest potwór? No, kim????

I fragment o historiach, jakie czasami możemy wysłuchać:
„Historie to najbardziej dzikie ze wszystkich stworzeń (…) Potrafią nas ścigać, gryźć i prześladować.”***

„Twoja prawda, ta, którą skrywasz przed światem, jest tym, czego najbardziej się boisz.” ****

Opowieść pierwsza

  Dawno temu (…) zanim jeszcze zbudowano tutaj miasto z jego drogami, pociągami i samochodami, było tu mnóstwo zieleni. Drzewa porastały każde wzgórze, otaczały każdą ze ścieżek.Ocieniały każdy strumień i ochraniały każdy dom, bo nawet wtedy stały tu domy, zrobione z kamienia oraz ziemi.
Było tutaj królestwo (…) niewielkie, lecz szczęśliwe, gdyż jego król był tylko królem, człowiekiem, którego doświadczenia życiowe nauczyły mądrości. Jego żona urodziła mu czterech silnych synów, lecz podczas swoich rządów, by zachować pokój w swym królestwie, król był zmuszony do brania udziału w wielu bitwach. Bitwach przeciwko smokom i olbrzymom, przeciwko czarnym czerwonookim wilkom i armiom dowodzonym przez wielkich czarnoksiężników.
Bitwy zabezpieczały granice królestwa i zapewniały pokój w tej krainie. Jednak każde zwycięstwo ma swoją cenę. Wszyscy synowie króla zostali zabici, jeden po drugim. Przez ogień smoka,  z ręki olbrzyma, przez wilcze kły i włócznie w ludzkich dłoniach.Jeden, po drugim, wszyscy czterej książęta polegli, zostawiając królowi jednego następcę. Jego maleńkiego wnuka. (…)
Wkrótce żona króla pokrążyła się w rozpaczy, podobnie jak matka młodego księcia. Jedynym towarzystwem króla było dziecko, i ogarnął go smutek większy, niż jakikolwiek człowiek może sam dźwigać na swoich barkach.
– Musze się ponownie ożenić – zdecydował król. – Jeśli nie dla siebie, to dla dobra księcia, dla dobra mojego królestwa.
I tak też zrobił. Pojął za żonę księżniczkę z sąsiedniego królestwa, zawierając sojusz, który wzmocni obydwie monarchie. Była młoda i urodziwa i mimo, że jej twarz była odrobinę pospolita, a język cięty, wyglądało na to, że jednak uszczęśliwia króla.
Czas mijał. Młody książę rósł, aż stał się niemal mężczyzną. Za dwa lata oczekiwał osiemnastych urodzin, co miało mu umożliwić prawowite odziedziczenie tronu po śmierci starego króla. Dla królestwa to był szczęśliwy okres. Bitwy się skończyły, a przyszłość, w rękach młodego i dzielnego księcia, wydawała się zabezpieczona.
Lecz pewnego dnia król się rozchorował. Rozniosły się plotki, że został otruty przez swoją nową żonę. Krążyły opowieści o tym, że kobieta uciekła się do sił czarnej magii, by się odmłodzić, w rzeczywistości zaś pod młodą twarzą kryło się oblicze starej wiedźmy. Mimo, że nikt jej otwarcie nie zarzucał, by śmiała otruć króla, on aż do śmierci błagał swoich poddanych, by jej nie winili.
I w końcu zmarł, rok przed tym, zanim jego wnuk osiągnął wiek, w którym mógł zostać następcą króla. Królowa, jego przybrana babka, objęła więc tron w jego miejsce i miała zajmować się rządzeniem do czasu, aż książę osiągnie pełnoletność.
Z początku, ku zaskoczeniu wielu, jej panowanie było dobre. Jej oblicze – pomimo plotek – pozostało młode i ujmujące, a ona zdołała kontynuować rządy, jakie prowadził zmarły król.
W tym czasie książę zakochał się. (…) Ona była tylko córką farmera, lecz była piękna i bystra, jak na córkę farmera przystało, bo przecież prawdziwe farmy to skomplikowane przedsięwzięcie. Całe królestwo przyklasnęło temu związkowi.
Z wyjątkiem królowej. Podobały jej się własne rządy i wcale nie miała ochoty z nich zrezygnować. Zaczęła myśleć, że może najlepiej by było, gdyby korona została w rodzinie, a królestwo było rządzone przez tych, którzy są na tyle mądrzy, by nim rządzić. I cóż mogłoby być lepszym rozwiązaniem, jeśli nie poślubienie księcia właśnie przez nią?
Książę uważał, że poślubienie królowej jest złe. Powiedział, że wolałby umrzeć, niż zrobić coś takiego. Poprzysiągł sobie, że ucieknie z piękną córką farmera i powróci dopiero w dniu swoich osiemnastych urodzin, by uwolnić poddanych spod tyranii królowej. I pewnej nocy książę oraz córka farmera uciekli konno z królestwa, zatrzymując się o świcie, by zdrzemnąć się w cieniu ogromnego cisu. (…)
Książę i córka farmera wtulili się w siebie. Poprzysięgli sobie zachowanie czystości do małżeństwa, które planowali zawrzeć w sąsiednim królestwie, ale pożądanie było silniejsze i wkrótce zasnęli nadzy, trzymając się w ramionach
Cały dzień przespali w cieniu moich gałęzi. Nadeszła kolejna noc. Książę obudził się.
– Wstań, ukochana – wyszeptał córce farmera. Będziemy jechać aż do dnia, kiedy zostaniemy mężem i żoną.
Jednak jego ukochana nie obudziła się. Potrząsnął nią lecz ona tylko osunęła się bezwładnie. Dopiero wtedy, w świetle księżyca, książę dostrzegł, że ziemia splamiona jest krwią. (…)
Książę dostrzegł też krew na swoich dłoniach, zobaczył, że w trawie nieopodal leży zakrwawiony nóż, spoczywający między korzeniami drzewa. Ktoś zamordował jego ukochaną i na dodatek zrobił to tak, by wyglądało, jakby to książę popełnił tę zbrodnię.
– Królowa – krzyknął książę. – Królowa jest odpowiedzialna za tę zdradę!
Słyszał, jak z oddali już nadchodzą wieśniacy. Gdyby go znaleźli i zobaczyli noż i krew, niechybnie nazwali by go mordercą. Zlinczowali by go za tę zbrodnię. (…)
Książę nie miał dokąd uciec. Gdy spał, ktoś przegnał stamtąd jego konia. Cis był jego jedynym schronieniem.
I tylko do niego mógł się zwrócić o pomoc.
Pamiętaj, że wtedy świat był młodszy. Bariera między rzeczami była znacznie mniej wyraźna, łatwiejsza do przekroczenia. Książe zdawał sobie z tego sprawę. Podniósł głowę i przemówił do wielkiego cisu. (…) Powiedział coś, co sprawiło, że ruszyłem w drogę – odparł potwór. – Potrafię dostrzec niesprawiedliwość.
Książę pobiegł w stronę nadchodzących wieśniaków.
– Królowa zamordowała moją oblubienicę! – wrzeszczał. – Musimy ją zatrzymać!
Plotki na temat tego, że królowa jest wiedźmą, krążyły po okolicy już wystarczająco długo, a młody książę był tak kochany przez poddanych, że niewiele było trzeba, by ludzie dostrzegli oczywistą prawdę. Tym bardziej że dostrzegli wielkiego Zielonego Człowieka idącego za księciem, wielkiego jak wzgórze, szukającego zemsty.
Poddani wtargnęli do pałacu królowej z taką furią, że aż zatrzęsły się chmury. Fortyfikacje upadły, zawaliły się sufity, a gdy znaleziono królową w jej komnacie, tłuszcza pochwyciła ją, wywlokła z pałacu i postanowiła spalić żywcem na stosie. (…)
Gdy wieśniacy podpalili stos, chcąc spalić ją żywcem, wyciągnąłem rękę i ocaliłem królową.
Zaniosłem ją tak daleko, by wieśniacy nigdy jej nie odszukali, znacznie dalej, niż leżało królestwo, w którym się urodziła, aż do położonej nad morzem wioski. I tam ją zostawiłem, żeby mogła żyć w spokoju.”

I tu Conor się zdziwił. Królowa przecież zabiła córkę farmera. Dlaczego potwór ją chronił?

  „Po stosunku książę wcale nie zasnął. (…)” Zabił córkę farmera a konia odwiązał od drzewa i odgonił. „Po tym jak zabił córkę farmera, książę położył się u jej boku i zapadł w sen. Gdy obudził się odegrał przedstawienie, na wypadek, gdyby ktoś go obserwował. Ale również, co może cię zaskoczyć, dla siebie samego. Niekiedy ludzie muszą najmocniej okłamywać właśnie samych siebie. Książę powiedział, że zrobił to dla dobra królestwa. Że nowa królowa tak naprawdę jest wiedźmą, a jego dziadek podejrzewał ją o to, gdy brał ją za żonę, lecz był tak zaślepiony jej pięknem, by wziąć ten fakt pod uwagę. Książę nie był w stanie sam pokonać potężnej wiedźmy. Potrzebował rozwścieczonych wieśniaków, którzy by mu pomogli. Śmierć córki farmera wzmogła ich gniew. Było mu przykro, że to zrobił, mówił, że ma złamane serce, lecz jego własny ojciec zginął, broniąc królestwa, podobnie jak jego ukochana. Jej śmierć służyła temu, by pokonać wielkie zło. Gdy mówił, że królowa zamordowała jego wybrankę, na swój sposób wierzył, że tak naprawdę było. (…) Niesprawiedliwość, którą dostrzegłem i która zmusiła mnie do ruszenia w drogę, dotyczyła królowej, nie zaś księcia. (…)
Książę stał się ukochanym królem. Rządził sprawiedliwie aż do końca swojego długiego życia.”
Potwór uratował królową, ponieważ nie była zabójczynią.
Conor zadał pytanie, kto w tym opowiadaniu jest dobry. Potwór odpowiedział:
- Nie zawsze musi istnieć jakiś dobry bohater. Tak jak nie zawsze musi istnieć zły. Większość ludzi plasuje się gdzieś pośrodku.
To prawdziwa historia (…) Wiele prawdziwych rzeczy wydaje się nam oszustwem. Królestwa dostają władców na jakich zasługują, córki farmerów giną bez powodu, a niekiedy nawet wiedźmy są warte ocalenia. Szczerze mówiąc, całkiem często. Zdziwiłbyś się.”*****

Pierwsza opowieść dobiegła końca ;-)

Niech leci dalej i rozrabia! :-D

Patrick Ness, Siedem minut po północy, przełożył Marcin Kiszela, PapierowyKsiężyc, Słupsk 2016, * s. 5; ** s.39; **** s. 41; ***** s. 58-71.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

„Sekretne życie drzew” – jak to z bukami było?

30 kwi

Jest!!!

Już ją mam! A właściwie je mam!

Dwie książki – „Sekretne życie drzew” i „Siedem minut po północy”

Pierwsza to rodzaj wydania albumowego ze wspaniałymi fotografiami polskich lasów. Jest magia!

Druga to zwykła książka. Mała i niezbyt gruba, rzekłabym nawet, że cienka. Oglądając film myślałam, że książka będzie gruba i okazała. Na pierwszych stronach spotkała mnie niespodzianka. Jaka? Napiszę o tym w oddzielnym wpisie :-)

Dziś o drzewnym albumie.

Znalazłam fragment o bukach.

Gorączkowo przeglądałam strony, zatrzymując się na zdjęciach. Szkoda, że blog ma tak małą pojemność i zdjęcia pożerają bardzo szybko wolne miejsce, dlatego trzeba oszczędnie gospodarować zawartością bloga, bo chętnie zamieściłabym niektóre z obrazów.
Zdjęcia przedstawiają lasy w całej Polsce. Są przepiękne. Puszcza Białowieska Krzysztofa Onikjiuka to drzewa skąpane w słonecznej poświacie. Słońce przedziera się przez sosnowe korony rzucając smugi zawieszone w mlecznej mgle. Światło wyławia kolorowe poszycie. Pada na rude listeczki małych drzewek i żółte źdźbła traw. W zielonym cieniu ukrywają się mchy rozrastające się u podnóża grubych, omszałych pni. Magia!

A oto fragmenty o bukach:

„(…), każde drzewo wychowuje sobie następcę, który kiedyś zajmie jego miejsce. (…)
Buk wytwarza co najmniej trzydzieści tysięcy sztuk bukwi co pięć lat. (…) Dojrzałość płciową uzyskuje między osiemdziesiątym a sto pięćdziesiątym rokiem życia, w zależności od tego, ile światła otrzymuje na swoim stanowisku. Osiągnąwszy maksymalny wiek czterystu lat, może zatem co najmniej sześćdziesiąt razy wydać owoce i wytworzyć łącznie około miliona ośmiuset orzeszków. I z tej liczby dokładnie jedna sztuka stanie się dorosłym drzewem.”*

W rozdziale „Pomalutku, pomalutku” opowieść o bukowych drzewach i ich zwyczajach w pełnej krasie :-) CAM00150

„(…) Małe drzewka chętnie rosłyby jak najszybciej, a przyrost pędu szczytowego o pół metra w sezonie w ogóle nie byłby problemem. Niestety ich rodzice mają inne zdanie na ten temat. Ogromnymi koronami osłaniają cały swój przychówek i wraz z innymi dorosłymi drzewami tworzą gęsty dach nad lasem. Przepuszcza on na ziemię albo na liście ich dzieci tylko trzy procent światła słonecznego. Trzy procent – w praktyce tyle co nic. Starczy na tyle fotosyntezy, żeby jakoś utrzymać organizm przy życiu. Porządnego pędu, nie mówiąc o okazalszym pniu, wypuścić się nie da. Bunt przeciwko tak surowemu wychowaniu jest niemożliwy, bo brakuje na to energii. Wychowaniu? Tak, rzeczywiście chodzi tu o metodę pedagogiczną, która służy wyłącznie dobru malucha. Pojęcie to zresztą nie jest wzięte z sufitu, tylko już od pokoleń służy niemieckim leśnikom do określenia tego zjawiska.
Środkiem wychowawczym jest przykręcenia światła. Ale czemu służy to ograniczenie? Czyżby rodzice nie chcieli, by ich potomstwo jak najszybciej się usamodzielniło? Najwyraźniej drzewa mają w tej sprawie inne poglądy, a niedawno uzyskały jeszcze wsparcie ze strony nauki. Stwierdziła ona, że powolny wzrost w młodości jest warunkiem osiągnięcia podeszłego wieku. My ludzie często gubimy się w tym, co naprawdę oznacza starość, bo nowoczesna gospodarka leśna ustala wiek maksymalny w granicach od osiemdziesięciu do dwustu lat, gdy posadzone drzewa mogą być ścięte i posadzone. Jednak w naturalnych warunkach drzewa w tym wieku są dopiero grubości ołówka i wysokości człowieka. (…) Moje buczki, które czekają na swoją kolej już co najmniej osiemdziesiąt lat, rosną pod mniej więcej dwustuletnimi drzewami rodzicielskimi. Przeliczając to na ludzką miarę, byłyby czterdziestolatkami. Niewykluczone, że mikrusy będą musiały tak jeszcze wegetować ze dwa stulecia, póki wreszcie nie rozwiną skrzydeł. Umila się im zresztą czas oczekiwania. Rodzice nawiązują z nimi kontakt poprzez korzenie i przekazują cukry oraz inne składniki pokarmowe. Można powiedzieć – karmią własną piersią drzewne oseski. (…)
CAM00152Pewnego dnia nadchodzi wreszcie pora. Drzewo rodzicielskie osiągnęło już limit wieku albo zachorowało. Albo też do zagłady dochodzi w w trakcie letniej burzy. (…) Gdy drzewo uderza o ziemię, miażdży kilka oczekujących siewek. Jednak dla reszty przedszkola powstała luka oznacza sygnał do startu, bo teraz wreszcie mogą uprawiać fotosyntezę ile dusza zapragnie. W tym celu muszą przeorientować przemianę materii, muszą przekształcić takie liście (..), które mogą wytrzymać i przerobić silniejsze światło. Trwa to od roku do trzech lat. A później trzeba się pospieszyć. Wszystkie maluchy chcą rosnąć, ale tylko te, które strzelają w górę, liczą się w dalszym wyścigu. (…) Ci, którym udało się przedostać na pośrednie piętro, nie muszą się już obawiać konkurencji, bo stali się następcami tronu, którzy przy następnej okazji wreszcie będą mogli dorosnąć.”**

Pisząc o bukowym lesie uzmysłowiłam sobie, że ja mam przecież zdjęcie z takiego lasu. Zrobiła je córka. Las był bardzo ciemny i tajemniczy. Bukowe drzewa rzeczywiście przepuszczają bardzo mało światła. Poszycie jest usłane miękkimi mchami, w których lubią rosnąć kurki. Wystawiają swoje żółte kapelusze z gęstego mchu niczym zastępy wojska, ciasno stłoczone w miejscach, gdzie jest najwięcej wilgoci.
Wędrowałyśmy po ciemnym lesie, z olbrzymi, majestatycznymi drzewami.  

Było bardzo pięknie

I niechcący zdjęcia przydały mi się do dzisiejszego wpisu.CAM00151

Bukowy las w obiektywie mojej utalentowanej córki

 

 

                 

 

 

    Piękny las w Kopalinie. Dziś już wiem, że jest też bardzo wiekowy. Ten las miał ponad 200   lat.

I piękna opowieść o bukach.

O życiu i dojrzewaniu, i oczekiwaniu na swoje miejsce w „lesie”.

Każda opowieść może mieć znaczenie terapeutyczne ;-)

 

 

Fragmenty tekstu pochodziły z książki Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”,  tłumaczenie Ewa Kochanowska, wydawnictwo OTWARTE, Kraków 2016, *s. 51, **s. 53 – 62.

Zdjęcia  na blogu autorstwa mojej córki E. Z.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

Zielono mi, czyli przepis na koktajl witaminowy☺

27 kwi

Wiosnazielony

Wiosna

a z nią wiosenne przesilenie, czyli zmęczenie i brak witamin.

Znalazłam przepis na zielony koktajl, pełen witaminy c, żelaza, błonnika, tłuszczy dobrze tolerowanych i szybko wchłanianych przez organizm. No, po prostu bomba!

Podaje przepis:

1 jabłko
1 kiwi
garść szpinaku
sok z połowy cytryny
łyżeczka siemienia lnianego
1/4 awokado
woda wg uznania

Można dodać winogrona, albo banana, albo modnego teraz, młodego jęczmienia.

Szybko się robi! Ja po prostu wszystko traktuję blenderem w wysokim naczyniu.

Jeżeli dodamy mniej wody, będzie coś do jedzenia łyżeczką a jeżeli dodamy więcej wody, coś do picia.

Polecam! Jest pyszne ☺ I te witaminy, mmmmmy

 

************* 20:21************

Niedawno wróciłyśmy z kina.

„Chata”

Bardzo dobry film. Film o przebaczeniu sobie i innym.

Zdania, które pozostały po filmie: „Bóg nie chcę, żebyśmy się stali niewolnikami wiary”; „Przebaczenie nie tworzy relacji, ale daje spokój”; „Nie możemy sądzić nikogo, bo nie wiemy jakie miał życie”…

Bóg jest czarną kobietą, albo starym Indianinem, albo…

Duch Św. to młoda, piękna Azjatka.

Oglądałam i myślałam o terapii i film stał się nagle bardzo mi bliski…

Nooooo, terapeutyczne filmy: „A Monster Call”, „Ukryte piękno” i teraz „Chata”.

Usłyszałam, że film jest mocno chrześcijański. Może i tak, bo główny bohater trafia do Chaty/Nieba i tam spotyka Trójcę św. Bóg jest czarną kobietą i przedstawia się imieniem łudząco podobnym do słowa „iluzja” – więc nie do końca trzeba się kierować „chrześcijańską” ścieżką.
Fabułą filmu jest proces powrotu do dobrego życia po traumatycznych przeżyciach i na tym trzeba się skupić. Osoby, które zamieszkują chatę to przewodnicy do odnalezienie szczęścia. Pokazują, że zło jest względne, że można przebaczyć a nawet trzeba, nie ze względu na dobro krzywdziciela, ale ze względu na nasze dobre samopoczucie. Tkwienie w poczuciu krzywdy jest dla nas toksyczne i powoli nas niszczy. Lepiej więc otworzyć się na życie, zrezygnować z bycia sędzią, dostrzegać piękno przyrody a przede wszystkim pozwolić naszym najbliższym nas kochać z wzajemnością.
Było mnóstwo fajnych dialogów. Niestety, głowa nie komputer i wszystkiego nie zapamiętałam. Ale, jak zwykle spłakałam się jak głupia.
Niełatwo było patrzeć na sceny przemocy, kiedy pijany ojciec bije swojego syna, każąc mu recytować fragment Biblii o miłości dzieci do rodziców…
Niełatwo było patrzeć na ogromną rozpacz ojca po stracie ukochanej, najmłodszej córki…
Więc łzy płynęły strugą :cry:

Były piękne zdjęcia przyrody i… niespodzianka!!! Drzewo!!!!

Drzewo, piękne, zielone i pełne kwiecia wyrosło w środku wspaniałego ogrodu. Wyrosło po wyrwaniu innej wspaniałej rośliny. Wystrzeliło z ziemi w miejscu złożenie ciała zamordowanej córki. Ogromny symbol!!! Mogłabym wrócić do książki „Moc uwielbienia”, gdzie po raz pierwszy przeczytałam, że nawet z największego zła Bóg może wyprowadzić dobro. Nawet z największej „biedy” możemy otrzymać wiele dobra, pod warunkiem, że będziemy chcieli je dostrzec i popracować nad jego wydobyciem. Wszystko jest w nas – zło i dobro. Jest tak jak z tymi wilkami – dobrym i złym. Wygrywa ten, którego bardziej karmimy.

Ochhhhhh….

No i następny zakup w planach – film i książka „Chata”.
Film dlatego, żeby córka mogła go obejrzeć z lektorem a poza tym obiecałyśmy sobie (ja, córka i jej koleżanka) wieczór filmowy właśnie z tym filmem w zaciszu domowym. A książka dlatego, że chciałabym jeszcze raz „usłyszeć” te zdania, sentencje i dialogi, jakie wypowiadali bohaterzy.

Książka „A Monster Calls” już w domu. Czeka na czytanie. Przemycę niektóre fragmenty na bloga.

Mam też „Sekretne życie drzew” – wydanie z pięknymi zdjęciami – 60 fotografiami polskich lasów i naprawdę to, co widać na zdjęciach to czysta magia. Magiczne drzewa :-) ;-)

Bo wszędzie można znaleźć odrobinę magii. No nie?!

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Film, Książka, Życie

 

Opowieści, metafory, analogie…

23 kwi

Zamówiłam w Empiku film „A Monster Calls”. Będę go miała na własność i będę mogła go oglądać, kiedy będę chciała. Hę!!!

Mało tego!!!!

Zamówiłam książkę o tym samym tytule. Ha!!!! Będę mogła wcielić się w głównych bohaterów, wniknąć w ich uczucia, poznać ich myśli. Bardziej ogarnąć klimat.

A tak a propos klimatu… A może drzew…

Przecież w „A Monster…” obok chłopca główną rolę zagrało drzewo – Drzewny Potwór

Znów analogie 8-O Drzewny Potwór odegrał rolę terapeuty chłopca a…

W środę terapeuta opowiedział mi o fragmencie książki, którą teraz czyta. Książkę kupiła mu córka. „Sekretne życie drzew”
– Czytałem o bukach. Czy wiesz, że stare buki zasłaniają młode drzewko przed słońcem, aby wolniej rosło. Zabierają mu światło, roztaczając nad nim swoje korony. Młody buk bardzo powoli rośnie. Kiedy stare drzewa umierają a jest to około osiemdziesiątego roku życia, młody buk strzela w górę i rośnie bardzo szybko. Bardzo szybko dojrzewa. Zaopatrzony w pokarm, który latami czerpał, teraz w mgnieniu oka nabiera siły i wielkości. Rośnie piękne i potężne drzewo. Nie wiem, dlaczego ta historia przyszła mi do głowy akurat w twoim przypadku…
– Tak… Ja też zostałam sama. Stare buki już dawno poumierały – pomyślałam a głośno powiedziałam, z uśmiechem – No to jak teraz strzelę w górę, tooooo…

Teraz, kiedy o tym myślę, robi mi się ciepło na sercu. Taka analogia wywołuje u mnie ciepłe uczucia. Jestem silna… Rozwinę powyginane gałęzie, a właściwie to już je wyprostowałam i czerpię coraz więcej światła…

Analogie…

Metafory…

Opowieści…

One zasiane w naszej pamięci, kiełkują, rosną i rozwijają się. Dzięki nim życie nabiera głębi, barw i przestrzeni. Staje się trójwymiarowe. Dobra opowieść potrafi zdziałać cuda.

Pierwszą opowieścią, jaka została w mojej pamięci z terapii to Bajka o dziewczynie, pałacu i czymś jeszcze a później sama zbierałam różne opowieści. Najpiękniejsze były te Ingi Zawadzkiej. Są na blogu. Np. Jak wszystko zmienić, nie zmieniając niczego, i inne…

Opowieści pomagają żyć.

Mnie pomagają też filmy, od niedawna książki, od zawsze muzyka (zwłaszcza smooth jazz)  i od trzech lat nordic walking.  Na kijach przeszłam ponad 2300 km. Czyli byłabym w drodze powrotnej z, np. Turcji.
Oczywiście z żadnej wyprawy geograficznej nie wracam, za to wracam do siebie. Do siebie prawdziwej, tej schowanej przez te kilkadziesiąt lat w „cieniu innych buków”. „Buki” już poumierały. Zostałam sama i czerpię światło wszystkimi listeczkami, jakie mam. Hahahahahaha

Książkę „Sekretne życie drzew” też zamówiłam. Będę miała co czytać :-) Bardzo mnie zaciekawiła

A póki co czytam następną opowieść Jodi Picoult „Jak z obrazka”, a tam odkryłam taką starą opowieść indiańską, która ma drzewne zakończenie 8-O
Przeczytajcie sami…

Dawno, dawno temu na brzegu Atlantyku żył wielki indiański wojownik imieniem Porywisty Wiatr. Miał magiczną moc – potrafił stać się niewidzialny, dzięki czemu mógł chodzić po obozach wrogów i wykradać im tajemnice. Wraz z siostrą mieszkał w wigwamie owiewanym spokojną, przyjemną, morską bryzą.
Jego sława znakomitego wojownika niosła się szeroko i wiele dziewic pragnęło wyjść za niego. Ale Porywisty Wiatr nie zwracał uwagi na ich niemądre, kokieteryjne uśmiechy i fałszywe zapewnienia, że stanowiliby idealną parę. Oznajmił, że poślubi tę, która zobaczy go wracającego nocą do domu.
Wymyślił próbę na sprawdzenie wiarygodności kandydatek na żonę. Wiele panien przychodziło z jego siostrą na plażę, gdy słońce z sykiem zanurzało się w morzu, i pragnęło zdobyć serce Porywistego Wiatru. Siostra zawsze widziała brata, nawet w chwilach, gdy dla reszty świata był niewidzialny. Gdy zbliżał się, siostra pytała dziewczynę:
- Widzisz go?
Każda panna odpowiadała kłamliwie:
- Tak, to on.
Siostra Porywistego Wiatru pytała wtedy:
- Czym pogania swój zaprzęg?
Odpowiedzi było wiele: Biczem ze skóry karibu. Długim, sękatym kijem. Pękiem mocnych konopi.
Siostra Porywistego Wiatru od razu wiedziała, że to zwykłe zgadywanki i że jej brat nie wybierze tej dziewczyny, której stopy odciskały się w piasku, tworząc lustrzane odbicie jej śladów.
W wiosce mieszkał potężny wódz, wdowiec z trzema córkami.
Najmłodsza miała twarz śliczną jak pierwszy, letni deszcz, a serce tak wielkie, że mogło pomieścić ból całego świata. O wiele starsze siostry, skręcane zazdrością, wykorzystywały jej dobroć. Próbowały zniszczyć urodę najmłodszej, zamieniając jej odzież w łachmany, obcinając lśniące, czarne włosy, przypalając gładkie policzki i szyję rozżarzonymi węglami. Ojcu mówiły, że sama to sobie zrobiła.
Tak jak inne panny na wsi, one też usiłowały zobaczyć, jak Porywisty Wiatr pojawia się o zmierzchu. Stały na plaży z jego siostrą,  czuły jak woda zalewa im stopy, i czekały. Jak zwykle siostra Porywistego Wiatru zapytała, czy go widzą, a one potwierdziły. Kiedy zapytała, czym pogania zaprzęg, skłamały, że niewyprawioną skórą. Kiedy weszły do jego namiotu, poły mocno zatrzepotały. Miały nadzieję, że zobaczą go pochylonego nad kolacją, ale w namiocie nikogo nie było. Porywisty Wiatr, odkrywszy ich oszustwo, pozostał niewidzialny.
Gdy najmłodsza córka wodza poszła na poszukiwania Porywistego Wiatru, natarła poparzoną twarz ziemią, by ukryć blizny, i załatała spódnice korą drzew. W drodze na plażę minęła inne panny, które śmiały się z niej i nazywały ją głupią.
Ale siostra Porywistego Wiatru czekała i kiedy słońce ciężko opadało ku horyzontowi, zabrała dziewczynę na plażę. Widząc brata, zapytała:
- Widzisz go?
- Nie – odparła dziewczyna, a siostra Porywistego Wiatru zadrżała, słysząc prawdę.
- Czy teraz go widzisz? – zapytała ponownie.
Na początku dziewczyna z twarzą zwróconą ku niebu milczała, nagle jednak jej oczy zapłonęły jak ogień.
- O tak, widzę – rzekła wreszcie – i jest piękny. Tańczy na chmurach i chodzi z księżycem na ramieniu.
- Czym pogania zaprzęg?
- Tęczą.
Siostra Porywistego Wiatru też spojrzała w niebo.
- A z czego jest zrobiona cięciwa jego łuku?
Dziewczyna uśmiechnęła się i noc obmyła jej twarz.
- Z drogi Mlecznej – odrzekła. – A groty strzał to najjaśniejsze z gwiazd.
Siostra Porywistego Wiatru wiedziała, że brat ukazał się tej dziewczynie, ponieważ mówiła prawdę. Zabrała dziewczynę do domu i wykąpała, tak długo przesuwając dłońmi po jej skórze, aż wszystkie blizny zniknęły. Śpiewała, a włosy dziewczyny rosły gęste i czarne. Dała jej swoje bogate stroje i zaprowadziła do namiotu Porywistego Wiatru.
Następnego dnia Porywisty Wiatr ją poślubił i oboje przemierzali niebo, skąd dziewczyna patrzyła na swój lud. Jej siostry kipiały z wściekłości i groziły pięściami duchom, żądając wyjaśnień. Porywisty Wiatr postanowił ukarać je za krzywdy, jakie wyrządziły jego oblubienicy. Zamienił je w osiki i zakopał ich korzenie głęboko w ziemi. Od tamtego dnia osiki drżą z przerażenia na myśl o nadejściu Porywistego Wiatru. I choćby nie wiem jak łagodnie nadchodził, one się trzęsą, ponieważ nie potrafią zapomnieć o jego wielkiej mocy i jego gniewie.

Legenda Algonkinów*

 

Opowieści…

 

A w życiu? Leniwe, niedzielne przedpołudnie z padającym za oknem śniegiem. Mokre paćki śniegu z deszczem pokrywają parkową trawę tworząc dysonans do śliwy pokrytej drobnymi, białymi kwiatkami. Wiosna. Kwiecień, plecień, bo przeplata. Trochę zimy, trochę lata :-P

 

 

* Opowieść pochodzi z książki Jodi Picoult „Jak z obrazka”, Kolekcja Jodi Picoult 7, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2017, s. 9-12.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Życie