RSS
 

Notki z tagiem ‘Małżeństwo’

Deszczowy piździernik. Brrr

10 paź

Ostatnio charakteryzuje się wisielczym humorem.

Na środowej sesji totalna rozpierducha a właściwie moja zawiecha. Poległam na temacie listu, to jest opinii biegłych ze szpitala, w którym znajduje się mój (jeszcze) „szanowny” małżonek.

Na sesję szłam, żeby się pochwalić swoimi sukcesami. Nie widzieliśmy się przez cały wrzesień. Zaczęłam optymistycznie a skończyłam jak zwykle. Blokada i wcześniejsze wyjście. Brrr

Piździernik, wróć, październik i czarny humor. Deprecha…

Zimno na dworze i zimno w mieszkaniu. Dogrzewam piecykiem gazowym i czekam na ciepło. Na słońce, na lepszy humor i … W mordę, ale dno…

Sobotni wieczór u znajomej. Gadania co niemiara. Chociaż na chwilę oderwałam się od swojej „niedoli”. Ona jest takim „śmieszkiem” a poza tym wspaniale gotuje. Zawsze wyczuje kiedy mam doła. W sobotę pojawiła się nagle w moich progach i zaprosiła na kolację. Trochę się ociągałam z przyjściem, więc wysłała sms z wiadomością, że kolacja stygnie. Takiej wyżerki nie mogłam podarować. Poczłapałam do niej w deszczu i ze zwieszonym łbem. U niej cieplutko, milutko, smaczniutko, hmmm. To co tygryski lubią najbardziej.

Wrócę jeszcze do tego co siedzi w pamięci z byłego tygodnia. Np.  dialog z uczniem na lekcji. Oczywiście temat poniedziałkowego buntu kobiet i tematu aborcji. Sama rozpętałam dyskusję przedstawiając swój punkt widzenia. Jestem przeciw aborcji.
Jeden z uczniów zaczął mówić:
– Moi krewni mają niepełnosprawne dziecko. Jak widzę , jak bardzo się z nim męczą jestem za aborcją. Takie dzieci nie powinny się rodzić – mówił ze złością.
– Odbierasz prawo niepełnosprawnym do życia? – zapytałam
– Tak – padła odpowiedź
– Co w takim razie powiedziałbyś swojej mamie, gdyby urodziła niepełnosprawne dziecko?
Popatrzył na mnie i odparował:
– Ale nie urodziła i nie musi się męczyć!!!
– Ale…
Już nabrałam powietrza, aby przedstawić jakiś kontrargument, kiedy z boku sali odezwała się dziewczyna:
– A ja myślę, że cała ta zadyma była po to, żeby skłócić Polaków. To bardzo wrażliwy temat…
Popatrzyła w moją stronę a ja ze zdziwieniem przyznałam jej rację.
– Wiesz, dzięki za twój głos.
Kubeł zimnej wody. Zamilkłam, chociaż już miałam zamiar się kłócić. „Zbawiać świat” i przedstawiać argumenty przeciw aborcji. Ona mnie przyhamowała. Okazała się mądrzejsza ode mnie. Dziewczyna z wyglądem „emo”. Zgasiła mnie jednym zdaniem. Mnie, która deklaruję się wyważonymi poglądami.

Na podyplomowych miałam wybrać temat na zaliczenie dotyczący aborcji. Nie przebrnęłam. Wybrałam inny temat. Nie umiałam znaleźć argumentów „za”. Emocje biorą górę. Nie umiem wybaczyć mojej matce. Nie umiem jej zrozumieć. Zaskorupiłam się… Jak to mówią: rozumiem, ale nie pojmuję.

Muszę (chociaż nie wiem czy chcę) odpuścić. Za dużo negatywnych emocji. I tak moja złość niczego nie zmieni. Jestem w mniejszości i to w tej wyśmiewanej mniejszości. Tej „zacofanej”.
Medycyna jest na tak wysokim poziomie, że nawet kobiety z rakiem rodzą zdrowe dzieci.

Widziałam w wiadomościach  dwie panie z fundacji Rak’n'roll, które mimo podawanej chemii urodziły zdrowe dzieci. Gdzieś tam w świecie urodziła kobieta, której przeszczepiono macicę od matki. Głośno było o przypadku urodzenia dziecka od trójki rodziców. Wyselekcjonowano materiał genetyczny wolny od dziedziczonych chorób od dwóch matek i jednego ojca i tak zmodyfikowaną zapłodnioną komórkę wszczepiono w macicę kobiety, która urodziła zdrowe dziecko. Jedne  kobiety pragną dzieci a inne ich nie cierpią i gotowe są nawet je zabić rękami lekarzy.

Ok, czepiam się, generalizuję, jestem tendencyjna, itp.,

W środę B chciał mi dać namiary na jakąś panią, która jest od problemów przemocy w rodzinie, od „niebieskiej linii”. My wciąż się boimy, co będzie, jeżeli J wypuszczą.
Czytając opinię biegłych zobaczyłam, że on ma plany na życie – chce założyć firmę, zatrudniać pracowników a przede wszystkim wrócić do żony i dzieci, do domu. Wie co zrobił, ale brak w jego słowach krytycyzmu co do swojej postawy.  Gdyby wrócił… Nie chcę nawet myśleć.
Rodziny chorych nie mają żadnych praw. W sprawie J trzy razy orzekali biegli o tym, że należy go umieścić w zakładzie a sąd wciąż zawieszał decyzję. Nawet wyrok umieszczenia go w zakładzie nie został wykonany. Nikomu się nie chciało umieścić go w szpitalu. Życie sobie, prawo sobie. B coś tłumaczył, zachęcał, mówił. Nie słuchałam go. Zapytałam „co to da?”. No, przecież nic to nie da. Trzeba realnie patrzeć na życie a nie idealizować. Takie jak ja muszą sobie radzić same. Psychiczni maja pomoc i ochronę a tacy jak ja mają strach i wycofanie. Dlatego mam dość. Znów zaczną się się wizyty w sądach… ale też jestem świadoma swojej bezsilności i znikomej ważności tego co mam do powiedzenia.
Jestem za cicha i nie umiem „wznosić okrzyków” i „pluć jadem”. Zwłaszcza ten jad by się przydał. Pod koniec miesiąca będzie sprawa z udziałem J w sądzie.

Mam „złe dni”.

Na niedzielę przestali grzać. W mieszkaniu zimno. Zimny wychów. W sobotę u znajomej było tak gorąco, że trudno było wytrzymać. A w domu zimno. Może zaczną grzać jak uczniowie przyjadą do internatu. Taki urok mieszkania przy szkole – w tygodniu, jak są lekcje jest w miarę ciepło a w sobotę i niedzielę radź sobie sama. Niezła oszczędność. Przecież tak ogrzewane pomieszczenia łatwiej łapią wilgoć i grzyb, no ale… Przecież są mądrzejsi. Remont jest tańszy od grzania :-( a za lekarzy przecież dyrektor nie będzie płacił…

Ok, myślmy pozytywnie

Jak to mówią psycholodzy, wymyślmy 5 pozytywów.

1. Mam wspaniałe dzieciaki :-)

1. Mam mieszkanie

2. Mam spokojne życie

3. Mam pracę

4. Mam terapeutę

5. Jestem zdrowa

5. Mam wspaniałe dzieci – hmmm ten punkt powinien być numerem 1  a więc… do góry go!

5. Może po południu pójdę na kije. Może??? Na pewno!!!

5. A co jak będzie padać???

5. Jak będzie padać, to też pójdę!!!!

Tylko dlaczego mam takiego doła???

Wszystko przez ten piździernik :-(

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Ks. Jan Twardowski na wesoło :-) o miłości i małżeństwie.

27 kwi

couple-164525_640„Jeśli kocham człowieka, a nie wierzę w Boga, moja ludzka miłość jest stale zagrożona, wystraszona i o wszystko się boi. Uczucia ludzkie są bardzo kapryśne, przelotne. Ktoś kocha dzisiaj, za rok już nie kocha. Fredro powiedział: „Są trzy rzeczy wciąż zmienne: miłość kobiet, gust ludzki, pogody jesienne”.
Jeżeli kocham człowieka i nie wierzę w Boga, niepokoję się, że możemy się rozczarować sobą, jak w powiedzeniu: „Narzeczeni przed ślubem poznają swoje zalety a po ślubie swoje wady”.
Jeżeli kocham drugiego człowieka i widzę w nim ideał, drżę, by nie umarł, nie zginął po drodze, by się pociąg z nim nie wykoleił ani nie spadł samolot.
Jeżeli kochamy człowieka i wierzymy w Boga, wtedy nasza miłość jest mniej zdenerwowana, mniej zalękniona.
Jeżeli kochamy kogoś i wierzymy w Boga, nie boimy się śmierci i rozstań, wierzymy bowiem, że śmierć jest spotkaniem z Bogiem samym i tymi, którzy odeszli przez nami.
Śmierć nie przerywa miłości. Nieraz nawet kogoś bardziej kochamy po śmierci, bo za życia widzieliśmy tylko jego wady, po śmierci zobaczyliśmy zalety.
Jeżeli kochamy tylko człowieka – można zapomnieć o Bogu. Jeżeli naprawdę kocha się Boga – to naprawdę kocha się i człowieka.”

Ślub i małżeństwo.

Ksiądz w czasie nauki przedmałżeńskiej mówił: Uczcie się od wróbla – wróbel najpierw buduje gniazdko, a potem zaprasza samiczkę. A wy robicie tak: najpierw dziecko, potem ślub, a na koniec: „Jezus Maria, gdzie będziemy mieszkać”.

***

Pewien pan zaraz po spowiedzi przedślubnej przybiegł do księdza, swojego spowiednika.
- Proszę księdza, ksiądz mi nie zadał pokuty.
Ksiądz spokojnie odpowiedział:
- W takich wypadkach nie zadaję pokuty, bo pokutą jest małżeństwo.

***

Zapytano jednego z proboszczów:
- Dlaczego ksiądz w czasie ślubów zasłania główny obraz nad ołtarzem? Taki piękny obraz Jezusa Ukrzyżowanego, a ksiądz tkaninę zawiesza na obrazie…
- Dlatego, że na obrazie wypisano dużymi literami PRZEBACZCIE IM, BO NIE WIEDZĄ, CO CZYNIĄ.

***

Usłyszał od Jegomości:
- Nie żeń się chłopie z czystej miłości
zaraz się dowiesz w takowym stanie –
miłość odejdzie, baba zostanie.

***

Pewien ksiądz udzielając ślubu zapytał:
- Czy chcesz przyjąć potomstwo, jakim Bóg was obdarzy?
Zdenerwował się, że pan młody odpowiedział za cicho, krzyknął zatem:
- Głośniej, ośle, bo nie słyszę!

***

Pewien ksiądz pocieszał nowożeńców:
- W małżeństwie trudne jest tylko pierwsze dwadzieścia pięć lat, a potem to już jako tako…

***

Dobrze im tak – powiedział ksiądz proboszcz, wracając po ślubie z kościoła.

***

Po ślubie:
A, a, a serca dwa
Jęczą
Piszczą
Obydwa.

***

Pewna kobieta, słysząc, że mąż, który ją porzucił, umiera, powiedziała:
- Przebaczyłam mu wszystko.
Ale kiedy nieoczekiwanie wyzdrowiał, oświadczyła:
- Przebaczyłam mu, bo umierał, ale skoro nie umarł – nie przebaczę temu łajdakowi.

***

Pewien ksiądz, który pracował w przycmentarnym kościele, na pytanie:
- Czy nie męczą cię te stałe pogrzeby?
Odpowiedział:
- Wolę odprawiać pogrzeby, niż dawać śluby. Po pogrzebie nie może być już nic gorszego – tylko lepiej, a po ślubie może być tylko gorzej.

***

Źródło: www.apostol.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet

 

Moje ciekawe życie. Bo grunt to się nie poddawać!

21 lut

Od jakiegoś czasu… Nie właściwie od bardzo dawna wiem, że kiedy mówię „muszę…” a nie chcę, robię coś czego nie chcę, ale czego chcą inni i wcale mnie to nie cieszy. Chcę być szczęśliwa a tymczasem nie jestem, bo zamiast uszczęśliwiać siebie, uszczęśliwiam innych. 

Cały czas myślę, co w swoim życiu poprawić, bo mnie to nie uszczęśliwia. Dumam, dumam i dumam. W wyobraźni poprawiam, planuję, czuję się winna, smutnieję i co … nie jestem szczęśliwa. Do kitu z tym szczęściem! Wymyślonym, wywalczonym, zdobytym. Do bani! Im bardziej się napinam, tym bardziej nie wychodzi! Niech się dzieje, co ma się dziać! Dobre, czy złe. Nerwowe, czy spokojne. Smutne, czy szczęśliwe. Niech będzie! I niech będzie moje, dla mnie, tylko i wyłącznie! Chcę żyć tylko dla siebie! Smutek też jest potrzebny! Potrzebne są nerwy i niepewność, bo daję sygnał do wykonania jakiej pracy nad sobą!

Terapia – w momencie kiedy najbardziej jej potrzebowałam została odłożona na miesiąc. Byłam wściekła! Akurat po tej ohydnej sprawie w sądzie o zawieszenie praw rodzicielskich. Nie wiedziałam czy dam sobie radę z emocjami. Na początku chciałam napisać do terapeuty z pytaniem: dlaczego? Przecież tak potrzebuję pomocy. Nie zrobiłam tego. Po raz pierwszy posłuchałam intuicji, która podpowiadała cicho: „To dobrze. Postaraj się sama rozwiązywać swoje problemy. I tak w efekcie zostaniesz sama. Nie ma przy tobie nikogo.” Przeczekałam najgorsze i … żyję. Przez miesiąc miałam polegać na własnych siłach a nie na terapeucie. I bardzo dobrze. Jestem mu za to wdzięczna. Wiem, że po terapii będę umiała sobie radzić z uczuciami i stanami depresyjnymi lepiej. Już to umiem. Oczekiwałam fajerwerków – nie było i nie będzie. Jest za to ciężka, mozolna praca. 

Ostatnio moja sąsiadka zabrała mnie na spotkanie modlitewne z pewnym znanym małżeństwem. W domu tych ludzi jest kaplica z cudownym krzyżem z Limpias. Poszłam z ciekawości. Małżeństwo – oboje już koło 60-tki. Ona obdarzona charyzmatem proroctwa a on uzdrawiania. Oboje bardzo uduchowieni. Spotkanie miało miejsce w jednym z okolicznych bloków. W jednym mieszkaniu spotkało się kilkanaście kobiet, które przyszły po poradę ( ok. 12, razem z nami).

Spóźniłyśmy się, więc rozważanie nad Pismem Świętym nas ominęło. Później kobiety kolejno mówiły numer i pani coś czytała a później tłumaczyła. Nie wiedziałam o co chodzi. Kiedy przyszła moja kolej nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Zapytałam siedzącą najbliżej kobietę:

- O co chodzi?

- Podaj numer strony.

- Jakiej strony?

- Może ja pani coś wybiorę? – zaproponowała prowadząca.

- Proszę niech pani coś wybierze – odpowiedziałam.

Pani spojrzała do książki i zaczęła czytać. Usłyszałam coś, o czym wiedziałam i co mnie rzeczywiście trapiło od dawna. Wykonywany zawód i zawirowania w życiu są źródłem bezustannych tarć wiara-życie. Tekst dotyczył modlitwy.

- Za mało się modlisz. Zapominasz o modlitwie. Módl się więcej – popatrzyła na mnie uważnie.

Pokiwałam głową. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Wiedziałam, że kiedy zaprzeczę i powiem, że się modlę, ona zacznie dyskusję i uświadamianie mnie a ja to wszystko wiem, więc nie odzywałam się. Rzeczywiście ostatnio nie modliłam się, unikałam wizyt w kościele i byłam bardzo przygnębiona. Ogarnęły mnie „czarne myśli” z tych najgorszych, aż zaczęłam się bać. Zdołowana i przestraszona nie wiedziałam, co robić. Pewnej nocy, przed snem złapałam za różaniec. Tylko taką metodę terapii doraźnej znam. Tylko taka przyszła mi do głowy. Modlitwa uspakaja, wycisza. Zrobiło się lżej. Usnęłam… Teraz to dziwne spotkanie.

Pani nie skończyła na upomnieniu z modlitwą. Popatrzyła w książkę i przeczytała znów jakiś tekst. Usłyszałam to samo, co w Zambrowie, na spotkaniu z Bashoborą. 

- Masz ogromny dar. Jesteś bardzo dobra. Będziesz święta…

Pokiwałam przecząco głową. Na moich ustach wykwitł wątpiący uśmieszek.

- Dlaczego zaprzeczasz – obruszyła się pani – nie chcesz być święta? Wszyscy by chcieli… A ja widzę nad twoją głową aureolę…

Popatrzyłam na nią. Nic nie mówiłam. Co miałam powiedzieć. Po co prowokować dyskusję.

- Przyjedź do T. Ty przyjedziesz…

Zapamiętałam proroctwo o świętości i braku modlitwy. Dwie przeciwstawne rzeczy. Jak to pogodzić? I jak pogodzić to, że w wielkich nerwach klnę jak szewc. Święci nie przeklinają a ja tak, więc nici, droga pani, ze świętości. Przynajmniej teraz…

Pani jeszcze zwracała się do innych kobiet, coś im tłumacząc i widziałam, że mówiła do nich tak, jakby je znała, jakby to nie było pierwsze spotkanie, a one słuchały, potakiwały i zgadzały się z nią. Niektóre były tam po raz pierwszy. Tylko ja dostałam proroctwo o świętości. Każdy może się pomylić. Pani też się pomyliła.

Na zakończenie spotkania starszy pan podchodził do każdej kobiety i nakładał na nią ręce. Dotykał swoimi dłońmi głowy, ramion, piersi, brzucha. Przypomniał mi się bioenergoterapeuta, który „leczył” moją mamę. On też nakładał na nią ręce i modlił się.

Nie wiem po co są te spotkania – dla modlitwy, czy dla wysłuchania „proroctw” i kierowania życiem każdej słuchającej pani, a może w celu uzdrawiania z chorób. Nie wiem…

Nie wiem też, czy pojadę do T. Może… Kiedyś… Co ma być dla mnie, to będzie. Po tym spotkaniu nie mogłam spać w nocy. Obudziłam się o trzeciej nad ranem, wystraszona. Trudno mi było później usnąć. 

Co ma być, to będzie.

MATRIOSZKA_WA__K_50295de58101d

Trudno to wyjaśnić, ale zapanował we mnie jakiś spokój. Być może na krótko. Często tak mam, że najpierw spokój, stagnacja a później ostry zjazd w dół i rozpacz powodowana przeciwnościami losu, bo coś zaczyna się dziać, i to coś złego. Już myślę, że to co najgorsze mam a sobą a to była tylko cisza przed burzą. 

Kiedyś zaśmiałam się u mojej znajomej R. i porównałam się do rosyjskiej matrioszki, wańki-wstańki. Wszyscy wiedzą, jak wyglądają takie laleczki. Pękate, z krasnymi policzkami i czerwonymi usteczkami. Zamiast nóg mają okrągłe dno i kiedy się je przewraca one same wstają. Jestem do nich podobna. Życie mnie przewraca a ja wstaję z uśmiechem. I tej opcji będę się trzymać… Optymistycznej opcji.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Trochę radości i trochę smutku.

13 kwi

Foto: http://lonely2.flog.pl/

Wiosna! Wszystko budzi się do życia. Z okna mieszkania (chciałam napisać mojego okna – a tak nie jest), w którym mieszkam, z czwartego piętra widać drzewa śliw pokryte białym kwieciem. Kiedy przechodzę pod tymi drzewami czuję ich słodki zapach. Rano, po przebudzeniu otworzyłam okno i usłyszałam śpiew ptaków, tak jak na wsi, tam gdzie mieszkałam. Czwarte piętro, miasto a słychać śpiew ptaków. Wiosna panie sierżancie! - chciałoby się rzec. Wiosna. Niedługo święta. Dziś Niedziela Palmowa. Nie mam palmy. Nigdy nie przywiązywałam wagi do tej strojnej gałązki. Wiem. Chrześcijaństwo. Tradycja. Gałęzie palmy pod nogami osiołka, na którym jedzie Chrystus. Wielkie palmy w Kadzidle i maleńkie palmy w dłoniach wiernych w kościele. Ważny dzień. Mnie palma – przystrojone bazie –  zawsze będą się kojarzyć z kłótnią rodziców. Wymaganiami matki i nieporadnym zagubieniem ojca, bo przecież przyniósł, tylko mamie się nie podobała. Mama zagniewana, bo taka brzydka, bo bazie za małe, za duże, bo zawsze coś… Przyniósł, ale nie taką i ona znów musi wszystko robić sama. Głos matki pełen wyrzutu. Później w jej dłoniach pojawia się palma – gałązka przyozdobiona wstążeczkami, sztucznymi kwiatkami. W kościele wysuwa ją w stronę idącego z kropidłem księdza. Poświęconą przynosi do domu i zatyka za obraz. Nie rozumiałam dlaczego tak robiła a ona mi tego nie wyjaśniała. Komu te bazie potrzebne? Po co wsuwa je za obraz a później zakurzone wrzuca do kuchni i pali. Jaki w tym sens? Kiedy byłam dorosła trochę poczytałam na temat święconych bazi. Rozśmieszyło mnie wierzenie, że zjedzenie poświęconego „kotka” ma chronić przed bólem gardła. :-) Oj! Chrześcijanie! Wiara w Boga i wiara w zabobony. Przecież to tylko symbol. Kiedy Chrystus przejeżdżał na osiołku ludzie rzucali pod kopyta zwierzaka palmowe gałęzie. Cieszyli się. Wychwalali Jezusa – Mesjasza. Później ci sami ludzie wołali przed Piłatem „Ukrzyżuj Go!”. Palma – symbol naszej zmienności. Od uwielbienia do nienawiści?! Życie…

Wczoraj piękny wieczór! Szkoda, że nie widziałam przedstawienia z widowni. Zamiast tego „skręcałam” się w worku pokutnym jako Dusza z Szeolu – oczywiście z innymi Duszami. Charakteryzatorka tak nas przeistoczyła, że nikt nie mógł nas poznać. Dopiero, kiedy zaczęliśmy się odzywać, padał okrzyk:

- A to ty! Nie poznałam/łem cię!

2/3 przedstawienia słyszeliśmy zza kulis. Sceny w pałacu Kajfasza, Wieczernik ze śpiewem Marii Magdaleny i głosami apostołów, głos apostoła Piotra, donośny głos Jezusa i delikatny, śpiewny głos Jego Matki i wiele innych scen. Tylko głosy – publiczność widziała resztę.

Następne wejście jako lud Izraela. Piękna rola apostoła Piotra. T. T. przeistoczył się w apostoła. Stał się nim. Z ogniem w oczach przemawiał do ludu, do osób zgromadzonych na widowni. Słowa, gesty, spojrzenia pełne prawdy, naturalne. Nie było T. – tego pana z brodą, do którego na próbach przytulała się żona (grała kobietę z Wieczernika). Na scenie stał Apostoł, który z ogniem w oczach krzyczał: „Nawracajcie się! Jest dla was nadzieja! Dla was i dzieci waszych!” A lud podążał za nim, by później po scenie chrztu ruszyć w piękny taniec. MAGIA!

Po przedstawieniu, kiedy wszyscy kłanialiśmy się widowni, zobaczyłam moją córcię. Siedziała z koleżanką na ławeczce przed sceną, a ja ją zobaczyłam dopiero wtedy, kiedy dziękowaliśmy. Dwie ślicznotki! Pomachałam im ręką i posłałam całusa. Usłyszeliśmy mnóstwo miłych słów. Podchodzili do nas ludzie z zapłakanymi twarzami, ale uśmiechnięci i dziękowali za piękne przedstawienie. Miłe! Reżyser, aktorzy, muzycy, choreografka, charakteryzatorka i inni ciężko pracowali na taki efekt a efekt był – widać to było po widowni.

Zdjęcie z przedstawienia - jeżeli macie ochotę – zapraszam do obejrzenia.  :lol:

Dobrze, że miałam przez jakiś czas taką „odskocznię” od swojej rzeczywistości. Bardzo dobrze!  

Właśnie policzyłam, że już 10 miesięcy mieszkam sama z dziećmi w „dziupli na 4 pietrze”. Prawie rok. Wciąż przeżywam silne emocje, kiedy słyszę jakieś wieści ze wsi dotyczące mojego męża. To jeszcze mój mąż. Jeszcze…

Tydzień temu kuzynka poinformowała mnie, że J. zaginął. Nikt nie widział go dwa tygodnie. Zadzwoniłam do sąsiadki teściowej, bo teściowa, kiedy usłyszy mój głos wyłącza telefon. Sąsiadka potwierdziła. Rzeczywiście. Nie było go u matki dwa tygodnie. Zapytałam, czy ktoś był u niego w domu,czy ktoś sprawdzał, co się dzieje.

- Ale na podwórze nie można wejść. Wszystko ogrodzone i to nie tylko siatką, ale też drutem kolczastym. Na drodze leżą gałęzie, pniaki, żeby nikt nie przejechał. Psy spuszczone. Tam nie można wejść – relacjonowała.

Nie ustępowałam. Poprosiłam o sprawdzenie. Zgodziła się. Zadzwoniłam wieczorem.

- Nic nie wiem. Dom zamknięty na klucz. Nic nie można zobaczyć przez okno, bo jest ciemno. Żadne światło się nie świeci.

Podziękowałam. Nie jestem z nim, ale 15 lat robi swoje. Jest chory. Przestraszyłam się, że coś sobie zrobił. Nie wiedziałam, co robić. On ma rodzinę – ma matkę, siostry. Dlaczego się nim nie opiekują? Dlaczego zostawiły go samego. Miałam nadzieję, że teściowa coś zrobi. Nic nie zrobiła. Następnego dnia zadzwoniłam na policję z prośbą o sprawdzenie, co tam się dzieje. Jakiś miły pan obiecał wysłać patrol. Zadzwoniłam też do najbliższego szpitala psychiatrycznego, żeby sprawdzić czy w ciągu ostatnich dwóch tygodni nikt o takim nazwisku nie został przyjęty. Nie było go. Wieczorem jeszcze raz zadzwoniłam na policję. Zapomniałam podać swojego numeru i nie mogli do mnie zadzwonić. Pan zaczął rozmowę w dziwny sposób:

- To był pani mąż? Tak?

Skóra mi ścierpła, a więc  nie żyje…

- To jest jeszcze mój mąż. Nie mamy rozwodu.

- Byliśmy na interwencji. Weszliśmy do domu. Oczywiście pojechaliśmy tam z karetką…

- Boże – pomyślałam – co się stało?

- Mąż był w domu. Nic się nie stało. Siedział w pokoju. Oczywiście nie wyraził zgody na leczenie szpitalne, na jakiekolwiek leczenie. Mówi, że jest zdrowy.

Odetchnęłam. Żyje.

- Dziękuję i przepraszam za kłopot.

- Żaden kłopot. Dobrze, że mogliśmy pomóc.

- Dziękuję. Do widzenia.

Odłożyłam telefon. Żyje.

Wczoraj, kiedy szykowałam się do wyjścia na przedstawienie zadzwoniłam do B., żeby zapytać, czy będzie i powiedzieć, że zaproszenie, którego nie zdążyłam jej dostarczyć będzie na nią czekać. B. podziękowała i nieśmiało zaczęła:

- Powiedziałabym ci coś, ale boję się, że będziesz się denerwować. Powiem po przedstawieniu.

- Nie. Mów teraz.

- W poniedziałek w sklepie był J. Nie poznałam go. Był w czapce i ciemnych okularach. Stanął między półkami i nie ruszał się. Stał w jednym miejscu przez pięć godzin. Mówiłam kierowniczce o dziwnym człowieku, który stoi pomiędzy regałami, ale zareagowała dopiero jak zamykaliśmy sklep. Nie chciał wyjść. Zadzwoniła po policję. Przyjechali, ale kiedy zobaczyli kto to jest, wezwali karetkę. Zwrócili uwagę kierowniczce, że narażała klientów, że wiedzą kto to jest i że niedawno byli u niego na interwencji. Nie wiem, co się działo później, bo wyszłam.

- Dziękuję.

- A. dlaczego rodzina się nim nie interesuje. Przecież widać, że to chory człowiek. Wszyscy mówili na ciebie. Ciebie winili. Myśleli, że wymyślasz. 

- B. jest mi go szkoda, ale ja tam nie wrócę. Wiesz dlaczego. W czerwcu ledwie udało mi się uciec. To był koszmar. Szanuje własne życie i spokój dzieci. On ma rodzinę. Niech w końcu przejrzą na oczy.

- Tylko, że nikt się nim nie interesuje. Jak oni mogą?

Mogą, oj mogą! 

Jest ustawa o chorych psychicznie. W ustawie czytamy, że jeżeli chory dobrowolnie nie zgodzi się na leczenie nikt nie ma prawa go do tego zmusić. Schizofrenia. Jak człowiek z zaburzoną świadomością może podjąć racjonalną decyzje o leczeniu, skoro dla niego leczenie to realne zagrożenie. Jak człowiek żyjący w świecie urojeń może podjąć mądrą decyzję. Paranoja. J. tak naprawdę jest bez leków od marca 2013 r. z miesięczną przerwą w szpitalu psychiatrycznym. Pogrąża się coraz bardziej. Przestaje jeść. Zamyka się we własnym domu i nie wychodzi tygodniami. Wygląda jak własny cień. Nie wie, gdzie się znajduje. „Zastyga” na kilka godzin w jednym miejscu. Czy potrzeba tragedii, żeby oddać go na leczenie. Czy to nie jest działanie, które zagraża jego życiu i zdrowiu? On powoli wyniszcza siebie. Potrzebuje pomocy. Na mnie reaguje agresją a rodzina nie chce mu pomóc. Sprawa karna, która miała zdecydować o leczeniu ciągnie się od października i jeszcze nie została rozstrzygnięta. Czy wszyscy są bezradni? Czekam na kolejny werdykt sądu. Ja dam radę a on? Z nim jest coraz gorzej.

 


http://www.gazeta.policja.pl
 - „Policja a chorzy psychicznie”

Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego – Synapsis on line

Przyjęcie do szpitala psychiatrycznego bez zgody osoby chorej psychicznie na stronie: http://prawo.e-katedra.pl/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie

 

Rola mężczyzny w życiu kobiety – poważny problem.

16 mar

 

Spotkałam wczoraj znajomą.

- Co tam u ciebie słychać?

- A nic! Dobrze! Jest zdrowie, praca. Reszta do ogarnięcia.

- A jak z nim?

- Różnie, ale daję radę.

Popatrzyła na mnie uważnie. Dopytała o parę szczegółów – widocznie było jej to potrzebne do zaspokojenia ciekawości i zawieszając głos zapytała:

- A jak sobie radzisz sama?

- Dobrze – odparłam z uśmiechem.

Popatrzyła z dezaprobatą. Widocznie nie pasowałam do jej wyobrażeń o mnie, bo po chwili dodała:

- Wiesz, u mnie też różnie bywa. Też często jestem wyzywana od różnych, ale … – i tu popłynęły różne argumenty – ale ona to wytrzymuje, ona nie odchodzi, ona się tym nie przejmuje, ona, ona, ona…

A ja nie! Nie! Bo nie ma takiej miłości w imię której ja muszę cierpieć, w imię której muszą cierpieć moje dzieci. NIE MA. Jeżeli jest, to jest to chora miłość. Jakieś utarte, widziane w dzieciństwie modele zachowań, jakieś ambicje, przepychanki, jakieś chore zachowania typu – ja będę cierpieć, niech to wszyscy widzą i niech mi współczują, niech mnie żałują – poczuję się wtedy taka ważna, dowartościowana, taka super – dam radę! Zniszczę siebie, zniszczę dzieci (jeżeli są), ale dam radę! SUPRMENKA.

Koleżanka już mnie zaszufladkowała i to negatywnie, bo ona daje radę a ja – no! Wiadomo!

Następna historia, którą usłyszałam to opowieść o pewnej kobiecie, którą psychicznie niszczy mąż. W kontaktach ze znajomymi jest czarujący, elokwentny, tzw. facet na poziomie a sam na sam z żoną przeobraża się w potwora. W trudnych dla niej sytuacjach (np. dotyczących zdrowia) potrafi wykrzyczeć:

- Gdybyś zdechła ułożyłbym sobie życie od nowa!

Takie słowa bolą. Rodzi się pytanie – dlaczego ona z nim jest? Dlaczego ona na to pozwala? Dlaczego cierpią oboje tworząc piekło na ziemi?

Tak naprawdę znamy odpowiedź na te pytania, tylko tak trudno zacząć od siebie – od zmiany siebie samego. Trudno zacząć coś nowego, co jest lepsze, ale my tego nie znamy. Łatwiej za to tkwić w starym, choćby było najbardziej bolesne. Potrzeba zmiany. Zmiany, którą trzeba zacząć od samego siebie.

W takich sytuacjach żal mi mężczyzn. Oczywiście żal też kobiet – także mnie samej. Dlaczego żal? Ano dlatego, że przez takie zachowania tworzymy dwa stereotypy. Pierwszy – mężczyzny, który na początku jest miły, wrażliwy, empatyczny, gotowy do pomocy, umiejący słuchać, potrafiący „nieba przychylić” a później, po dłuższej znajomości, lub po ślubie przeobrażający się w potwora, który gnębi, wyzywa, niszczy psychicznie i fizycznie, jest oprawcą, itd. Drugi stereotyp to obraz kobiety miłej, usłużnej, zapatrzonej w niego jak w święty obrazek, odgadującej wszystkie jego zachcianki i myśli, przemieniającej się później w bierną ofiarę jego złych zachowań. Stajemy się wtedy ludźmi w pułapce – pułapce naszych stereotypów i nawet kiedy spotkamy tego odpowiedniego partnera to miniemy go obojętnie, bo…

Przypomina mi się w tym momencie fragment książki A. de Mello „Przebudzenie”. Fragment mówiący o miłości. Nie kochamy prawdziwej osoby, kochamy swoje wyobrażenie o tej osobie. Łudzimy się iluzją na temat tej osoby. Nie widzimy jej prawdziwej – z jej wadami, brakami, niedociągnięciami. Kiedy ją jednak poznajemy – budzimy się i niestety jest to bolesne przebudzenie. Sami siebie oszukiwaliśmy, lub oszukujemy, ale żeby mniej bolało – to ktoś musi być winny.

Myślę, że nie ma złych mężczyzn, lub złych kobiet – są tylko bardzo pogubieni ludzie, którzy nie chcą wyjść ze starych torów zachowań, bo wtedy musieliby wszystko zaczynać od nowa a nowe, nieznane zawsze wzbudza niepokój. Więc po co bać się nowego, kiedy mamy stare, oswojone? Po co zmieniać siebie, łatwiej zmienić kogoś a jak się nie da to wtedy użyjemy siły. Tworzymy piekło na ziemi. Mamy „krew, pot i łzy”. Mamy nasz własny, cieplutki, czasami straszny MATRIX.

Chciałam zakończyć pozytywnie a wyszło jak zawsze.  :cry:

I jeszcze fragment tekstu mojego ulubionego autora, aby dać jednak nadzieję :-) też w klimacie „zmiany”:

„By otworzyć komuś oczy potrzeba niekiedy całego życia. By ujrzeć – wystarczy błysk chwili.

Szczęście

 - Potrzebuje pomocy – natychmiast – inaczej oszaleje! Mieszkamy w małym pokoju – moja żona, moje dzieci i moi teściowie. Jesteśmy na granicy wytrzymałości, krzyczymy i wrzeszczymy na siebie. Ten pokój  to piekło!

- Czy obiecujesz, że spełnisz wszystko, co ci polecę – powiedział Mistrz z wielka powaga.

- Przysięgam, że spełnię wszystko.

- Doskonale. Ile macie zwierząt?

- Krowę, kozę i sześć kur.

- Wprowadź je wszystkie do waszego pokoju i przyjdź do mnie za tydzień.

Uczeń przeraził sie, ale przecież obiecał być posłusznym. Wprowadził zwierzęta do pokoju.

Wrócił po tygodniu, w stanie godnym politowania, i skarżył się:

- Jestem kłębkiem nerwów. Ten brud, smród i hałas! Wkrótce chyba wszyscy postradamy zmysły!

- Wracaj do domu – powiedział Mistrz – i wyprowadź zwierzęta z pokoju.

Człowiek pobiegł szybko do domu. Następnego dnia wrócił, promieniejąc z radości.

- Jak cudowne jest życie! Wyprowadziliśmy zwierzęta. Nasz dom stał sie rajem. Co za spokój, jak czysto i ile przestrzeni mamy dla siebie!”

Anthony de Mello „Minuta mądrości”

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Książka, Życie