RSS
 

Notki z tagiem ‘Książki’

Złudne dobro i drapieżność w dobroci.

19 mar

animals-659711_1280Pobożny tygrys

Żył sobie raz tygrys, który udawał świętego, aby oszukiwać podróżnych. Przyzywał podróżnych mówiąc, że w ramach dobroczynności chce im dać naszyjnik ze złota. Podróżni, którzy zbliżali się do niego, pytali:

- Czyż mogę zaufać tak krwiożerczej bestii?

Tygrys zwykł odpowiadać:

- W młodości żyłem w sposób niegodziwy. Zabiłem wiele krów i wielu ludzi, ale potem spotkałem pewnego świętego, który doradził mi, abym rozdawał dobroczynne dary oraz żył pobożnie. Pisma Święte mówią, że istnieje osiem rodzajów pobożnych czynów: 1) ofiary, 2) studiowanie Pism, 3) dobroczynność, 4) pokuty, 5) mówienie prawdy, 6) cierpliwość, 7) przebaczanie oraz 8 ) brak pożądania. Pierwsze cztery z nich można łatwo praktykować na pokaz, podczas gdy drugie cztery znaleźć można jedynie u wielkich dusz, a udawać je jest bardzo trudno…

Tygrys przemawiał do podróżnych w taki sposób namawiając do przyjścia po piękny i cenny naszyjnik. Zbliżając się do tygrysa po naszyjnik podróżni utykali w błocie, gdzie tygrys dopadał ich, zagryzał i pożerał. (Hitopadeśa)

Komentarz: Ludzie którzy zwabiają cię do siebie pod pozorem ofiarowania dóbr materialnych, błyskotek, mogą jak ów tygrys mieć wobec ciebie niecne i przewrotne zamiary. Strzeż się i miej baczenie.

 

Człowiek dla człowieka… tygrysem?

Morał dosyć drapieżny.

A na dworze coraz więcej słońca. Przyroda budzi się do życia. Wczoraj wybrałam się na rower a dziś znów szybki marsz z kijkami przez godzinę. Mijałam dwie znajome, które były mocno  zdziwione moim widokiem. Lekko stremowana zakrzyknęłam:

- Zapraszam do towarzystwa!

- Nie, dziękujemy! Niesiemy zakupy!

- Noszenie toreb to też pewien rodzaj sportu, ale mój jest przyjemniejszy…- zaśmiałam się i pogoniłam przed siebie.

W głowie przetwarzam wtorkowe spotkanie. Myślę…

I cieszę się ze spokoju i z tego słońca i…

z tego, że coraz częściej mówię „nie” i wyraźnie informuję, że coś mi nie odpowiada, przeszkadza, drażni i ja tego nie chcę…

Może jeszcze za nerwowo, z wielką obawą, że kogoś urażę, ze strachem, ale informuję …

I podoba mi się !

A teraz piosenka o dziewczęciu  :lol:  Oj tak!

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Muzyka

 

„Babskie fanaberie” – książka dla kobiet pragnących zmiany siebie.

24 sty

babskie-fanaberieKupowałam książki dla syna – kolejne tomy „Wiedźmina” i przy okazji załapałam się na promocję a właściwie super promocje – ksiązki za 5 zł. Dlaczego nie skorzystać? Więc skorzystałam i wśród zamówionych książek trafił mi się rarytas – „Babskie fanaberie … czyli w cholerę z tym wszystkim!”

Autorka, pani Ania Witowska, założycielka strony Kobiecy punkt widzenia (jest też na Facebooku  Kobiecy punkt widzenia). Choroba, blondynka, ale jaka blondynka?! 8-O Piękna, z niebieskimi oczami i do tego łamiąca stereotypy o blondynkach!  :lol: „W swojej pracy motywuje kobiety do zmiany myślenia, podejmowania inicjatywy i odkrywania własnego potencjału”.  Spuer babka! A książkę się połyka w jeden wieczór! Dokładnie i bez przesady!

Fragment, który do mnie przemówił i wielkimi literami na kartce, w tej książce, nagryzmoliłam słowo – WŁAŚNIE!

Tytuł: Budzik

(…) dryńńńńńń!, zadzwonił budzik. Jak rano każdego ranka wstałam i poszłam do łazienki, popatrzyłam w lustro, zerknęłam na siebie. Siebie wczorajszą, siebie sprzed tygodnia, siebie z perspektywy przeżytych lat, siebie z bagażem doświadczeń, lepszych bądź gorszych decyzji, siebie żyjącą życiem…

No właśnie, jakim? Czy takim, o jakim marzyłam?Czy takim, jakiego zawsze chciałam? Czy…? Ech, westchnęłam i automatycznie zaczęłam szorować zęby. Jest już za późno, przecież nie cofnę czasu i nie zacznę od nowa.

Przetarłam zaparowane lustro i jeszcze raz popatrzyłam na siebie. Przecież niezależnie od tego, ile mam lat i ile błędów popełniłam w przeszłości, liczy się tylko ten moment. Spojrzałam na siebie jak na kogoś, kto może coś zrobić.

Moje WCZORAJ

nie musi oznaczać mojego DZISIAJ

Mogę oddzielić siebie,

jaką byłam,

od siebie, jaką chcę być.

Tu i teraz, w tym momencie mogę zacząć inaczej, mogę zacząć od nowa, moje dotychczasowe błędy mogą stać się lekcjami na przyszłość, moje złe decyzje mogą wskazać nowy sposób działania, moje porażki mogą dać mi siłę do przyszłego sukcesu.

Nie mam wpływu na to, co było wczoraj, ale mogę zrobić coś z tym, co będzie jutro. Tym razem z pełną świadomością:  dryńńńńńń!”

WŁAŚNIE!!!!

Fragment książki: Ania Witowska, Babskie fanaberie, czyli w cholerę z tym wszystkim!, Feeria, Łódź 2014, s. 88-89.

Do posłuchania:

„Nie będę myśleć dziś i na jutro to zostawię”

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Książka

 

Modlitewnik Janusza Korczaka dla „tych, którzy się nie modlą”.

18 sty
korczak-verbsacra

foto: e-teatr.pl

Janusz Korczak napisał modlitewnik. Dla mnie to było odkrycie!

Wiedziałam, że był bardzo dobrym pedagogiem, opublikował parę poważnych publikacji i pisał opowiadania dla dzieci, a właściwie o dzieciach. Był też lekarzem  pediatrą. Kochał dzieci, chociaż sam nie miał rodziny, swoją miłość przelewał na wychowanków Domu Sierot (pokazane to było w filmie „Dzieci Ireny Sendler”, ang. The Courageous Heart of Irena Sendler, tłum. Odważne serce Ireny Sendlerowej,  w reżyserii Johna Kenta Harrisona ) – doktor był całkowicie oddany dzieciom. Był z nimi do ostatniej chwili. Władysław Szpilman tak opisuje sytuację, kiedy Stary Doktor szedł wraz z dziećmi na stację kolejową, aby wsiąść do pociągu do Treblinki: „Chyba 5 sierpnia (..) przypadkowo stałem się świadkiem wymarszu Janusza Korczaka i jego sierot z getta (…). Spędził z nimi długie lata swojego życia i teraz, w ich ostatniej drodze, nie chciał ich zostawiać samych. Chciał im tę drogę ułatwić. Wytłumaczył sierotom, że mają powód do radości, bo jadą na wieś (…). Gdy spotkałem ich na Gęsiej, dzieci, idąc, śpiewały chórem, rozpromienione, mały muzyk im przygrywał, a Korczak niósł na rękach dwoje najmłodszych, także uśmiechniętych, i opowiadał im coś zabawnego.”, a tak zapamiętała to Irena Sendlerowa „Był już wtedy bardzo chory, a mimo to szedł wyprostowany, z twarzą przypominającą maskę, pozornie opanowany: Szedł przodem tego tragicznego pochodu. Najmłodsze dziecko trzymał na ręku, a drugie maleństwo prowadził za rączkę. We wspomnieniach różnych osób jest tak, a w innych inaczej, co nie znaczy, że ktoś się myli. Trzeba tylko pamiętać, że droga z Domu Sierot na Umschlagplatz była długa. Trwała cztery godziny. Widziałam ich, kiedy z ulicy Żelaznej skręcali w Leszno”. (źródło: wikipedia.org )

Znalazłam strona na FB o Januszu Korczaku: https://www.facebook.com/korczak2012 - warto zajrzeć!

Wróćmy do małej, niepozornej książeczki napisanej przez Janusza Korczaka „Sam na sam z Bogiem. Modlitwy dla tych, którzy się nie modlą”. Książka z 1922 r. 

 ”Duszy szeptane tajemnice, które sobie powierzasz, spiąłem klamrą modlitwy.

Wiem, że każdy twór musi z sobą poprzez Boga i z Bogiem poprzez siebie życiem świat ogromny splatać. Wiem. Pewien jestem – tak mi dopomóż Bóg”. (wstęp)

Ujęły mnie dwie modlitwy. „Modlitwa swawoli” i „Modlitwa skargi”. 

Pierwsza brzmi tak:

„Wierzaj mi Boże, pragnę być poważną, skuteczną, skupioną. Może to przyjdzie z czasem, ale tymczasem nie mogę. 

Śmieszy mnie wszystko, co poważne, nie wierzę, nie ufam. Uroczyste mowy, śluby, kazania, nawet pogrzeby – miny – Boże, proszę Cię, zwróć tylko uwagę na ich miny, na te napuszone, nieszczere i głupie gęby. (Przepraszam, że się tak wobec Ciebie wyrażam).

Jeśli się modlę tak rzadko, doprawdy ich wina. Ich modlitwa, albo bezmyślne klepanie pacierzy, albo chytra chęć podejścia, oszukania Ciebie, wyżebrania czegoś za cenę fałszywych westchnień i czerwonego nosa.

Nie umiem być nieszczera. Więc przyznaję: ja Ciebie nie znam Boże. I zdaje mi się, że zanim człowiek pozna Ciebie, Boże, musi predewszystkim dobrze poznać siebie, znaleźć siebie. A ja błądzę, nie rozumiem i próbuję odgadnąć siebie, jak szaradę, jak bardzo trudne algebraiczne zadanie. Że nie jestem taka, za jaką mnie mają i dorośli i rówieśnicy, to głupstwo, ale przecież nie jestem taka, jako się sama być mniemam. 

Wesoła jestem, a jednak… Kapryśna jestem, a jednak… Niedoświadczona mhm, naiwna, a juści. Na jedno, co wiem, stu rzeczy się domyślam. Jak ja ich znam! Gdyby oni choć w setnej części nas tak znali, byłoby nam lepiej, a może i gorzej?

Dobra jestem, czy zła? Tak i nie. To pewne, że raczej dobra i inaczej zła, w czem innym dobra i w czem innym, niż oni sądzą i chyba – niź sama nawet myślę. 

Zdaje mi się, że tę miłość rodziców, ojczyzny, bliźniego i Ciebie, te wszystkie czcie i szacunki, wymyślili dorośli dla siebie, a my mamy prawo do swoich ukochań. W modlitwie młodzieży powinien być śmiech, taniec, żart, kaprys, niespodzianka, coś z nabożeństw pogańskich i dzikich kultów. Przecież Ty jesteś nie tylko w łzie człowieka, ale i w woni bzu, nietylko w niebie, ale i w pocałunku. Po każdej pustej swawoli nachodzi smutek i tęsknota. A w tęsknocie, jak w mgle i twarz matki i szept ojczyzny i bliźnia niedola i Wielkość Twej Tajemnicy.

No patrz: chcę być z Tobą szczera a przecież to jasne, że nie powiem, nie umiem powiedzieć wszystkiego.

Patrzę na gwiazdy i mówię sobie: miriady gwiazd, miriady mil. Cóż, kiedy tego nie czuję. Wiem, że jesteś Wielki, Potężny, Nieśmiertelny i tak dalej, ale tylko wiem i nic więcej. A ja, bywa, tak kocham gwiazdy, jak oni znów nie potrafią, choćby się nie wiem jak nadymali, wypinali, puszyli i pociągali nosami. A dlaczego je kocham, nie powiem, nawet dokładnie nie umiem powiedzieć, dlaczego.

Patrz: moja modlitwa … Czy mądra. Nie . A czy można nazwać ją głupią? Ona jest bezładna, bo i ja jestem bezładna. Masz kłopot ze mną Boże, a pomyśl jak mnie jest ciężko ze sobą.

Wiesz co Ci zaproponuję?

Zostaw mnie czasem taką, jaka jestem. Poczekaj. Ty sobie i ja sobie, niby, że się nie znamy. Postaram się nikogo nie gorszyć, nie śmiać się, nie żartować, nawet będę zmawiała pacierze, tylko bez wznoszenia oczów, pochyleń głowy, bez westchnień i min. Jak długo to trwać będzie, nie wiem: dopóki nie wstąpi we mnie „statek”. Nie mogę nawet obiecać, że zapragnę przyspieszyć te chwilę. Bo po co? Samo przyjdzie.

Zupełnie niespodziewanie, nagle, spotkamy się . Nie wiem, gdzie, kiedy, nagle. Ciebie zobaczę, zarumienię się, serce mocniej zastuka, i uwierzę. Uwierzę, że jesteś inny, że się z nimi nie bratasz, nie kumasz, że Cię nudzą, że ich lekceważysz, że mnie rozumiesz, że chcesz ze mną poważnie i szczerze pomówić. Powiesz mi: „ja wiedziałem, że oni Mnie obrzydzili , że nie chciałaś wierzyć, w co oni wierzą”. Powiesz: „Wiem, że mnie oszukują i kłamią”. Powiesz: że jesteś samotny, opuszczony, pokrzywdzony i jak ja pełen tęsknoty i wolny, jak sokół.

I sprzymierzymy się: Ty i ja, i pryśniemy im śmiechem w oczy, weźmiemy się za ręce, zaczniemy biec co tchu.Oni zaczną nas wołać oburzeni, że tak nie wypada. Wówczas przystaniemy na chwilę, odwrócimy się raz jeden, język im pokażemy: ja i Ty. I śmiejąc się do rozpuku, znikniemy im z oczu. I śnieg jeść zaczniemy garściami.

Kochany, najukochańszy Boże, przecież Ty możesz Sobie na to pozwolić, jeden, jedyny raz tylko. Uuuuch, jacy oni nudni, fałszywi: należy im się za ich grzeszki – kara” (s. 48 – 52)

 Janusz Korczak, Sam na sam z Bogiem. Modlitwy dla tych, którzy się nie modlą,  Warszawa, 1922 r. 

Dosyć długi fragment…

Nie mam czasu pisać!!! Choroba, to wszystko przez studia. Mam tyle do przeczytania. Dwa zajęcia związane z filozofią – bardzo ciekawe, ale egzaminy mnie przerażają. Czy ja to wszystko zapamiętam? Gąszcz logiki zamienił się w puszczę. Im dalej w las, tym więcej drzew!!! 8-O  Dobrze, że przede mną dwa tygodnie urlopu!

Odpoczynek czas zacząć!!!!!

Do zobaczenia nowe bransoletki na stronie mojego bloga: naszyjnik.pl 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

Jak przestać się martwić ?- porady Mai Święcickiej.

14 gru

lifeZamiast mojej historii – porady, jak poczuć się lepiej, mimo tego, że „rzeczywistość skrzeczy”.

Krok 1. Przekonaj sam siebie, że martwienie się ci nie służy

Zastanów się, czy naprawdę te wymartwione scenariusze kiedykolwiek się wydarzyły. Usiądź i stwórz listę wszystkich tych przypadków, w których ostatecznie nic się nie stało albo ewentualne konsekwencje problemu okazały się dużo mniejsze niż te, które powstały w głowie. Przestudiuj tę listę uważnie i zastanów się, czy sytuacja, która w tym momencie spędza ci sen z powiek, nie jest aby powtórką z rozrywki.

Krok 2. Kwestionuj swoje zmartwienia

To prawda, że w mediach stosunkowo często słyszy się o wypadkach lotniczych. Wynika to jednak stąd, że codziennie na świecie odbywa się kilkanaście milionów rejsów samolotowych! To znaczy, że codziennie mnóstwo osób trafia do celu bez żadnych przeszkód, a wypadki są tak naprawdę rzadkością. Samoloty i systemy są ciągle udoskonalane, a normy bezpieczeństwa naprawdę wyśrubowane. Wiele zmartwień można po prostu zracjonalizować.

Krok 3. Skup się na tu i teraz

Być może za kilka dni czeka cię stresująca prezentacja, trudna rozmowa. Powiedzmy, że musisz wziąć udział w czymś, co nie do końca chcesz robić. Przede wszystkim pamiętaj, że tak naprawdę nic nie musisz, więc jeżeli coś odrzuca cię do tego stopnia, że nie śpisz po nocach – zastanów się, czy jest coś, co można byłoby robić zamiast tego. Jeżeli jednak jest to tylko zło konieczne, wpisane np. w pracę, którą generalnie uwielbiasz, to myśląc o tym, tylko przedłużasz potencjalną mękę, z którą wydarzenie się łączy. Staraj się skupiać po prostu na tym, co dzieje się tu i teraz. Nawet w drodze na to piekielne spotkanie, zamiast obgryzać paznokcie, posłuchaj czegoś fajnego w radiu. Tu i teraz prawie nigdy nie jest takie złe jak nasze wyobrażenia o tym, „co będzie, jeżeli”.

Krok 4. Ekspresja i inicjatywa

To chyba mój ulubiony punkt. W wielu wypadkach możesz zweryfikować swoje zmartwienie. Jeżeli martwisz się na przykład, że przez ostatnie kilka tygodni nie jesteś w stanie dogadać się z szefem, zbierz w sobie nieco odwagi i dowiedz się, co się dzieje, czy być może potrzebujecie wspólnie wymanewrować się z jakiejś potencjalnie trudnej sytuacji. Jest szansa, że zamiast kłopotów za taką inicjatywę będzie cię czekała nagroda. Za inicjatywę i spostrzegawczość. Dlatego nie ukrywaj się za stertą papierów. Czy to w życiu zawodowym, czy prywatnym „wyjdź z szafy” i powiedz dokładnie, co czujesz.

Krok 5. Brainstorm. Z każdego problemu jest wyjście

Będzie ci dużo łatwiej z ekspresją, jeżeli wcześniej uświadomisz też sobie, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Zrób sobie brainstorm – zaproś znajomych, którym ufasz, albo weź zeszyt i długopis i zapisuj wszystkie rozwiązania, które przyjdą ci do głowy. Nie kwestionuj wszystkich od razu, nawet jeżeli wydają się trochę głupie, być może wystarczy je troszkę zmodyfikować. Nawet jeżeli za pierwszym razem nie znajdziesz idealnego rozwiązania, przekonasz się, że sytuacja nie jest beznadziejna. Jeśli jednak jest – to chyba znaczy, że trzeba spróbować czegoś nowego. A co w tym złego? Może nie wyjść. To teraz nie wyszło. I jak się z tym czujesz? Patrz krok 3. – zostań tu i teraz. Nie wyszło, a ty po prostu siedzisz przy stole i popijasz herbatę. Czy jesteś teraz kimś innym, mniej wartościowym? Mniej zdolnym? Teraz widzisz, że przecież nic się nie stało. Masz trochę czasu, żeby wymyślić, co teraz będziesz robić.

Krok 6. Zdystansuj się

Kiedy dzieje się coś złego lub po prostu znów pogrążasz się w tworzeniu czarnych scenariuszy, postaraj się zatrzymać i zrobić krok do tyłu. Zamiast patrzeć na to, czego się obawiasz, spójrz na to z perspektywy przeciętnego Kowalskiego. Możesz też spróbować zobaczyć siebie oczami starszej osoby albo uduchowionego pielgrzyma. Chodzi o to, żeby zrozumieć, że wszelkie „ziemskie” problemy tworzymy w pewnym sensie sami. Tym bardziej sami możemy stworzyć dla nich rozwiązania.

Krok 7. Zrób plan i zacznij go realizować

Kiedy już masz gotową listę rozwiązań i rozumiesz, że martwienie się nie przynosi ci niczego dobrego i jest wyłącznie kwestią nawyku, podejmij mocną i jednoznaczną decyzję: zmieniam przyzwyczajenie. I od tej pory za każdym razem, kiedy nadciągną zmartwienia, zamiast dać im się skonsumować, przerobisz wszystkie siedem kroków i jeżeli zdecydujesz, że masz realny wpływ na to, co cię martwi, zrobisz sobie brainstorm i wymyślisz rozwiązanie.

Krok 8. Co z tymi sytuacjami, na które nie masz wpływu?

No cóż – nie jesteś w stanie przewidzieć, czy pewnego pięknego dnia po prostu nie spadnie ci na głowę ciężka doniczka. To jednak naprawdę bardzo mało prawdopodobne. Kiedy zanosi się na deszcz, racjonalnym wyborem jest spakowanie do torby parasolki. Dlatego jeżeli martwisz się o swoje zdrowie, bo twoi rodzice zmagali się z rakiem – zrób wszystko, żeby mu zapobiec. Odżywaj się kolorowo, zapomnij o mocno przetworzonych produktach, wysypiaj się i ruszaj, ile możesz. Podróżując, ubezpieczaj się wysokim pakietem, zapinaj pasy. Zrób wszystko to, co możesz, żeby dać sobie komfort. I pamiętaj, że tych kilkanaście procent sytuacji, które pozostawiamy w rękach ślepego losu, może przynieść nie tylko trudności, ale także piękne zbiegi okoliczności i fantastycznych przypadkowych ludzi, którzy mogą zostać naszymi przyjaciółmi na całe życie. Jeżeli masz kontrolę nad tym, co możesz kontrolować, przypadkami losu postaraj się po prostu cieszyć.

Maja Święcicka – dziennikarka, blogerka. Mówi o sobie tak: „Praktykuję codzienność i lubię myśleć, że robię to z pasją, a wiem, że z przyjemnością. Interesuje mnie wiele tematów – począwszy od duchowości, psychologii i seksu, poprzez podróże, sport (konkretnie wspinaczkę), wpływ diety na nasze zdrowie (fizyczne i psychiczne) aż do designu, ekologicznych technologii i nowatorskich rozwiązań. Staram się pamiętać, że jedyną osobą, na którą będą skazana przez całe życie, jestem ja sama. Dlatego stram się siebie dobrze poznać, no i dobrze traktować…”

za: www.hellozdrowie.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet

 

Czy istnieje idealna miłość? „Jeżeli miłość jest grą…”,

27 lis

sercePrawdziwa miłość wymaga, by wychodzić dalej, poza chwilowe emocje, stan zadurzenia, poza chemię. Niekiedy trzeba przeciwstawić się oczekiwaniom rodziny, przyjaciół i otoczenia.

Miłość wymaga odkrywania prawdziwego ja i pielęgnowania go, a to prawdziwe ja przyciąga do ciebie osobę, z którą chcesz na zawsze dzielić życie.

Czym właściwie jest prawdziwa miłość?

Prawdziwa miłość to zgoda na partnera takiego, jakim on jest.

To angażowanie energii w dokonany wybór, to poddawanie się magii związku, nie zaś wyszukiwanie racjonalnych powodów, negujących sens wspólnego życia.

To wspieranie partnera w jego decyzjach, nakłanianie go do realizowania własnych planów.

Prawdziwa miłość oznacza szanowanie prawdy partnera, troskę o niego w najszerszym rozumieniu tego pojęcia. Nie jest to kontrolowanie czy zawłaszczanie osoby, ale wyrażanie szacunku i zaufania wobec jej niepowtarzalnej drogi życiowej.

Miłość daje nam odwagę powiedzenia prawdy, zwłasz­cza wtedy, gdy zdajemy sobie sprawę, że jest ona niełatwa. Kochając prawdziwie, mamy świadomość własnych granic i respektujemy granice partnera; podajemy rękę wtedy, gdy trudno to zrobić, rozmawiamy raczej niż osądzamy i zadaje­my pytania, zamiast wyciągać pochopnie wnioski.

Miłość to rozwiązywanie problemów, raczej walka niż rezygnacja, trwa­nie mimo nieporozumień, zranionych uczuć, rozczarowań; to wiara, że dzięki oddaniu możemy wiele zmienić. Trwamy i je­steśmy zawsze gotowi rozmawiać o problemach ze swoim partnerem, nawet wówczas gdy mamy ochotę wszystko rzucić. Gdy kochamy naprawdę, koncentrujemy się na tym, za co cenimy wybraną osobę i za co jesteśmy wdzięczni. Widzimy rozwiązania, nie zaś problemy. Partner jest dla nas najważ­niejszy i każdego dnia dajemy mu odczuć, jak bardzo nam na nim zależy, okazując autentyczną troskę.

Prawdziwa miłość to życie bez wystawiania ocen, bo tylko wtedy powstaje klimat zaufania, wtedy można powiedzieć swoją prawdę. To przeżywanie każdego dnia z partnerem tak, jakby to miał być ostatni wspólny dzień. To dążenie do bycia sobą i życia w harmonii ze sobą.

Jak wygląda prawdziwy związek?

Jest rzeczywisty. Rozkwita w uczciwości i błyszczy w prawdzie. Jest elastyczny względem zmieniających się potrzeb, podąża za zmianami zachodzącymi w każdym z partnerów i z odwagą przyjmuje trudności. Partne­rzy są nawzajem zainteresowani indywidualnym rozwojem swo­ich osobowości.

Autentyczny związek, symbolizujący więź mał­żeńską, zachowuje solidny i trwały rdzeń.

Taki związek jest właściwym kontekstem prawdziwej miłości.

To jest, rzecz jasna, ideał.

Z książki Cerie Carter Scott „Jeżeli miłość jest grą”

A rzeczywistość skrzeczy. :-)

I na koniec dialog ludzi, z których jedno kocha  a drugie czuje przywiązanie.

Zazdrość

- Czy byłabyś zazdrosna, gdybym myślał o jakiejś kobiecie z mojej przeszłości, będąc z tobą? Czy niepokoiłabyś się, że mogę do niej odejść?

– Nie.

– To znaczy, że mnie nie kochasz?

– Nie rozumiesz. Miłość nie ma nic wspólnego z zazdrością i z obawą, że coś stracisz. Kocham cię, ale jeśli zechcesz odejść, ponieważ nie możesz zapomnieć o innej kobiecie – to dobrze. To będzie prawdą. Ponieważ gdybyś został – byłoby to kłamstwo. Jeśli odejdziesz, to będzie znaczyło, że nie pasujemy do siebie i dobrze, że odszedłeś. Bo gdybyś został, to zajmowałbyś miejsce kogoś, kto do mnie pasuje. Ten, kto do mnie pasuje – nie odejdzie. Więc nie ma się o co martwić.

– Jakoś dziwnie mnie kochasz… Nie przywiązałaś się do mnie?

– Miłość nie ma nic wspólnego z przywiązaniem. Przywiązanie i zazdrość oznacza brak miłości do siebie. Oznacza, że uważasz siebie za gorszego od kogoś, oznacza strach, że takiego jaki jesteś nikt nie pokocha. Nie porównuj się z nikim, bo jesteś nieporównywalny. Ty jesteś ty. Masz swoje życie, dar, który otrzymałeś na wyłączność. Szkoda czasu na porównania. Spójrz na siebie – wówczas się nie pomylisz…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com, Książka

 

„Mama i sens życia” , czyli Yalom na listopadową zadumę. Ale nie tylko…

02 lis

Przeglądałam wczoraj wpisy na FB. Dużo listopadowej zadumy związanej z „dniem zmarłych”. Wpadł mi w oko wpis – fragment z książki Irvina Yalom. Wydawał mi się znajomy, więc niewiele myśląc dopisałam komentarz od siebie. Myślałam, że jest to fragment z książki „Mama i sens życia”, tak bardzo do niej pasował i z tej książki dopisałam ciąg dalszy.

Przepiszę ten fragment, bo pasuje nie tylko do aktualnego święta, ale też do tego co dzieje się ze mną. Do mojego strachu, niepewności, wycofania. Książkę czytałam w wakacje i wtedy zakreśliłam ten fragment, który dziwnym trafem „powrócił” do mnie właśnie w tych dniach.

black-cat-193430

Rozdział o tytule: „Klątwa węgierskiego kota”. Jest to opowieść o pięknej Węgierce, demonicznym kocie i klątwie, którą ich połączyła na wiele pokoleń. W tą trudną rzeczywistość wkracza terapeuta i po wielu perypetiach udaje mu się szczęśliwie zakończyć historię. To w tym opowiadaniu znalazłam dialog dotyczący strachu przed śmiercią. Terapeuta toczył ten dialog z kotem, ale równie dobrze mógłby toczyć go z człowiekiem.

„- To jest nielogiczne. Mówisz, że chcesz, aby twoje dziewiąte życie trwało jak najdłużej, a tymczasem ty w ogóle nie żyjesz. Zaledwie wegetujesz w stanie jakiegoś zawieszenia. 

- Ja nie żyje?

- Sam to przyznałeś. Czekasz. Powiem ci coś. Pewien sławny psycholog wyraził kiedyś taką myśl, iż niektórzy ludzie tak bardzo boją się śmierci, że rezygnują z życia.

- To znaczy? Mów jaśniej – powiedział Morges (…)

- To znaczy, że tak bardzo boisz się śmierci, że nie pozwalasz sobie na życie. Jakbyś się bał, że je zużyjesz (…).

(…)

- My ludzie, przechodzimy różne etapy. Jako dzieci wiele myślimy o śmierci, niektórzy mają wręcz obsesję na jej punkcie. Śmierć nam stale towarzyszy. Wystarczy się rozejrzeć, żeby dostrzec pełno martwych rzeczy: liście, lilie, mchy, żuki. Umierają nasze zwierzęta domowe. Jemy martwe zwierzęta. Umierają ludzie. Wkrótce uświadomimy sobie, że śmierć przyjdzie po każdego – naszą babcię, matkę, ojca i w końcu po nas samych. Rozmyślamy o tym w samotności. Nasi rodzice i nauczyciele uważają, że dzieci nie powinny myśleć o śmierci, i ukrywają ją przed nami albo opowiadają nam bajki o niebie, aniołach, spotkaniu w raju, nieśmiertelnych duszach. (…)

- A potem? – Morges rozumiał bardzo dobrze.

- Godzimy się z losem. Unikamy myśli o śmieci lub wzywamy ja na pojedynek, dokonując śmiałych wyczynów. Później myślimy o niej krótko przed wejściem w dorosłość. Niektórzy tak się jej boją, że przestają żyć, ale większość z nas wymazuję ją z pamięci, poświęcając się pracy, rodzinie, rozwojowi osobistemu, bogaceniu się, sprawowaniu władzy i wygrywaniu wyścigów. Ja właśnie jestem na tym etapie życia. Potem wchodzimy w końcową fazę życia i znowu dopadają nas myśli o śmierci, tyle, że tym razem zagrożenie  jest bliskie i realne. W tym momencie mamy wybór – albo pogodzimy się z nadchodzącą śmiercią i postaramy się dobrze wykorzystać czas, który nam pozostał, albo będziemy na różne sposoby udawać, że śmierć nas nie dotyczy.

- A ty co robisz? Udajesz, że śmierć nie przyjdzie?

- Nie, nie udaję, że śmierć mnie nie dotyczy. Jako psychiatra rozmawiam z wieloma ludźmi przeżywającymi kryzys i muszę stawić czoło ich problemom.

- Pozwól, że zapytam jeszcze raz – powiedział znużonym głosem Morges – jak możesz to znieść? Jak możesz cieszyć się życiem, robieniem czegokolwiek, skoro wiesz, że zbliża się śmierć, która położy kres twojemu jedynemu istnieniu?

- Odwróćmy to pytanie. Może to właśnie śmierć sprawia, że nasze życie jest tak cenne, tak ważne i niepowtarzalne. Nadaje mu ów słodko-gorzki charakter. Możliwe, że życie w wymiarze snu zapewni ci nieśmiertelność, ale co to za życie. Kiedy poprosiłem cię przed chwilą, abyś opisał mi swoje życie, odpowiedziałeś mi jednym słowem: czekam. Co to jest życie? Czy czekanie jest życiem? Zostało ci jedno życie, Morges. Dlaczego nie przeżyć go w pełni?

- Nie mogę! Nie mogę! – powiedział Morges, opuszczając głowę jeszcze niżej. – Myśl, że przestanę istnieć, że nie będzie mnie wśród żywych, że życie będzie toczyło się beze mnie, jest… jest po prostu zbyt przerażająca. (…) To zbyt okropne tak po prostu umrzeć. To nie może się stać.

- W trakcie mojej pracy nauczyłem się – zaczął Ernest, schylając i poklepując Morgesa po łapie – że najbardziej boją się śmierci osoby, które zmarnowały dotychczasowe życie. Trzeba wykorzystać życie do końca. A śmieci pozostawić wypalone zgliszcza. (…)

- Boisz się jak to jest czuć, że nie żyjesz, i mieć świadomość, że nigdy więcej nie wrócisz do świata żywych? Ale gdy jesteś martwy nie masz świadomości. Śmierć nam ją odbiera.

- I to ma być pocieszające? – mruknął Morges.

- Zapytałeś, jak mogę to znieść? To jeden z moich sposobów. Czerpię też ukojenie ze słów kolejnego filozofa, który żył wiele lat temu: „Gdzie jest śmierć, tam mnie nie ma; gdzie ja jestem, tam nie ma śmierci”.

- Czym to się różni od powiedzenia: „Kiedy umrzesz, jesteś martwy”?

- O, różnica jest zasadnicza. Tam, gdzie jest śmierć, na ma ciebie. „Ty” i „śmierć” nie mogą współistnieć.

- Skomplikowane to wszystko – powiedział Morges ledwo słyszalnym głosem, z głową pochyloną prawie do ziemi.

- Pozwól, że opowiem ci o jeszcze jednym sposobie, który mi pomaga. Nauczyłem się go od pewnego rosyjskiego pisarza… (…) Posłuchaj całe lata, wieki, tysiąclecia przeminęły, zanim się urodziłem. (…) również wiele tysiącleci upłynie po mojej śmierci.

Morges znowu przytaknął.

- Więc wyobrażam sobie moje życie jako iskrę rozświetlającą przestrzeń pomiędzy dwoma obszarami ciemności: jednym istniejącym przed moim narodzeniem i drugim, który nastąpi po mojej śmierci.

To zdawało się do niego trafić. Morges nastawił uszu i słuchał w skupieniu.

- Czy nie dziwi cię to jak bardzo boimy się nicości po nas, a jak mało przejmujemy się tą, która była przed nami?”

Bardzo długi fragment książki – fragment o naszym strachu przed śmiercią.

Tekst z książki: Mama i sens życia. Opowieści terapeutyczne, Irvin D. Yalom, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011, s. 303 – 309.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

„Liście herbaty” – opowieść z morałem.

09 paź

liście herbatyWiele osób narzeka, że w życiu ma bardzo ciężko. Ja też narzekałam. Nie potrafiłam dostrzec, że prawdziwe złoto hartuje się w ogniu. A każda sytuacja czegoś nas uczy.

„Wszystko cokolwiek Cię spotyka przyjmuj jako dobro, wierząc, że nic nie dzieje się bez woli Bożej.”

 

Pewien młody mężczyzna, któremu nie układało się w życiu, udał się w daleką podróż na spotkanie z mędrcem.

- Życie wcale nie jest takie, jak je sobie wymarzyłem. Nic mi nie wychodzi. Cały czas mam problemy i nie widzę żadnego sensu w tym, co robię. Mam ochotę skończyć z tym życiem – żalił się chłopak.

Mędrzec wysłuchał młodzieńca, po czym zwrócił się do asystenta:

- Nasz gość przychodzi z daleka. Przynieś mu ciepłej wody.

Służący wrócił po chwili z ciepłą wodą, a mistrz wrzucił do niej kilka liści herbaty. Zwinięte liście unosiły się na powierzchni wody. Chłopak spojrzał zmieszany na mistrza i spytał:

- Dlaczego zalewasz herbatę letnią wodą?

Mistrz uśmiechnął się, lecz nic nie odpowiedział. Uczeń napił się, wzdrygnął się i rzekł:

- To w niczym nie przypomina herbaty.

- Ale to jedna z droższych herbat – odpowiedział mistrz, po czym poprosił asystującego mu mnicha, by przyniósł wrzątek.

Kiedy ten wrócił z imbryczkiem gorącej wody, mistrz wsypał do czarki herbatę, zalał ją wrzątkiem i po chwili w pokoju poczuć można było intensywny zapach herbaty. Mistrz uśmiechnął się i rzekł:

- Widzisz ta sama herbata, a zupełnie inny smak. Wiesz dlaczego?

Chłopak pomyślał chwilę i powiedział:

- Bo inna jest temperatura wody.

- Zgadza się. Kiedy zalejesz herbatę letnią wodą, liście pływają po powierzchni i nie czuć smaku herbaty. Dopiero po zalaniu jej gorącą wodą, czuć jej prawdziwy smak. Tak samo jest z plantacjami herbaty. Herbata uprawiana w  niższych partiach, gdzie temperatury aż tak się nie wahają, ma delikatny smak. Z kolei herbata, która rośnie wyżej  w górach i doświadcza większych wahań temperatury, ma bogatszy smak, a jej cena jest o wiele wyższa. Z ludźmi jest podobnie. Bez życiowych wirów i zakrętów, unosimy się  jak pozbawiony aromatu liść na powierzchni wody. Dopiero kiedy doświadczysz trudnej sytuacji, jak liście herbaty rozwijającej się pod wpływem gorącej wody, twoje życie nabiera prawdziwego smaku.

 

Życie jest niczym liść herbaty, który trzeba wrzucić do gorącej wody, zanim posmakuje. Mimo, że nie jest ci łatwo w życiu, w rzeczywistości cierpienie jest prawdziwym błogosławieństwem. Jeśli jednak twoje dni mijają jeden za drugim, nie różniąc się zbytnio od siebie, unosisz się na powierzchni życia bez celu, tracąc tylko czas.

 

Dam Ci wszystko, czego pragniesz.
Poprowadzę Cię w samotność.
Poprowadzę Cię drogą,
której nie potrafisz absolutnie zrozumieć,
bo chcę, żeby to była droga najkrótsza.
Wszystko, co Cię dotknie, będzie Cię palić z bólu,
będziesz cofał Twoją rękę,
aż oddalisz się od wszystkich rzeczy stworzonych.

Wtedy znajdziesz się zupełnie sam.

Nie pytaj: kiedy, ani gdzie,
ani jak to się stanie.
Czy na jakiejś górze,
czy w więzieniu,
czy na pustyni,
czy w obozie koncentracyjnym,
czy w szpitalu,
czy też w Getsemani.
To nie ma znaczenia.
Nie pytaj mnie więc,
bo Ci i tak nie odpowiem.
Nie będziesz wiedział,
dopóki się tam nie znajdziesz.

Zakosztujesz prawdziwej samotności,
mojej męki i mojego ubóstwa:
poprowadzę Cię na wyżyny mojej radości.
Umrzesz we mnie
i odnajdziesz wszystkie rzeczy
w głębi mojego Miłosierdzia,
które stworzyło Cię w tym celu…

Thomas Merton, Siedmiopiętrowa góra.
Przypowieść o mędrcu i herbacie z książki: Chiński zen, Wu Yansheng, Wydawnictwo Olesiejuk, 2014, s. 163 – 164;
Fragmenty autorstwa Thomasa Mertona ze strony: kpalys.blogspot.com
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Książka

 

Opowieść o kupcu i jego czterech przyjaciołach – czyli nasze życie i my.

30 wrz

Robiłam zakupy i  przy okazji wstąpiłam do kiosku z prasą. Chciałam kupić czasopismo z wykrojami. Oczywiście kupiłam, ale podczas płacenia mój wzrok padł na półeczkę obok kasy i „odkryłam” książkę z pięknymi i mądrymi przypowieściami, które ułatwiają postrzeganie rzeczywistości. Jak ja lubię takie opowieści! Zmuszają do myślenia i odkrywania. Sprawiają, że rzeczywistość zwana życiem, choćby najgorsza jest prostsza do zrozumienia. Słyszymy opowieść, widzimy nasze życie i widzimy rozwiązanie. Będę od czasu do czasu  przemycać „coś” z tej książki, bo warto zadumać się nad swoim życiem i nagle dostrzec rozwiązanie.

zenDziś opowieść o kupcu i jego czterech przyjaciołach.

Żył kiedyś pewien kupiec, który miał czterech przyjaciół. Do pierwszego z nich miał bezgraniczne zaufanie i słuchał wszystkiego, co ten powiedział, gotów nawet oddać mu cały swój dobytek. Drugi przyjaciel był niezwykle przystojny i okazale się prezentował. Kupiec szanował go wielce i za wszelką cenę starał się utrzymać z nim dobre stosunki, czerpiąc z tego dużą satysfakcję, że może się przed innymi takim przyjacielem pochwalić. Trzeciego przyjaciela nie cenił aż tak bardzo, ale ten był wyśmienitym kucharzem, kupiec cieszył się ogromnie, że go zna. Czwartym przyjacielem rzadko się zajmował.

Pewnego dnia kupiec musiał udać się w interesach w daleką podróż i zależało mu na tym, by któryś z przyjaciół mu towarzyszył, umilając czas w podróży. Spytał pierwszego przyjaciela, czy nie zechciałby z nim jechać, lecz ten odpowiedział, że jest w stanie jedynie dzielić z nim przyjemności, a nie trud i nic go nie zobowiązuje do takiego wysiłku.

Kupiec poczuł się zraniony tymi słowami i spytał o to samo drugiego z przyjaciół. Ten z kolei odparł, że zdał sobie sprawę z tego, że kupiec zawsze był dla niego dobry, ale podobnie  i inni byli równie uprzejmi wobec niego, więc nie czuje potrzeby towarzyszyć mu w drodze. 

Nieszczęśliwy kupiec zwrócił się zatem do trzeciego przyjaciela. Ten powiedział, że może mu towarzyszyć w podróży, lecz nie za daleko, bo musi na czas wrócić, gdyż czekają na niego tutaj pilne obowiązki.

W końcu, zrezygnowany kupiec poszedł do czwartego z przyjaciół. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, ten bez słowa namysłu zgodził się i razem wyruszyli w podróż.

Kupiec z tej przypowieści to nikt inny jak ty sam, a odległe miejsce, do którego musi się udać, to kraina śmierci. Celem tej historii jest uświadomienie sobie, że pewnego dnia będziesz musiał opuścić ten świat, a wówczas niczego ze sobą nie będziesz mógł zabrać.

Pierwszy przyjaciel to twoje ciało, które karmisz i ubierasz. Dla wielu z nas całe życie obraca się wokół zaspokajania organów zmysłów, ale ostatecznie będziemy zmuszeni porzucić nasze ciało.

Drugi przyjaciel to sława i zysk, bogactwo, pieniądze i kariera. Gonisz za nimi bez wytchnienia w obawie, że poświcasz im za mało starań, lecz i one w końcu cię opuszczą.

Trzecim przyjacielem są twoi najbliżsi – mąż, żona, znajomi i przyjaciele. Robisz wszystko, by przy nich być jak najdłużej, ale oni również cię opuszczą w chwili śmierci.

Czwartym przyjacielem jest umysł. On jest jedynym, który zabierzesz ze sobą, opuszczając ten świat. (Ja ten umysł określiłabym jako duszę). To twój jedyny stały towarzysz – partner za życia i po śmierci. Nigdy cię nie opuści, a jak rzadko o nim pamiętasz.

W tym świecie troszczysz się jedynie o własne ciało, zysk i pieniądze. Dbasz o rodzinę i przyjaciół, zapominając o własnym umyśle (duszy). Niestety, wielu z nas spędza swój czas w towarzystwie trzech pierwszych przyjaciół, nie zwracając uwagi na ostatniego z nich, a to właśnie ten winien być najbardziej szanowany. On jest twoim największym skarbem życia i twoją pierwotną naturą. Zacznijmy troszczyć się o swój umysł (duszę) i dobrze go (ją) traktujmy. Zaprzestańmy bezmyślnego działania i wsłuchajmy się w w dźwięk własnego, prawdziwego życia. Jeśli tak uczynimy, każdy nasz dzień będzie dniem spokoju i spełnienia. Kiedy zrozumiemy, kim jest każdy z czterech przyjaciół, pojmiemy własny umysł (duszę) i prawdziwego siebie. 

Zamieniłam umysł na duszę, bo w mojej religii najważniejsza jest dusza, która jest nieśmiertelna i która jest podstawą naszego istnienia w Bogu. Spokój duszy to spokój całego człowieka, nas.  Umysł i dusza są ze sobą mocno splecione. Nawet w psychologii mówi się o duchowości człowieka a więc o umyśle połączonym z duszą.

Taką samą wymowę ma Psalm 49. A oto on:

 Słuchajcie tego, wszystkiego narody, 
nakłońcie uszu, wszyscy, co świat zamieszkujecie, 
3 wy, niscy pochodzeniem, tak samo jak możni, 
bogaty na równi z ubogim! 
4 Moje usta wypowiedzą mądrość, 
a rozmyślanie mego serca – roztropność. 
5 Nakłonię mego ucha ku przypowieści, 
przy dźwięku liry wyjaśnię mą zagadkę.

6 Dlaczego miałbym się trwożyć w dniach niedoli, 
gdy otacza mnie złość podstępnych, 
7 którzy ufają swoim dostatkom 
i chełpią się z ogromu swych bogactw? 
8 Nikt bowiem siebie samego nie może wykupić 
ani nie uiści Bogu ceny swego wykupu 
9 - jego życie jest zbyt kosztowne 
i nie zdarzy się to nigdy - 
10 by móc żyć na wieki i nie doznać zagłady. 
11 [Każdy] bowiem widzi: mędrcy umierają, 
tak jednakowo ginie głupi i prostak, 
zostawiając obcym swoje bogactwa. 
12 Groby są ich domami na wieki, 
ich mieszkaniem na wszystkie pokolenia, 
choć imionami swymi nazywali ziemie. 
13 Bo człowiek nie będzie trwał w dostatku, 
przyrównany jest do bydląt, które giną.

14 Taka jest droga tych, co ufność pokładają w sobie, 
i [taka] przyszłość miłośników własnej mowy. 
15 Do Szeolu są gnani jak owce, 
pasie ich śmierć, zejdą prosto do grobu, 
serca prawych zapanują nad nimi, 
rano zniknie ich postać, 
Szeol ich mieszkaniem. 
16 Lecz Bóg wyzwoli moją duszę 
z mocy Szeolu, bo mię zabierze. 
17 Nie obawiaj się, jeśli ktoś się wzbogaci, 
jeżeli wzrośnie zamożność jego domu: 
18 bo kiedy umrze, nic z sobą nie weźmie, 
a jego zamożność nie pójdzie za nim. 
19 I chociaż w życiu sobie pochlebia: 
„Będą cię sławić, że dobrześ się urządził”, 
20 musi iść do pokolenia swych przodków, 
do tych, co na wieki nie zobaczą światła. 
21 Człowiek, co w dostatku żyje, ale się nie zastanawia, 
przyrównany jest do bydląt, które giną.

Na podstawie opowiadania zaczerpniętego z książki” Chiński zen droga szczęścia i spokoju”, Wu Yansheng, Firma Księgarska Olesiejuk, S. z o.o. Sp.j., 2014, s. 31-34.

Psalm ze strony: www.nonpossumus.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

„Nie istnieją błędy, tylko lekcje” a każda klęska jest bodźcem i cenną wskazówką.

21 wrz

glass-300558_640Rozwój to proces eksperymentalny, ciąg prób, błędów i sporadycznych zwycięstw. Nieudane eksperymenty w tym samym stopniu co udane są elementem procesu.

Rozwój człowieka to proces złożony z eksperymentów, prób i błędów prowadzący ostatecznie do prawdy. Za każdym razem, kiedy postanowisz zaufać sobie i podjąć działanie, nie masz pewności, jak rozwinie się sytuacja. Czasami odnosisz zwycięstwo, kiedy indziej tracisz złudzenia. Nieudane eksperymenty są jednak nie mniej wartościowe niż te uwieńczone sukcesem, w istocie, zwykle uczymy się więcej z rzekomych „niepowodzeń” niż z pozornych „sukcesów”.

Większość ludzi odczuwa wielkie rozczarowanie i złość, kiedy nie udają się plany, w które zainwestowali wiele energii, czasu i pieniędzy. Przeważnie ludzie odbierają takie doświadczenie jako porażkę. Chociaż nietrudno w pierwszym odruchu dojść do takiego wniosku, wpływa on hamująco na zdolność przyswajania życiowych lekcji.

Zamiast postrzegać własne błędy jako niepowodzenia, a błędy innych jako drobiazgi, można w nich dojrzeć szansę nauki. Jak stwierdził Emerson „Każda klęska jest bodźcem i cenną wskazówką”. Każda sytuacja, w której nie spełniasz własnych oczekiwań to okazja, by dowiedzieć się czegoś ważnego o swoich myślach i zachowaniach. Wszystkie sytuacje, w których czujesz się „skrzy­wdzony” przez kogoś, stwarzają szansę, by poznać własne reakcje. Bez względu na to, czy błąd wynika z twojej, czy z cudzej winy, daje możliwość rozwoju duchowego.

Kiedy rozważymy trudy życia – rozczarowania, urazy, straty, choroby, wszelkie nieszczęścia, jakie mogą się przydarzyć i przekształcimy swój sposób widzenia tak, iż zaczniemy w nich dostrzegać szansę uczenia się i rozwoju, otworzą się przed nami nowe perspektywy. Będziemy mogli zatroszczyć się o swoje życie i stawić czoło jego wyzwaniom, zamiast czuć się pokonani, zepchnięci do roli ofiary lub zdani na łaskę losu.

Tę prawdę ilustruje przepiękna opowieść zaczerpnięta z książki The Speed of Light („Prędkość światła”) pióra Gwyneth Cravens.

Asad przytoczył jej pewną opowieść. Dotyczyła młodej dziewczyny z Maroka, której ojciec był przędzarzem. Wzbo­gacił się na swoim rzemiośle, po czym zabrał córkę w po­dróż po Morzu Śródziemnym. Pragnął sprzedać przędzę, ale doradził tez córce, żeby rozglądała się za stosownym kandydatem na męża. Na morzu rozszalał się sztorm, okręt utknął na mieliźnie w pobliżu Egiptu, ojciec zginął, a córka została wyrzucona na brzeg. Wyczerpana, ledwie pamiętając, kim jest, brnęła przez piasek, aż spotkała rodzinę tkaczy. Przyjęli ją do siebie i nauczyli robić tkaniny Nareszcie poczuła zadowolenie.

Ale po kilku latach schwytali ją łowcy niewolników i zabrali na wschód do Stambułu, gdzie wystawili na sprzedaż. Człowiek, który wyrabiał maszty okrętowe, przyszedł na targ kupić niewolników do pracy w swoim warsztacie, ale kiedy zobaczył dziewczynę, zlitował się i zabrał do domu, zęby usługiwała żonie. Ale piraci ukradli ładunek, w który zainwestował, toteż me mógł nabyć pozostałych niewolników. On, dziewczyna i żona musieli sami wyrabiać maszty Dziewczyna pracowała ciężko i sumiennie. Wy­twórca masztów docenił jej umiejętności, darował wolność i uczynił partnerką w interesie, co napełniło ją radością.

Pewnego dnia poprosił dziewczynę, żeby nadzorowała transport masztów na Jawę. Zgodziła się, ale u wybrzeży Chin tajfun pochłonął okręt. Morze ponownie wyrzuciło ją na nieznany brzeg i znowu opłakiwała swój los „Czemu przydarzają mi się te nieszczęścia?” – pytała. Nie było odpowiedzi. Podniosła się i zaczęła iść w głąb lądu.

W Chinach istniała legenda, że pojawi się cudzoziemka, która zrobi namiot dla cesarza. Ponieważ w Chinach nikt nie umiał wyrabiać namiotów, wszyscy mieszkańcy tego kraju, w tym kolejne pokolenia cesarzy, rozmyślali nad przepowiednią. Raz do roku cesarz wysyłał emisariuszy do każdego miasta, żeby sprowadzali wszystkie cudzoziemki na dwór cesarski.

Pewnego dnia kobieta, która przeżyła katastrofę okrętu, stanęła przed cesarzem. Władca zapytał ją przez tłumacza, czy potrafi zrobić namiot „Sądzę, że tak” – odparła. Poprosiła o linę, ale Chińczycy nie słyszeli o czymś takim, więc, przypominając sobie dziewczęce lata w domu ojca przędzarza, poprosiła o jedwab i splotła linę. Poprosiła o grube płótno, ale Chińczycy go nie mieli, więc, przypominając sobie pobyt u tkaczy, utkała materiał nadający się na namiot. Poprosiła o paliki do namiotu, ale Chińczycy ich nie mieli, więc, przypominając sobie pracę u wytwórcy masztów, zrobiła paliki do namiotu. W końcu wykonała namiot. Cesarz zachwycił się konstrukcją i spełnieniem starej przepowiedni, obiecał więc ofiarować jej to, czego zapragnie. Poślubiła przystojnego księcia, pozostała w Chi­nach otoczona gromadką dzieci i dożyła późnej starości. Uświadomiła sobie, ze chociaż swego czasu jej przygody wydawały się przerażające, w ostatecznym rozrachunku przyczyniły się do jej szczęścia.

Dziewczyna z opowieści Asada po jakimś czasie zdała sobie sprawę z magicznego wymiaru ciężkich przejść. Dostrzegła doskonałość w ramach wyższego porządku rzeczy. Chociaż niekiedy trudno spojrzeć na jakąś sytuację z szerszej perspektywy, jest to nieodzowne, aby odkryć dobro w pozornie niefortunnych okolicznościach.

Żeby ułatwić ten proces uczenia, musisz najpierw opanować podstawowe lekcje współczucia, przebaczenia, etyki i – w końcu – humoru. Bez tych istotnych lekcji, będziesz tkwił w pułapce ograniczonego punktu widzenia i nie zdołasz przekształcić błędów w cenne lekcje.

Fragment pochodzi z książki Cherie Carterr-Scott „Jeśli życie jest grą – oto jej reguły”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

„Wolni od niemocy” cz. 3 – o dekalogach.

02 cze

Po raz trzeci piszę o książce o. Pelanowskiego, bo jest intrygująca. Swoim sposobem czytam i porównuję, albo myślę, jak to ma się do mojego życia (egoistka :-? ). Ostatni rozdział to medytacje – tym dzielić się nie będę, bo trzeba samemu zajrzeć, poczytać. Trzeba otworzyć Pismo Św. i odnaleźć teksty do medytacji – trochę roboty jest a medytacja to czynność bardzo osobista i każdy podczas medytacji będzie miał swoje osobiste myśli, uwagi, spostrzeżenia, odczucia, wrażenia, emocje, itd.

 Dziś o dekalogach. Wiadomo czym jest Dekalog – 10 przykazań otrzymanych od Boga na dwóch kamiennych tablicach. Fundament postępowania dla chrześcijan i Żydów. Rozdział o Dekalogu zaczyna się historią o Narodzie Wybranym, Izraelu, który w dniu ucieczki z Egiptu pożyczał od Egipcjan  drogocenne przedmioty. Stracili wiele, ale też nie odchodzili z niczym. Zakonnik pisze, że aby „wydobyć się z pochylenia życiowego, trzeba zgodzić się na pewne utraty (…) trzeba zobaczyć w utracie pewien zysk”. (s. 173) Izraelici tracili swoje miejsce zamieszkania, swoją ojczyznę, ale też zyskali na tej utracie pewne bogactwa. Tak też trzeba spojrzeć na własne życie – tracimy coś, ale też zyskujemy doświadczenia. Trzeba patrzeć w przód – otworzyć się na nowe doświadczenia.

10384145_287806821392740_4972681830225183359_n

„Nie martw się tym, co straciłeś, ale ciesz się tym, co zyskujesz dzięki temu, co tracisz!” Przysłowie arabskie mówi: Zanim ręka napełni się skarbami, musi puścić kamienie. (s. 174)

Ludzie tworzą swoje dekalogi. Coś o tym wiem. Sama utworzyłam taki dekalog. Według niego to:

  1. moje życie to pomyłka,
  2. praca jest najważniejsza, obowiązek na pierwszym miejscu,
  3. utrzymać małżeństwo za wszelką cenę ( nieważne, że cierpią dzieci, że cierpię ja)
  4. zawsze będą mnie bolały moje rany z przeszłości,
  5. nigdy nie znajdę miejsca na tym świecie,
  6. zawsze będę mieć straszny, odbierający chęć do życia głód miłości,
  7. nie ma sensu wierzyć Bogu,
  8. życie i tak mnie zrani,
  9. nigdy już od tego się nie uwolnię,
  10. nie ufaj nikomu.

To mój dekalog, ale wytyczne zaczerpnięte z książki. Pisząc niektóre  z tych punktów dziś już widzę, że to przebrzmiałe hasła i że mam siłę kłócić się z nimi. Ta siła pojawiła się po roku. Jeszcze jest wiele do „przepracowania”, do zmiany. Zakonnik daję taką radę „Nie miej własnych teorii na życie, ucz się odwoływać do Biblii. Czytaj, rozważaj i ucz się na pamięć słów Boga!” (s.180)

„Zwyciężać w życiu, to nie fantazjować, ani narzucać sobie szczytne cele, ale przyjąć życie takim, jakie jest, przyjąć przegraną. Zwycięzcą jest ten, kto umie przeżyć klęskę, bo wtedy zwycięża samego siebie.” (183)

” Przebacz sobie i innym. Przebaczenie sprawia, że człowiek zaczyna czuć się wartościowym”

„Trzeba odwiązać się od tego, wokół czego ciągle krążą twoje myśli i co wiąże z przeszłością.”

„Dzięki temu, że nikt się tobą nie interesuje i nikt już nic od ciebie nie chce, masz więcej czasu dla Tego, który  się tobą zawsze interesował, dla Boga!”  (s.184-185)

Jak odejść od złego dekalogu? Jak uwolnić swoje życie? O. Pelanowski zwraca uwagę czytelnikowi, że Pan Bóg pozwala nam na uczucie pustki, straty, beznadziei po to, aby wyszło na jaw, że w naszym życiu chodzi tylko o nas a nie o Boga. Jak wiara w Jezusa może zmienić nasze życie? Przez wysławianie, przez wychwalanie Go; przez to, że chociaż na chwilę oderwiemy uwagę od siebie i skupimy ją się na Nim.

Tylko na chwilę… (s.274)

W książce przeczytamy też modlitwy dotyczące uwielbienia Boga.

Dobrze mieć wiarę.

Gdybym miała wiarę …

„Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: Przesuń się stąd tam!, a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was.” (Mt 17:14-20)

Szukam…

Artykuł „Uwielbienie to nie teatr” - warto przeczytać.

 

Książka w formie elektronicznej „Woni od niemocy” A. Pelanowski 

Strona poświęcona O. Augustynowi Pelanowskiemu

Wolni od niemocy cz. 1 i Wolni od niemocy cz.2 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka