RSS
 

Notki z tagiem ‘Audioblog’

O super aplikacji Audio-blog ♥ i fizyce kwantowej

29 cze

Przez jakiś czas nie miałam telefonu i nie mogłam posłuchać blogowych wpisów w aplikacji Audio-blog.pl

Jola dodała mój wpis o przyjaźni a tu pat – nie mogę go posłuchać

Dziś odebrałam telefon z naprawy i pierwsze co zrobiłam, to ściągnęłam aplikację i posłuchałam wpisu-audycji a tam…

na początku piosenka Bogusława Meca „Przyjaciele po to są”. Posłuchajcie


Dalej wpis pięknie przeczytany przez Jolę i na końcu słowa, które mnie rozwaliły pozytywnie

Przeszłam swoje zawirowania życiowe i jestem teraz mega szczęśliwa z dziećmi „daleko od kłopotów, które kiedyś odbierały mi oddech”.
Pięknie, usłyszeć coś takiego o sobie. Warto było zawalczyć o siebie.

W sobotę pojechałam na spotkanie integracyjne pracowników naszej szkoły. Urokliwe miejsce na Kurpiach. Pośród lasów, z ogromnym sztucznym zbiornikiem wyglądającym jak jezioro.
Dwa wspaniałe dni ze znajomymi. Kajaki, rowery wodne, łódki, zwykłe rowery i obezwładniający upał – ponad trzydzieści stopni. Opaliłam się, odpoczęłam, naśmiałam i naśpiewałam. Z występem gościnnym przyjechał zespół kurpiowski. A jak śpiewali? Poezja…
Śpiewali, tańczyli, opowiadali kawały. Cudo! :-)

Rozmawiałam ze swoją wspaniałą znajomą – zna moją sytuację od początku, od momentu, kiedy w wielkiej desperacji, kilka ładnych lat temu nie wytrzymałam i opowiedziałam jej o swoją historię.
W sobotę, w pokoju, zaczęłyśmy rozmowę o mojej teraźniejszej sytuacji. A powiedziała:
- Wiesz jak przechodzę pod twoimi oknami i patrzę do góry, to oprócz tego, że słychać cichą muzykę, to jeszcze bije od nich ogromny spokój.

Uśmiechnęłam się lekko.
- Tak, teraz mamy prawdziwy spokój a ja mam dom, o którym marzyłam od dziecka. Nareszcie go stworzyłam…
Powiedziałam o swojej terapii i że jest bardzo ciążka, ale było warto ją zacząć i jest warto chodzić na nią nadal.
Nagle wypaliłam:
- Wiesz A myślę, że wybierając J na męża skrzywdziłam go… – spojrzałam na A i zobaczyłam jak podnosi w wielkim zdziwieniu brwi do góry a usta otwierają się, jakby chciała powiedzieć „Anka, co ty pieprzysz?” (oczywiście A nigdy by tak nie powiedziała, ona zapytałaby „Aniu o czym ty mówisz?”). Więc pospieszyłam z wyjaśnieniem:
- Miałam bardzo złe dzieciństwo. Za mąż wychodziłam mając 26 lat i wielką ochotę a wręcz pewność, że założę wspaniałą, kochającą się rodzinę. Byłam ślepa na różne „złe strony” J i pełna optymizmu, że po ślubie to wszystko się ułoży. To ja się zgodziłam być jego żoną. Dopóki nie było dzieci i obowiązków on dawał radę – miodowe 9 miesięcy, ale kiedy pojawił się syn i obowiązki, on nie umiał sobie z nimi poradzić a ja wymagałam. On uciekał, ja byłam wymagająca i wszystko się napędzało. Dodatkowo okazało się, że był chory.
A słuchała cierpliwie, tego co ja plotłam. A ja na deser dodałam, że pewnie z innym też by się nie udało, bo byłby z jakimś „defektem”.
Dziewczyna okazała wielką cierpliwość i dużo taktu, bo nie zapytała, czy może te słońce, które tak zabójczo świeci na dworze, mi nie zaszkodziło?

Ten tekst wypróbowałam dziś na swoim terapeucie (oczywiście tekst o krzywdzie) – reakcja była identyczna. Podniesione w zdziwieniu brwi i później długa rozmowa na ten temat.

Młody kiedy usłyszał relację z dzisiejszych tematów poruszanych na terapii (oczywiście tylko zajawki, bo jest bardzo ciekawy, jak wygląda terapia), nie hamował swojego oburzenia i patrząc wprost w moje oczy, powiedział:
- Mamo, ty się dobrze czujesz? On ciebie bardziej skrzywdził!

A ja…
Nie, no bardzo dobrze się czuję. Ja chciałam tylko pokazać, jak bardzo możemy się pomylić dokonując pewnych wyborów. Nie, nie czuję się winna. To nie w tym sensie mówię o krzywdzie. Myślałam o krzywdzie w tym sensie, że czasami za bardzo chcemy zmieniać świat i innych a nie siebie, że w innych widzimy spełnienie swoich marzeń i pragnień, to inni mają dać nam morze miłości i bezpieczeństwa a jak coś szwankuje chcemy sami ingerować i na siłę „naprowadzać” ich na własną „ścieżkę”. Ranimy najpierw siebie a później innych, zamiast wziąć się za pracę nad sobą. Innych nie zmienimy, ale możemy zmienić siebie i zacząć żyć spokojnie i szczęśliwie.
Mam nadzieję, że zrozumieliście… I, że to nie był wykład z fizyki kwantowej ;-) , bo czasami kiedy próbuję coś wyjaśnić terapeucie i wkładam w to dużo kwiecistych słów i określeń, zamiast powiedzieć to w dwóch zdaniach, słyszę od niego:
- No to mamy wykład z fizyki kwantowej… – czyli, mówię tak, żeby nikt oprócz mnie nie zrozumiał.
Uśmiecham się wtedy i mówię:
- Zaraz, zaraz, ja to wyjaśnię…
I brnę dalej

Tak, tak… I tak od Joli przeszłam do fizyki kwantowej.

Rozczulił mnie komentarz Joli ♥♥♥

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Parę słów o cierpieniu według księdza Jana Kaczkowskiego.

22 lis

W piątek 13 listopada obchodziliśmy dzień uśmiechu…

Obchodziliśmy go prawie do północy, bo później wiadomo, co się stało. O tym co się wydarzyło powiedział mi syn. Wpadł wzburzony do pokoju i zaczął krzyczeć, że w Paryżu był zamach.

- Przełączcie na wiadomości. Był zamach. Wielu ludzi nie żyje – krzyczał.

Włączyliśmy jeden z kanałów informacyjnych i zamarliśmy.  Czy 11 września miał się powtórzyć 13 listopada? W sobotę musiałam rano wstać. Jechałam do W-wy a mimo to siedzieliśmy we trójkę prawie do 2 w nocy. Słuchaliśmy przerażających wiadomości.

Warszawa w sobotę 14 listopada była dziwnie cicha i wyludniona.

Na pierwszych zajęciach mówiliśmy o eutanazji, dobru, cierpieniu. Zdenerwowały mnie słowa koleżanki, że cierpienie uszlachetnia. Nie mogłam opanować emocji i głośno powiedziałam, o tym, że szlachetność cierpienia to absurd. Cierpienie nas nie uszlachetnia. Ono nas odczłowiecza, odbiera nam godność, chęć do życia. Mówiłam z wielkimi emocjami. Powiedziałam o cierpieniu mojej matki umierającej na raka i o chorobie ojca – guz mózgu mylony w diagnozach z udarami. Te cierpienia nie miały nic wspólnego ze szlachetnością. Mówiliśmy o eutanazji. O wyborze śmierci w momencie, kiedy życie jest jednym wielkim cierpieniem. Koleżanka mówiła coś o wierze w Boga i działaniu Ducha Świętego i o tym, jak wielkie owoce to przynosi. Słuchałam jej a później powiedziałam, że wiara w Boga ma ogromne znaczenie psychologiczne. Wiara pozwala wiele sytuacji życiowych usprawiedliwić ingerencją Bożą. Człowiek poszukuje Boga w momencie, kiedy wszystko co ludzkie zawodzi. Powierza się transcendentnej sile, która ma go chronić, wspierać, dawać siłę, nadzieję a w perspektywie szczęście. Powierzając się tej sile osiąga pewien spokój. Bóg staje się synonimem spokoju, ale jeżeli będziemy patrzeć na Boga przez pryzmat cierpienia, stanie się On okrutnym Bogiem. Bogiem żądającym krwawych ofiar. Kiedy mówimy o cierpieniu podajemy przykład Chrystusa, ale zapominamy o jednym szczególe – Chrystus też nie chciał cierpieć – scena z ogrodu w Getsemani. Prosił Ojca o „odsunięcie kielicha”. Bał się cierpienia, ale był posłuszny Ojcu i był mega altruistą – kochał ludzi – tego możemy się dowiedzieć z Nowego Testamentu. Nie znamy apokryfów, nie znamy nie włączonych do kanonu biblijnego opowieści spisanych przez innych, którzy żyli obok Jezusa. Może w innych księgach historia Jezusa nie byłaby aż tak  wspaniała. Kanon biblijny pokazał Chrystusa Boga – a więc człowieka superbohatera, ideał, wzorzec. Dlatego pierwsi chrześcijanie tak chętnie przyjmowali śmierć, pociągnięci przykładem Jezusa. Wolę na Ewangelię patrzeć jak na księgę uczącą miłości i dobra. Chrystus był tylko jeden. Umierał w przeświadczeniu, że zabiera wszystko cierpienie, cały grzech i daje nam życie wieczne a później zmartwychwstał. Przymus cierpienia w wierze powoduje u mnie myśl o fundamentalizmie i tego przykład mieliśmy w piątek 13 listopada. Dżihad i mnóstwo zabitych i rannych. Cierpienie rodzin, którzy utracili najbliższych. Niech koleżanka im powie, że to cierpienie ich uszlachetni!

www.wiez.pl

Kiedyś obiecałam napisać coś na temat książki Ks. Kaczkowskiego „Szału nie ma, jest rak” i chyba nadszedł ten czas.

Lubię tego księdza za bezpośredni sposób wypowiedzi, za nie owijanie niczego w bawełnę. Postawiłabym go w jednym szeregu z ks. Tischnerem i ks. Twardowskim.  W 2012 r. zdiagnozowano u ks. Kaczkowskiego po raz drugi raka.  Pierwszy raz był to rak nerki, usunięty. Drugi to glejak mózgu czwartego stopnia, czyli dający niewielkie szanse na wyleczenie. Pomimo swojej choroby ksiądz zajmuje się innymi chorymi - prowadzi hospicjum w Pucku.  Książka jest napisana w formie wywiadu, który przeprowadziła Katarzyna Jabłońska. 

Ksiądz Jan mówi o eutanazji, ale nie w sensie jej dopuszczalności, lub zakazu. Termin pojawia się przy wyjaśnieniu czym jest sedacja paliatywna, czyli podanie leków, które likwidują świadomość. W najpoważniejszych przypadkach można podać takie leki, które powodują, że pacjent nie będzie nic czuł. O sobie mówi tak: „(…) nie chciałbym kurczowo trzymać się życia. Nie chciałbym ranić wszystkich naokoło. Tak ich umęczyć, żeby wpędzić ich w w tak zwany syndrom wypalenia, czyli taki stan, kiedy rodzina opiekująca się przewlekle chorym osiąga kres swoich milkliwości psychicznych i fizycznych – to znaczy z jednej strony nadal bardzo kocha swojego chorego i pragnie jego wyzdrowienia, a drugiej jest na niego wściekła. I odwrotnie, bo to działa w obie strony. Pacjent wdzięczny jest najbliższym za wszystko, co dla niego robią, ale oni są właśnie tymi najbliższymi, na których najłatwiej się wyżyć, i on to właśnie robi. Jeśli nadejdzie taki stan, kiedy już będę… nie chcę powiedzieć „nieprzydatny”, skoro nie pozwalam tak myśleć i innych, ale skrajnie umęczony chorobą i moi bliscy też będą nią umęczeni, trzeba będzie w końcu wspólnie podjąć decyzję w której mówimy „koniec”. Koniec – żadnej następnej operacji, żadnej następnej chemii, żadnego leczenia w Chinach za pięćdziesiąt tysięcy. Koniec z namawianiem, żebym nacierał nogi cieciorką czy zjadł kolejną łyżkę jogurtu. ” s. 16-17

„Fundamentalnie nie zgadzam się jednak z ludowym przekonaniem, głoszącym „Kogo Pan Bóg kocha, temu krzyżyki zsyła”. Ks. Tiszner twierdził, że cierpienie raczej nie uszlachetnia, a jeżeli ktoś mi mówi z pozycji kaznodziei: „Złącz swoje cierpienie z cierpieniem Chrystusa”, mam mu ochotę opowiedzieć historię o wężu, czyli: sss…”  (s.19). Mocne! Mocne i dobitne, ale taki jest ks. Kaczkowski.

„Człowiek wierzący chce na przykład ofiarować swoje cierpienie w jakiejś ważnej intencji. I oczywiście ma do tego prawo. Teraz, kiedy jestem chory , zdarza się, że ludzie pytają, czy mógłbym ofiarować cząstkę swojego cierpienia za nich lub w ważnej dla nich sprawie. W tym momencie jeszcze nie jestem godzien, bo tymczasem wcale nie czuję się specjalnie cierpiący. Przecież takie zwykłe dyskomforty jak to, że wczoraj wywaliłem się na pysk i trochę potłukłem, albo, że siadła mi wątroba, co powoduje wysypkę i brak przyjemności z jedzenia, czy że miałem okropne problemy z wypróżnianiem, trudno ofiarować Bogu w imię pomocy bliźniemu. Prawdziwe cierpienie rozumiem jako ogromny, dojmujący ból. Jeśli taki przyjdzie wcale nie wiem, czy będę potrafił ofiarować go Bogu” (s. 19)

Łatwo się mówi o cudowności cierpienia, kiedy jest się człowiekiem zdrowym, ale perspektywa zmienia się w momencie doznawania takiego cierpienia. Przypomina mi się moja mama, kobieta, której życie nie rozpieszczało. Często płakała i prosiła Boga, aby ją zabrał z tego świata. Krzyczała, że nie chce żyć. Była wtedy zdrowa. Kiedy przyszła choroba i mama domyśliła się, że jest to choroba, z której już nie wyjdzie i z dnia na dzień traciła siły, kilogramy i nadzieję na wyzdrowienie, bardzo chciała żyć. Zgadzała się na każdy pomysł na swoje leczenie. Siostra woziła ją do bioenergoterapeuty, zielarza tybetańskiego, jakiegoś szamana-uzdrawiacza. Na chwilę było lepiej. Jeden nawet powiedział, że nie ma już komórek rakowych a później był zjazd i rozpacz. Nie dawała się do samego końca. Umierała przeklinając tego s…. Trzymałam jej coraz zimniejszą dłoń i modliłam się, mając nadzieję, że Bóg ją jeszcze z nami zostawi, że to jakiś koszmar, z którego się obudzę i zobaczę jej uśmiechnięta i szczęśliwą buzię. Niestety… Jej cierpienie nie miało nic wspólnego ze szlachetnością a umieranie nie było godne. I dlatego tak emocjonalnie odpowiedziałam na słowa koleżanki.

 Fragment ze strony: tischner.pl „Znana anegdota mówi o tym, że pewnego dnia ciężko chorego ks. Józefa Tischnera odwiedził Jarosław Gowin. Jakiś czas wcześniej rozmawiali dużo o cierpieniu. Podczas kolejnej wizyty Tischner – który już nie mógł mówić – podał Gowinowi karteczkę ze słowami: „Nie uszlachetnia”.
Bardzo często na spotkaniach poświęconych Tischnerowi pytany jestem o sens tych słów. Jednym wali się świat, kiedy usłyszą: „Cierpienie uszlachetnia”. Innym z kolei świat wali się, gdy usłyszą coś przeciwnego. „Jeżeli nie uszlachetnia, to jaki sens mają moje wieloletnie zmagania?” W odpowiedzi cytuję na ogół ostatni opublikowany tekst Tischnera, zatytułowany „Miłość”. Jest tam rozwinięcie uwagi przekazanej Gowinowi. „Do prawdy dochodzi się rozmaitymi drogami. Przyznajmy, że są takie prawdy, do których dochodzi się również poprzez męczeństwo. Jedną z takich prawd jest prawda, że cierpiąc, cierpimy z Chrystusem. (…) Niemniej nie cierpienie jest tutaj ważne. Nie ono dźwiga. Wręcz przeciwnie, cierpienie zawsze niszczy. Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość”.”

Tak to prawda – MIŁOŚĆ – i nie ważne do kogo miłość – do człowieka, czy do Boga (ta pisana dużą literą). Miłość daje ogromną siłę.

Ks. Jan mówi też o szkodliwych relacjach międzyludzkich. Ja często mam „rozchwiane odczucia” dotyczące mojego odejścia od męża. Terapeuta ma na to nazwę, ale co innego wiedzieć a co innego odczuwać. Często to sobie racjonalizuję, ale uczucie „drżenia serca” – mieszanka żalu, wstydu, winy, niepewności od czasu do czasu mną targa. Kiedyś przeczytałam artykuł dr Marioli Kosowicz, w którym powiedziała: „Nie ma takiej miłości, czy wiary, w imię której mamy być poddani przemocy” i tego się trzymam jak mantry, kiedy głupie serce chce wrzucić na moje barki poczucie winy, że nie ogarnęłam. W książce „Szału nie ma jest rak” ks. Kaczkowski tak mówi o toksycznych relacjach: „Uważam, że człowiek ma prawo chronić siebie przed relacjami, które z jakichś powodów są dla niego szkodliwe. Warto uświadomić sobie, że chrześcijaństwo nie jest cierpiętnictwem i jeżeli relacja z kimś nas rani, to mamy nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek chronić siebie. Jeżeli mąż znęca się nad żoną i patrzą na to dzieci, ona ma obowiązek odizolować się od tego męża. (…)Do tego mam prawo. I to nie jest niechrześcijańskie. (…) Są takie relacje, które bardzo nas obciążają, a nawet niszczą. I przed nimi trzeba się chronić, bo ostatecznie wynika z nich więcej szkody niż dobra – angażują nasz czas, uwagę, nasze siły i emocje, sprawiają, że nie zajmujemy się sprawami, gdzie naprawdę jest szansa na wydobycie dobra i sensu. Będziemy wiecznie wyciągać kogoś z dołków, a on nad sobą w ogóle nie pracuje, wymaga nieustannej pomocy i uwagi i na przykład odciąga nas od naszych powinności bycia przede wszystkim ojcem czy matką. No trudno, trzeba powiedzieć: nie jestem psychologiem, nie jestem w stanie ci pomóc, nie rozwiąże za ciebie twoich problemów, to nie jest możliwe. (…) Często idealizujemy nasze bycie z innymi. Trzeba iść dalej. (…) Nie jesteś w stanie wszystkich potrzebujących nieść na swoich barkach. Te osoby muszą również nauczyć się ponosić konsekwencje swoich wyborów. Tak jest, że pewne relacje w naszym życiu pielęgnujemy, a inne się rozluźniają. Z pewnymi osobami nasze drogi się rozchodzą – każdy z nas musi iść własną.” (s.88)

„(…) warto mieć świadomość i zgodzić się na to, że niektóre osoby pojawiają się na danym etapie naszego życia po to, byśmy lepiej sami sobie w życiu radzili, byli bardziej samodzielni i niezależni. Podobnie jest z nami, my też pojawiamy się na jakimś etapie w życiu innych, ale ta obecność w pewnym momencie intensywna, może później osłabnąć. I to jest nie tylko naturalne, ale także zdrowe.” (s.89)

Zachęcam do przeczytania książki o ks. Janie Kaczkowskim, bo jak zwykle ja umieszczam „swoje” fragmenty a w wywiadzie są poruszane jeszcze inne ważkie tematy dotyczące życia, śmierci, seksu, miłości.

Fragmenty tekstów pochodzą z książki ” Szału nie ma, jest rak” z ks. Janem Kaczkowskim rozmawia Katarzyna Jabłońska, Więzi, Warszawa 2013.

Wpisu można posłuchać w aplikacji Audioblog. Czyta Jolanta Zdulska_Gurgul.

logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Filozoficzna niedziela w kolorze złotych klonów

25 paź

Wczoraj zjazd w Warszawie. Grubo! Grubo nie w tym sensie, że następne egzaminy do zaliczenia, tylko w tym, że studiuje rzeczy fenomenologiczne,  metafizyczne, nadprzyrodzone, nieistniejące w świecie materialnym a oparte na odczuciach, uczuciach, emocjach i przemyśleniach. Kosmos. Kolejne nurty filozoficzne i kolejne teorie. Od starożytności po wieki średnie aż po współczesność. I po co? Wiem, po to, żeby coś robić z nadmiarem wolnego czasu, niespokojnymi myślami, które pożerają mnie od środka. Wczoraj na filozofii politycznej zobaczyłam całkiem odjechanego człowieka. Prawdziwy filozof – zamyślony wzrok przebijający się zza brudnych okularów i długie, kręcone, blond włosy (kończyły się poniżej ramion). Podczas wykładów odrzucał te włosy jak kobieta. Bawił się nimi i opowiadał o myślach filozoficznych. Totalny kosmita. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, na co on zareagował:

- Z czego się pani śmieje?

Coś mówiłam do koleżanki. Zignorowałam pytanie. On dalej kontynuował wykład mówiąc coś o starożytnych Ateńczykach, coś o nieroztropnych mężczyznach, na co my obydwie wykrzyknęłyśmy:

- Takie męskie blondynki!

Facet się sczerwienił.  Zaistniał mały szczegół – facet jest blondynem. UUUUU! Grubo! Aby pokryć zażenowanie własna gafą, skwitowałyśmy, że my jesteśmy takie zwariowane z racji nazwiska, jakie nosimy. Odgryzł się nam natychmiast opowiadając nieśmieszny kawał o facecie, który miał takie nazwisko jak nasze i któremu kazano kicać, w sensie, wyjść z pomieszczenia.

- Nie! My nie mamy zamiaru stąd kicać! Jeszcze nie pora! – odpowiedziałam.

Jestem bezczelna i mówię to, co myślę!!! Skąd to mi się wzięło?

Odjechany filozof.

Filozofia – baśnie z mchu i paproci, poparte wielowiekowymi  wywodami myślowymi, które zmieniały bieg wydarzeń, albo ułatwiały ogląd rzeczywistości. Odjechany Platon z wizją idealnego społeczeństwa i państwa i Sokrates, który był protoplastą Chrystusa. Próbował nauczyć światłych Ateńczyków, jak miał wyglądać idealny polityk, idealna relacja w państwie a jedyne co osiągnął, to śmierć – musiał wypić cykutę. Chrześcijaństwo wyrosło na platonizmie. Wracając do ludzi, którzy coś znaczą, tzw. śwaitłych – oni nie znoszą, aby zawracano im uwagę, że coś robią źle i że można to poprawić, aby nie szkodzić innym. Np. zadufani w sobie politycy, dbający tylko o swoje osobiste korzyści byli zawsze a „prorocy” zwracający im uwagę zawsze źle kończyli. (historia Arystotelesa i Jezusa) Filozoficzna konkluzja :-(

jesieńZa oknem klon cały w złotych liściach. Towarzyszy mu złota brzoza. Boże, jak pięknie.

Wczoraj dziewczyny ze studiów powiedziały, że przyjadą do mnie na parapetówkę. Pozytywne zdziwienie. Lubię je. Parapetówka ustalona! Nie ma wyjścia – trza się wyprowadzać! Nie ma rady!

Przeszliśmy na czas zimowy!!!! Godzina dodana!

Wczoraj junior pojechał na Expo gier komputerowych do W-wy. Pojechał z kolegą. Dali sobie znakomicie radę trafiając na drugi koniec stolicy. Przywiózł parę  wygranych gadżetów i ogromne zadowolenie z uczestniczenia w wydarzeniu. Oczywiście zdjęcia z kimś ważnym znajdującym się na Expo. Błysk w oku i radosne podniecenie. Powiedziałam, że jestem z niego (z nich) dumna, że świetnie poradzili sobie w dużym mieści. A tak po cichu jestem dumna, że tak znakomicie sobie radzi, że ma fajnego znajomego, że ma zainteresowania. Jest fajnym, młodym człowiekiem. Oczywiście maleńka też mnie zaskoczyła – pozytywnie. Wysprzątała mieszkanie i upiekła ciasteczka. Mieszkania nie mogłam poznać, tak było czyściutkie. Powiedziała, że „zbiera” w ten sposób na fiszkę. To jej marzenie – deska do jeżdżenia. Jej też powiedziałam, że jestem z niej dumna.

Dziękuję Ci Boże za wspaniałe dzieciaki! Za wspaniałych przyjaciół, za terapeutę, który budzi mnie do normalnego życia i za spokojne dni.

Filozof Jan Hartma napisał: „Agnostycyzm to postawa uczciwości intelektualnej. Agnostyk mówi tak: gdyby Bóg istniał, oczekiwałby, że będę agnostykiem, bo naprawdę nie wiem. Jest pychą udawać, że się wie coś, czego się nie wie.” – Masz rację Janie – jest pychą udawać, że się coś wie, nie wiedząc tego!!! - to taka reminiscencja na temat bycia człowiekiem, który poszukuje źródeł deizmu – człowiekiem, który wierzy w Boga, ale coś go jeszcze niepokoi. „Myślę, więc jestem” – jako rzekł Kartezjusz. „Cogito ergo sum”. Czy Bóg jest zadowolony z mojego poszukiwania? Myślę, że tak, bo widzi, że zamiast popadać w marazm, jednak się rozwijam. Niespokojna dusza ma…

Wpisu można posłuchać w aplikacji Audio-blog:logo

 Pięknie i z humorem wpis czytają Jolanta Zdulska-Gurgul i Monika Nieckula. Warto posłuchać! Dawno się tak nie śmiałam!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Spotkanie z Małą Dziewczynką…

21 paź

- Hej! Jak się masz maleńka? Zostawiłam cię samą. Jak sobie radziłaś?

 Foto: www.kadarka.info/

Foto: www.kadarka.info/

Wielkie oczy są skierowane na mnie z wyrzutem. Pyzata buzia bez uśmiechu, za to w ogromnych oczach pojawiają się łzy.

- Tęskniłam. Jak mogłaś mnie tak zostawić? Zostawić z tym całym złym światem. Czułam się samotna i opuszczona! – patrzy na mnie z wyrzutem.

- Nie zostawiłam cię. Musiałam pozałatwiać swoje sprawy. Świat dorosłych nie jest taki prosty. Jestem odpowiedzialna za to co mam, a mam dwoje dzieci i to one bardziej potrzebują mojej uwagi i opieki. Ty sobie dasz radę.

- Nie! Ja bez ciebie zginę. Tu jest bardzo źle! – prawie krzyczała.

- Nie jest źle. O ile wiem jest spokojnie i bezpiecznie. Zadbałam o to, żeby tak było, więc nie rozumiem twojego krzyku.  Bawisz się w moje sumienie i dopominasz się o uwagę? W takich chwilach mam cię dość. Ja chcę iść do przodu. Chcę się rozwijać. Świat jest wspaniały i ma wiele możliwości dla mnie. Właśnie dla mnie, nie dla ciebie. Ty jesteś malutka i wiecznie płaczesz. Mam cię serdecznie dość a nie mogę cię zostawić, bo czuję się za ciebie odpowiedzialna. Odwiedzam cię i dopytuję, czy ci dobrze, czy się nie smucisz, nie czujesz się samotna a ty…

- Co ja? No teraz mi dowal!

- Ty wiecznie płaczesz!

- No, pewnie nie wiesz dlaczego?! – zawołała zaczepnie.

- Wiem. Opowiadałaś to wiele razy. Współczuję ci.

- Współczuję ci! – zaczęła przedrzeźniać. – Czego mi współczujesz?! Tego, że mnie nikt nie chciał? Tego, że widziałam często płaczącą matkę zaczynającą jeden temat. Temat aborcji. Tego, że siostra bardziej hołubiła własną córkę niż mnie, pomimo tego, że mnie też wychowywała. Tego, że musiałam się chować w ciemnym pokoju przed rozwścieczonym ojcem, albo szukać w ciemności nocy matkę, która uciekała z domu, żeby nie dostać od męża? Tego, że z ojcem mogłam się dogadać tylko wtedy, kiedy był pijany i bełkotał moje imię i to że mnie kocha, chociaż na trzeźwo bluzgał i krzyczał? Tego mi współczujesz? Tego?! Obejdzie się! Wszyscy jesteście okropni i samolubni! Zwłaszcza ty!

Nie chciałam jej rozwścieczyć, ale miałam dość słuchania jeszcze raz tego, przez co przeszła. Teraz też nie chciałam tego słuchać. Widziałam, że siedzi skulona i wydaje się bardzo malutka, bezbronna i wystraszona.

- No już, nie złość się… Przecież wiesz, że jesteś dla mnie ważna, że bez ciebie by mnie nie było. No już… – podeszłam do niej i zaczęłam gładzić po główce uczesanej w warkoczyki przypominające mysie ogonki. Patrzyła na mnie spod kosmyków ciemnych włosów opadających na czoło. Patrzyła bardzo nieufnie. Siedziała sztywno i nie poruszyła się w moim kierunku nawet o centymetr. Udało się jej jednak wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia. Cholera, znów poczułam się winna. Szczeniara ma nade mną władzę.

- Ja mam swój dorosły świat. Moje dorosłe życie a ty do niego nie pasujesz. Jesteś jak wyrzut sumienia. Przez ciebie nie umiem się cieszyć, z tego co mam – zdobyłam się na szczerość.

- Czyli znów jestem winna?! I pewnie mnie zostawisz? Pewnie mnie już nie chcesz? Jak zwykle! Norma! Wszyscy sobie idźcie! Komu jestem potrzebna? Taka smarkata i wiecznie jęcząca! Wszyscy sobie idźcie! – histeryzowała.

Popatrzyłam na nią i jej histerię. No, teraz to naprawdę bym nią potrząsnęła i wbiła do tej małej główki, że przecież jej nie zostawię, że jest częścią mnie, jest cząstką historii mojego życia. Nie jest możliwe, aby ją usunąć. Zapomnieć o niej.

- Wiesz co, zamknij się w końcu! – nie wytrzymałam – kocham cię i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, ale teraz wpadłaś w histerię. Już nie mogę tego słuchać! Zamknij się! I posłuchaj!

Oniemiała. Zwróciła do mnie pyzatą buzię. Przekrzywiła głowę i utkwiła wzrok w moje oczy.

- Nareszcie! – pomyślałam. Zaczyna słuchać. Jest dobrze.  Jeszcze po cichu pochlipywała, ale oczy miała suche. Popatrzyłam na nią i zaczęłam mówić:

- Jesteś dla mnie ważna. Kocham cię. Kocham i nawet nie wiesz jak mocno, ale nie mogę znieść tego, że zatruwasz mi dorosłe życie. Tymi swoimi wspomnieniami doprowadzasz mnie do złości. To co było, już było. To przeszłość, która nie wróci. A ty wciąż rozdrapujesz stare rany i nie pozwalasz się im zabliźnić. Gmerasz w tych ranach z krzywym uśmiechem i czekasz na słowa pocieszenia. Sprawiasz, że ból wraca, że boję się każdego kolejnego dnia i zastanawiam się, co ty  na to byś powiedziała. Prowadzę z tobą negocjacje i permanentne konferencje i czekam na twoje zdanie. Kocham cię i nienawidzę.

- Wiem…

- Nie, niczego nie wiesz! Tobie się wydaje, że wiesz. Świat pełen strachów i pretensji nie jest dobrym światem. Chcę zacząć normalnie żyć. Śmiać się, cieszyć każda przeżytą chwilą…

- A ja ci pewnie nie daję?! – weszła mi w słowo. Poczułam złość z jej strony.

- Nie, nie pozwalasz mi na dorosłe życie. Wiesz, odejdę od ciebie. Odejdę, to nie znaczy zostawię. Będę o tobie pamiętać. Odwiedzę i przytulę. Jakaś cząstka mnie wciąż będzie cię kochać. Chcę żyć a nie wciąż przeżywać to, co było. Chcę spróbować. Może mi się uda?

- Jesteś głupia. Jeszcze wrócisz!

- Wiesz, słyszałam to już od kogoś. Od kogoś, kto był dla mnie ważny i też nie godził się na to, żebym zaczęła żyć na własny rachunek. Straszyła mnie przyszłością i nie wierzyła we mnie. To była moja matka.

- Miała rację!

- Nie, nie miała. Poradziłam sobie.

- No, nieźle sobie poradziłaś… – wyczułam sarkazm.

- Nie zaczynaj! Może na tym polega dorosłe życie. Na życiu i radzeniu sobie z przeciwnościami a nie czekaniu na najlepsze, albo ciągłym przeżywaniu traum. Czarne i białe. Życie to ta strefa szarości a właściwie nie, inaczej. To pomieszanie kolorów i ciągłe ich odnajdywanie. To kalejdoskop, w którym układa się wciąż inny obraz.  To burze, deszcze, słońce i tęcza.  Ta tęcza zdarza się rzadko, ale się zdarza i wtedy jest to wspaniałe zadziwienie, radość, podniecenie. Życie to rollercoaster. Ktoś tak kiedyś powiedział i miał rację. Wsiadamy do szalonego wagonika i pozwalamy się wieźć. Dobrze, kiedy mamy tyle rozsądku, aby zapiąć pasy i mimo wszystko czuć się bezpiecznie, ale czasami to osra jazda bez zabezpieczeń i wychodzimy poobijani, albo w ogóle giniemy. Wracam do swojego wagonika. Okazało się, że ma jednak pasy. Uczę się je zapinać. Moje życie staje się dobre i bezpieczne. Mocno nad tym pracuję.  Będę o tobie pamiętać i znając siebie będę cię jednak odwiedzać, chociaż to nie jest przyjemne. Nie umiem cię spokojne słuchać. Wciąż wzbudzasz we mnie negatywne emocje, ale kocham cię mała a miłość to dobry pretekst do zmian.

Przytuliłam ją mocno. Popatrzyłam w wielkie oczy. Pogładziłam po głowie. Poczułam łzy pod powiekami, ale nie chciałam, aby je widziała. Mam być silna i dorosła. Jestem dorosła. I silna…

 

Inspiracja, albo ciąg dalszy wpisów:

Bajka o małej dziewczynce – trochę smutna, ale nie ma jeszcze zakończenia, wiec…

Moje wewnętrzne dziecko – tęsknota za miłością do siebie.

Po nitce do kłębka – od wiersza do książki. John Bradshaw.

„Wolni od niemocy” – czyli jak dokonać dobrych zmian w życiu. cz.2 – o przebaczeniu.

 

 

Wpisu można posłuchać jako słuchowiska w aplikacji Audiobloglogo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Złota polska jesień i październikowe przemyślenia.

12 paź

Złota, polska jesień. Dwa dni pięknej, słonecznej pogody a w głowie myśli o przeprowadzce. Głupia głowa nie skupia się na tym, co dobre, ale na tym co niepokoi. Chciałabym mieć klapki po bokach głowy, aby oczy widziały tylko to, co przede mną. Tak jak koń – widzieć tylko drogę przed sobą – nic poza tym.

Rozpatruję tysiące możliwości za i przeciw. Jutro, po raz drugi zaniosę podanie i niech się dzieje to, co ma się dziać. Podanie mają zatwierdzić aż trzy instytucje, więc to trochę potrwa. Będę czekać na odpowiedź. To mieszkanie, pomimo remontu, który muszę wykonać, aby w nim zamieszkać, to najlepsze wyjście. Bez rat bankowych. Znajomi podpowiadają kupienie własnego mieszkania, ale znajomi nie są w mojej sytuacji. Stałam się samotną matką. Mieszkanie własnościowe też można stracić. Dokument niczego nie gwarantuje. Kiedy przestałabym płacić czynsz (i raty) też mogłabym się go „pozbyć”. Mam dwoje dzieci – nie mogę wszystkich pieniędzy przeznaczyć na spłatę kredytu, opłaty za mieszkanie, wyżywienie i opłaty dotyczące samochodu. Dzieci trzeba ubrać, zapewnić im opiekę dentystyczną i ortodontyczną (mała musi mieć aparat), dodatkowo jakieś wyjazdy, ich zainteresowania. Własne mieszkanie to nie tylko wygoda, to byłoby też myślenie, czy będzie na kolejną ratę i koniec z wakacyjnymi wyjazdami, że o ich studiach nie wspomnę. Siedziałam i liczyłam. Nie stać mnie na kredyt. Opłaty bieżące „zjadają” miesięczne dochody. Trudno czasami odłożyć parę groszy a co dopiero stałą ratę za mieszkanie. Pomimo trendu na „pozytywne myślenie” ja włączam zdrowy krytycyzm. Realne spojrzenie. Tak jak w starym porzekadle „Chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie dają”. Fajnie czasami pomarzyć, więc może na starość odłożę na jakieś maleńkie mieszkanko…

Chciałabym posiąść umiejętność nie zamartwiania się. Patrzenia w przyszłość bez głupich strachów i chęci ucieczki. Kiedy jest problem ja automatycznie przestaje mieć chęć do życia, jakby śmierć była najlepszym wyjściem. Za dużo emocji i wczoraj w nocy znów wystraszyłam dzieciaki. Dorwał mnie ból w mostku. Znów pojawiła się ta gniotąca kula. Trudno mi było oddychać i głośno łapałam powietrze. Oboje do mnie przybiegli a ja stałam trzęsąca się w kuchni i łapałam powietrze. Mała podała szklankę wody a syn patrzył przerażony. Teraz ja je straszę. Pamiętam jak nienawidziłam takich momentów jako młoda dziewczyna i to moja matka miała „ataki serca”. Teraz ja! Uspakajałam ich i mówiłam, że to nic takiego, żeby szli spać. Przejdzie mi. Poszli a ja powoli poczłapałam do łózka ze szklanką wody. Dosyć długo nie przechodziło.  W końcu usnęłam. Na ręku znów „zakwitła” egzema. Emocje.

Wczoraj przeczytałam w książce Reginy Brett „Bez trudu zdołasz przetrwać każdy dzień, jeśli potrafisz przetrwać jedną chwilę. Rozpacz to wytwór wyobraźni, która udaje, że przeszłość istnieje i uparcie przewiduje miliony chwil, tysiące dni, czym tak cię wyczerpuje, że nie potrafisz żyć chwilą, która trwa. (…) Bóg nie uobecnia się w przeszłości ani w przyszłości. Jahwe znaczy „Jestem, Który Jestem”. On uobecnia się teraz. (…) To wszystko, czego się od nas oczekuje – byśmy żyli chwilą obecną.” Takie proste i takie trudne…

Staram się skupiać na dniu dzisiejszym. Każdy nowy dzień to nowa kartka, biała przestrzeń, którą zapełnię dzisiejszymi zdarzeniami.

Zwolnij, oddychaj, idź na spacer!

Zwłaszcza oddech jest najważniejszy. W nerwowych sytuacjach trzeba oddychać głęboko. To uspakaja. Oddychać pełna piersią. Łapię się za łokcie, z tyłu pleców i robię głęboki wdech. Klatka piersiowa rozszerza się maksymalnie. Wdech przez nos i powoli wypuszczam powietrze przez usta. Pomaga. Kilka oddechów. kilkanaście…

Spacery z kijkami…

I jeszcze fragment z książki Reginy Brett „Rak to wspaniała pobudka (myślę, że nie tylko rak – każda poważna choroba). Wyrwał mnie letargu. Kazał mi zdjąć metkę z nowej bielizny i założyć tę czarną koronkową halkę (…). Dzięki rakowi nauczyłam się nie oszczędzać na wyjątkowe okazje, bo każdy dzień jest wyjątkowy.(…)

Życie jest za krótkie, aby marnować je na nudne sprawy, które nie sprawiają ci przyjemności”.

„Witaj każdy ranek z otwartymi ramionami, a każdej nocy ze szczerego serca dziękuj za minione dwadzieścia cztery godziny. Każdy dzień to cenny dar. Trzeba się nim delektować i z niego korzystać, zamiast oszczędzać go na przyszłość, która może nigdy nie nadejść.”

 jest

Fajny artykuł do przeczytania w „Zwierciadle”: „Relacja matki i córki”

A za oknem październikowa noc.

„Nie ma nic złego we mnie, jest dobrze
To tylko przez to, że ostatnio jest tak szaro, jestem smutny
Wiem, do czego dążę
Nie myśl tak dużo o wszystkim i pozwól, by dzień przejął kontrolę
To nie jest takie trudne”

Fragmenty tekstu pochodzą z książki Reginy Brett „Bóg nigdy nie mruga”, Insygnis Media, Kraków 2012.

Wpisu można posłuchać w formie słuchowiska. Czytają Jolanta Zdulska-Gurgul i Monika Nieckula. Bardzo, ale to bardzo zapraszam!

logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Muzyka, Życie

 

Koniec wakacji, czyli „Sylwester” w szkole. Nowy rok… szkolny.

25 sie

przepis

 

Miałam dzisiaj nie pisać, ale…

Czasami lepiej kiedy przeleję „na papier” parę słów.

Przygotowania do pracy. Wczoraj rada, początek pracy w nowym ;-) roku szkolnym. Moję dziecię, czyli junior będzie się uczył w szkole, w której pracuję. Zgroza! Grubo! Gdzieś się musi uczyć… Prawda?

Nie tu jednak jest pies pogrzebany. Chodzi o lekcję religii. Zastanawia się, czy brać w niej udział. Fakt, ja uczę tego przedmiotu i drugi fakt, głęboka uraza do wizyt w kościele po przejściu etapu przygotowania do bierzmowania. Jego oczywiście. Rozmawialiśmy na ten temat w domu i dałam mu swobodę w wyborze. To jego życie, jego wybory, jego lekcje. Ja przy nim jestem i będę niezależnie jaki wybór podejmie. On deklaruję rezygnację i szanuję to. Czuję, że ta demonstracja ma też inne podłoże. Chce się zbuntować przeciwko czemuś. Taki wiek a tu mama pozwoliła. Do kościoła nie chodzi, nie modli się, mówi coś czasami pro-ateistycznie. A niech tam. Lubię słuchać niektórych jego wywodów, bo widzę jak dojrzewa, jak zmienia się jego myślenie. I co tu ukrywać – lubię z nim dyskutować. Niech ma wolność.

Powiedziałam o jego wyborze znajomej z pracy.

- No wiesz co! Ale afront dla ciebie! Też wymyślił?! Ja bym nie pozwoliła!

- A ja pozwalam. To jego życie i jego wybory.

- Ale wstyd dla ciebie. Syn katechetki…

- To jego życie.

- Też coś. Moja…

I tu popłynęła opowieść o jej dzieciach, bogobojnych chrześcijanach, modlących się w kościele. O cudzie sprawionym przez ojca Pio i ostatniej wizycie córki w Medjugorje, bo trzeba być pobożnym i modlić się. Inaczej czeka kara, choroba psychiczna, depresja i na pewno śmierć. Jedni chodzą do psychologa a ona woli chodzić do kościoła i pomodlić się.

Myślami biegłam za jej słowami i widziałam kolejne etapy mojego życia do terapii. Ja tego wszystkiego próbowałam a skończyłoby się samobójstwem. Tak się zapętliłam, że jedynym wyjściem jakie widziałam, była śmierć. Modliłam się, należałam do grup kościelnych, starałam się być cicha i posłuszna a problem narastał i nie umiałam sobie z nim dać rady. Prosiłam Boga, krzyczałam do niego i byłam na Niego zła, bo zamiast lepiej było coraz gorzej. Czasami sama modlitwa nie wystarczy, potrzebny jest kompetentny specjalista a Bóg na nas poczeka, jest przecież cierpliwy i jest zawsze przy nas. Dlatego dam wolność mojemu dziecku i co najważniejsze (i najtrudniejsze) zaakceptuję jego wybory. Krzywdy sobie tym nie zrobi a może być bogatszy w nowe doświadczenie.

Nie dyskutowałam ze znajomą, bo po co? Nauczyłam się na sąsiadce, że czasami lepiej nie dyskutować, tylko robić swoje i to co się czuje. Ona ma swój sposób na życie a ja wypracowuje sobie swój. Każdy robi to, co uważa dla siebie za najlepsze.

Zaskoczyłam znajomą swoją postawą – akceptacją wyboru syna. Ona ma plan na życie swoich córek włącznie z kierunkiem studiów.

To nie jest żadna ujma na honorze pozwolić dziecku dokonywać wyborów. Niech uczą się samodzielności. Poczułam satysfakcję i zdziwienie, że jednak potrafię otwarcie powiedzieć co myślę i obstać za swoim dzieckiem nawet wtedy, gdy nie w pełni podziela moje poglądy, albo poglądy większości, byleby nikogo tymi poglądami nie krzywdził.

Pożyjemy, zobaczymy, co wybierze mój syn.

I jeszcze jedna rzecz, która nie daje mi spokoju. W piątek rozmawiałam z koleżanką, której sześcioletni syn przestraszył się ukrzyżowanego Chrystusa. Katechetka w przedszkolu w drastyczny sposób przedstawiła fakt ukrzyżowania i mały w tajemnicy przed mamą zaczął przeglądać internet w poszukiwaniu informacji. Zobaczył nawet „Pasję” Gibsona. Długo nie trzeba było czekać. Zaczęły się płacze, strach, nerwowe zachowanie. Kazał w całym domu pozdejmować krzyże i pochować. Wciąż opowiadał, jaka krzywdę wyrządzili ludzie Chrystusowi i pytał dlaczego są aż tacy źli. Właściwie to wszyscy, włączane z nim są winni. Co ona ma teraz robić? Jak z nim rozmawiać, aby go uspokoić? Szkoda, że dorosłe osoby (katechetka) nie biorą pod uwagę wieku dzieci, kiedy przekazują informacje związane z wiarą i przekazują je w sposób drastyczny. Robią więcej szkody niż pożytku. Przestraszony chrześcijanin to nie jest dobry chrześcijanin. Strach nie może być środkiem do osiągnięcia celu. Poradziłam jej, aby opowiedziała małemu o czasach w których żył Jezus. Przedstawiła Go jako osobę historyczną. Odeszła od patosu religijnego i opowiedziała, jak o człowieku żyjącym w Azji Mniejszej, gdzie władza leżała w rękach Rzymian a Żydzi byli poddani uzurpatorom rzymskim. Działalność kogoś takiego jak Jezus mógł ściągnąć gniew na Żydów, więc lepiej było Go uciszyć. Krzyżowanie było wtedy najcięższą karą stosowaną przez Rzymian na najgorszych złoczyńców i miało odstraszać potencjalnych naśladowców. Naświetlić sytuację historyczną w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i w tym klimacie przedstawić całą historię ukrzyżowania. Bez emocji, ale rzeczowo, tym bardziej, że mały już nasłuchał się i naoglądał emocjonujących wystąpień. Podałam tytuły kilku filmów fabularnych przedstawiających te czasy, tylko ostrzegłam, aby oglądała je razem z dzieckiem i tłumaczyła wszystkie „mocniejsze” sceny. Ówczesne czasy obfitowały w drastyczne zdarzenia. Koleżanka była zdziwiona, że tak można. Tak normalnie opowiedzieć o czymś, co u nich wywołało takie emocje. Może właśnie tych emocji było za dużo? Teraz trzeba powiedzieć o tym rzeczowo i spokojnie. Winszuje katechetce  :roll: , za podejście do tematu. Dzięki takim ludziom w Kościele będzie coraz więcej wystraszonych wiernych.

Nasza wiara jest piękna i może przynieść wiele radości. Dać nadzieję i wytchnienie a nie być powodem stresów. Ja inaczej spojrzałam na sposób przeżywania wiary po przeczytaniu książki „Moc uwielbienia” a później po rekolekcjach w Zambrowie. 

Super o dylematach związanych z wiarą mówi ks. Pawlukiewicz, albo ks. Kaczkowski. Warto znaleźć w internecie i posłuchać.

No i miałam dziś nic nie pisać. Hahahahaha

Po głowie „chodzi” mi jeszcze parę cytatów z książki Reginy Brett „Jesteś cudem”, ale to w następnych wpisach.

Wpisu można posłuchać przez aplikację Audioblog logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Moje 43 urodziny.

29 mar

Polubiłam tzw. nordic walking. Polecam! Super sprawa! Ostatnie dwa tygodnie przez TE wtorki to emocjonalne wulkany. Chyba bym się udusiła od ich nadmiaru, gdybym „nie poszła” :-D  w aktywność fizyczną. Bieganie odpada, bo stawy kolanowe chrzęszczą niemiłosiernie i bolą. Rower zbyt łatwy, więc wybrałam marsz. Kije pożyczone od sąsiadki, buty na nogi i okoliczne polne drogi moje. Wychodzę na około godzinę i szybkim marszem przemierzam polne ścieżki. Dziennie robię około 15 km, ale jak później się czuję! Poezja!!!  Po bieganiu bolały stawy (zresztą po rowerze też) a tu same pozytywy. Stawy nie bolą, ale są rozruszane. Płuca dotlenione. Piękne widoki po drodze, zapach ziemi, świergot ptaków, przyroda budzi się do życia a ja … spokojniejsza, szczęśliwsza (endorfiny działają), pozytywnie nastawiona do nowych problemów. Mam więcej energii, chęci do życia i siły do walczenia z negatywnymi emocjami. Dzieci mają lżej. Zachęcałam do chodzenia Maleńką i Juniora, ale oni mają inne plany. Ok. Nic na siłę. Będą chciały i będą widziały pozytywne efekty, to same wybiorą.

Nowy dzień powitał mnie pięknym słońcem i świadomością, że wczoraj  skończyłam 43 lata – w młodości nawet nie śniłam, że do takiego wieku „dorosnę”. Zawsze wtedy (znaczy w młodości) myślałam o takich jak ja, że to już staruszki, a tu taka niespodzianka! Hej! W młodości żyć mi się nie chciało! Miałam dość tego, co działo się w domu i marzyłam o dobrym, spokojnym, szczęśliwym życiu a co otrzymałam w tej dorosłości? Co wybrałam?

Ale! Niech tam! Było minęło!  Mam 43 lata i zaczęłam nowe życie. Jestem bogatsza w różne doświadczenia. Mądrzejsza! Prawie spokojniejsza! Kurde! Jest dobrze!

Jest parę rzeczy do załatwienia, ale dam radę! Będę jęczała, płakała, klęła, załamywała się, ale dam radę! Obejrzę jakiś dobry film, posłucham muzyki, którą lubię, przeczytam dobrą książkę, podniosę głowę do góry, wystawię twarz do słońca, uśmiechnę się i pogonię do przodu. Będę szukać radości w drobiazgach, „gęsiej skórki” w muzyce, przepięknych widoków w przyrodzie. Wystawię „łeb do słońca”! – jak mawiała Magda Prokopowicz.

Póki oddycham, mam zdrowe ręce i nogi, w głowie względny porządek, nie jest źle!

Jest dobrze!

flowers-675949_640

No…

Mam samochód do zrobienie. Najpierw było stukanie w przednim prawym kole przy ostrym zakręcaniu. Później doszło jakieś szuranie i zaniepokojona pojechałam do mechanika. Nie do swojego brata, ale do obcego mechanika. Koniec z nepotyzmem i robieniem u rodziny „bo taniej”. Owszem taniej, ale za to z „dobrem inwentarza”, czyli marudzeniem, wypominaniem, itd. Z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciu. Niby bez robocizny, ale ile się człowiek nasłucha, to jego. Więc postanowiłam, że robię samochód u obcego.

Ów obcy wstawił auto na kanał. Obejrzał i wypisał… litanię. Z każdą linijką włączało się dzwoniące liczydło w mózgu.

- Trzeba wymienić to, to, to i to…

- Dobra, to było niedawno wymieniane – popatrzyłam z niedowierzaniem.

- Widzę, że pani nie wierzy. Zapraszam do kanału.

- Ok.

Weszłam i zobaczyłam mojego „skarba” od spodu. Rzeczywiście klocki hamulcowe zdarte do metalu a ten szoruje o tarcze, które też pięknie się już wyżłobiły. Tokarska robota! Zawieszenie, przeguby. O cholera do wymiany! Pirat drogowy ze mnie! Ja tylko się nie zużywam! Wciąż piękna i młoda a samochód… Samochód jaki jest… właśnie widzę! A tak się cieszyłam, że prawie rok jeżdżę bez napraw. To zakrawało na cud! Moje cudo więc potrzebuje wsparcia mechanika.

- No dobra! Licz pan i dlaczego tak drogo?

- … – widzę mechanikowy wzrok wlepiony we mnie.

- Wie pani… wymienić można na tańsze części…

- Nie tańsze, średnie. Na drogie mnie nie stać. Middle class…

- No dobra! – pan zaczął zamawiać a ja przeliczać  w duchu.

- Ile?!

- Tak ok 800 zł

- …. – a w myślach „O święta Panienko! Dlaczego ja tak mało zarabiam! Cuda kosztują! Nic za darmo! Ja chcę do Peru!”.

Kamienna twarz (moja):

- Ok. Niech będzie! – Ale w myślach „Kurde, facet kroisz kobietę z dójką dzieci, która sama się utrzymuje! Litości!”

Kamienna twarz:

- Dobra na kiedy można się umówić?

- Myślę, że jutro może pani zadzwonić i dowiedzieć się, czy jutro, czy w następnym tygodniu.

Zadzwoniłam w piątek po pracy. Zaszczebiotałam w słuchawkę:

- To ja! Kiedy można zostawić samochód?

- Myślałem, że pani zadzwoni rano, to już na popołudnie byłby zrobiony a tak… dopiero w poniedziałek.

- To żeśmy się nie zrozumieli.

- Na to wygląda.

- To do poniedziałku.

W poniedziałek będę lżejsza o osiem stówek. Dieta cud! Oj ty cudzie na czterech kołach! Ale to cudo nieźle wozi, zwłaszcza kiedy jedziemy  w góry! Co do ceny, będę się targować. Może coś wyrwę (oby nie guza).

 

Tego wpisu można posłuchać w aplikacji Audioblog  Zapraszam!logo

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

O melancholii i nadziei według Tischnera.

28 mar

TischnerKs. Józef Tischner – ksiądz, którego cenię za mądrość, rozwagę, humor i filozofię.

Wśród ciekawych cytatów wyłuskałam na przykład takie:

„Ani katolik, ani Polak, ani nikt inny, nie mogą mieć w państwie większych praw, niż ma człowiek.”

„Ateizm często pokazuje nam, że wierzymy nie w Boga prawdziwego, a w bożka.”

„Bo jeśli nie przeszedłeś przez próbę smutku, nie zdobędziesz doświadczenia radości z tego, co wynikło z bólu.”

„Człowiek czasami nie wie, co w nim samym jest wiarą.”

„Jeszcze nie widziałem nikogo, kto stracił wiarę, czytając Marksa, za to widziałem wielu, którzy stracili ją przez kontakt z księżmi.”

„Kto chce zrozumieć naturę wiary religijnej, niech będzie przygotowany na spotkanie z prostotą. Trudność rozumienia nie polega bowiem na tym, że wiara jest złożona, a my prości, ale na tym, że my powikłani, a wiara prosta.”

„Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi.”

Dobrze, starczy! Resztę cytatów można przeczytać na stronie: pl.wikiquote.org

Teraz rzecz o melancholii

i nadziei:

„Melancholia to doświadczenie czasu zamkniętego, czasu, w którym nie ma przyszłości. Człowiek, którego ogarnia melancholia, jest ofiarą wspomnień, własnej przeszłości. Te wspomnienia tak ciążą nad jego głową, że nie jest zdolny wyobrazić sobie przyszłości. Ten człowiek został pozbawiony nadziei. Melancholia to choroba beznadziejności. Człowiekowi wydaje się, że wszystko, co w życiu najpiękniejsze, już minęło. Człowiek ma już wszystko za sobą. Nie oczekuje już niczego ciekawego, niczego wartościowego. Każdy nowy dzień jest dla człowieka nowym nieszczęściem. Zamknięty czas [...] Melancholia to znak pogaństwa w duszy człowieka. To ociężałość duchowa, która nie pozwala człowiekowi na kroczenie naprzód. To choroba beznadziejności…

Nadzieja to niezwykła siła w człowieku. To siła, która pozwala mu myśleć o przyszłości, widzieć przyszłość, przeczuwać przyszłość. Która pozwala mu wierzyć, że jutro będzie piękniejsze, niż było wczoraj.”

Wiara ze słuchania, s. 304; w:  Wszystko będzie dobrze, ks. J. Stranz, Święty Wojciech, Kraków 2011. s. 362

I pięknie o miłości (Miłości) Anna Maria Jopek:

I jeszcze fragment filmu „Historia filozofii po góralsku” według ks. Tischnera

Tego wpisu można wysłuchać a aplikacji Audioblog

logo_audioaudioblog_small_white1

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Audioblog, Książka, Muzyka

 

To jakiś matrix, albo dzień świstaka! Kiedy to się skończy?!

29 sty

kobietaDostałam wezwanie do sądu. Sprawa dotyczyła mojego męża. Prokurator wniósł do sądu wniosek o zawieszenie władzy rodzicielskiej mężowi. Przyjęłam to jako dobrą monetę. Dzieci dużo przeżyły, widziały. Wyszły z całej sytuacji mocno „poturbowane” psychicznie.  Sprawa po to, aby chronić dzieci przed chorym psychicznie ojcem. To były moje odczucia związane ze sprawą a jak było naprawdę… Koszmar. Dzień świstaka. Powtórka ze sprawy, która odbyła się rok temu. Równo rok temu.

Przed gmachem sądu zobaczyłam mężczyznę. Struchlałam. Był odwrócony tyłem i spacerował. Taka sama kurtka, spodnie, czapka – zielona z daszkiem. Taki sam wzrost i takie same ruchy. Ręce schowane w kieszenie kurtki, przygarbione plecy.

- Boże, co on tu robi? Wypuścili go! – pomyślałam.

Podeszłam do tego mężczyzny. Nie odwracał głowy. Zobaczyłam okulary na jego nosie. Okulary z grubymi szkłami.

- To chyba nie on. A może w szpitalu wykryli u niego wadę wzroku. Boże… – szybko weszłam po schodach do gmachu sądu. Za 20 minut miałam rozprawę. Niepewność została…

W 2013 r., kiedy uciekliśmy z domu, prokurator wniósł sprawę o znęcanie się nad rodziną. We wrześniu rozpoczęło się postępowanie o ograniczenie władzy rodzicielskiej. Pamiętam kolejne sprawy w sądzie, które miały spowodować umieszczenie męża w zakładzie w celu leczenia. Było ich sześć i w rezultacie do niczego nie doprowadziły. On był na wolności. Straszył mnie i dzieci. Dobrze, że nie znał naszego dokładnego adresu. Dowiedział się w którym bloku mieszkamy, ale nie wiedział w którym mieszkaniu. To chroniło nas przed jego wizytami. Sprawa o ograniczenie władzy rodzicielskiej odbyła się w styczniu 2014 r. Sąd postanowił ograniczyć władzę rodzicielską nad małoletnimi dziećmi. Wyrok uprawomocnił się w lutym. Ja byłam pewna, że to koniec, że więcej nie będę musiała nic podobnego przeżywać. Myliłam się…

Pod koniec października 2014 r. mąż dopuścił się zabójstwa. Po zdarzeniu „zbieraliśmy się” (ja i dzieci) do świąt a nawet teraz jest trudno. Znów prokurator wniósł o zawieszenie praw rodzicielskich. Dostałam wezwanie i wniosek z uzasadnieniem. Myślałam, że ta rozprawa będzie tylko formalnością. Nie przygotowałam się odpowiednio. Nie wzięłam żadnych dokumentów i to był duży błąd. Od pani sędzi usłyszałam dokładnie takie same słowa, jak rok temu. Tak samo dawała mi do zrozumienia, że skoro jestem jego żoną to powinnam go ubezwłasnowolnić i zająć się leczeniem. Nie trafiały do niej argumenty, że on jest agresywny w stosunku do nas, odrzuca możliwość leczenia. Usłyszałam, że jestem jego żoną a on jest chory i nie wie, co robi. Nie przyjmowała do wiadomości, że już dwa lata z nim nie mieszkam.

- Jestem z nim w separacji – próbowałam się bronić.

- Czy separacja jest orzeczona sądownie?

- Nie.

- To w dalszym ciągu jest pani jego żoną.

- Toczy się rozprawa przed sądem biskupim.

- To mnie nie obchodzi. Tu jest sąd cywilny a rozwodu cywilnego pani nie ma! Taką osobę trzeba ubezwłasnowolnić i zająć się leczeniem.

- Wysoki sądzie kilka razy pytałam lekarza prowadzącego o to czy mogę go ubezwłasnowolnić. Kiedyś zaczął sprzedawać z domu różne rzeczy. Na jednej z wizyt zapytałam lekarza o ubezwłasnowolnienie. Lekarz psychiatra odpowiedział mi wtedy, że  on jest logiczny w wypowiedziach i racjonalny w działaniu, nie unika wizyt u lekarza i bierze leki. Może nie robi tego regularnie, ale o tym wie i pamięta. Żaden biegły nie wyda pozytywnej opinii służącej do ubezwłasnowolnienia… Później w 2013, kiedy przestał brać leki też pytałam o ubezwłasnowolnienie. Lekarz odpowiedział, że to będzie proces długotrwały, co najmniej rok a ja tyle czasu nie miałam… w końcu musiałam uciekać…

Zamilkłam, bo rok temu tłumaczyłam to samo i widziałam te same spojrzenie. Mieszankę politowania i pogardy nad moją tępotą. Jestem jego żoną a on jest chory. Paranoja. Kto ma więcej praw? Żona i dzieci umierające ze strachu, czy paranoiczny mąż, który nie wraża zgody na leczenie? Jakiś pieprzony matrix!

Z pisma z prokuratury wyczytałam jeszcze jedno – „W toku postępowania (…) sąd orzekł umieszczenie (…) tytułem środka zabezpieczającego w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Postanowienie uprawomocniło się w dniu 12.09.2014. W dniu 18.09.2014 r. wydano zarządzenie o przesłaniu orzeczenia do Komisji Psychiatrycznej celem wskazania miejsca wykonywania środka. ” Leczenie było zasądzone!!!! W takim razie dlaczego mąż cały czas przebywał na wolności? Nie ukrywał się, nie uciekał. Cały czas mieszkał we własnym domu. Sąd wiedział, że my się go obawiamy, że stanowi dla nas realne zagrożenie. Mieszkańcy wioski, w której mieszkał tez się go obawiali a sąd i policja nic nie robili, aż do momentu popełnienia przez niego morderstwa. Doszło do tragedii. Czy ktoś za to będzie odpowiadał? Odpowiadał za zaniedbanie, za niewykonanie prawomocnego wyroku sądu? Kto?

Tego tragicznego dnia zgłaszałam na policję, że mąż jest na klatce schodowej. Tłumaczyła, dlaczego się go obawiam, prosiłam o interwencję. Co usłyszałam? Oni nic nie mogą, dopóki nie jest agresywny. Gdybym wtedy miała w ręku wyrok sądu, mogłabym podeprzeć się numerem sprawy i zmusić  ich do interwencji a ja nie miałam orzeczenia sądu z września. Nie miałam nic. Miałam tylko swój strach…

Można było uniknąć tragedii. Można było, gdyby „władza” zwracała uwagę na moje słowa i prośby.

Ostatnio widziałam jak policja przyjechała na interwencję na osiedle. Interweniowali w sprawie… pijaka leżącego na chodniku. Przyjechali. Podnieśli delikwenta, założyli mu czapeczkę na rozchwianą głowę. Wzięli pod ramiona i poprowadzili pod wskazany adres. Fajnie. Elegancko. Z polotem. Pijaczyna chwiał się na słomianych nóżkach a panowie dzielnie odstawiali go pod drzwi. Patrzyłam na to z nutą goryczy i przeniosłam się myślami do tamtego poniedziałku, kiedy dzwoniłam roztrzęsiona prosić o pomoc, bo na dole czekał mój ślubny i wcale nie miał dobrych zamiarów. Zostałam odprawiona z kwitkiem. Nie było żadnego patrolu, chociaż był potrzebny.

Nie wniosłam sprawy o rozwód, mój błąd. Teraz widzę, że to będzie jedyne dobre posunięcie. Uniknę wtedy takiego traktowania ze strony sędzi, dla której małżeństwo to ofiarowanie życia dla agresywnego i zagrażającego męża. To święty obowiązek, który należy spełnić, choćby ten mąż bił, dusił a nawet zabił. Cóż tragedia miałaby miejsce, ale przecież winny jest niepoczytalny, nie wie co robi, nie odpowiadał za swoje czyny. Jest taki biedny i pokrzywdzony przez los a tu żona suka uciekła i zostawiła na pastwę losu i jeszcze „stawia się” w sądzie i oponuje, i czegoś nie chce wykonać. Po raz kolejny mam przeczucie, że gdyby mogła to zasądziłaby przymusową opieką nad nim a że dzieci boją się niebezpiecznego ojca, co tam dzieci. Przecież chory jest najważniejszy, bo nie wie, co robi! 

On wie! On wie, że powinien przyjmować leki. Przeżyłam z nim 15 lat i znam go lepiej niż wspierająca pani sędzia. Widziałam go w różnych sytuacjach. Wiem jak reagował na przyjmowanie leków i jaki miałam z nim problem. Ona nie uciekała przed nim co cztery lata – ja tak. Nie zakrywała siniaków, nie wstydziła się, nie uciszała dzieci, nie uspakajała ich i nie udawała normalnego, szczęśliwego życia „żeby tylko ludzie nie gadali”. To nie ona uciekała nocą przez oko, aby ratować życie! Nie ona! Nic nie mogłam powiedzieć! Nie miałam mocnych argumentów w postaci notatek, zaświadczeń, i innych pieczątkowych papierów. A moje słowa można sobie … itd. Jak nie masz nic na papierze, nie masz nic! Pozostaje tylko bezsilność i złość i przeżywanie.

Po co był ubiegłoroczny wyrok? Dla kogo? Co dał?

Matrix!!!

Sprawa została zawieszona do momentu zebrania opinii ze szpitala psychiatrycznego i oczekiwania na jego stawiennictwo w sądzie. Czeka na termin, w którym się odbędzie.

Widziałam, jak pani sędzia czytała akta sprawy, jakby dopiero na rozprawie mogła w nie zajrzeć, bo wcześniej nie miała na to czasu.

- Hm schizofrenia paranoidalna… – rzut okiem na mnie.

- Hmm, no tak zabił matkę, hmmm – rzut okiem w moją stronę i dłuższe spojrzenie.

- No ewidentnie nie odpowiada za swoje czyny – i długie spojrzenie na mnie.

Nie wiem czy to była sprawa o wywołanie litości nad chorym, czy ochronę dzieci, bo o dzieciach i ich dobru sąd nawet nie wspomniał.

Jestem zła, że tak zwlekam z rozwodem. Co to dało?

Kiedy następna sprawa – nie wiem. Jaki będzie jej przebieg? Też nie wiem. Po tej wtorkowej nie nastawiam się na nic dobrego. Niestety.

Piszę pozew o rozwód!

Lepiej późno niż wcale!

Tego wpisu można posłuchać w aplikacji Audioblog

logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

„Babskie fanaberie” – książka dla kobiet pragnących zmiany siebie.

24 sty

babskie-fanaberieKupowałam książki dla syna – kolejne tomy „Wiedźmina” i przy okazji załapałam się na promocję a właściwie super promocje – ksiązki za 5 zł. Dlaczego nie skorzystać? Więc skorzystałam i wśród zamówionych książek trafił mi się rarytas – „Babskie fanaberie … czyli w cholerę z tym wszystkim!”

Autorka, pani Ania Witowska, założycielka strony Kobiecy punkt widzenia (jest też na Facebooku  Kobiecy punkt widzenia). Choroba, blondynka, ale jaka blondynka?! 8-O Piękna, z niebieskimi oczami i do tego łamiąca stereotypy o blondynkach!  :lol: „W swojej pracy motywuje kobiety do zmiany myślenia, podejmowania inicjatywy i odkrywania własnego potencjału”.  Spuer babka! A książkę się połyka w jeden wieczór! Dokładnie i bez przesady!

Fragment, który do mnie przemówił i wielkimi literami na kartce, w tej książce, nagryzmoliłam słowo – WŁAŚNIE!

Tytuł: Budzik

(…) dryńńńńńń!, zadzwonił budzik. Jak rano każdego ranka wstałam i poszłam do łazienki, popatrzyłam w lustro, zerknęłam na siebie. Siebie wczorajszą, siebie sprzed tygodnia, siebie z perspektywy przeżytych lat, siebie z bagażem doświadczeń, lepszych bądź gorszych decyzji, siebie żyjącą życiem…

No właśnie, jakim? Czy takim, o jakim marzyłam?Czy takim, jakiego zawsze chciałam? Czy…? Ech, westchnęłam i automatycznie zaczęłam szorować zęby. Jest już za późno, przecież nie cofnę czasu i nie zacznę od nowa.

Przetarłam zaparowane lustro i jeszcze raz popatrzyłam na siebie. Przecież niezależnie od tego, ile mam lat i ile błędów popełniłam w przeszłości, liczy się tylko ten moment. Spojrzałam na siebie jak na kogoś, kto może coś zrobić.

Moje WCZORAJ

nie musi oznaczać mojego DZISIAJ

Mogę oddzielić siebie,

jaką byłam,

od siebie, jaką chcę być.

Tu i teraz, w tym momencie mogę zacząć inaczej, mogę zacząć od nowa, moje dotychczasowe błędy mogą stać się lekcjami na przyszłość, moje złe decyzje mogą wskazać nowy sposób działania, moje porażki mogą dać mi siłę do przyszłego sukcesu.

Nie mam wpływu na to, co było wczoraj, ale mogę zrobić coś z tym, co będzie jutro. Tym razem z pełną świadomością:  dryńńńńńń!”

WŁAŚNIE!!!!

Fragment książki: Ania Witowska, Babskie fanaberie, czyli w cholerę z tym wszystkim!, Feeria, Łódź 2014, s. 88-89.

Do posłuchania:

„Nie będę myśleć dziś i na jutro to zostawię”

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Książka