RSS
 

Notki z tagiem ‘Audioblog’

O super aplikacji Audio-blog ♥ i fizyce kwantowej

29 cze

Przez jakiś czas nie miałam telefonu i nie mogłam posłuchać blogowych wpisów w aplikacji Audio-blog.pl

Jola dodała mój wpis o przyjaźni a tu pat – nie mogę go posłuchać

Dziś odebrałam telefon z naprawy i pierwsze co zrobiłam, to ściągnęłam aplikację i posłuchałam wpisu-audycji a tam…

na początku piosenka Bogusława Meca „Przyjaciele po to są”. Posłuchajcie


Dalej wpis pięknie przeczytany przez Jolę i na końcu słowa, które mnie rozwaliły pozytywnie

Przeszłam swoje zawirowania życiowe i jestem teraz mega szczęśliwa z dziećmi „daleko od kłopotów, które kiedyś odbierały mi oddech”.
Pięknie, usłyszeć coś takiego o sobie. Warto było zawalczyć o siebie.

W sobotę pojechałam na spotkanie integracyjne pracowników naszej szkoły. Urokliwe miejsce na Kurpiach. Pośród lasów, z ogromnym sztucznym zbiornikiem wyglądającym jak jezioro.
Dwa wspaniałe dni ze znajomymi. Kajaki, rowery wodne, łódki, zwykłe rowery i obezwładniający upał – ponad trzydzieści stopni. Opaliłam się, odpoczęłam, naśmiałam i naśpiewałam. Z występem gościnnym przyjechał zespół kurpiowski. A jak śpiewali? Poezja…
Śpiewali, tańczyli, opowiadali kawały. Cudo! :-)

Rozmawiałam ze swoją wspaniałą znajomą – zna moją sytuację od początku, od momentu, kiedy w wielkiej desperacji, kilka ładnych lat temu nie wytrzymałam i opowiedziałam jej o swoją historię.
W sobotę, w pokoju, zaczęłyśmy rozmowę o mojej teraźniejszej sytuacji. A powiedziała:
- Wiesz jak przechodzę pod twoimi oknami i patrzę do góry, to oprócz tego, że słychać cichą muzykę, to jeszcze bije od nich ogromny spokój.

Uśmiechnęłam się lekko.
- Tak, teraz mamy prawdziwy spokój a ja mam dom, o którym marzyłam od dziecka. Nareszcie go stworzyłam…
Powiedziałam o swojej terapii i że jest bardzo ciążka, ale było warto ją zacząć i jest warto chodzić na nią nadal.
Nagle wypaliłam:
- Wiesz A myślę, że wybierając J na męża skrzywdziłam go… – spojrzałam na A i zobaczyłam jak podnosi w wielkim zdziwieniu brwi do góry a usta otwierają się, jakby chciała powiedzieć „Anka, co ty pieprzysz?” (oczywiście A nigdy by tak nie powiedziała, ona zapytałaby „Aniu o czym ty mówisz?”). Więc pospieszyłam z wyjaśnieniem:
- Miałam bardzo złe dzieciństwo. Za mąż wychodziłam mając 26 lat i wielką ochotę a wręcz pewność, że założę wspaniałą, kochającą się rodzinę. Byłam ślepa na różne „złe strony” J i pełna optymizmu, że po ślubie to wszystko się ułoży. To ja się zgodziłam być jego żoną. Dopóki nie było dzieci i obowiązków on dawał radę – miodowe 9 miesięcy, ale kiedy pojawił się syn i obowiązki, on nie umiał sobie z nimi poradzić a ja wymagałam. On uciekał, ja byłam wymagająca i wszystko się napędzało. Dodatkowo okazało się, że był chory.
A słuchała cierpliwie, tego co ja plotłam. A ja na deser dodałam, że pewnie z innym też by się nie udało, bo byłby z jakimś „defektem”.
Dziewczyna okazała wielką cierpliwość i dużo taktu, bo nie zapytała, czy może te słońce, które tak zabójczo świeci na dworze, mi nie zaszkodziło?

Ten tekst wypróbowałam dziś na swoim terapeucie (oczywiście tekst o krzywdzie) – reakcja była identyczna. Podniesione w zdziwieniu brwi i później długa rozmowa na ten temat.

Młody kiedy usłyszał relację z dzisiejszych tematów poruszanych na terapii (oczywiście tylko zajawki, bo jest bardzo ciekawy, jak wygląda terapia), nie hamował swojego oburzenia i patrząc wprost w moje oczy, powiedział:
- Mamo, ty się dobrze czujesz? On ciebie bardziej skrzywdził!

A ja…
Nie, no bardzo dobrze się czuję. Ja chciałam tylko pokazać, jak bardzo możemy się pomylić dokonując pewnych wyborów. Nie, nie czuję się winna. To nie w tym sensie mówię o krzywdzie. Myślałam o krzywdzie w tym sensie, że czasami za bardzo chcemy zmieniać świat i innych a nie siebie, że w innych widzimy spełnienie swoich marzeń i pragnień, to inni mają dać nam morze miłości i bezpieczeństwa a jak coś szwankuje chcemy sami ingerować i na siłę „naprowadzać” ich na własną „ścieżkę”. Ranimy najpierw siebie a później innych, zamiast wziąć się za pracę nad sobą. Innych nie zmienimy, ale możemy zmienić siebie i zacząć żyć spokojnie i szczęśliwie.
Mam nadzieję, że zrozumieliście… I, że to nie był wykład z fizyki kwantowej ;-) , bo czasami kiedy próbuję coś wyjaśnić terapeucie i wkładam w to dużo kwiecistych słów i określeń, zamiast powiedzieć to w dwóch zdaniach, słyszę od niego:
- No to mamy wykład z fizyki kwantowej… – czyli, mówię tak, żeby nikt oprócz mnie nie zrozumiał.
Uśmiecham się wtedy i mówię:
- Zaraz, zaraz, ja to wyjaśnię…
I brnę dalej

Tak, tak… I tak od Joli przeszłam do fizyki kwantowej.

Rozczulił mnie komentarz Joli ♥♥♥

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Parę słów o cierpieniu według księdza Jana Kaczkowskiego.

22 lis

W piątek 13 listopada obchodziliśmy dzień uśmiechu…

Obchodziliśmy go prawie do północy, bo później wiadomo, co się stało. O tym co się wydarzyło powiedział mi syn. Wpadł wzburzony do pokoju i zaczął krzyczeć, że w Paryżu był zamach.

- Przełączcie na wiadomości. Był zamach. Wielu ludzi nie żyje – krzyczał.

Włączyliśmy jeden z kanałów informacyjnych i zamarliśmy.  Czy 11 września miał się powtórzyć 13 listopada? W sobotę musiałam rano wstać. Jechałam do W-wy a mimo to siedzieliśmy we trójkę prawie do 2 w nocy. Słuchaliśmy przerażających wiadomości.

Warszawa w sobotę 14 listopada była dziwnie cicha i wyludniona.

Na pierwszych zajęciach mówiliśmy o eutanazji, dobru, cierpieniu. Zdenerwowały mnie słowa koleżanki, że cierpienie uszlachetnia. Nie mogłam opanować emocji i głośno powiedziałam, o tym, że szlachetność cierpienia to absurd. Cierpienie nas nie uszlachetnia. Ono nas odczłowiecza, odbiera nam godność, chęć do życia. Mówiłam z wielkimi emocjami. Powiedziałam o cierpieniu mojej matki umierającej na raka i o chorobie ojca – guz mózgu mylony w diagnozach z udarami. Te cierpienia nie miały nic wspólnego ze szlachetnością. Mówiliśmy o eutanazji. O wyborze śmierci w momencie, kiedy życie jest jednym wielkim cierpieniem. Koleżanka mówiła coś o wierze w Boga i działaniu Ducha Świętego i o tym, jak wielkie owoce to przynosi. Słuchałam jej a później powiedziałam, że wiara w Boga ma ogromne znaczenie psychologiczne. Wiara pozwala wiele sytuacji życiowych usprawiedliwić ingerencją Bożą. Człowiek poszukuje Boga w momencie, kiedy wszystko co ludzkie zawodzi. Powierza się transcendentnej sile, która ma go chronić, wspierać, dawać siłę, nadzieję a w perspektywie szczęście. Powierzając się tej sile osiąga pewien spokój. Bóg staje się synonimem spokoju, ale jeżeli będziemy patrzeć na Boga przez pryzmat cierpienia, stanie się On okrutnym Bogiem. Bogiem żądającym krwawych ofiar. Kiedy mówimy o cierpieniu podajemy przykład Chrystusa, ale zapominamy o jednym szczególe – Chrystus też nie chciał cierpieć – scena z ogrodu w Getsemani. Prosił Ojca o „odsunięcie kielicha”. Bał się cierpienia, ale był posłuszny Ojcu i był mega altruistą – kochał ludzi – tego możemy się dowiedzieć z Nowego Testamentu. Nie znamy apokryfów, nie znamy nie włączonych do kanonu biblijnego opowieści spisanych przez innych, którzy żyli obok Jezusa. Może w innych księgach historia Jezusa nie byłaby aż tak  wspaniała. Kanon biblijny pokazał Chrystusa Boga – a więc człowieka superbohatera, ideał, wzorzec. Dlatego pierwsi chrześcijanie tak chętnie przyjmowali śmierć, pociągnięci przykładem Jezusa. Wolę na Ewangelię patrzeć jak na księgę uczącą miłości i dobra. Chrystus był tylko jeden. Umierał w przeświadczeniu, że zabiera wszystko cierpienie, cały grzech i daje nam życie wieczne a później zmartwychwstał. Przymus cierpienia w wierze powoduje u mnie myśl o fundamentalizmie i tego przykład mieliśmy w piątek 13 listopada. Dżihad i mnóstwo zabitych i rannych. Cierpienie rodzin, którzy utracili najbliższych. Niech koleżanka im powie, że to cierpienie ich uszlachetni!

www.wiez.pl

Kiedyś obiecałam napisać coś na temat książki Ks. Kaczkowskiego „Szału nie ma, jest rak” i chyba nadszedł ten czas.

Lubię tego księdza za bezpośredni sposób wypowiedzi, za nie owijanie niczego w bawełnę. Postawiłabym go w jednym szeregu z ks. Tischnerem i ks. Twardowskim.  W 2012 r. zdiagnozowano u ks. Kaczkowskiego po raz drugi raka.  Pierwszy raz był to rak nerki, usunięty. Drugi to glejak mózgu czwartego stopnia, czyli dający niewielkie szanse na wyleczenie. Pomimo swojej choroby ksiądz zajmuje się innymi chorymi - prowadzi hospicjum w Pucku.  Książka jest napisana w formie wywiadu, który przeprowadziła Katarzyna Jabłońska. 

Ksiądz Jan mówi o eutanazji, ale nie w sensie jej dopuszczalności, lub zakazu. Termin pojawia się przy wyjaśnieniu czym jest sedacja paliatywna, czyli podanie leków, które likwidują świadomość. W najpoważniejszych przypadkach można podać takie leki, które powodują, że pacjent nie będzie nic czuł. O sobie mówi tak: „(…) nie chciałbym kurczowo trzymać się życia. Nie chciałbym ranić wszystkich naokoło. Tak ich umęczyć, żeby wpędzić ich w w tak zwany syndrom wypalenia, czyli taki stan, kiedy rodzina opiekująca się przewlekle chorym osiąga kres swoich milkliwości psychicznych i fizycznych – to znaczy z jednej strony nadal bardzo kocha swojego chorego i pragnie jego wyzdrowienia, a drugiej jest na niego wściekła. I odwrotnie, bo to działa w obie strony. Pacjent wdzięczny jest najbliższym za wszystko, co dla niego robią, ale oni są właśnie tymi najbliższymi, na których najłatwiej się wyżyć, i on to właśnie robi. Jeśli nadejdzie taki stan, kiedy już będę… nie chcę powiedzieć „nieprzydatny”, skoro nie pozwalam tak myśleć i innych, ale skrajnie umęczony chorobą i moi bliscy też będą nią umęczeni, trzeba będzie w końcu wspólnie podjąć decyzję w której mówimy „koniec”. Koniec – żadnej następnej operacji, żadnej następnej chemii, żadnego leczenia w Chinach za pięćdziesiąt tysięcy. Koniec z namawianiem, żebym nacierał nogi cieciorką czy zjadł kolejną łyżkę jogurtu. ” s. 16-17

„Fundamentalnie nie zgadzam się jednak z ludowym przekonaniem, głoszącym „Kogo Pan Bóg kocha, temu krzyżyki zsyła”. Ks. Tiszner twierdził, że cierpienie raczej nie uszlachetnia, a jeżeli ktoś mi mówi z pozycji kaznodziei: „Złącz swoje cierpienie z cierpieniem Chrystusa”, mam mu ochotę opowiedzieć historię o wężu, czyli: sss…”  (s.19). Mocne! Mocne i dobitne, ale taki jest ks. Kaczkowski.

„Człowiek wierzący chce na przykład ofiarować swoje cierpienie w jakiejś ważnej intencji. I oczywiście ma do tego prawo. Teraz, kiedy jestem chory , zdarza się, że ludzie pytają, czy mógłbym ofiarować cząstkę swojego cierpienia za nich lub w ważnej dla nich sprawie. W tym momencie jeszcze nie jestem godzien, bo tymczasem wcale nie czuję się specjalnie cierpiący. Przecież takie zwykłe dyskomforty jak to, że wczoraj wywaliłem się na pysk i trochę potłukłem, albo, że siadła mi wątroba, co powoduje wysypkę i brak przyjemności z jedzenia, czy że miałem okropne problemy z wypróżnianiem, trudno ofiarować Bogu w imię pomocy bliźniemu. Prawdziwe cierpienie rozumiem jako ogromny, dojmujący ból. Jeśli taki przyjdzie wcale nie wiem, czy będę potrafił ofiarować go Bogu” (s. 19)

Łatwo się mówi o cudowności cierpienia, kiedy jest się człowiekiem zdrowym, ale perspektywa zmienia się w momencie doznawania takiego cierpienia. Przypomina mi się moja mama, kobieta, której życie nie rozpieszczało. Często płakała i prosiła Boga, aby ją zabrał z tego świata. Krzyczała, że nie chce żyć. Była wtedy zdrowa. Kiedy przyszła choroba i mama domyśliła się, że jest to choroba, z której już nie wyjdzie i z dnia na dzień traciła siły, kilogramy i nadzieję na wyzdrowienie, bardzo chciała żyć. Zgadzała się na każdy pomysł na swoje leczenie. Siostra woziła ją do bioenergoterapeuty, zielarza tybetańskiego, jakiegoś szamana-uzdrawiacza. Na chwilę było lepiej. Jeden nawet powiedział, że nie ma już komórek rakowych a później był zjazd i rozpacz. Nie dawała się do samego końca. Umierała przeklinając tego s…. Trzymałam jej coraz zimniejszą dłoń i modliłam się, mając nadzieję, że Bóg ją jeszcze z nami zostawi, że to jakiś koszmar, z którego się obudzę i zobaczę jej uśmiechnięta i szczęśliwą buzię. Niestety… Jej cierpienie nie miało nic wspólnego ze szlachetnością a umieranie nie było godne. I dlatego tak emocjonalnie odpowiedziałam na słowa koleżanki.

 Fragment ze strony: tischner.pl „Znana anegdota mówi o tym, że pewnego dnia ciężko chorego ks. Józefa Tischnera odwiedził Jarosław Gowin. Jakiś czas wcześniej rozmawiali dużo o cierpieniu. Podczas kolejnej wizyty Tischner – który już nie mógł mówić – podał Gowinowi karteczkę ze słowami: „Nie uszlachetnia”.
Bardzo często na spotkaniach poświęconych Tischnerowi pytany jestem o sens tych słów. Jednym wali się świat, kiedy usłyszą: „Cierpienie uszlachetnia”. Innym z kolei świat wali się, gdy usłyszą coś przeciwnego. „Jeżeli nie uszlachetnia, to jaki sens mają moje wieloletnie zmagania?” W odpowiedzi cytuję na ogół ostatni opublikowany tekst Tischnera, zatytułowany „Miłość”. Jest tam rozwinięcie uwagi przekazanej Gowinowi. „Do prawdy dochodzi się rozmaitymi drogami. Przyznajmy, że są takie prawdy, do których dochodzi się również poprzez męczeństwo. Jedną z takich prawd jest prawda, że cierpiąc, cierpimy z Chrystusem. (…) Niemniej nie cierpienie jest tutaj ważne. Nie ono dźwiga. Wręcz przeciwnie, cierpienie zawsze niszczy. Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość”.”

Tak to prawda – MIŁOŚĆ – i nie ważne do kogo miłość – do człowieka, czy do Boga (ta pisana dużą literą). Miłość daje ogromną siłę.

Ks. Jan mówi też o szkodliwych relacjach międzyludzkich. Ja często mam „rozchwiane odczucia” dotyczące mojego odejścia od męża. Terapeuta ma na to nazwę, ale co innego wiedzieć a co innego odczuwać. Często to sobie racjonalizuję, ale uczucie „drżenia serca” – mieszanka żalu, wstydu, winy, niepewności od czasu do czasu mną targa. Kiedyś przeczytałam artykuł dr Marioli Kosowicz, w którym powiedziała: „Nie ma takiej miłości, czy wiary, w imię której mamy być poddani przemocy” i tego się trzymam jak mantry, kiedy głupie serce chce wrzucić na moje barki poczucie winy, że nie ogarnęłam. W książce „Szału nie ma jest rak” ks. Kaczkowski tak mówi o toksycznych relacjach: „Uważam, że człowiek ma prawo chronić siebie przed relacjami, które z jakichś powodów są dla niego szkodliwe. Warto uświadomić sobie, że chrześcijaństwo nie jest cierpiętnictwem i jeżeli relacja z kimś nas rani, to mamy nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek chronić siebie. Jeżeli mąż znęca się nad żoną i patrzą na to dzieci, ona ma obowiązek odizolować się od tego męża. (…)Do tego mam prawo. I to nie jest niechrześcijańskie. (…) Są takie relacje, które bardzo nas obciążają, a nawet niszczą. I przed nimi trzeba się chronić, bo ostatecznie wynika z nich więcej szkody niż dobra – angażują nasz czas, uwagę, nasze siły i emocje, sprawiają, że nie zajmujemy się sprawami, gdzie naprawdę jest szansa na wydobycie dobra i sensu. Będziemy wiecznie wyciągać kogoś z dołków, a on nad sobą w ogóle nie pracuje, wymaga nieustannej pomocy i uwagi i na przykład odciąga nas od naszych powinności bycia przede wszystkim ojcem czy matką. No trudno, trzeba powiedzieć: nie jestem psychologiem, nie jestem w stanie ci pomóc, nie rozwiąże za ciebie twoich problemów, to nie jest możliwe. (…) Często idealizujemy nasze bycie z innymi. Trzeba iść dalej. (…) Nie jesteś w stanie wszystkich potrzebujących nieść na swoich barkach. Te osoby muszą również nauczyć się ponosić konsekwencje swoich wyborów. Tak jest, że pewne relacje w naszym życiu pielęgnujemy, a inne się rozluźniają. Z pewnymi osobami nasze drogi się rozchodzą – każdy z nas musi iść własną.” (s.88)

„(…) warto mieć świadomość i zgodzić się na to, że niektóre osoby pojawiają się na danym etapie naszego życia po to, byśmy lepiej sami sobie w życiu radzili, byli bardziej samodzielni i niezależni. Podobnie jest z nami, my też pojawiamy się na jakimś etapie w życiu innych, ale ta obecność w pewnym momencie intensywna, może później osłabnąć. I to jest nie tylko naturalne, ale także zdrowe.” (s.89)

Zachęcam do przeczytania książki o ks. Janie Kaczkowskim, bo jak zwykle ja umieszczam „swoje” fragmenty a w wywiadzie są poruszane jeszcze inne ważkie tematy dotyczące życia, śmierci, seksu, miłości.

Fragmenty tekstów pochodzą z książki ” Szału nie ma, jest rak” z ks. Janem Kaczkowskim rozmawia Katarzyna Jabłońska, Więzi, Warszawa 2013.

Wpisu można posłuchać w aplikacji Audioblog. Czyta Jolanta Zdulska_Gurgul.

logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Filozoficzna niedziela w kolorze złotych klonów

25 paź

Wczoraj zjazd w Warszawie. Grubo! Grubo nie w tym sensie, że następne egzaminy do zaliczenia, tylko w tym, że studiuje rzeczy fenomenologiczne,  metafizyczne, nadprzyrodzone, nieistniejące w świecie materialnym a oparte na odczuciach, uczuciach, emocjach i przemyśleniach. Kosmos. Kolejne nurty filozoficzne i kolejne teorie. Od starożytności po wieki średnie aż po współczesność. I po co? Wiem, po to, żeby coś robić z nadmiarem wolnego czasu, niespokojnymi myślami, które pożerają mnie od środka. Wczoraj na filozofii politycznej zobaczyłam całkiem odjechanego człowieka. Prawdziwy filozof – zamyślony wzrok przebijający się zza brudnych okularów i długie, kręcone, blond włosy (kończyły się poniżej ramion). Podczas wykładów odrzucał te włosy jak kobieta. Bawił się nimi i opowiadał o myślach filozoficznych. Totalny kosmita. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, na co on zareagował:

- Z czego się pani śmieje?

Coś mówiłam do koleżanki. Zignorowałam pytanie. On dalej kontynuował wykład mówiąc coś o starożytnych Ateńczykach, coś o nieroztropnych mężczyznach, na co my obydwie wykrzyknęłyśmy:

- Takie męskie blondynki!

Facet się sczerwienił.  Zaistniał mały szczegół – facet jest blondynem. UUUUU! Grubo! Aby pokryć zażenowanie własna gafą, skwitowałyśmy, że my jesteśmy takie zwariowane z racji nazwiska, jakie nosimy. Odgryzł się nam natychmiast opowiadając nieśmieszny kawał o facecie, który miał takie nazwisko jak nasze i któremu kazano kicać, w sensie, wyjść z pomieszczenia.

- Nie! My nie mamy zamiaru stąd kicać! Jeszcze nie pora! – odpowiedziałam.

Jestem bezczelna i mówię to, co myślę!!! Skąd to mi się wzięło?

Odjechany filozof.

Filozofia – baśnie z mchu i paproci, poparte wielowiekowymi  wywodami myślowymi, które zmieniały bieg wydarzeń, albo ułatwiały ogląd rzeczywistości. Odjechany Platon z wizją idealnego społeczeństwa i państwa i Sokrates, który był protoplastą Chrystusa. Próbował nauczyć światłych Ateńczyków, jak miał wyglądać idealny polityk, idealna relacja w państwie a jedyne co osiągnął, to śmierć – musiał wypić cykutę. Chrześcijaństwo wyrosło na platonizmie. Wracając do ludzi, którzy coś znaczą, tzw. śwaitłych – oni nie znoszą, aby zawracano im uwagę, że coś robią źle i że można to poprawić, aby nie szkodzić innym. Np. zadufani w sobie politycy, dbający tylko o swoje osobiste korzyści byli zawsze a „prorocy” zwracający im uwagę zawsze źle kończyli. (historia Arystotelesa i Jezusa) Filozoficzna konkluzja :-(

jesieńZa oknem klon cały w złotych liściach. Towarzyszy mu złota brzoza. Boże, jak pięknie.

Wczoraj dziewczyny ze studiów powiedziały, że przyjadą do mnie na parapetówkę. Pozytywne zdziwienie. Lubię je. Parapetówka ustalona! Nie ma wyjścia – trza się wyprowadzać! Nie ma rady!

Przeszliśmy na czas zimowy!!!! Godzina dodana!

Wczoraj junior pojechał na Expo gier komputerowych do W-wy. Pojechał z kolegą. Dali sobie znakomicie radę trafiając na drugi koniec stolicy. Przywiózł parę  wygranych gadżetów i ogromne zadowolenie z uczestniczenia w wydarzeniu. Oczywiście zdjęcia z kimś ważnym znajdującym się na Expo. Błysk w oku i radosne podniecenie. Powiedziałam, że jestem z niego (z nich) dumna, że świetnie poradzili sobie w dużym mieści. A tak po cichu jestem dumna, że tak znakomicie sobie radzi, że ma fajnego znajomego, że ma zainteresowania. Jest fajnym, młodym człowiekiem. Oczywiście maleńka też mnie zaskoczyła – pozytywnie. Wysprzątała mieszkanie i upiekła ciasteczka. Mieszkania nie mogłam poznać, tak było czyściutkie. Powiedziała, że „zbiera” w ten sposób na fiszkę. To jej marzenie – deska do jeżdżenia. Jej też powiedziałam, że jestem z niej dumna.

Dziękuję Ci Boże za wspaniałe dzieciaki! Za wspaniałych przyjaciół, za terapeutę, który budzi mnie do normalnego życia i za spokojne dni.

Filozof Jan Hartma napisał: „Agnostycyzm to postawa uczciwości intelektualnej. Agnostyk mówi tak: gdyby Bóg istniał, oczekiwałby, że będę agnostykiem, bo naprawdę nie wiem. Jest pychą udawać, że się wie coś, czego się nie wie.” – Masz rację Janie – jest pychą udawać, że się coś wie, nie wiedząc tego!!! - to taka reminiscencja na temat bycia człowiekiem, który poszukuje źródeł deizmu – człowiekiem, który wierzy w Boga, ale coś go jeszcze niepokoi. „Myślę, więc jestem” – jako rzekł Kartezjusz. „Cogito ergo sum”. Czy Bóg jest zadowolony z mojego poszukiwania? Myślę, że tak, bo widzi, że zamiast popadać w marazm, jednak się rozwijam. Niespokojna dusza ma…

Wpisu można posłuchać w aplikacji Audio-blog:logo

 Pięknie i z humorem wpis czytają Jolanta Zdulska-Gurgul i Monika Nieckula. Warto posłuchać! Dawno się tak nie śmiałam!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Spotkanie z Małą Dziewczynką…

21 paź

- Hej! Jak się masz maleńka? Zostawiłam cię samą. Jak sobie radziłaś?

 Foto: www.kadarka.info/

Foto: www.kadarka.info/

Wielkie oczy są skierowane na mnie z wyrzutem. Pyzata buzia bez uśmiechu, za to w ogromnych oczach pojawiają się łzy.

- Tęskniłam. Jak mogłaś mnie tak zostawić? Zostawić z tym całym złym światem. Czułam się samotna i opuszczona! – patrzy na mnie z wyrzutem.

- Nie zostawiłam cię. Musiałam pozałatwiać swoje sprawy. Świat dorosłych nie jest taki prosty. Jestem odpowiedzialna za to co mam, a mam dwoje dzieci i to one bardziej potrzebują mojej uwagi i opieki. Ty sobie dasz radę.

- Nie! Ja bez ciebie zginę. Tu jest bardzo źle! – prawie krzyczała.

- Nie jest źle. O ile wiem jest spokojnie i bezpiecznie. Zadbałam o to, żeby tak było, więc nie rozumiem twojego krzyku.  Bawisz się w moje sumienie i dopominasz się o uwagę? W takich chwilach mam cię dość. Ja chcę iść do przodu. Chcę się rozwijać. Świat jest wspaniały i ma wiele możliwości dla mnie. Właśnie dla mnie, nie dla ciebie. Ty jesteś malutka i wiecznie płaczesz. Mam cię serdecznie dość a nie mogę cię zostawić, bo czuję się za ciebie odpowiedzialna. Odwiedzam cię i dopytuję, czy ci dobrze, czy się nie smucisz, nie czujesz się samotna a ty…

- Co ja? No teraz mi dowal!

- Ty wiecznie płaczesz!

- No, pewnie nie wiesz dlaczego?! – zawołała zaczepnie.

- Wiem. Opowiadałaś to wiele razy. Współczuję ci.

- Współczuję ci! – zaczęła przedrzeźniać. – Czego mi współczujesz?! Tego, że mnie nikt nie chciał? Tego, że widziałam często płaczącą matkę zaczynającą jeden temat. Temat aborcji. Tego, że siostra bardziej hołubiła własną córkę niż mnie, pomimo tego, że mnie też wychowywała. Tego, że musiałam się chować w ciemnym pokoju przed rozwścieczonym ojcem, albo szukać w ciemności nocy matkę, która uciekała z domu, żeby nie dostać od męża? Tego, że z ojcem mogłam się dogadać tylko wtedy, kiedy był pijany i bełkotał moje imię i to że mnie kocha, chociaż na trzeźwo bluzgał i krzyczał? Tego mi współczujesz? Tego?! Obejdzie się! Wszyscy jesteście okropni i samolubni! Zwłaszcza ty!

Nie chciałam jej rozwścieczyć, ale miałam dość słuchania jeszcze raz tego, przez co przeszła. Teraz też nie chciałam tego słuchać. Widziałam, że siedzi skulona i wydaje się bardzo malutka, bezbronna i wystraszona.

- No już, nie złość się… Przecież wiesz, że jesteś dla mnie ważna, że bez ciebie by mnie nie było. No już… – podeszłam do niej i zaczęłam gładzić po główce uczesanej w warkoczyki przypominające mysie ogonki. Patrzyła na mnie spod kosmyków ciemnych włosów opadających na czoło. Patrzyła bardzo nieufnie. Siedziała sztywno i nie poruszyła się w moim kierunku nawet o centymetr. Udało się jej jednak wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia. Cholera, znów poczułam się winna. Szczeniara ma nade mną władzę.

- Ja mam swój dorosły świat. Moje dorosłe życie a ty do niego nie pasujesz. Jesteś jak wyrzut sumienia. Przez ciebie nie umiem się cieszyć, z tego co mam – zdobyłam się na szczerość.

- Czyli znów jestem winna?! I pewnie mnie zostawisz? Pewnie mnie już nie chcesz? Jak zwykle! Norma! Wszyscy sobie idźcie! Komu jestem potrzebna? Taka smarkata i wiecznie jęcząca! Wszyscy sobie idźcie! – histeryzowała.

Popatrzyłam na nią i jej histerię. No, teraz to naprawdę bym nią potrząsnęła i wbiła do tej małej główki, że przecież jej nie zostawię, że jest częścią mnie, jest cząstką historii mojego życia. Nie jest możliwe, aby ją usunąć. Zapomnieć o niej.

- Wiesz co, zamknij się w końcu! – nie wytrzymałam – kocham cię i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, ale teraz wpadłaś w histerię. Już nie mogę tego słuchać! Zamknij się! I posłuchaj!

Oniemiała. Zwróciła do mnie pyzatą buzię. Przekrzywiła głowę i utkwiła wzrok w moje oczy.

- Nareszcie! – pomyślałam. Zaczyna słuchać. Jest dobrze.  Jeszcze po cichu pochlipywała, ale oczy miała suche. Popatrzyłam na nią i zaczęłam mówić:

- Jesteś dla mnie ważna. Kocham cię. Kocham i nawet nie wiesz jak mocno, ale nie mogę znieść tego, że zatruwasz mi dorosłe życie. Tymi swoimi wspomnieniami doprowadzasz mnie do złości. To co było, już było. To przeszłość, która nie wróci. A ty wciąż rozdrapujesz stare rany i nie pozwalasz się im zabliźnić. Gmerasz w tych ranach z krzywym uśmiechem i czekasz na słowa pocieszenia. Sprawiasz, że ból wraca, że boję się każdego kolejnego dnia i zastanawiam się, co ty  na to byś powiedziała. Prowadzę z tobą negocjacje i permanentne konferencje i czekam na twoje zdanie. Kocham cię i nienawidzę.

- Wiem…

- Nie, niczego nie wiesz! Tobie się wydaje, że wiesz. Świat pełen strachów i pretensji nie jest dobrym światem. Chcę zacząć normalnie żyć. Śmiać się, cieszyć każda przeżytą chwilą…

- A ja ci pewnie nie daję?! – weszła mi w słowo. Poczułam złość z jej strony.

- Nie, nie pozwalasz mi na dorosłe życie. Wiesz, odejdę od ciebie. Odejdę, to nie znaczy zostawię. Będę o tobie pamiętać. Odwiedzę i przytulę. Jakaś cząstka mnie wciąż będzie cię kochać. Chcę żyć a nie wciąż przeżywać to, co było. Chcę spróbować. Może mi się uda?

- Jesteś głupia. Jeszcze wrócisz!

- Wiesz, słyszałam to już od kogoś. Od kogoś, kto był dla mnie ważny i też nie godził się na to, żebym zaczęła żyć na własny rachunek. Straszyła mnie przyszłością i nie wierzyła we mnie. To była moja matka.

- Miała rację!

- Nie, nie miała. Poradziłam sobie.

- No, nieźle sobie poradziłaś… – wyczułam sarkazm.

- Nie zaczynaj! Może na tym polega dorosłe życie. Na życiu i radzeniu sobie z przeciwnościami a nie czekaniu na najlepsze, albo ciągłym przeżywaniu traum. Czarne i białe. Życie to ta strefa szarości a właściwie nie, inaczej. To pomieszanie kolorów i ciągłe ich odnajdywanie. To kalejdoskop, w którym układa się wciąż inny obraz.  To burze, deszcze, słońce i tęcza.  Ta tęcza zdarza się rzadko, ale się zdarza i wtedy jest to wspaniałe zadziwienie, radość, podniecenie. Życie to rollercoaster. Ktoś tak kiedyś powiedział i miał rację. Wsiadamy do szalonego wagonika i pozwalamy się wieźć. Dobrze, kiedy mamy tyle rozsądku, aby zapiąć pasy i mimo wszystko czuć się bezpiecznie, ale czasami to osra jazda bez zabezpieczeń i wychodzimy poobijani, albo w ogóle giniemy. Wracam do swojego wagonika. Okazało się, że ma jednak pasy. Uczę się je zapinać. Moje życie staje się dobre i bezpieczne. Mocno nad tym pracuję.  Będę o tobie pamiętać i znając siebie będę cię jednak odwiedzać, chociaż to nie jest przyjemne. Nie umiem cię spokojne słuchać. Wciąż wzbudzasz we mnie negatywne emocje, ale kocham cię mała a miłość to dobry pretekst do zmian.

Przytuliłam ją mocno. Popatrzyłam w wielkie oczy. Pogładziłam po głowie. Poczułam łzy pod powiekami, ale nie chciałam, aby je widziała. Mam być silna i dorosła. Jestem dorosła. I silna…

 

Inspiracja, albo ciąg dalszy wpisów:

Bajka o małej dziewczynce – trochę smutna, ale nie ma jeszcze zakończenia, wiec…

Moje wewnętrzne dziecko – tęsknota za miłością do siebie.

Po nitce do kłębka – od wiersza do książki. John Bradshaw.

„Wolni od niemocy” – czyli jak dokonać dobrych zmian w życiu. cz.2 – o przebaczeniu.

 

 

Wpisu można posłuchać jako słuchowiska w aplikacji Audiobloglogo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Złota polska jesień i październikowe przemyślenia.

12 paź

Złota, polska jesień. Dwa dni pięknej, słonecznej pogody a w głowie myśli o przeprowadzce. Głupia głowa nie skupia się na tym, co dobre, ale na tym co niepokoi. Chciałabym mieć klapki po bokach głowy, aby oczy widziały tylko to, co przede mną. Tak jak koń – widzieć tylko drogę przed sobą – nic poza tym.

Rozpatruję tysiące możliwości za i przeciw. Jutro, po raz drugi zaniosę podanie i niech się dzieje to, co ma się dziać. Podanie mają zatwierdzić aż trzy instytucje, więc to trochę potrwa. Będę czekać na odpowiedź. To mieszkanie, pomimo remontu, który muszę wykonać, aby w nim zamieszkać, to najlepsze wyjście. Bez rat bankowych. Znajomi podpowiadają kupienie własnego mieszkania, ale znajomi nie są w mojej sytuacji. Stałam się samotną matką. Mieszkanie własnościowe też można stracić. Dokument niczego nie gwarantuje. Kiedy przestałabym płacić czynsz (i raty) też mogłabym się go „pozbyć”. Mam dwoje dzieci – nie mogę wszystkich pieniędzy przeznaczyć na spłatę kredytu, opłaty za mieszkanie, wyżywienie i opłaty dotyczące samochodu. Dzieci trzeba ubrać, zapewnić im opiekę dentystyczną i ortodontyczną (mała musi mieć aparat), dodatkowo jakieś wyjazdy, ich zainteresowania. Własne mieszkanie to nie tylko wygoda, to byłoby też myślenie, czy będzie na kolejną ratę i koniec z wakacyjnymi wyjazdami, że o ich studiach nie wspomnę. Siedziałam i liczyłam. Nie stać mnie na kredyt. Opłaty bieżące „zjadają” miesięczne dochody. Trudno czasami odłożyć parę groszy a co dopiero stałą ratę za mieszkanie. Pomimo trendu na „pozytywne myślenie” ja włączam zdrowy krytycyzm. Realne spojrzenie. Tak jak w starym porzekadle „Chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie dają”. Fajnie czasami pomarzyć, więc może na starość odłożę na jakieś maleńkie mieszkanko…

Chciałabym posiąść umiejętność nie zamartwiania się. Patrzenia w przyszłość bez głupich strachów i chęci ucieczki. Kiedy jest problem ja automatycznie przestaje mieć chęć do życia, jakby śmierć była najlepszym wyjściem. Za dużo emocji i wczoraj w nocy znów wystraszyłam dzieciaki. Dorwał mnie ból w mostku. Znów pojawiła się ta gniotąca kula. Trudno mi było oddychać i głośno łapałam powietrze. Oboje do mnie przybiegli a ja stałam trzęsąca się w kuchni i łapałam powietrze. Mała podała szklankę wody a syn patrzył przerażony. Teraz ja je straszę. Pamiętam jak nienawidziłam takich momentów jako młoda dziewczyna i to moja matka miała „ataki serca”. Teraz ja! Uspakajałam ich i mówiłam, że to nic takiego, żeby szli spać. Przejdzie mi. Poszli a ja powoli poczłapałam do łózka ze szklanką wody. Dosyć długo nie przechodziło.  W końcu usnęłam. Na ręku znów „zakwitła” egzema. Emocje.

Wczoraj przeczytałam w książce Reginy Brett „Bez trudu zdołasz przetrwać każdy dzień, jeśli potrafisz przetrwać jedną chwilę. Rozpacz to wytwór wyobraźni, która udaje, że przeszłość istnieje i uparcie przewiduje miliony chwil, tysiące dni, czym tak cię wyczerpuje, że nie potrafisz żyć chwilą, która trwa. (…) Bóg nie uobecnia się w przeszłości ani w przyszłości. Jahwe znaczy „Jestem, Który Jestem”. On uobecnia się teraz. (…) To wszystko, czego się od nas oczekuje – byśmy żyli chwilą obecną.” Takie proste i takie trudne…

Staram się skupiać na dniu dzisiejszym. Każdy nowy dzień to nowa kartka, biała przestrzeń, którą zapełnię dzisiejszymi zdarzeniami.

Zwolnij, oddychaj, idź na spacer!

Zwłaszcza oddech jest najważniejszy. W nerwowych sytuacjach trzeba oddychać głęboko. To uspakaja. Oddychać pełna piersią. Łapię się za łokcie, z tyłu pleców i robię głęboki wdech. Klatka piersiowa rozszerza się maksymalnie. Wdech przez nos i powoli wypuszczam powietrze przez usta. Pomaga. Kilka oddechów. kilkanaście…

Spacery z kijkami…

I jeszcze fragment z książki Reginy Brett „Rak to wspaniała pobudka (myślę, że nie tylko rak – każda poważna choroba). Wyrwał mnie letargu. Kazał mi zdjąć metkę z nowej bielizny i założyć tę czarną koronkową halkę (…). Dzięki rakowi nauczyłam się nie oszczędzać na wyjątkowe okazje, bo każdy dzień jest wyjątkowy.(…)

Życie jest za krótkie, aby marnować je na nudne sprawy, które nie sprawiają ci przyjemności”.

„Witaj każdy ranek z otwartymi ramionami, a każdej nocy ze szczerego serca dziękuj za minione dwadzieścia cztery godziny. Każdy dzień to cenny dar. Trzeba się nim delektować i z niego korzystać, zamiast oszczędzać go na przyszłość, która może nigdy nie nadejść.”

 jest

Fajny artykuł do przeczytania w „Zwierciadle”: „Relacja matki i córki”

A za oknem październikowa noc.

„Nie ma nic złego we mnie, jest dobrze
To tylko przez to, że ostatnio jest tak szaro, jestem smutny
Wiem, do czego dążę
Nie myśl tak dużo o wszystkim i pozwól, by dzień przejął kontrolę
To nie jest takie trudne”

Fragmenty tekstu pochodzą z książki Reginy Brett „Bóg nigdy nie mruga”, Insygnis Media, Kraków 2012.

Wpisu można posłuchać w formie słuchowiska. Czytają Jolanta Zdulska-Gurgul i Monika Nieckula. Bardzo, ale to bardzo zapraszam!

logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Muzyka, Życie

 
 

  • RSS