RSS
 

Notki z tagiem ‘Czasopisama’

O miłości bez znieczulenia, a może bardziej o samotności

09 lip

Nie mogłam się powstrzymać i skopiowałam… mądry artykuł. Inne mądre teksty na stronie www.deon.pl

O miłości bez znieczulenia

Chęć bycia z drugim człowiekiem i budowanie z nim głębokiej więzi nie może się opierać na lęku przed samotnością, przed cierpieniem. Motywacja powinna być zupełnie inna: marzę o tym, by dać komuś poczucie bezpieczeństwa, by stworzyć dom.

Katarzyna Kolska: Dlaczego niektórzy ludzie są sami, chociaż bardzo tego nie chcą?

Ks. Mirosław Maliński: To efekt długotrwałego procesu wychowania antyrodzinnego. Więzi międzyludzkie nie jawią się nam jako coś najważniejszego. Rodzice nie są zainteresowani tym, jakich przyjaciół ma ich syn czy córka, jak im się układa z rówieśnikami w szkole czy w domu z rodzeństwem.  Dziecko od najmłodszych lat ciągle słyszy, że ma się uczyć. Jest jakaś ślepa wiara w to, że dobre wykształcenie oznacza dobrą pracę. A dobra praca gwarantuje dobre zarobki. I jeśli już ktoś będzie miał pieniądze, to nie będzie miał żadnych problemów. Kiedy nastoletni syn mówi rodzicom, że ma dziewczynę, a córka, że ma chłopaka, to rodzice niejednokrotnie zamiast się ucieszyć, mówią: Nie zajmuj się głupotami! Masz się uczyć!

No bo myślą, że na dziewczynę i chłopaka przyjdzie jeszcze czas.

A ja się pytam, kiedy ten czas ma przyjść, jeśli nie wtedy? Dlaczego rodzic nie usiądzie ze swoim dzieckiem i nie powie: Opowiedz mi o niej, o nim. Kim on, ona jest? Co czujesz?
Obecnie towarzyszę kilku małżeństwom, które się rozpadają. Schemat jest podobny. Dziewczyny są lekarkami, walczą o specjalizacje. Ich mężowie to przystojni, wykształceni, dobrze zarabiający mężczyźni, zajmujący się domem i dziećmi. Zawożą dzieci do przedszkola czy szkoły, sprzątają, gotują, piorą, prasują. A dziewczyny mówią, że one potrzebują czegoś więcej. Że ci mężczyźni są mało atrakcyjni, że nie są dla nich wyzwaniem.
W ewangelii czytamy: tam skarb twój, gdzie serce twoje.

I dla nich skarbem stała się kariera?

Tak. One mówią wprost: ja nie poświęcę się rodzinie, nie zmarnuję tych wszystkich lat nauki, tego wysiłku. Ja chcę się rozwijać.

Świat trochę zaprzecza temu, co ksiądz mówi. Wystarczy spojrzeć na portale społecznościowe, które powstają jak grzyby po deszczu. Młodzi ludzie siedzą na Facebookach, Gadu-gadu, trudno im oderwać się od komputera czy telefonu komórkowego. Chcą być ciągle w kontakcie, ciągle na bieżąco.

 

Ale dlaczego wirtualnie? Bo brakuje im tych kontaktów. To pokazuje, jak bardzo niezaspokojona jest potrzeba więzi i jak trudno ją zaspokoić w realu. Wszelkie badania socjologiczne wykazują, że dla 60-80 proc. ludzi najważniejszą wartością w życiu jest rodzina. Tylko co z tego, skoro myśmy się nie nauczyli spotykać ze sobą. Rodzice nie rozmawiają z małymi dziećmi o tym, jak ważne jest budowanie więzi z drugim człowiekiem, jak ważna jest w życiu przyjaźń, jak ją kształtować, jak przejść przez kryzys przyjaźni. Żyjemy w rodzinach, które są klaustrofobiczne. Nie ma w nich miejsca na babcię czy dziadka.

Trochę o to walczyliśmy – żeby młode małżeństwa mogły funkcjonować samodzielnie, bez teściowej, bez teścia, na własny rachunek.

Ja wychowałem się w domu, w którym była babcia, niezwykle mądra i dobra kobieta. Ile ja się rzeczy od niej dowiedziałem, ile ona ze mną rozmawiała! A my się dziś bronimy przed mądrością starych ludzi, rodziny wielopokoleniowe umarły. Babcia jest w domu takim wentylem bezpieczeństwa – dziecko pokłóci się z rodzicami i jest trzecia osoba, która wysłucha i pomoże zrozumieć tę sytuację. Ten dom trzeba w ogóle wyczarować, stworzyć. Usiąść razem przy stole, zjeść wspólnie posiłek, znaleźć czas na zwyczajną, swobodną rozmowę. Rzadko dajemy dzieciom okazję, by mogły powiedzieć, co czują, co myślą, czym żyją. One są przez nas nieustannie oceniane. A na dodatek jeszcze chronimy je przed bólem, cierpieniem – mamy szampony, które nie szczypią w oczy, mamy znieczulenia przed zastrzykiem…  Pozwólmy dziecku przeżyć stratę – kupmy świnkę morską, która zdechnie, pozwólmy na ból – niech ten szampon dostanie się do oczu i niech poszczypie chwilę, niech ten zastrzyk zaboli, niech to kolano się stłucze…

Żeby się dziecko zahartowało?

Żeby się dowiedziało, że ból jest nieunikniony, i oswoiło z tym, że bliski związek z drugim człowiekiem może rodzić cierpienie.

Miłość raczej nie kojarzy nam się z bólem.

Bo idealizujemy. Bo miłość źle pojmujemy.

Częściej ksiądz spotyka samotne, nieszczęśliwe dziewczyny, czy samotnych chłopaków?

Zdecydowanie samotne dziewczyny. Jest w nich ogromna potrzeba bycia blisko kogoś, spełnienia się w macierzyństwie. Są pod presją.

Zegar biologiczny im tyka…

To pewnie też. Do tego dochodzi jeszcze potrzeba sklejenia się z chłopakiem, ogromnej bliskości, takiej, żeby on stał się drugim ja. Żeby ciągle był z nią i przy niej. Żeby nie jeździł na rolkach, nie spotykał się z kolegami, nie miał swoich znajomych. Tylko ją. W takim sklejeniu, w nieustannej bliskości nie jesteśmy w stanie dobrze się sobie przyjrzeć. Żeby miłość mogła zaistnieć, potrzebny jest dystans – ale tego nigdzie nas nie uczą, nikt nie zajmuje się nauką obcowania z drugim człowiekiem. A jeśli uczą, to pod kątem pracy w korporacji, bo tam te umiejętności się przydadzą.

No i trzydziestka na karku, on samotny, ona samotna. On nieszczęśliwy, ona nieszczęśliwa. Przychodzą do księdza i?

Nie wiem, co im powiedzieć. Sam patrzę i się dziwię. Codziennie w naszym duszpasterstwie jemy razem obiad. Przy stole siedzi 30 osób, w tym trzy samotne dziewczyny i czterech samotnych facetów. Każde z nich bardzo pragnie być z kimś. I nic.

Nic nie iskrzy?

No nie iskrzy.

Ksiądz nie może im jakoś pomóc?

A co mam zrobić? Dać im jakąś katolicką viagrę? Próbuję z nimi rozmawiać, zrozumieć, w czym tkwi problem. Oni się boją nieprzewidywalności sytuacji, a wejście w życie rodzinne to ryzyko. Do tego wszystkiego świat im jeszcze podpowiada: najpierw dobra praca, samochód, mieszkanie, dopiero potem małżeństwo. A taka droga jest powodem ogromnych problemów małżeńskich. On ma swoje mieszkanie, ona swoje, on ma swój samochód, ona swój, a każde z nich mnóstwo przyzwyczajeń i nawyków. I jak to nagle razem skleić? Oni nie będą mieli naturalnie wypracowanej wspólnoty dóbr, nie przejdą razem przez trud zdobywania czegoś, walczenia o coś. Ci, którzy mają 22, 23 lata, mieszkają w akademiku albo na stancji – jak ich ta wspólna walka łączy. Razem zawalczyć o życie, dojść do czegoś od zera, to jest coś! Obawiam się, że błędem rodziców jest zabranianie wczesnego małżeństwa.

A może te późne małżeństwa to efekt tego, co młodzi ludzie widzą dookoła siebie: to małżeństwo się rozpadło, tamto się rozpadło, ci są w poważnym kryzysie, ci się zdradzają. Więc myślą sobie: ja tak nie chcę.

To prawda, ludzie bardzo się boją o swoje małżeństwo, ale za tym stoi też katecheza głoszona przez świat, że do małżeństwa trzeba być tak dojrzałym i tak odpowiedzialnym, że właściwie nigdy się nie można ożenić. A przecież dojrzałym i odpowiedzialnym człowiek staje się w boju. Założenie rodziny to czyste szaleństwo. Powiedzenie drugiemu człowiekowi: będę z tobą do końca życia, to jakieś wariactwo. Bez tej nuty szaleństwa, bez zakochania, bez różowych okularów nie da się tego zrobić. Posiadanie dzieci to też ogromne ryzyko – jakie będą, czy zdrowe, czy grzeczne, czy w ogóle się urodzą? No i ci młodzi ludzie boją się ryzyka – nie chcą problemów, nie chcą cierpienia, nie chcą tej niepewności. Nie są oswojeni z bólem, z szamponem, który szczypie w oczy. Potrafią zarządzać wielkim korporacjami czy przedsiębiorstwami, zajmują ważne stanowiska, kierują dużymi zespołami ludzi, gdyż znają sposoby eliminowania ryzyka, a nie mają odwagi zadecydować o własnym życiu. Bo się boją, że ich to przerośnie, że nie dadzą rady, że będą cierpieć.

Ale przyjdzie taki moment, że powroty do pustego mieszkania zaczną przeszkadzać. Nikt w tym domu nie czeka, nie ma z kim zamienić kilku zdań, nie ma z kim podzielić się radościami, życie w pojedynkę coraz bardziej zaczyna doskwierać. A przyjaciele już mają swoje rodziny.

To jest trochę egoistyczne myślenie: mnie kogoś brakuje, na mnie nikt nie czeka, ja nie mam z kim porozmawiać. To chyba za mało, by założyć rodzinę. Nie można drugiego człowieka wykorzystywać jako plaster na swoją ranę. Chęć bycia z drugim człowiekiem i budowanie z nim głębokiej więzi nie może opierać się na lęku przed samotnością, przed cierpieniem. Motywacja powinna być zupełnie inna: marzę o tym, by dać komuś poczucie bezpieczeństwa, by stworzyć dom, w którym pojawią się dzieci, w którym wspólnie będziemy żyli. Jeśli marzę tylko o sobie, to znaczy, że jestem zaplątany w swoim egoizmie. I może właśnie tu tkwi przyczyna samotności. Słyszymy nieustannie od domorosłych psychologów: jesteś najważniejszy, pomyśl o sobie, zadbaj o siebie. To jest oszustwo, w które każą nam wierzyć. Tymczasem nasze życie ma sens wtedy, jeśli żyjemy dla kogoś.

I pewnie stąd taką popularnością cieszą się portale matrymonialne. Ludzie nie chcą być samotni…

Nigdy tam nie zaglądałem. Ale spośród uczestników ostatniego kursu przedmałżeńskiego, który prowadziłem, ponad połowa poznała się przez internet. Nie widzę w tym nic dziwnego. Dla młodych świat wirtualny jest przestrzenią tak oczywistą, że im już nawet nie przyjdzie do głowy, że można sprawdzić coś w książce.

I potrafiłby ksiądz samotnej, nieszczęśliwej dziewczynie powiedzieć: załóż sobie profil na jakimś portalu w internecie?

Jeśli ona przychodzi do mnie, to z pewnością już dawno taki profil w internecie sobie zrobiła. Ogłoszenia czy biura matrymonialne istnieją od najdawniejszych czasów, kiedyś taką rolę pełniły swatki. I to wcale nie było takie głupie – trzecia osoba widzi nas inaczej.

Czy nasza wiara może nam podpowiadać, że samotność to plan Boży względem tego konkretnego człowieka? Czy Pan Bóg może w ogóle chcieć, żeby ktoś był samotny?

Chrystus mówi o trzech grupach ludzi niezdolnych do małżeństwa: jedni – bo tacy się urodzili, drudzy – bo ludzie ich takimi uczynili, trzeci – ze względu na królestwo Boże. Jeśli chodzi o dwie pierwsze grupy, to najczęściej myślimy o osobach homoseksualnych, a tymczasem niezdolni do małżeństwa są także ludzie wychowani na egoistów, egocentryków lub skrajnie niezaradni. Często są to niezdolności, które pod wpływem pracy nad sobą, nad własnym charakterem mogą ustąpić.

A co z tymi, którzy są niezdolni do małżeństwa ze względu na królestwo Boże?

Myślę, że Jezusowi nie chodzi tylko o formalnych celibatariuszy w Kościele, że ta przestrzeń jest szersza i nie do końca zagospo darowana. Spotykam czasami osoby, które, jak mniemam, są powołane do życia samotnego. Znam taką kobietę. Jest nauczycielką. Bardzo się spełnia, żyjąc świadomie samotnie. Ten rodzaj samotności musi być jednak „dla”, musi być nakierowany na dobro innych ludzi. Chodzi tu o samotność ze względu na królestwo Boże, czyli dla wyższej idei. Jest to rodzaj powołania, a nie sposób oswojenia niechcianej i nieakceptowanej samotności.

W niechcianej samotności trzeba się jeszcze uporać z tym, że skoro nikt mnie nie chce, to pewnie coś ze mną jest nie tak, mam jakiś brak.

To „nikt mnie nie chce” wynika z bardzo różnych powodów. Owszem, zdarzają się jakieś braki, kompleksy, niezałatwione problemy z przeszłości, które wymagałyby nawet terapii. Ale bardzo często to „nikt mnie nie chce” oznacza raczej „ja nikogo nie chcę”. Nikt nie jest wystarczająco dobry dla mnie. Ludzie stawiają sobie bardzo wysokie wymagania. I drugi człowiek to czuje.

Wśród tych samotnych są kobiety ładne, zadbane, wykształcone, inteligentne. I trudno zrozumieć, dlaczego one są same, dlaczego nie udało im się założyć rodziny, dlaczego nikt się nimi nie zainteresował?

Bo te kobiety, o których pani mówi, są często tak zaradne, tak samowystarczalne, tak samodzielne, że mężczyzna czuje się przy nich niepotrzebny. On chciałby się kobietą zaopiekować, dać jej poczucie bezpieczeństwa, obronić ją. A skoro ona jest taka doskonała, to co on jej może zaoferować? Mężczyzna myśli sobie, patrząc na taką doskonałą kobietę: żeby ona miała chociaż jakąś słabość, jakiś maleńki brak, żeby czegoś potrzebowała, ale ona jest silniejsza ode mnie.

Niektóre kobiety zostały tak wychowane: masz być samodzielna, niezależna, samowystarczalna, masz liczyć tylko na siebie.

To niejednokrotnie owoc wychowania przez samotne matki, które – ze względu na to, że im się w życiu nie powiodło, mówią swoim córkom: na mężczyźnie nie możesz polegać. Musisz liczyć tylko na siebie.

Co zrobić, żeby tę samotność sensownie przeżyć, żeby nadać jej sens?

Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czemu chcę się poświęcić? Nie po to, żeby samemu poczuć się lepiej, ale żeby ktoś ze mną poczuł się lepiej.
Wystarczy zacząć od rzeczy najprostszych: od bezinteresownych spotkań, odwiedzenia człowieka, który mieszka obok. Zawsze na to uczulam naszych studentów, żeby poszli i przedstawili się swoim sąsiadom, zostawili swój numer telefonu. Nie po to, żeby im się dobrze mieszkało, ale żeby innym dobrze mieszkało się z nimi. Trzeba w sobie zrobić taki przewrót kopernikański, jeśli cały układ gwiezdny będzie krążył wokół mnie, czeka mnie zła, smutna samotność. Jeśli ja zacznę krążyć wokół drugiego człowieka, jeśli uznam, że życie drugiego człowieka jest równie ważne, a nawet ważniejsze od mojego, to wtedy otwiera się przestrzeń spotkania.

Jednak kiedy się doświadcza niechcianej samotności, takiej niewysłuchanej latami modlitwy, to w końcu można się obrazić na świat, na ludzi, na Pana Boga.

Pewnie, że można się obrazić i skupić się wyłącznie na tym, jak bardzo jesteśmy nieszczęśliwi, jak nam źle, jak jesteśmy beznadziejni. Ale to nie jest sposób na rozwiązanie naszych problemów.
Powtarzającym się refrenem naszych modlitw są słowa: „Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Panie”. Mamy w sobie intuicję, że Bóg nas słucha, że jesteśmy ludźmi wysłuchanymi przez Boga. Skoro Bóg mnie słucha, to kim ja jestem, że On chce mnie słuchać? Jaką ja mam wartość w sobie? Jeśli mamy stary rozklekotany rower, to nawet go nie będziemy przypinać na ulicy – kto go ukradnie, skoro on nie ma żadnej wartości? Ale jeśli posiadamy wypasiony, porządny rower, to nie dosyć, że go przypniemy grubym łańcuchem do słupa, to jeszcze co chwilę będziemy nerwowo sprawdzali, czy on tam stoi. Każdemu z nas Bóg dał prywatną ochronę w postaci Anioła Stróża. Jaką ja mam wartość, że dla Boga jestem tak cenny? Życie z drugim człowiekiem może mi pomóc w odkryciu tej tajemnicy, ale czasami drogą do jej odkrycia jest samotność.

Mirosław Maliński - ur. 1965, diecezjalny duszpasterz akademicki i rektor kościoła pw. św. Macieja we Wrocławiu, od kilkunastu lat prowadzi tam duszpasterstwo akademickie „Maciejówka”, przed wstąpieniem do seminarium ukończył geodezję na Akademii Rolniczej we Wrocławiu, przez cztery lata przebywał we wspólnocie ekumenicznej w Taizé, jest założycielem i redaktorem naczelnym portalu 2ryby.pl oraz autorem książek Jonasz, Oswojone, Widokówki.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Czasopisma, Internet

 

Odporność psychiczna – można a nawet trzeba nad nią pracować

11 wrz

Dzięki stronie Park psychologii znalazłam mądry artykuł o odporności psychicznej.

Warto przeczytać!!!

Odporność psychiczna to klucz do sukcesu – uważa dr Aldo Civico, antropolog, mediator, wykładowca Rutgers i Columbia University. W swojej karierze spotkał on wiele osób, które osiągnęły obiektywny sukces: sportowców, biznesmenów, polityków, celebrytów. Stwierdził, że wszystkich tych ludzi sukcesu łączy jedna cecha – odporność psychiczna. By osiągnąć postawione przed sobą cele nie wystarczy inteligencja i talent. Badania pokazują, że w 80 proc. za odniesione sukcesy odpowiadają określone cechy składające się na odporność psychiczną – pisze dr Civico.

To dobra wiadomość! Bo o ile z talentem rodzimy się lub nie, o tyle odporność psychiczną możemy wytrenować. Civico wyróżnił piętnaści nawyków osób odpornych psychicznie. Zaleca on, by czytając o nich, zastanawiać się które już posiadamy, a nad którymi trzeba jeszcze popracować:

1. Pielęgnowanie samoświadomości. Ludzie, którzy doświadczają doskonałości w życiu, wykształcili emocjonalną doskonałość. To znaczy, że rozumieją swoje emocje. Kiedy doświadczają negatywnych uczuć wiedzą, że nie należy się w nich zanurzać, lecz nadać im sens i uczyć się z nich. Niektórzy, aby być świadomymi swoich stanów, prowadzą dzienniki.

2. Praca nad pewnością siebie. Osoby odporne psychicznie wiedzą co mogą kontrolować, a czego nie. Nadają znaczenie wydarzeniom. Pewność siebie daje im wiarę w to, że mogą osiągnąć zamierzony cel.

3. Przeformułowywanie negatywnych myśli. Osoby odporne psychicznie unikają zanurzania się w negatywnych myślach, wątpliwościach. Nauczyły się nadawać im nowy sens tak, by te działały motywująco. Używają ich jako przypomnienia o tym ile mają w życiu, ile już osiągnęły, jaki jest ich cel. Niektórzy zapisują motywujące myśli i zostawiają na widoku.

4. Jasny sens. Osoby odporne psychicznie nie tylko wiedzą czego chcą, ale też dlaczego mają taki, a nie inny cel. Jasno określony sens działania pomaga im i motywuje, gdy natrafiają na przeszkody i wyzwania. Sens działania jest dla nich paliwem.

5. Sprecyzowane cele. Osoby odporne psychicznie mają wyznaczone cele, do których dążą. Są one konkretne, doprecyzowane, mierzalne – długo i krótkoterminowe. Nie tyczy się to wyłącznie kariery zawodowej, ale również życia osobistego, zdrowia – wszystkich obszarów funkcjonowania. Cel działa jak magnes.

6. Dyscyplina. Poprzez dyscyplinę manifestuje się odporność psychiczna – zaobserwował dr Civico. Osoby odnoszące sukcesy nieustannie pracują nad samodyscypliną.

7. Otwartość na zmiany. To, co pomaga dotrzeć do ustalonego celu to elastyczność czyli umiejętność dostosowywania się do zmieniających się warunków. Osoby otwarte na zmiany rozumieją potrzebę ciągłego wzrostu. Cieszą się nie tylko z rezultatów swoich działań, ale też z drogi, którą pokonały.

8. Odpowiedzialność. Odporni mają zerową tolerancję dla wymówek. Nie mają w nawyku winić innych/świat/ okoliczności za swoje porażki. Biorą pełną odpowiedzialność.

9. Umiejętność odmawiania. Kiedy muszą, wiedzą jak odmówić w sposób konstruktywny i pełen szacunku. A żeby osiągnąć swoje cele odmawiają nie raz.

10. Kult empatii. Odporności psychicznej nie należy mylić z dystansowaniem się. Osoby odporne są wrażliwe na otoczenie, w którym żyją i na napotykanych ludzi. Ciekawią ich inni, odmienne spojrzenie na świat.

11. Nie ma porażek, jest tylko informacja zwrotna – oto zasada, którą kierują się odporni psychicznie. Jeśli  coś nie poszło po ich myśli to stanowi element wiedzy niezbędnej, by następnym razem się udało.

12. Otwartość na krytycyzm. Osoby odporne psychicznie nie zastanawiają się nad tym co myślą o nich inni. Skupiają się na nieustannej nauce, a krytyka jest jej formą. Mają w sobie pokorę, która każe im wierzyć, że zawsze można być lepszym. Wiedzą, że sukces wymaga ciągłego wysiłku, bo kto nie idzie do przodu, cofa się.

13. Problemy przekute w możliwości. Osoby odporne nie stawiają się w roli ofiar, starają się nie tracić energii na użalanie nad sobą. W problemach i komplikacjach widzą możliwość wzrostu i nauki.

14. Trening wdzięczności. Odporni żyją w stanie ciągłej wdzięczności za doświadczenia życiowe. Nie rozróżniają  na dobre, za które należy być wdzięcznym i złe, za które nie należy. Starają się doceniać wszystko co im się przydarza.

15. Praca nad ciałem. Odporni psychicznie żyją w harmonii. Doceniają istotę energii życiowej. Dbają nie tylko o życie osobiste i karierę, ale też o ciało i zdrowie. Regularnie ćwiczą, odżywiają się zdrowo.

Dr Aldo Civico jest antropologiem współpracującym z  Rutgers University, dyrektorem International Institute for Peace, mediatorem. Przewodniczył Center for Conflict Resolution na Columbia University. Jest ekspertem w dziedzinie budowania strategii pokojowych i rozwiązywania konfliktów. W swojej karierze działał  m.in. w organizacjach walczących z sycylijską mafią. Brał również udział w pokojowych działaniach między rządem kolumbijskim a partyzantami.

oprac. marga psychologytoday.com, aldocivico.com

Ze strony: www.charaktery.eu

 
 

Jestem mega wkurzona!!!!!!

22 sie

Wczoraj fajny wpis, że jestem mega szczęściarą, bo mam luksusowe życie. Mam!!!

Wieczorem wzięłam do ręki „Tygodnik powszechny” z 21 sierpnia. Jak zwykle fajne artykuły, ale jeden z nich mocno wpłynął na moją emocjonalność. Może by tak nie było gdyby nie moja bratowa, ale po kolei…

Pierwsze koty za płoty

Rozruch

Pierwsze zebranie przed rozpoczęciem roku szkolnego

Jutro egzaminy poprawkowe. Matura z języka angielskiego. Jestem w komisji

Cieszę się, że mama taka pracę. Spokojną, na razie pewną (przynajmniej na ten rok szkolny). Za pensję, za którą mogą utrzymać moją trzyosobową rodzinę. Czego więcej chcieć?! Czy nie jestem szczęściarą??? Jestem i to zajebistą szczęściarą :-)

Wczoraj spędziłam wspaniałe popołudnie u brata.
Siedzieliśmy przy grillu, na którym brat wyczarował przepyszne kurczaki w warzywach. Były żarty, śmiech, slow…

No i pora popsuć ten sielankowy obraz…
Bratowa pracuje w drukarni, do której musi dojeżdżać cztery dni w tygodniu ok. 40 km w jedną stronę. Brat psioczy i jest niezadowolony, bo mogłaby siedzieć w domu. On jest mechanikiem i pracę ma na miejscu. Ona mądrze podchodzi do życia, bo wie, że musi zapracować na emeryturę. Dojeżdża więc do pracy i pracuje w bardzo ciężkich warunkach. Wiem, bo słyszę jej opowieści i włos się jeży na mojej głowie. Cały ten zakład to jakaś pieprzona tłocznia pracy niewolniczej. Wykorzystują ludzi do maksimum. Ciężka, 12 godzinna praca za psie pieniądze. Wypłata 1500 zł to jakaś kpina z ludzi. Za taką pensję nie utrzymałabym rodziny, że o wyjazdach nie wspomnę. Wyśrubowane normy, praca w nieklimatyzowanych halach, gdzie w upały było około 50 stopni C. I to się dzieje w naszej kochanej Polsce.
Pracowałam kiedyś w fabryce mebli, na produkcji. Miło wspominam ten czas. Miło z powodu ludzi z grupy. Też było ciężko i w lato upał na hali i też zarabialiśmy psie pieniądze. Pamiętam, że aby iść na studia musiałam brać pożyczki w banku. Z pensji nie starczało na opłatę czesnego. A jeszcze dojazdy. Na szczęście mieszkałam razem z rodzicami. Nie musiałam sama się utrzymywać. W tej fabryce ludzie dalej mają najniższą krajową, ale mają niezły socjal, związki zawodowe, urlopy płatne, opiekę lekarską, i nawet jak długo chorują, mogą wrócić do pracy. Nikt ich nie wyrzuca, bo są nieproduktywni i nie generują zysków. Właściciel widzi ludzi a nie zwierzęta pociągowe i możliwość zysku.
Ja poszłam do przodu. Nie zatrzymałam się. Dziś mam komfort – pracę, którą kocham, wakacje i godną wypłatę. Nie martwię się, że sama muszę wychować dwoje dzieci. Żyje nam się bardzo dobrze. JESTEM SZCZĘŚCIARĄ!!!

Czytałam artykuł w „Tygodniku powszechnym”  „Jesteśmy tylko wynikiem” o firmie Amazon, która w Poznaniu zatrudnia ludzi. Artykuł nie jest optymistyczny. Deprecha… Czytałam i porównywałam do sytuacji mojej bratowej. W Polsce panuje przyzwolenie na wykorzystywanie pracowników i traktowanie ich jak niewolników, jak zwierzęta pociągowe. Liczą się efekty, zyski, słupki wzrostu, wyśrubowane normy. Eksploatuje się ludzi do granic możliwości fizycznej i psychicznej. Kierownictwo nie liczy się z ludźmi. Dla nich to zwierzęta pociągowe, które można wykorzystać a tych, którzy już nie są „produktywni” wymienia się „świeżym mięsem”. Obozy pracy, legalne, rozreklamowane, promowane na wszelkie sposoby. Zdjęcia z uśmiechniętymi pracownikami, zadowolonymi z życia, błyszczącymi bielą wypielęgnowanych zębów a prawda jest inna… W artykule przeczytałam: „Stoją w szeregu, plecami do nas. Spuszczone głowy albo rozbiegany wzrok. Pod nagami plecaki, torby, reklamówki. Spędzą tu dziesięć godzin, plus jeszcze kilka na dojazd i przemarsz z przystanku do domu”. Kurde, obraz jak z obozu pracy. Realia polskiego życia. Żeby żyć trzeba stać się niewolnikiem. A wypłata taka, że za dużo, żeby umrzeć a za mało, żeby żyć.

Widzę moją bratową, kobietę po pięćdziesiątce. Zmęczona, pomarszczona twarz, żylaki na nogach. Skarży się na kręgosłup i nogi. Mówi, że trudno wytrzymać tyle godzin na nogach, że maszyny trzeba obsługiwać szybko i sprawnie. Młodzi nie wytrzymują. Dużo osób rezygnuje w pierwszym tygodniu a ona trwa…

Kiedyś napisałam do kogoś w komentarzu, że ograniczenia mamy w głowie. Jaka ja jestem durna!!! Ograniczenia nakładają na ludzi pracodawcy każąc im ciężko pracować za dziadowskie wynagrodzenie. To kpina z ludzi! To szarganie ich godności i stawianie ich na poziomie zwierząt pociągowych…

Nie chciałabym być tylko wynikiem

W artykule ludzie są przedstawieni jak bezwolne trybiki w wyrachowanej amazońskiej maszynerii. Zrezygnowani, z pochylonymi głowami i cieszący się z jakiejkolwiek pracy. Bojący się powiedzieć głośno, że nie odpowiadają im warunki pracy…

Jakiś pieprzony, wynaturzony eksperyment rodem ze Stanfordu. Nadzorcy i więźniowie. Liderzy, którzy poniewierają robotnikami i słupki wzrostu i dochody. Pieniądz rządzi światem a co na to Zimbardo????? Jak by to zinterpretował??? Nowy, polski eksperyment pracowniczy?!

Może to by mnie  tak nie ruszyło, gdybym nie słyszała opowiadań bratowej i nie widziała jej zmęczenia i desperacji zarabiania na przyszłą emeryturę.

Właśnie usłyszałam w radio, że Amazon podnosi wynagrodzenie pracownikom. Ciekawe?!!

Artykuł do przeczytania w „Tygodniku powszechnym” – „Jesteśmy tylko wynikiem”.

W artykule zdjęcie z wymownym przesłaniem. Zabiegany pracownik i hasło na ścianie „Otwarta samokrytyka”. Otwarta dla pracodawcy??? Uważam, że wątpię…

A pod zdjęciem komentarz „Dni otwarte w Amazonie” . Ironia rządzi światem :-?

Wrrrrrrrrrrrr

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Czasopisma, Życie

 

Warto odpocząć, aby nadać smak życiu :-)

30 cze

„Urlop to czas na bycie kimś innym”  – to nie moje słowa. To słowa profesora Romana Ossowskiego. Pan profesor podał takie wskazówki dotyczące odpoczynku:

♥ To dla mnie czas na bycie trochę kimś innym – odpoczywam od siebie samego, codziennego;

♥ Medytacja może nam pomóc w odbiorze bodźców wewnętrznych;

♥ Zdarza mi się potańczyć ze sobą samym przy pięknej muzyce;

♥ Dla organizmu lepsze są urlopy krótsze, a częstsze. Na przedwiośniu warto popracować kilka dni na zwolnionych obrotach. A gdy w ciągu roku dopada nas zmęczenie, pozwólmy sobie na weekend bez komórki i fachowych książek – to będzie strzał energii. Ważna jest też codzienna regeneracja

♥ Samotność jest potrzebna każdemu, żeby był w kontakcie ze samym sobą. Warto zadbać o takie chwile.

♥ Najlepiej pobiegać, albo przejść osiem kilometrów w górach, żeby poczuć fizycznie przyjemność, która jest następstwem ruchu. To jest naturalny narkotyk (wiadomo endorfiny – hormony szczęścia);

♥ Zmęczenie jest potrzebne – żyjemy dzięki temu, że na niego reagujemy. Zmęczenie mówi nam „Uważaj! Zadbaj o siebie”;

♥ Przewlekłe zmęczenie objawia się poprzez brak koncentracji, niezdolność do logicznego myślenia, pogorszenie pamięci, bóle głowy, stawów, mięśni, zaburzony rytm snu, częste infekcje, zmienność nastrojów, większa drażliwość. Jeśli sobie z nim nie poradzimy czekają nas choroby wirusowe, alergie i nowotwory;

♥ Kiedy cierpimy na przewlekłe zmęczenie najczęściej potrzebne jest wsparcie psychoterapeuty. Samemu trudno zmienić styl życia. To tak trudne jak rzucenie palenia;

♥ Warto czytać książki – biblioterapia – jeśli poznajemy autobiografie ludzi, którzy mierzyli się z problemami podobnymi do naszych, wzmacniamy się;

♥ W trudnych chwilach należy nadawać sens życiu;

♥ Życie w nieustannym pobudzeniu emocjonalnym obniża wydolność układu immunologicznego, a to otwiera drzwi chorobom;

♥ Ważne jest zdrowe odżywianie, ale nie chodzi tu o nadmierne liczenie kalorii, bo to prowadzi do ortoreksji (obsesji na na punkcie zdrowego jedzenia i jego zasad);

♥ Jedzmy pięć razy dziennie wszystko, co jadalne, przede wszystkim owoce, warzywa i ryby. Mięso ograniczajmy. Gdy zjemy ponad miarę odejmijmy sobie następnego dnia. Ze słodyczy najlepsza jest czekolada gorzka. Jak najmniej soli. Nadmiar soli powoduje nadwagę  nadciśnienie.

♥ Nauczmy się wybaczać – innym i sobie. Margaret Thatcher w parlamencie , kiedy jeden z posłów przerwał jej i powiedział „jest pani zwykłą prostytutką?” Ona spokojnie odpowiedziała mu: ” Pan się myli, nigdy tego zawodu nie uprawiałam” i i bez uprzedzeń kontynuowała debatę dalej;

♥ Przebaczając nie wyjdziemy na osobę bez honoru. Pojęcie honoru powstało w średniowieczu, kiedy honorowy był giermek, który ginął za rycerza. Lepsze jest poczucie godności. Każdemu można wybaczyć zachowując godność. Austriacki psychiatra Victor Frankl był poniżany i maltretowany w obozie koncentracyjnym, a potrafił mówić: „Mnie to nie dotyczy, ja wewnętrznie jestem wolnym człowiekiem”. Zachował godność, nie dał się upodlić.
Kiedy obrazi mnie jakaś osoba, nie należy chować urazy, bo wynika to z jego braku umiejętności komunikacyjnych. Szkoda, że w codziennym życiu przypisujemy drugiej osobie złe, nikczemne intencje. Katolicy mówią „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Szkoda, że jest to często tylko akt mowy.

♥ Psychiczną wydolność obniża magia sukcesu. Potrzeba osiągania go za wszelką cenę, w każdej sferze, przez 20 godzin na dobę  porównywanie się do innych.

♥ Jeśli spotka cię niepowodzenie to powiedz sobie „Jeśli nie uda mi się za pierwszym razem, to znaczy, że należę do większości” a nie „Katastrofa”. Przegrywaj z godnością,a wygrywaj z pakorą. Ale nie odpuszczaj sobie wyzwań. Do życia trzeba podchodzić zadaniowo.

♥ Człowiek żyje po to, żeby uczestniczyć w ważnym czynie, który daje coś mnie i innym. Bez tego drugiego elementu wszystko jest trochę puste. Wolność jest możliwością uczestnictwa.

Wypoczynek jest bardzo potrzebny każdemu.

Na mnie czeka w tym roku morze i przepiękne Kopalino. Jedziemy we trójkę. Nie mogę się doczekać przepięknych widoków :-)

Prof. Roman Ossowski jest psychologiem. Od 40 lat pracuje na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego (dawniej WSP), gdzie kieruje katedrą społecznej psychologii zdrowia, rehabilitacji i zarządzania.

***

Wskazówki na podstawie artykułu: „Tańczę ze sobą z rana”, Aleksandra Lewińska, Wysokie Obcasy Ekstra, nr 7 (50), lipiec 2016

O profesorze Romanie Ossowskim przeczytacie też w artykule „Osiem kilometrów do szczęścia” w Wyborczej.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Czasopisma

 

Mam trzy lata…

27 cze

Wczoraj, całkiem niechcący hucznie obeszłam moja trzecią rocznicę

Całkiem niechcący – gdyż, ponieważ, bo…

Zostałam zaproszona przez klasę, która 11 lat temu skończyła szkołę. Miło :-D

Chłopaki „porośli”, statusiali, niektórzy po rozwodach a niektórzy jeszcze są kawalerami. Ja usłyszałam, że nic się nie zmieniłam ;-)

Wytańczyłam się, naśmiałam, nasłuchałam opowieści, napatrzyłam na dzieciaki moich uczniów… Wróciłam około pierwszej w nocy

Dzisiaj rano do pracy – trwa rekrutacja

Dopiero po powrocie z pracy poczułam niezłe zmęczenie – w sobotę mieliśmy zjazd integracyjny pracowników, który skończył się w niedzielę po południu a wieczorem byłam na balu.

Po szesnastej poległam i usnęłam.

Teraz sobie przypomniałam, że wczoraj minęła trzecia rocznica nowego, lepszego życia a od świąt Bożego Narodzenia bardzo szczęśliwego. Hucznie i nieświadomie obeszłam swoją rocznicą.

****

W jednej z gazet przeczytałam o Iris Apfel. Kobieta podobna do Marii Czubaszek, w sensie nie nachalności z urody.

Iris Apfel reklamuje samochody, luksusowe torebki, ma własną linię kosmetyków,projektuje okulary, do niedawna była wykładowczynią na uniwersytecie, projektowała wnętrza i co najważniejsze ma swój własny, niepowtarzalny styl zachowana i ubierania.

„Jeśli zamierzasz siedzieć w miejscu i robić wciąż to samo, to lepiej od razu połóż się do trumny” – mówi Iris.

Fragmencik artykułu, który bardzo mi się podobał:

„Nie jestem piękna, ale nie lubię typowej urody, więc dobrze mi z tym jaka jestem – mówi. I dodaje, że wszystkie znane jej piękne dziewczyny, które bazowała tylko na swoim wyglądzie, gdy z upływem czasu traciły urodę, czuły się nikim. Trudno im się było z tym pogodzić. – Jeśli masz już 90 lat i dałaś chirurgowi zrobić sobie twarz, to i tak nikt nie pomyśli, że masz lat 25. Próba wyglądania jak świeża stokrotka, kiedy się nią nie jest wygląda idiotycznie. (…) To chyba Coco Chanel powiedziała, że nic tak nie sprawia, że kobieta wygląda staro, jak desperackie próby wyglądania młodo – podsumowuje chirurgie plastyczną Apfel.
- Ktoś taki jak ja żeby się podobać musi się rozwijać, uczyć się, stawać się ciekawszą osobą. A kiedy jesteś ciekawą osobą, nie przejmujesz się starzeniem – mówi. Kocha „każdą cholerną minutę życia, nawet gdy narzeka”. Nie uważa, że jej sukces ma coś wspólnego z wiekiem. Jej zdaniem tym, co pociąga w niej ludzi, są czar i fantazja, których brakuje współczesnemu życiu. – Niektórzy lubią mnie, bo jestem inna, myślę nietuzinkowo. A dziś ludzie rzadko używają wyobraźni.
- Nie uważam, że modę trzeba traktować tak bardzo serio. To coś, co powinno się dopasować do swojego nastroju i stanu ducha, osobowości. Świat robi się coraz bardziej homogeniczny, a że moda jest zwierciadłem społeczeństwa, to i ona staje się coraz bardziej homogeniczna, zamienia się w mundur. W Nowym Jorku możesz czasem podać kod pocztowy osoby, patrząc na jej strój. Dziennikarze modowi też nie pomagają, zawsze przygotowują listy dziesięciu rzeczy, które musisz mieć, i dziesięciu, które musisz pożegnać. A przecież nie ma czegoś takiego! Ja wciąż noszę piękna suknię, którą miałam na sobie podczas pierwszej randki z przyszłym mężem 69 lat temu.
- Bycie dobrze ubranym jest wspaniałe, ale nie powinno odbierać radości życia, co staje się udziałem wielu kobiet, które podchodzą do strojów śmiertelnie serio i strasznie się tym stresują. A kiedy się stresujesz, to jesteś spięta i nieważnie, jak pięknie wyglądasz, spięta będziesz sztywniarą. Życie jest szare i nudne, ale można się pobawić ubraniem, zafundować uśmiech sobie i komuś innemu

Całość wspaniałego artykułu w „Wysokich obcasach ekstra” . Tytuł artykułu „Iris Apfel – Maksymalistka”, nr 7 (50), Lipiec 2016.

***

I to wszystko na dziś.

Mam trzy latka i jak na trzylatki przystało idę spać ;-)  Muszę odespać moje weekendowe wojaże :-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Czasopisma, Życie

 

Koniec roku szkolnego – małe podsumowania

23 cze

Koniec roku szkolnego

Malutka dziś miała zakończenie roku. Przyniosła wspaniałe świadectwo. Skończyła I klasę gimnazjum. Jutro młody przytaszczy swoje – też niczego sobie.

Spokojna, poukładana matka = spokojne, poukładane dzieci

Mój ogromny sukces

Jeszcze tylko zakończyć moje studia, oczywiście z tarczą, bo jakżeby inaczej. Czekam na wyniki egzaminów pisemnych.

Dziś siedziałam na egzaminach pisemnych w obcej szkole. Wzięłam ze sobą lekturę (egzamin trwał dwie godziny).

Wpadłam w Empiku na „Wysokie Obcasy Ekstra” z jakimś dodatkiem. Polowałam na Wysokie Obcasy dodatek do Wyborczej a przez przypadek wzięłam inny – miesięcznik. Nie żałuję. Mnóstwo wspaniałych artykułów. Między innymi o Elizabeth Taylor, o Sarze Blakely, która wynalazła majtki warte dziś milion dolarów i nazwała je Spanx (Klaps) – nota bene kobiecie bardzo upartej i zdeterminowanej na spełnienie swojego marzenia. W jej majtkach obciskających chodzą kobiety z całego świata (zobaczyłam zdjęcie Jennifer Lopez w takich majtasach i z ogromnym cellulitem na udach – ufff – jednak jest normalną kobietą a nie ikoną piękności bez skazy  – poproszę o więcej takich zdjęć!).

Następny artykuł o Vincencie van Goghu – mnóstwo ciekawostek.
Miał surowego ojca pastora, o którego miłość i akceptację walczył przez wiele lat i nigdy jej nie otrzymał. Matka nigdy nie rozumiała syna a jego malarstwo uznawała za śmieszne.
W szkole nie słuchał nikogo, robił co mu się podobało.
W wieku 11 lat rodzice oddali go do szkoły z internatem.
W wieku 15 lat ma dość szkoły i wraca do domu.
Kiedy ma 16 lat zaczyna pracę w antykwariacie stryja – żeby zadowolić rodziców. Jak myślicie, udaje mu się? Pewnie, że nie.
„Kiedy kończy 19 lat, wieczorami odwiedza burdele. Odtąd domy publiczne będą lokalami, do których zagląda często jako pierwszych po przyjeździe do jakiegoś miasta.” Tęskni za życiem rodzinnym, za kobietą, ktora będzie go kochała, bo jak pisze do brata „nie mogę żyć bez miłości”.
Kiedy kończy 20 lat wpada w fazę ostrego nawrócenia do Boga – zrywa się wczesnymi porankami, kładzie się wcześnie, czyta Biblię, umartwia się. Decyduje się na studia teologiczne! Żeby zmusić się do nauki wymierza sobie kary: biczuje się, sypia na dworze, chodzi w zimne dni bez płaszcza. Studia rzuca po 15 miesiącach. I popada w coraz większą depresję…
Jest ubogim kaznodzieją w górniczym miasteczku. Chodzi w łachmanach, z brudna twarzą, coraz chudszy…
Vincent choruje na rzeżączkę, przymiera głodem, jego obrazów nikt nie chce kupować, bo są smutne, szare, bez wyrazu. W końcu trafia do szpitala dla psychicznie chorych w Saint-Remy. Tam powstają miedzy innymi słynne „Słoneczniki”.
Brat Vincenta Theo też choruje na chorobę weneryczną. Kiedy choroba atakuje mózg trafia do szpitala psychiatrycznego i umiera.
Siostra Willi też zmarła w szpitalu psychiatrycznym, gdzie przebywała 40 lat. Czyżby dzieci były ofiarami wymagających i oschłych rodziców?  Przypłaciły chorobami psychicznymi traumy z dzieciństwa? A może choroby psychiczne były skutkiem chorób wenerycznych, tak rozpowszechnionych w tamtych czasach?

Ciekawe życie, prawda? To tyko zajawka ciekawego artykułu o Vincencie van Goghu

Jest też artykuł psychologiczny – wywiad z Natalią de Barbaro „Zuchwała jak Pippi” o tym jak siebie postrzegają mężczyźni a jak kobiety i dlaczego mamy ciężej.

Super miesięcznik. Warto kupić :-)

Tak sobie pomyślałam – super, że zaczęłam studia. Były cholernie trudne, przynajmniej dla mnie, ale poznałam wspaniałych ludzi, poznałam Warszawę z tej piękniejszej strony, odważyłam się wyjść z domu. Zaczęłam jeździć na wykłady (np. Laboratorium Psychoedukacji), do teatru, kina, na koncerty. Ruszyłam cztery litery z dziupli na 4 piętrze. Było warto przełamać strach. Wybór studiów to była nie bardzo przemyślana decyzja, impuls (wiem, że pracy z tego raczej nie będzie), ale ile mi dała „owoców” i satysfakcji to :-D :-D :-D No właśnie – brak słów.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Czasopisma, Życie

 

Dość dobra matka… Czyli jaka?!

29 maj

Chciałam pięknie dodać wpis na FB. Napisałam się, napisałam i niechcący najechałam myszką na jakieś miejsce – wszystko znikło. :-(
Chciałam się podzielić fragmentami wywiadu zamieszczonego w „Tygodniku powszechnym”. Tytuł „Dość dobra matka”. Na pytania odpowiadała terapeutka z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, pani Justyna Dąbrowska. Piękny artykuł. Szkoda, że 18 lat temu, kiedy byłam w ciąży a później urodziłam pierworodnego nie wpadłam na taki artykuł. Miałam jakiś poradnik dla „młodych rodziców” i tam sięgałam po odpowiedzi na mnożące się pytania. Nie na wszystkie jednak.
Pamiętam jak Młody, noworodek mierzący 52 cm i ważący 4,30 kg, po powrocie ze szpitala dawał „koncerty”. Nic nie pomagało przystawianie do piersi – nie było w nich wystarczająco dużo mleka. Więc co robi matka w takich momentach? Inne, nie wiem. Ja siedziałam nad nim, ryczałam i obwiniałam się za wszystko Ostatkiem sił zadzwoniłam do siostrzenicy, która zdążyła odchować już dwóch synów i wyjęczałam:
– Renata, ratuj. Cały czas płacze…
– Jak płacze?
– Jak to jak, drze się…
– Ok, zaraz będę.
I przyjechała. Uzbrojona w mleko w proszku. Zrobiła mieszankę, wlała w butelkę i nakarmiła mojego wielkoluda. Wybombował pół butelki, czknął, łypnął zapłakanym wzrokiem, który nagle zaczął się szklić i… zasnął. Nastała błoga cisza. Był po prostu głodny.

Pani Justyna mówi o pierwszej miłości między matką a dzieckiem i  że nie spada ona na kobietę jak grom z jasnego nieba. To prawda.
Będąc w ciąży przytyłam 30 kg. Wyglądałam jak słoń. Ważyłam 98 kg. Mój ginekolog lubił się ze mną droczyć w końcówce ciąży. Sam był korpulentnym panem, więc z satysfakcją dawał polecenie: „No pani Aniu, wskakujemy na wagę. I kto lepiej wygląda?” Myślałam, że go za to zabiję.

Młody rodził się przez cesarskie cięcie. Byłam pół przytomna, kiedy przyniesiono go do mnie po porodzie. Moja pierwsza myśl, kiedy go zobaczyłam: „Boże, jaki on brzydki”. Naoglądałam się filmów, gdzie noworodki to różowe, uśmiechnięte bobasy a tu przynoszą mi czerwonego, rozwrzeszczanego malucha, z zapuchniętymi oczkami.
I tu też pocieszyła mnie Renia, kiedy odwiedziła mnie w szpitalu:
- Widziałaś małego. Śliczny!

– Brzydki…
– No, to nie widziałaś moich. Sama urodziłam i wyglądali sto razy gorzej. Zanim się przepchnęli, nieźle się natrudzili, byli bardziej pomarszczeni, z nierównymi główkami, okropni a tu ten twój, zobacz, jaki wypoczęty – i zaczęła mi pokazywać zawiniętego w kocyk Młodego.
Miłość przychodziła powoli.
Inaczej było z Maleńką – ona była doskonała od pierwszego oddechu. Maleńka, delikatna, różowa i przepiękna. Wzbudzała zachwyty, achy i echy.

Ja miałam szczęście – nikt nie wpędzał mnie w poczucie winy, że jestem złą matką. Była wspierająca Renia i Mama. Obie mnie wspierały, pomagały, tłumaczyły. Mogłam na nie liczyć. Renata jest matką chrzestną Młodego.

Fragmenty artykułu:

Nasza kultura formułuje wobec matek bardzo wysokie oczekiwania, często wewnętrznie sprzeczne, z góry skazane na porażkę. Wiele z tych oczekiwań nie ma nic wspólnego z realnym życiem i opiera się na fałszywych założeniach. Otóż matka ma odnaleźć całkowite spełnienie w byciu całymi dniami z małymi dziećmi, żyjąc ich tempem, czerpać radość z wielogodzinnych zabaw klockami, ma być przy tym uśmiechnięta, odpowiadać na każde pytanie… Izolacja matek i dzieci od innych dorosłych jest nazywana „oddaniem i miłością”, a na dodatek matka powinna kochać dziecko niezmiennie i bezinteresownie – choć nie ma przecież takiego związku, w którym kocha się drugiego człowieka bez najmniejszej przerwy. To wszystko oczywiście ma się odbywać w wysprzątanym domu, gdzie na stole czeka świeżo ugotowane zdrowe jedzenie… Przecież te oczekiwania są bezwzględne. Na dłuższą metę trudno je spełnić.

Kolejny fragment, bardzo mądry:

Niektórzy pomyślą, że sugeruje Pani matkom, żeby stawiały swoje potrzeby wyżej niż potrzeby dziecka. 

Myślę, że to jest tak jak z maskami tlenowymi w samolocie – jak się coś dzieje, to najpierw zakładamy maskę sobie, a potem dziecku. Dziecko chce mieć matkę żywą i w dobrej kondycji. Dlatego jej potrzeby są ważne. Żeby była wyspana i w miarę spokojna. Żeby się nie bała, żeby jej nie zalewała złość, żeby miała poczucie, że jako tako panuje nad swoim życiem. Jeśli matka będzie spokojna, to będzie mogła z zaangażowanym zaciekawieniem patrzeć, jak dziecko rośnie.
A dziecko niewiele więcej potrzebuje. Chce mieć obok siebie kochającą osobę, która zapyta: „Co mogę dla ciebie zrobić, mały człowieku?”. Potrzebuje patrzeć matce w oczy i widzieć w nich spokój, czuć, że jego matka swobodnie oddycha. Dzięki temu ono czuje, że wszystko będzie dobrze i że generalnie sprawy toczą się w dobrym kierunku. (…) Jeśli matka jest zaniepokojona lub wściekła, nieustająco wewnętrznie rozdarta, to nie może ze spokojem myśleć o dziecku, spokojnie mu się przyglądać, próbować różnych sposobów kojenia go. Matka – mimo wielu starań – nie zawsze się domyśla, czego dziecko potrzebuje. Ale nie ma w tym nic złego, dla dziecka ważne jest, że się staramy, próbujemy się wczuć w jego położenie. Chciałabym być dobrze zrozumiana: nie nawołuję nikogo do braku wrażliwości albo do lekceważenia potrzeb dziecka. Życzyłabym sobie tylko, żebyśmy bardziej ufali w jego odporność. Dzieci mają więcej tolerancji dla naszych błędów niż my sami. (…)

Daliśmy sobie wmówić, że istnieje idealne rodzicielstwo. Że jak się tak porządnie wyedukujemy, naczytamy, nasłuchamy, to sami będziemy „świetni” i wychowamy „świetne” dziecko. Uważamy, że „moje dziecko świadczy o mnie”. Strach przed tym, że ktoś oceni i skrytykuje, sprawia, że nie możemy się przyglądać naszemu rodzicielstwu z zaciekawieniem. Z trudem także znosimy to, że czasem nasze dzieci są nieszczęśliwe – a przecież każdy z nas czasem bywa nieszczęśliwy! W efekcie, wielu rodziców czuje się tak, jakby nieustannie chodzili po polu minowym. Wystarczy, że dziecko poniesie porażkę albo jest mu smutno, a my myślimy: „Źle je wychowałam, za krótko byłam z nim w domu, za mało uwagi mu poświęcałam”… Ta spirala się nakręca. (…) Jeśli dzieci robią coś głupiego – a każdy z nas czasem robi coś głupiego – coś im się nie udaje albo przeżywają coś dramatycznie, to potrzebują spokojnej i uważnej obecności, pytania: „Czy mogę coś dla ciebie zrobić?”, a nie naszego obwiniania się.

I końcówka, przy której zaszkliły mi się oczy:

Chciałabym strawestować „Dezyderatę”, która wisi nad moim biurkiem: „Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu, i przyglądaj się pogodnie, jak twoje dziecko rośnie, zmienia się i dojrzewa…”.

Mam to szczęście obserwować moje dwa cuda jak rosną, zmieniają się, dojrzewają…
Wciąż, niezmiennie mnie zadziwiają… I kocham ich całym sercem <3

Piękny artykuł.

Całość do przeczytania w ostatnim numerze (22) Tygodnika powszechnego, albo na stronie internetowej „Tygodnika powszechnego” <<<tu>>>

 

JUSTYNA DĄBROWSKA jest psychoterapeutką w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, specjalizuje się w pomocy okołoporodowej. Założycielka miesięcznika „Dziecko” i jego wieloletnia redaktor naczelna. Autorka m.in.: książki „Spojrzenie wstecz. Rozmowy”, a ostatnio „Matka młodej matki”. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Czasopisma

 

Rzeczywistość, która zaczyna się burzyć. I to ma być dobre :-O

31 mar

Czwartunio, o czwartunio…
Mówią środa minie, tydzień zginie…
I ginie. Bardzo szybko.

Środa też minęła. Bardzo grzecznie udałam się na terapię. Terapeuta wspaniałomyślnie oznajmił już w poniedziałek, że będzie w środę (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu).  Znów wszystko było przeciwko mnie tego dnia – czas się dziwnie skurczył. Wyjechałam późno. Znów wiele samochodów przede mną na wiadukcie. Przyjechałam parę minut po ósmej. Wypasiony samochód terapeuty już stał przed przychodnią. Bawara, jakby nie patrzył, prezentuje się pięknie, nawet w białym kolorze. Może jest trochę toporna w kształcie, ale podobno niezawodna (jak audi). Audi ma ładny kształt – mam rocznik 95 i pomimo wieku wygląda pięknie i pięknie się prowadzi.

Pamiętam jak ją kupowałam. Miałam odłożone pieniądze. Niewiele, jak na kupienie samochodu. Ciężko zapracowane w dwóch pracach.
Pojechałam z bratem do komisu i zaczęliśmy oglądać. Jemu w oko wpadło czerwone audi. - Piękne – pomyślałam i zerknęłam na cenę. Kilkanaście tysięcy. Samochód jeszcze nie przerejestrowany – sprowadzony z Niemiec. 
- Nie dla mnie – pomyślałam i popatrzyłam z żalem.
Brat nie ustępował. Otworzył drzwi samochodu i powiedział:
- To chociaż usiądź. Zobacz jak się siedzi w takim samochodzie.
- Ok. Usiąść mogę, ale nie stać mnie na niego.
Wsiadłam. Super. Po maluchu i uniaku to był jakiś kosmos.
Brat w tym czasie rozmawiał z właścicielem komisu.
- No to jedziemy – oznajmił mi niespodziewanie.
- Ok, ale ty prowadzisz – przesiadłam się na miejsce pasażera. Z tyłu wsiadł właściciel komisu i ruszyliśmy na jazdę próbną samochodem, na który nie było mnie stać.
W czasie jazdy okazało się, że samochód ma parę usterek, których nikt nie był w stanie naprawić. Według właściciela „nikt nie mógł wyczuć, gdzie jest zlokalizowana wada”.
- Ja wiem – odezwał się brat – ale trzeba opuścić z ceny – i zaczął się targować.
Po tych targach wyjechaliśmy z komisu do warsztatu brata MOIM samochodem.
Dzieciom w domu pokazałam zdjęcie i zapytałam, czy podoba im się auto. Syn był zachwycony i od razu zapytał, czy to nowy nabytek wujka. Skłamałam, że tak. Dwa tygodnie po świętach auto było gotowe do odbioru i tak stałam się właścicielką „rudej ślicznotki”. Służy nam już piąty rok. Wozi od gór aż po morze – bardzo bezpiecznie.

Ale ja tu gadu, gadu w was pewnie skręca z ciekawości jak środowa sesja przebiegła.

W przychodni zobaczyłam dawno już nie widzianą panią doktor, terapeutkę i piękna kobietę. Poznałam ją w grupie teatralnej. Młoda, zdolna, mądra a do tego piękna.

No, ok. Tym razem z sesji nie wyszłam. Bardzo się denerwuję tymi spotkaniami. Niby jestem spokojna i ułożona a tam, w gabinecie cała „chodzę”. Przestawiam stopy, „siadam” na dłoniach, albo gestykuluję nimi. Pomimo tego, że siedzę, to cała „chodzę” i nie mogę nad tym zapanować. Nie patrzę na terapeutę. Ostatnio jestem wpatrzona w okno, albo drzwi, albo na plakat przedstawiający Buddę i przypominają mi się opowieści zen, o tym co tu i teraz. No tu i teraz jestem na terapii, więc płyną słowa, albo słychać… ciszę. „Mielę” później te słowa w swojej głowie przez wiele dni. Niby nic się nie dzieje, ale tak naprawdę dzieje się wiele.
Okazało się, że moje wyjście z ostatniego spotkania pokazało o mnie więcej niż całe te moje ponad dwuletnie spotkania. Dla mnie to jakiś kosmos. To burzy cały mój porządek. To, że nie wytrzymałam i wyszłam cała w emocjach jest pozytywne. Ja tego nie rozumiem, ale on tak… Postrzega to bardzo pozytywnie, zupełnie inaczej niż ja. Ja te dwa tygodnie, kiedy terapii z różnych powodów nie było,  traktowałam jak jakąś wstrętną prowokację, odwet za to, że wyszłam i nie chciałam „dłubać w sobie” a on tym czasem mówi zupełnie co innego. Świat stanął na głowie. To co, powinnam wrzeszczeć, trzaskać drzwiami, wykłócać się o swoje? Jakaś schiza :-( Moja rodzina byłaby wstrząśnięta (moim niegrzecznym wyjściem) a on jest z tego zadowolony. Mój stary świat się rozwala a on mówi „to było najlepsze co zrobiłaś przez dwa lata”. Nie ogarniam…

Dalej mu nie ufam…

Gubię się…

Spotykam się z facetem, który umie słuchać, nic za to nie chce i nie jest agresywny. Kosmos… Dla was to pewnie śmieszne? A dla mnie? Czuję się jak na kruchym lodzie, który pęka i szybko zaczyna się kruszyć. Obawiam się głębiny pod stopami. Moja strefa dotychczasowego „komfortu” kończy się. Dotarłam do ściany… Co będzie?

Powiedziałam mu o tym. Powiedziałam też, że wątpię, czy mi pomoże. Nie przeszedł tego co ja. Nie znam go, więc nie mam żadnego punktu zaczepienia. Plotki, które słyszę na jego temat są tylko „legendą”. Jakaś totalna próżnia. Wiem, mogę przerwać terapię. Mogę nie przychodzić i miałabym spokój. Mogę, ale intuicja pcha mnie do poznania siebie. Tam, w gabinecie czuję… no właśnie, nie wiem nawet co czuję. Złość, czy strach? Przeczytałam fajny artykuł w „Zwierciadle”, i dowiedziałam się, że ból w klatce piersiowej to oznaka ukrywanego strachu. Kiedy mnie boli w klatce piersiowej mówię, że to od złości. Takiej hamowanej złości a tu chodzi o strach. I znów się pogubiłam. Czyżbym zamiast złości wciąż czuła strach? Zmagazynowałam tego strachu ogromne pokłady, bo czasami boli jak cholera i gdybym nie miała świadomości, że to ból psychosomatyczny, ganiałabym po lekarzach, robiła wciąż nowe EKG i mówiła o grożącym mi zawale, bo objawy są bardzo podobne. Opis strachu z artykułu: „Rejestrowany jest przez ściśnięcie żołądka, skurcze, oziębienie, krew odpływającą z mózgu, zawroty głowy, słabość oraz ucisk w klatce piersiowej. Skrajny strach sprawia, że chcesz uciec. Kiedy silny strach zmienia się przerażenie, paraliżuje nas.” – wypisz, wymaluj – ja na terapii. Mówię często „mam spokój” a nadal się boję… Na terapii mówię, że jestem zła na niego, za przekładanie wizyt a tu taki myk…

Nic już nie wiem. To co kiedyś uznawałam za dobre, teraz ukazuje nowe oblicze. Jakiś matrix…

No, ok 22:00. Jestem bardzo zmęczona. Koniec na dzisiaj. Kłopoty i myślenie zostawiam na jutro. Idę spać.

Dobranoc :-D

Please dont coll ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

„Charaktery” i ciekawy artykuł „Jak sobie szkodzimy”

03 lis

Ok. Mogłabym o sobie opowiedzieć w osobie trzeciej. Mogłabym dodać jakąś wyimaginowaną przyjaciółkę, koleżankę, wymyślić historię i w jej fabułę wpleść osobiste wątki. Mogłabym… ale po co? Mogłabym opowiadać o nieistotnych rzeczach, ubarwiać to humorem i cieszyć się, że potrafię „obśmiać” swój strach, złą sytuację – czytaj – mam poczucie humoru. Tylko po co? Ten blog powstał z nadmiaru złych emocji, które przepełniały wystraszoną głowę. Sporo „znajomych” wie o jego istnieniu. Usłyszałam nawet kiedyś słowa rzucone w gniewie, że mogę na swoim blogu wypisywać różne rzeczy o sobie. Wiem, że mogę i robię to. Jest to element terapii. Terapii bardzo trudnej i czasami bolesnej, bo przemiana z przerażonego szczeniaka, podkulającego ogon, w pewną siebie kobietę, nie jest łatwą metamorfozą.  Zaprogramowany umysł broni się przed nowymi informacjami. Iluzja jest bardzo mocna, wręcz schizofreniczna (a wiem o czym mówię) a obraz „nowego świata” zamiast cieszyć przeraża.  Nie jest łatwo.

Ten wpis powstawał w „ratach”.

@@@@@@@@@@@@

Zaduszki.

Dzień w pracy.

Informacje o mieszkaniu. Okazało się, że niepotrzebnie czekam na pozwolenie z „góry” . Niepotrzebne takie pozwolenie a z pracy poszła jedynie informacja o zamiarze udostępnienia mieszkania przez mojego pracodawcę. Jest problem. Problem dotyczący poprawienia instalacji wodnej i elektrycznej w nowym mieszkaniu.  Po moich „argumentacjach”, że mnie nie stać na takie remonty, bo to będzie wydatek rzędu 2 tyś. zł szef zgodził się na obejrzenie lokalu. Malutkie światełko w tunelu? Oby to nie były światła lokomotywy. Wszędzie schody (i nie chodzi o mieszkanie). Łatwo się mówi „Rzuć, odejdź, będzie ci lepiej samej, itd.”. Ok, rzuciłam. Wybrałam spokój , a w zamian mam … to co mam – ciągłą niepewność i strach w temacie mieszkania.

W internecie koleżanka na FB wyświetliła post o kobiecie, która mieszka w altance z trójką dzieci, bo uciekła od agresywnego męża. Polityka państwa – pisałam o niej wcześniej. Wszystko ładnie wygląda na papierze a w rzeczywistości wszyscy „olewają” takie matki jak ja i ta pani (a sądzę, że takich pań jest dużo). I nie chodzi tu o to, że jęczę nad dokonanym wyborem, ale doświadczam spychologicznego traktowania w moim życiu.. „Chciałaś to masz! Teraz sobie radź sobie sama a my popatrzymy a jak ci się nie uda, to powiemy – sama sobie winna!”

Po powrocie z pracy poszłam na kije. Zrobiłam z 10 km. Nic nie dało. Niepewność została.

Strach liże od wewnątrz. Strach i złość na siebie samą, dlaczego nie umiem wybrać dobrego wyjścia. Motam się… Odkładam wszystko na później, z nadzieją, że samo jakoś się rozwiążę. Hibernuje.

charakteryW listopadowych „Charakterach” zamieszczono ciekawy artykuł „Jak nie gmatwać sobie życia?” „Jak sobie szkodzimy”. Przeczytałam i zadumałam się. Artykuł jakby pisany o mnie. Ja wciąż postępuje destrukcyjnie. Nie umiem się odnaleźć w nowej sytuacji. Czuje się niepewnie, wciąż pełna lęku. Według artykułu sukcesem jest uświadomienie sobie tego stanu. Ok, uświadomiłam sobie a terapeuta pracuje nad budowaniem nowych neuroprzekaźników w moim mózgu, aby zaczął myśleć „po nowemu”, abym ja zaczęła postrzegać rzeczywistość inaczej.  Potrzeba czasu…

Osoby z „przemocowych” domów mają inaczej ukształtowane neuroprzekaźniki, inaczej myślą, inaczej odbierają rzeczywistość, wszystko jest postawione „odwrotnie”. Boją się normalnego życia, bo nie potrafią się w nim znaleźć. Oni/my nauczyliśmy się radzić sobie w tzw. „patologii”. Nieświadomie włącza się „ośrodek walki”. Bardzo ciężko nauczyć się normalnego życia i wygląda to tak: dwa kroki do przodu a trzy w tył, i jak tu iść do przodu? Za mało się staram? Nie staram się, jak potrafię…

Ale, oto co przeczytałam w artykule:

„Różne są przejawy autodestrukcji. Niektóre z nich wydają się całkiem niewinne, do tego przynoszą nam korzyści. Ale zarazem szkodzą.

Uporczywe trwanie w takich niezdrowych wzorcach zachowań pozwala zrozumieć koncepcja grupy z San Francisco, znana jako teoria panowania i kontroli. Jej fundamentem jest zaproponowane przez Josepha Weissa i Harolda Sampsona, psychoterapeutów i badaczy, pojęcie „patogennych przeświadczeń”. Powstają one w rezultacie dziecięcych przeżyć i służą przystosowaniu, bowiem dziecko potrzebuje rodziców, nawet jeśli je ranią. Dlatego rozwija takie spostrzeganie i rozumienie świata, które umożliwi mu przetrwanie w otoczeniu, mimo dziejących się tam traum. Na ogół nie zdaje sobie sprawy z tych przeświadczeń albo uznaje je za racjonalny światopogląd, na przykład, że warto zawsze ustępować innym, bo przecież „pokorne cielę dwie matki ssie”.
By zapobiec traumom (lub chociaż ograniczyć ich siłę), dziecko próbuje zrozumieć, jak przyczynia się do nich i przypisuje sobie odpowiedzialność za różne wydarzenia, często zupełnie niezależne od niego. Na przykład wierzy, że rodzice się kłócą, bo nie było dość grzeczne, albo godzi się rezygnować z ważnych dla siebie spraw, by nie sprawić im kłopotu. Psychoterapeuci w pracy z pacjentami odkrywają często ich patogenne przeświadczenia. Na przykład takie, że ich złość zniszczy osoby kochane, że tylko dramatyczne wyrażanie uczuć zapewni im miłość, że ich sukces skrzywdzi bliską osobę, że zasługują na złe traktowanie, że okazanie słabości czy miłości spotka się ze wzgardą i odrzuceniem, że bliskość nieuchronnie kończy się opuszczeniem, więc jeśli się zaangażują, to zostaną porzuceni itp. Nie zawsze są to proste dyrektywy, czasem te przeświadczenia mogą wyrażać konflikt, czego przykładem jest myślenie: „jak pozwolę się komuś zbliżyć,zostanę wykorzystana; jeśli nie pozwolę – już nikt mnie nie zechce”. Dotyczyć mogą nie tylko związków miłosnych, lecz potencjalnie każdej sfery życia. Ktoś nie decyduje się podjąć pracy, która nie daje mu pełnego poczucia stabilności (na początek będzie to umowa czasowa), ponieważ ma głęboko wpojone przekonanie, że taka decyzja jest nieodpowiedzialna, ryzykowna, i zostałby za nią słusznie ukarany przez los. W rezultacie od dwóch lat nie pracuje i jest coraz bardziej rozczarowany światem, który nie docenia jego uczciwości.

Czy jesteśmy skazani na bycie do końca życia we władzy patogennego przeświadczenia albo przymusu powtarzania szkodliwej relacji? Jak sugeruje Jon Fredericson, nie musi tak być. Możemy się zmieniać, choć w przypadku utrwalonych wieloletnich wzorców nie jest to łatwe. Pierwszym i bardzo ważnym krokiem jest dostrzeżenie ich u siebie. Ludzie stosują niezliczone manewry obronne, by nie zobaczyć własnego udziału w swym nieszczęściu. Nieświadomie bronią się przed konstatacją, że ich dziecięca strategia, kiedyś przydatna, w dorosłym życiu stała się źródłem bólu i częstych kłopotów. W dzieciństwie próbowali zobaczyć przyczynę po swojej stronie, bo to dawało choćby złudzenie wpływu na własny los. A teraz jako dorośli próbują umieścić wszystko na zewnątrz. Wierzą, że to nie oni sobie szkodzą sztywnymi i zupełnie już nieprzystającymi strategiami, lecz że świat jest wobec nich nie w porządku. Dla tych, którzy nie chcą tego zobaczyć, jakąś nadzieją jest psychoterapia, choć niełatwo się na nią decydują, bo niby dlaczego mieliby nad sobą pracować, skoro wina jest po stronie innych? Natomiast ci, którzy już dostrzegli, jak sobie szkodzą, mogą próbować skorzystać z tej samoświadomości. Nie jest to proste, bo nasz sposób wchodzenia w relacje z innymi budował się przez lata i korzystamy z niego automatycznie. To są pierwsze, najbardziej dla nas oczywiste, reakcje. Zmiana wymaga odejścia od tej oczywistości, dużej uważności na odczucia i zachowania. Trochę tak, jakbyśmy z autopilota mieli przejść na ręczne sterowanie. Ta nowa uważność może dotyczyć tego, jak w ogóle żyjemy, jak traktujemy siebie, swoje ciało. Wybitna współczesna psychoterapeutka psychodynamiczna Karen Maroda nie waha się zalecać pacjentom, by np. zmienili dietę czy podjęli aktywność fizyczną, i sądzi, że to może zainicjować głębsze zmiany psychologiczne. Czasem wystarczy wziąć udział w zajęciach w grupie o charakterze rozwojowym, które umożliwiają nam dostrzeżenie wzorca, w którym utknęliśmy. Dzięki dobrze prowadzonej grupie możemy odkryć, w jaki sposób uporczywie szkodzimy sobie, i sprawdzić, czy da się inaczej. Jeśli już zauważymy własny, niszczący nam życie mechanizm, nie warto wywierać na siebie presji, by zmiana zaszła natychmiast. Miejmy dla siebie trochę zrozumienia – ten mechanizm nie wziął się przecież z niczego. Kiedyś zapewnił nam przetrwanie i dlatego teraz tak kurczowo się go trzymamy. Ale świat wokół nas jest teraz inny, a nasze zasoby i możliwości są znacznie większe niż kilkuletniego dziecka. Jeśli to zobaczymy, otworzy się nowa perspektywa.”
ZOFIA MILSKA-WRZOSIŃSKA

Niech się więc otworzy ta nowa perspektywa. Mocno nad tym pracuję.

Już oczami wyobraźnie widzę budujące się nowe połączenia synaptyczne w moim mózgu. Hę, zbuduję sobie zamiast domu nowy mózg. Na razie i jedno i drugie idzie jak po grudzie :-(

@@@@@@@@@@@

Dzięki Ci Boże!

Warto mówić to, co się myśli! Warto powiedzieć, że coś przeszkadza, że jest niezgodne z oczekiwaniami i prosić o pomoc. Powiedziałam wczoraj i dziś zyskałam!

Instalacja elektryczna i wodna będą zrobione. Zmienią mi zlew i sedes w łazience. Zainstalują światło w pomieszczeniach. POMOGĄ MI! A ja muszę wziąć się za skrobanie ścian. Może zdążę do końca listopada. Dyrektor powiedział też coś o rozliczeniu w czynszu za koszty związane z remontem. Będzie dobrze!

Przydałaby się Katarzyna Dowbor i jej program :-D – Wyremontujemy twój dom! He he he!

A i nareszcie wysłałam pocztówki do Marty. Trochę późno, ale…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Czasopisma, Życie

 

Mój ulubiony temat, czyli mity o psychoterapii.

29 sie

Przez przypadek wpadłam na artykuł w „Tygodniku powszechnym” dotyczący terapii. Najpierw przeczytałam artykuł „Nie bój się psychoterapii” , „Jak żyć i nie zwariować”  i „Nie jestem psychoterapeutą, ale…” . Lubię takie artykuły, bo dają odpowiedź na moje „przemyślenia”. Ja lubię wiedzieć, dociekać i dywagować ;-) Bardzo mi się podobają!

Artykuł „10 mitów o psychoterapii” ze strony „Tygodnika powszechnego”.

Mit pierwszy: „Nie ma żadnych dowodów na skuteczność psychoterapii”

Skuteczność psychoterapii została potwierdzona w wielu badaniach naukowych, dlatego teraz bada się nie to, c z y psychoterapia działa, ale to, c o dokładnie i na jaki rodzaj cierpienia bądź trudności pomaga. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne określa psychoterapię jako metodę o dowiedzionej skuteczności, a Światowa Organizacja Zdrowia wskazuje psychoprofilaktykę i psychoterapię jako jedne z głównych narzędzi skutecznych podczas rosnącej dziś na świecie epidemii depresji.

Z braku miejsca trudno tu cytować konkretne badania – po szczegóły odsyłam do znanej z rygorystycznych wymogów metodologicznych Cochrane Library, niezależnej organizacji o uznanym na świecie naukowym prestiżu, gromadzącej badania naukowe i ich metaanalizy. Dzięki postępowi w neuronauce intuicje prekursorów psychoterapii zyskują dziś twarde dowody.

Mit drugi: „Psychoterapia to przyjaźń za pieniądze”

Relacja psychoterapeutyczna różni się od przyjaźni na wielu płaszczyznach. To psychoterapeuta bierze odpowiedzialność za jej powodzenie. To on przedstawia przewidywalne, stałe i w miarę niezmienne warunki współpracy: liczbę i miejsce spotkań, czas trwania sesji, wysokość wynagrodzenia, zasady postępowania na wypadek sytuacji awaryjnych. Terapeuta nie zwierza się pacjentowi, nie zaprasza go do swojego prywatnego życia i nie uczestniczy w życiu prywatnym pacjenta (nie chodzi na urodziny, nie wysyła kartek z wakacji), nie przyjmuje prezentów, nie korzysta z usług pacjenta.
Psychoterapeuta nie udziela rad, nie pociesza, nie daje przepisów na życie i nie podpowiada zmiany światopoglądu. Wynika to z szacunku dla pacjenta i głębokiego przekonania, że gdy pacjent zrozumie lepiej, co dzieje się w jego wewnętrznym świecie, będzie umiał podjąć najlepsze dla siebie decyzje. Jak pisze Irvin Yalom: „Pamiętaj, że nie jesteś w stanie zrobić wszystkiego. Niech ci wystarczy, że możesz pomóc pacjentowi w uświadomieniu sobie, co trzeba zrobić. A potem zaufaj jego własnemu pragnieniu zmiany i rozwoju”.

Mit trzeci: „Psychoterapia to zwykła rozmowa”

Rzeczywiście jednym z podstawowych narzędzi pracy psychoterapeuty są słowa, ale dialog prowadzony w psychoterapii jest szczególny – koncentruje się na życiu psychicznym pacjenta. Na tym, co czuje, o czym myśli, co mu się przypomina, jakie ma skojarzenia, co mu się marzy, o czym śni. Pacjent opowiada także o tym, co mu się przydarza, co zamierza, jak to realizuje.

Psychoterapeuta nie tylko słucha i mówi, ale również patrzy i rejestruje, co się dzieje w pokoju terapeutycznym poza słowami – co pacjent przeżywa, co „mówi” jego ciało, jak odnosi się do terapeuty i jakie w terapeucie wywołuje uczucia. To wszystko są istotne informacje o tym, z czym zmaga się pacjent, jak buduje relacje z ludźmi.

Dlatego od psychoterapeuty wymaga się czegoś szczególnego – by był empatycznym towarzyszem przeżyć pacjenta, a zarazem umiał intelektualnie opracowywać to, co i jak pacjent mówi: tworzyć nowe połączenia, szukać nowych sensów, wydobywać to, co nieoczywiste.

Mit czwarty: „Psychoterapeuta jest jak ksiądz”

Psychoterapeuta nie ewangelizuje, nie wygłasza kazań, nie spowiada, nie rozgrzesza i nie zadaje pokuty, choć czasem pacjent w rezultacie lepszego zrozumienia siebie przestaje się obwiniać i doznaje ulgi. Psychoterapeuta stara się nie eksponować swoich przekonań etycznych, religijnych czy politycznych, lecz razem z pacjentem szuka tego, co będzie dla niego dobre, próbując nie ulegać żadnym z góry przyjętym założeniom co do rezultatu.
Christopher Bollas pisze: „aby zrozumieć pacjenta, trzeba go najpierw odnaleźć w samym sobie”. Badania nad psychoterapią pokazują, że właśnie ta otwarta, pełna ciekawości i chęci zrozumienia postawa terapeuty jest jednym z podstawowych czynników leczących.

Mit piąty: „Psychoterapeuta szuka prawdy”

Edgar Levenson mówił: „Esencją psychoterapii jest nie tyle prawda, ile sposób, w jaki się do niej dochodzi”. Psychoterapeuta nie jest detektywem czy archeologiem. Nie jest także sędzią, który ustala winę czy feruje wyroki. Psychoterapeuta nie tropi faktów, nie uściśla, „jak było naprawdę”, tylko bada, jaki wpływ mają różne wspomnienia, wzorce zachowań czy przekonania pacjenta na to, jak mu się dzisiaj żyje – celem jest uzyskanie większej swobody w przeżywaniu uczuć i uzyskanie wewnętrznego spokoju.

Jak pisze Glenn Gabbard: „Wynikiem terapii powinno być poczucie, że »żyje się we własnej skórze« i jest się autentycznym”.

Mit szósty: „Psychoterapia to tylko moda”

Modą nazywamy zazwyczaj krótko trwające trendy, które wpływają na nasze zachowania – ulegamy modzie, gdy chcemy zyskać aprobatę, podnieść swój status, zaspokoić aspiracje. Zważywszy na to, że Zygmunt Freud rozpoczął praktykę kliniczną w roku 1886, byłaby to moda nadzwyczaj ugruntowana w czasie…

Owszem, modne bywają trendy, które nie są psychoterapią i nie mają udowodnionej naukowo skuteczności, jak NLP, „radykalne wybaczanie”, „ustawienia Hellingera”, „rebirthing”, „regressing” czy „pozytywne myślenie”.

Mit siódmy: „Jeśli ktoś przedstawia się jako psychoterapeuta, to w jego kwalifikacje zawsze można wierzyć”

Niestety, w Polsce każdy może siebie nazwać psychoterapeutą, ponieważ zawód ten nie jest wciąż uregulowany prawnie. Nic dziwnego, że ludzie poszukujący pomocy bywają zdezorientowani.

Dlatego decydując się na wizytę u psychoterapeuty, sprawdźmy jego kwalifikacje: powinien mieć wykształcenie wyższe, najlepiej psychologiczne lub psychiatryczne; powinien mieć ukończone szkolenie psychoterapeutyczne, spełniające odpowiednie warunki.

W Polsce dowodem spełnienia tych warunków jest rekomendacja przyznana placówce szkolącej przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne lub atest Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Oba te stowarzyszenia przyznają certyfikaty psychoterapeuty nadawane przez komisje niezależne od ośrodków szkolących.

Profesjonalny psychoterapeuta ma za sobą wiele godzin staży klinicznych, ukończył własną psychoterapię, a swoją pracę poddaje systematycznej ocenie bardziej doświadczonych kolegów (tzw. superwizji).

Mit ósmy: „Psychoterapeuci sami mają problemy, dlatego chodzą na terapię”

Odbycie własnej terapii jest elementem szkolenia. Jak pisze Irvin Yalom: „Terapeuta musi znać własną ciemną stronę i umieć z empatią podchodzić do wszelkich ludzkich pragnień i impulsów”. Terapia własna jest potrzebna, by narzędzie pracy psychoterapeuty – jakim jest on sam – poznać jak najlepiej.
To nie znaczy, że terapeuta nie popełnia błędów – nie ma idealnej terapii, podobnie jak nie ma idealnych związków czy idealnych rodziców. Dlatego terapeuta swoją pracę systematycznie omawia ze swoim superwizorem.

Mit dziewiąty: „W czasie psychoterapii trzeba mówić o dzieciństwie i oskarżać rodziców”

Wspominanie swojego życia jest ważną częścią psychoterapii długoterminowej. Bez sięgnięcia do dzieciństwa ani terapeuta, ani pacjent mogą nie zrozumieć w pełni tego, co dzieje się tu i teraz. Dzieciństwo to historia, za którą człowiek nie jest odpowiedzialny, ale której ciężar często dźwiga.
W terapii nie chodzi o oskarżanie (np. rodziców), lecz o zrozumienie części głębszych przyczyn naszej obecnej sytuacji i dorosłe wzięcie odpowiedzialności zarówno za to, co można zmienić, jak i za to, że czegoś zmienić się nie decydujemy.

Mit dziesiąty: „Psychoterapia trwa latami i może uzależnić”

Współcześnie istnieje wiele nurtów psychoterapii krótkoterminowej. Wiele problemów udaje się rozwiązać za pomocą psychoterapii ograniczonej w czasie, trwającej od paru do kilkudziesięciu sesji.

Już Freud pisał, że ostatecznym celem psychoterapii jest uzyskanie zdolności „do miłości i do pracy”. Psychoterapia powinna trwać na tyle długo, na ile pacjent tego potrzebuje, ale najkrócej, jak to możliwe. Świadectwem tego, czy terapia jest udana, są realne zmiany w życiu pacjenta, a nie to, czy „podoba mu się” na terapii. Jak pisała 65 lat temu Frieda Fromm-Reichmann: „Najistotniejszym celem psychoterapii jest wzrost, dojrzewanie i wewnętrzna niezależność pacjenta, jego wolność od lęku i napięcia, zdolność do kształtowania trwałych i bliskich relacji z innymi oraz do przyjmowania i dawania »dojrzałej miłości«”. ©

JUSTYNA DĄBROWSKA jest terapeutką pracującą w warszawskim Laboratorium Psychoedukacji, integrującą podejście psychodynamiczne z egzystencjalnym. Jako publicystka i autorka wywiadów stale współpracuje z „TP”.