RSS
 

Notki z tagiem ‘Modlitwa’

Życie pełne światła

03 lut

„Żyj tak, aby strach przed śmiercią
nigdy nie wszedł do twego serca.
Nie rób nikomu trudności za jego religie.
Szanuj poglądy innych
i wymagaj żeby oni szanowali twoje.
Kochaj swoje życie, staraj się je doskonalić,
nadawaj piękno wszystkiemu w twoim życiu.
Staraj się aby twoje życie było długie
i pełne służby dla twego ludu.
Przygotowuj szlachetną pieśń śmierci
na dzień w którym przekroczysz wielką granice.
Zawsze pozdrawiaj słowem lub znakiem kiedy spotkasz swoich przyjaciół,
lub nawet obcych ludzi kiedy spotkacie się na pustkowiu.
Szanuj wszystkich ale nie upokarzaj się przed nikim.
Kiedy wstajesz rano, podziękuj za światło,
za twoje życie, za twoja siłę.
Podziękuj za pokarm, za radość życia.
Jeśli nie widzisz powodu żeby dziękować,
to wina jest po twojej stronie.
Nie dotykaj trującej wody ognistej, która zmienia ludzi mądrych w głupców
i która odbiera duchowi jego wizje.
Kiedy nadejdzie twoja śmierć, nie bądź jak ci,
których serca są tak pełne strachu przed śmiercią,
że kiedy przychodzi ich śmierci oni płaczą i modlą się o więcej czasu,
żeby przeżyć ich życie inaczej.
Zaśpiewaj swoją pieśń śmierci i odejdź jak bohater, wracający do domu”

- Tecumseh

źródło:
https://www.facebook.com/IndianieAmeryki/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Muzyka, Życie

 

Terapia ewangelizacyjna zamiast tradycyjnej, psychologicznej.

16 mar

Dzisiaj zamiast sesji terapeutycznej miałam sesję ewangelizacyjną. Ostatni dzień rekolekcji. Rekolekcje dla młodzieży, chociaż było ich niewielu, pomimo czterech szkół. Poszedł ten, kto miał takie pragnienie. Reszcie były niepotrzebne. Może do nich po prostu nie dorośli. Na razie poszukują. Szukają, gubiąc się. Takie mają prawo. To też trzeba uszanować. Kiedyś wrócą do swojej wiary zaszczepionej przez rodziców i zobaczą, że jest sensem ich życia. Mam taką teorię, że prawdziwa i świadoma religijność rozwija się dopiero po trzydziestym roku życia. Mają jeszcze dużo czasu.

Ja sama często się gubię. Próbuję sama wszystko ogarnąć, wierząc w swoje wątłe siły a one po ludzku mnie zawodzą. Kłócę się z Bogiem. Nie ma ze mną łatwo ;-) Czasami uciekam od Niego daleko, ale później powroty są najpiękniejsze. Dla mnie wiara jest cichą pewnością na dnie serca, skromną, ustępującą, ledwie się tlącą iskierką, od której co jakiś czas wybucha wielki płomień, który grzeje moje zziębnięte jestestwo.

Był mi potrzebny taki dzień.

Dzisiaj usłyszałam o miłości do samej siebie i o przebaczeniu. Te tematy przewijają się na moich stronach bardzo często. Odmawialiśmy wspólnie modlitwę przebaczenia wszystkim ludziom, którzy zranili nas w życiu. Cały czas myślami byłam przy swoim ojcu.
Zawiesiłam się na wspomnieniu o nim. Dziś miałam okazję go pożegnać. Docenić to, co dostałam od niego dobrego i dostrzec w nim zagubionego człowieka. On chciał być dobry, ale nie pozwalał sobie na to. Z trudem przychodziły mu dobre gesty… Było ich tak mało, ale były.

Następną osobą, nad którą się zatrzymałam był mąż. Wybrałam go, pozwoliłam, aby się do mnie zbliżył, towarzyszył mi przez 15 lat. Wygrała choroba, ale on jako człowiek zdrowy byłby dobrym ojcem. W pamięci mam obraz jak przytula do policzka maleńkiego syna. Cieszył się nim bardzo, ale przerażały go obowiązki ojca. Nie podołał im. Z racji choroby nie był w stanie im podołać.

Ta modlitwa otworzyła inną perspektywę. Sacrum wygrało z profanum.

Klęczałam i słuchałam słów wypowiadanych przez młodego człowieka, którego życie nie oszczędziło. Wychował się w rodzinie patologicznej, albo ładniej brzmiące słowo – dysfunkcyjnej. Matka zostawiła ich kiedy miał 1,5 roczku. Chciała go sprzedać. Niosła go zapakowanego w torbie, kiedy zatrzymał ją ktoś z rodziny. Była alkoholiczką, tak samo jak jego ojciec. Chłopak doświadczył wiele zła. Później był w grupie przestępczej a dziś potrafi pięknie się modlić. Łysa głowa i zarośnięta twarz – wygląd niepokornego a piękne serce. Powtarzałam w myślach wypowiadane przez niego słowa i widziałam różne sytuacje z mojego życia. Łzy toczyły się po policzkach a w środku robiło się coraz więcej wolnego miejsca. Wiecie o co chodzi? Takiego spokojnego miejsca. Spokojnego i pełnego światła. To on, ten chłopak, dziś był moim terapeutą. Nie pamiętam jego imienia, ale bardzo mu dziękuję!!!

Potrzebne były mi te dni.

Szkoda, że Młody ze mną nie poszedł. Proponowałam mu. Nie chciał. Miał do tego prawo…

Czasami trzeba się zgubić, żeby później mocniej cieszyć się z własnego odnalezienia.

Film z udziałem księdza, który prowadził rekolekcje <tutaj>

***

Godzina 19:13

Piękny, słoneczny dzień. Końcówka dnia na kijach. 10 km.

Mi napisała komentarz:

Anula, piękne słowa. Bardzo ucieszył mnie Twój dzisiejszy wpis. Mam wrażenie i nadzieję, że dzisiejsza terapia dała Ci więcej niż wiele spotkań z psychoterapeutą. Może się mylę, ale chyba w tym wszystkim chodzi  przede wszystkim o to by znaleźć w sobie jak najwięcej takiego spokojnego miejsca. Myślę, że jak człowiek jest pogodzony z samym sobą, wówczas jest w stanie pogodzić się ze wszystkimi i wszystkim. I wtedy osiąga ten wewnętrzny spokój. 
Jesteś piękną osobą. Nie tylko piękną kobietą, ale i piękną wewnętrznie istotą. Kiedy czasem patrzę na Ciebie, mam wrażenie, że bije od Ciebie jakieś wewnętrzne światło. Piękne, jasne i ciepłe. ☺
Może to co powiem teraz wyda Ci się głupie, ale ciesz się z tego, czego doświadczyłaś, bo może dzięki tym koszmarom dziś jesteś taka jaka jesteś. Dobra, piękna, ciepła i pełna światła
 Jestem pewna, że przed Tobą mnóstwo cudnych, radosnych chwil, czego oczywiście życzę Ci całym serduchem ☺

Mi

Dziękuję za tyle pięknych słów :-D

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Nowy Rok 5776! Rosz ha-Szana.

15 wrz

Właśnie się dowiedziałam, że Żydzi teraz obchodzą Nowy Rok 5776! Rosz ha-Szana.

To żydowski Nowy Rok. Upamiętnienie stworzenia człowieka.

Rosz ha-Szana jest dniem rozpoczęcia Sądu.

W tym dniu Bóg otwiera Księgi i zapisuje w nich przyszłość całej ludzkości – każdego z osobna, grupy ludzi i całe narody.

Istnieją 3 rodzaje ksiąg: Księga Sprawiedliwych (Księga Życia). Księga Złoczyńców (Księga Śmierci). Księga Przeciętnych (Księga oczekujących na wyrok). Sprawiedliwi i złoczyńcy od razu zostają zapisani do odpowiednich ksiąg. Większość ludzi zostaje zapisana w Księdze Przeciętnych. Czekają, oni aż do Jom Kipur (Dzień Sądu i Odpuszczenia), kiedy będzie wydany na nich wyrok – do której księgi z dwóch pierwszych będą należeć.

Rosz Haszana jest dwudniowym świętem, które przypada na dwa pierwsze dni miesiąca tiszri (tiszrej). Podobnie jak w Szabat, istnieje zakaz wykonywania pewnych czynności (melachot), choć dozwolone są wszystkie czynności związane z przygotowywaniem jedzenia (nie wolno rozpalać ognia, tylko odpalać od już istniejącego, np. zapalonej świecy), wolno nosić z miejsca na miejsce najpotrzebniejsze rzeczy. Podobnie jak w Szabat, zapala się świece świąteczne (w obydwa dni) i odmawia odpowiednie błogosławieństwo.

Tora opisuje ten dzień jako Jom Hazikaron – Dzień Pamięci. Bóg „pamięta”, wspomina ludzkość, kiedy wszyscy przychodzą do Niego pod Sąd. Tora nazywa ten dzień, także Jom Tru’a – Dzień Dęcia (w szofar). Słowo Szofar nie pojawia się w Torze w związku z Rosz Haszana. Więcej informacji na stronie:  Forum Żydów Polskich.

Mosze_FeinsteinRok 5776! Piękny wiek! Po wieku widać, że to nasi starsi bracia w wierze.

Bardzo podobają mi się opowieści żydowskie. Przeczytałam niedawno jedną z nich. A oto ona:

W pewnej starej opowieści, na dzień przed Jom Kippur rabin posyła swoich uczniów do krawca, by dowiedzieli się od niego, na czym polega Dzień Pojednania. W ciągu dziesięciu dni między żydowskim Nowym Rokiem (Rosz ha-Szana) a Jom Kippur pobożni Żydzi  podejmują trud duchowego oczyszczenia. Jom Kippur to najświętszy dzień modlitwy, czas postu i refleksji. Żydzi wspominają miniony rok, przepraszają za błędy i obiecują poprawę.

Podglądając krawca uczniowie widzą, jak mężczyzna zdejmuje z półki grubą księgę. W środku zostały spisane wszystkie grzechy, jakich dopuścił się w ciągu minionego roku. Krawiec oświadcza Bogu, że nadszedł czas rozliczenia. Unosi tom do góry i pokazuje listę swoich grzechów.

Potem krawiec wyjmuje drugą księgę . W niej spisane są wszystkie grzechy, jakich dopuścił się Bóg, cały ból, rozpacz, cierpienie, jakie zesłał na krawca i jego rodzinę. Na koniec krawiec oznajmia Bogu:

- Wszechmogący Boże, gdyby policzyć wszystko co do joty, okazałoby się, że zawiniłeś mi znacznie bardziej niż ja Tobie?

Dość obcesowe zachowanie, nie sądzicie?

Zamiast targować się z Bogiem o zapisy z księgi, krawiec chce zawrzeć pokój. Umawia się z Bogiem, że wybaczy Mu Jego grzechy, jeśli On wybaczy grzechy jemu. Potem krawiec nalewa sobie kieliszek wina, błogosławi go i mówi:

- Niech panuje między nami pokój i radość! Wybaczajmy sobie nawzajem. Teraz nasze grzechy są niebyłe.

Czyste konto u Boga. Czyste konto dla Boga.

Opowieść pochodzi z książki Reginy Brett „Bóg nigdy nie mruga”, s. 56-58, Insignis, Kraków 2012.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Gdy ci źle poczytaj Biblię :-)

06 sie

Ostatnio pozwoliłam, aby emocje zawładnęły moim światem. Myśli wciąż krążyły wokół jednego wydarzenia. Pojechałam gdzieś, coś zobaczyłam i opisałam na blogu.  Napisałam, że ja to widzę inaczej, ja się z tym nie zgadzam, ja wybrałam co innego i z perspektywy prawie dwóch lat widzę, że to wyjście dało najlepsze efekty. Komuś się to nie spodobało, straciłam znajomych, ktoś wysłał do mnie „odpowiednie” teksty z Pisma Świętego a nawet postraszył skargą skierowaną do samego biskupa. A cóż ja takiego napisałam? Zwróciłam uwagę, żeby ludzie polegali na sobie, bo w nich jest siła. Nie uciekali od modlitwy, bo jest bardzo ważna i swoje kroki kierowali do Kościoła (jeśli są katolikami praktykującymi),  i jeżeli mają problem szli do specjalisty. Tak a propos specjalistów psychologów i terapeutów – są w ich szeregach także chrześcijańscy terapeuci i psycholodzy. Kadra osób kompetentnych, wyszkolonych w dziedzinie pomagania, mających za sobą lata praktyki. Wiem, terapia jednym pomaga a innym nie. Dzieje się tak dlatego, że terapeuta może nie trafić z metodą, albo pacjent nie otworzy się i nie zaufa terapeucie na tyle, aby ten mógł mu pomóc. Żeby uzyskać pomoc trzeba się na nią otworzyć, zaufać osobie pomagającej i mieć pewność, że ona nas nie skrzywdzi.

Dobra, dość, bo ktoś posądzi mnie, że mam jakiś profit z zachwalania pomocy terapeutycznej.

Kiedy zawładnęły mną emocje, kiedy zaczęłam panikować i likwidować bloga (na szczęście zaczęłam od zmiany domeny). Teraz widzę, że zachowałam się po staremu – zaczęłam od ucieczki.  Później długo rozmawiałam z księdzem o całej sytuacji. Tłumaczył a w mojej głowie robiło się coraz jaśniej. Wczoraj SMS od księdza z parafii, która opublikowała mój wpis o książce „Moc uwielbienia”:

- Proszę włączyć radio internetowe o 17.30

Włączyłam i usłyszałam piękną modlitwę w mojej intencji.

Na sesję terapeutyczną też „zawlokłam” moją sytuację. Pozwoliłam, aby zmarnowała moje 45 min przeznaczone na inny, ważniejszy temat. Wyszłam ze świadomością, że boję się bronić własnego zdania, bo chcę być jak zupa pomidorowa. Zapamiętałam co powiedziała o takim stanie jedna z prezenterek telewizyjnych, Dorota Wellman ( „Nie jestem k….ą , żeby się podobać wszystkim”Ok. Bardzo kontrowersyjnie i bardzo agresywnie. Ja nie jestem z gatunku tych agresywnych i bezpośrednich. Boję się urazić innych i myślę, że jak będę miła i uśmiechnięta to wszyscy będą mnie kochać a to tak nie działa (pisałam o tym w poście „Nie każdy uśmiech jest dowodem szczęścia”)

Właśnie! Temat tak mną zawładnął, że piszę kolejnego posta w tym klimacie.

Przed snem, przez kolejne dni otwierałam Biblię i na chybił, trafił czytałam teksty na otwartych stronach. Dziwne były te „trafy” – wciąż krążyły koło „mojego” tematu.

Księga Izajasza 30, 1-33

Księga Michaesza 3, 1-8

II List do Tymoteusza 3

Wiem jedno – siłę do pokonywania różnych trudności mam w sobie, nie w innych. Dam sobie radę i z tą sytuacją. Mam wiarę i nadzieję a to bardzo dużo!  Pisałam kiedyś o byciu miłym i zapomniałam o wymienionej tam Karcie Osobistych Praw Podstawowych:

  • Mam prawo wyrażać własne uczucia.
  • Mam prawo być sobą.
  • Mam prawo odmawiać.
  • Mam prawo do błędów.
  • Mam prawo do zmiany zdania.
  • Mam prawo powiedzieć, że czegoś nie rozumiem.
  • Mam prawo nie czuć się odpowiedzialna za problemy innych dorosłych.
  • Mam prawo stawiać siebie na pierwszym miejscu.
  • Mam prawo nie być zależną od aprobaty innych.

 Właśnie mam do tego prawo!

A sąsiadkę pozdrawiam. Wiem,że czyta mojego bloga i wiem, że to co napiszę dociera do niej szybciej, niż to co mówię (właściwie to teraz ze mną nie rozmawia)  - otworzyła mi oczy i dała niezłą lekcję :-?  . Przesyłam w jej stronę błogosławieństwo – takie samo jakie dostała ode mnie Kasia, autorka komentarzy pod kontrowersyjnym wpisem:  ” Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem” (Lb 6,24-26).

W życiu tak bywa – coś się kończy, aby coś się zaczęło. Pora wyciągnąć wnioski i iść dalej… 

************

Znalazłam w internecie artykuł o długofalowych efektach ubocznych przemocy domowej.

SWHR stworzyło  wideo, aby podzielić się doświadczeniami pięciu kobiet, które musiały stawić czoła nie tylko swoim oprawcom, ale także depresji, migrenie, lękom, chorobom stawów i innym długofalowym konsekwencjom zdrowotnym.  (więcej na feminoteka.pl)
A ja zastanawiałam się dlaczego od dawna leczę „chrzęszczące” stawy  i dlaczego nic na nie działa. Skąd u mnie depresja, lęki i nieprzespane noce. Teraz mogę sobie odpowiedzieć w racjonalny sposób. Mogę racjonalizować, ale zanim nauczę się odbierać świat jako dobry i bezpieczny minie bardzo dużo czasu. Czasami wiedza i życie się rozjeżdża :-|
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

„Medytacja z książką” i „Ślady” – czym jest religijność a czym wiara?

01 lip
big_medytacja_815x315

foto: sklep.charaktery.eu

Medytacja z książką „H.M. Enomiya-Lasalle. Jezuita i nauczyciel zen”  

~   Pamiętam doskonale słowa wypowiedziane blisko pół wieku temu przez starego już wtedy księdza Witolda Pietkuna, Wilniuka osiadłego w Białymstoku. Pięknie ubrany, sunął w procesji Bożego Ciała, lecz porzucił orszak, podszedł do mnie i tuląc, powiedział mi do ucha: Oto tam – wskazał na procesję – jest religia. Tutaj – wskazał na moje serce – masz wiarę. Niech ci się to nigdy w życiu nie myli.

Nierzadko mi się to myliło… Różnica między religią a wiarą być może polega na tym, że wiara przemienia. Religia – niekoniecznie. Wiara jest mistyką. Religia – niekoniecznie.

~   Prawdziwa mistyka jest zwyczajną codziennością. Jeśli coś łączy wszystkie religie świata i wszystkie nie-religie, przełamuje napięcie między wiarą a religią, to tym właśnie jest mistyka. Czyli zwyczajna codzienność.

Co tak naprawdę łączy wszystkich ludzi na świecie – bez względu na wyznanie? Wydaje mi się, że to stosunek do drugiego człowieka, pełne przyjęcie jego niepowtarzalności. Nie mam na myśli tolerancji lub akceptacji, lecz pełną afirmację, czyli pełną zgodę na odrębność – pozbawioną napięcia wewnętrznego, warunków i zastrzeżeń.

Tak, wierzę, że pełnia wiary, doświadczenie Boga wyraża się tylko i wyłącznie w miłosnej, afirmacyjnej postawie
wobec drugiego człowieka, który zawsze jest Inny. Ta postawa zaś to zdolność wsłuchiwania się w drugiego, wsłuchania
się w jego inność.

Prawdziwa mistyka, wiara przemieniająca, wyraża się w tym, że przestajemy źle mówić o innych. A jeśli nam się zdarza, to odczuwamy wstyd, mamy poczucie grzechu, czujemy, że zrobiliśmy coś niewłaściwego. Chcemy to naprawić.

~   Tak, wiara powinna wyrażać się przede wszystkim poprzez stosunek do drugiego człowieka. Do innego. Wiara powinna być raczej kontemplacją tajemnic, w tym tajemnicy, jaką jest drugi człowiek. Przez to zapewne wiara nie jest źródłem pocieszenia.

Simone Weil pisała: „Religia jako źródło pociechy jest przeszkodą w prawdziwej wierze: w tym sensie ateizm jest oczyszczeniem. Z dwóch ludzi, którzy nie mają doznania Boga, ten, który przeczy jego istnieniu, jest być może najbliżej Boga. Degraduje się tajemnice wiary, czyniąc z nich przedmiot afirmacji czy negacji, podczas gdy powinny być one przedmiotem kontemplacji”.

~ W przeróżnych tzw. poszukiwaniach warto zachować szczególną uważność, by nie wpaść w otchłań. „Nie szukaj za bardzo, bo wpadniesz w otchłań myśli, a nie bytu”, przestrzegał Andrzej Jawień (Karol Wojtyła). Nie szukaj, bo wszystko jest obok ciebie – to drugi człowiek, być może kładziesz się z nim co noc do łóżka. Wszystko, czego chcesz się dowiedzieć o sobie, o Bogu, znajdziesz w drugim człowieku, tuż obok. Chcesz poznać siebie? Przyjrzyj się swoim relacjom z ludźmi.

~ Chcesz nauczyć się modlić? Módl się – pisała św. Teresa z Ávili. Choćby tak: Panie Boże/ o zielonych oczach/ z cukierkowych obrazków/ z migdałowych litanii/ Boże/ ślepców/ Boże/ głupców/ – trzepnij mnie porządnie w łeb (Moleben, Tomasz Mames) ~ Gdy Bóg wysłucha tej modlitwy, zapewne trzepnie w łeb, aż zaboli. Wiara powinna boleć. Inni ludzie bolą.
I ich cierpienia. Oni bolą – gdy zadają cierpienie. Gdy rozczarowują. Gdy są rozczarowani. Gdy denerwują. Są zdenerwowani.

Wrażliwość i czułość przynosi ból.

Przynoszą też radość. Spełnienie. Przyjemność.

„Za każdy wzrost w świadomości trzeba zapłacić pewną cenę. Nie możemy stać się bardziej wrażliwi na przyjemność, bez bycia bardziej wrażliwymi na ból” – pisał Alan Watts.

~ Dobrze mieć świadomość istnienia innych ludzi. Tuż obok. Swojej od nich zależności i ich zależności od nas. To jest mistyka. Zwyczajna codzienność. Wiara w Boga to także (a może przede wszystkim?) wiara w człowieka. W każdego człowieka.

Wiara jest trudna, bo ludzie są trudni. Bo bardzo, bardzo różni. Nie mniej niż ja jestem różny. I ty.

 

Medytacja z książką
 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Czasopisma, Książka

 

„Wolni od niemocy” – czyli jak dokonać dobrych zmian w życiu. cz.2 – o przebaczeniu.

28 maj

Dalszy ciąg moich uwag dotyczących lektury.

Ktoś mi powiedział, że religia opiera się na myśleniu magicznym! Modlimy się wierząc, że Ktoś (Bóg) za nas rozwiąże problemy. To tylko część prawdy. Jeżeli nasza modlitwa ograniczy się do słów i biernego oczekiwania na dobry los (Bóg może wszystko ;-)), to srodze możemy się rozczarować. Religia to nasza wiara, ale też współdziałanie. Modlitwa powinna być motorem działań a nie biernym nastawieniem na otrzymywanie od Najwyższego jak największej ilości łask. Kto chce biernie wierzyć, niech nie oczekuje zmiany w swoim życiu, bo jej nie doświadczy. Osoby, które się modlą odsuwają od siebie przykre i obsesyjne myśli – czyli modlitwa może mieć znaczenie terapeutyczne. Modląc się dajemy sobie czas na odpoczynek. Zwracamy swoją uwagę ku Komuś, kto będzie dla nas ucieczką, oparciem, wytchnieniem. Owszem występuje myślenie magiczne np. podczas modlitwy prośby ( coś za coś), ale modlitwa uwielbienia czy dziękczynienia przenosi naszą uwagę w inne obszary związane z uczeniem się przeżywania negatywnych przeżyć z nadzieją, wzbudzania w sobie radości, pozytywnego nastawienia. (Sposób na dobrą modlitwę). Zamiast myśleć, że jest źle i lepiej już nie będzie, myślimy  – jest źle, ale jest nadzieja a czy nie o to chodzi. Samo myślenie nie wystarczy potrzebna jest jeszcze osoba, która będzie nas prowadziła przez nasze meandry złych nastrojów, depresji. Dla chrześcijanina może to być duchowny, tzw. kierownik duchowy, dla poszukującego i niewierzącego terapeuta. Sami ze „złych” stanów nie wyjdziemy. Ojciec Pelanowski mówi o ogromnym znaczeniu wspólnoty, która będzie wspierać.  Najważniejsze to wyjść do ludzi. Nie izolować się!

O. Pelanowski zwraca uwagę na ogromne znaczenie Biblii. Według niego ma ona moc uzdrowienia. Porównywanie swojego życia z postaciami biblijnymi pokazuje, że Bóg nawet z najgorszej sytuacji wyprowadzi ku dobru.

Podobała mi się definicja wyśmiania (oczerniania) innych. Wyśmianie jest zwątpieniem w czyjąś wartość, ale także wyrazem lęku o to, że samemu też jest się bez wartości. (s. 151)

Złość na siebie nie niszczy nikogo, tylko nas (s. 153)

Ucieczka przed bolącą przeszłością – czy ma sens? Każdy z nas ma swoje ciemne strony życia, których się boi, chciałby o nich zapomnieć, pozbyć się bolesnych wspomnień, uciec przed dręczącymi przypomnieniami. Wydaje się nam, że ucieczka i zapomnienie niektórych przeżyć, pozwoliłoby nam wypłynąć na szerokie wody… Ale tak nie jest. Nasze życie nie jest udane w wielu etapach dotyczących przeszłości a my mamy wizję udanego, szczęśliwego życia. Chwile złe staramy się zapomnieć, wyprzeć z pamięci, zataić nawet przed sobą. Robimy sobie tym krzywdę, bo usuwamy część prawdy o sobie. „Na tym nie poprzestajesz, zaczynasz udawać przed sobą i przed innymi szlachetnego, pobożnego, bezinteresownego, uczciwego, zbytnio charyzmatycznego, albo próbujesz zdobyć jak najwyższe wykształcenie, by zyskać szacunek dla siebie. Żeby ukryć upiory wspomnień… (…) W twoim życiu trzeba zgody na wszystko, co przeżyłeś. Dopóki czegoś boisz się wspominać, nie możesz nic uzyskać, nie możesz dobić do progu zbawienia. Nic ci nie wychodzi, ciągle powtarzasz te same błędy.” (s.159)

„Dopóki jakaś część przeszłości jest nieprzebaczona przez nas samych, dopóki nie obdarzyliśmy jakiejś części naszych przeżyć miłosierdziem – przyszłość jest zamknięta, nie możemy do niej dopłynąć… (…) całą sumę nieudanych przeżyć, całą przykrość twoich wspomnień. wszystkie osoby, których boisz się nawet wspominać. Im wszystkim trzeba przebaczyć (…)Należy przede wszystkim przebaczyć samemu sobie w tych wszystkich sytuacjach, których nie tylko się boisz, ale też wstydzisz.” (s.160)

Gdy próbujemy na siłę coś zapomnieć, pozbyć się części swoich przeżyć, narażamy się na to, że będziemy żyli w lęku i staniemy się nieszczęśliwi oraz napięci. Będziemy się bali wszystkiego, co przypomina przeszłość, i wszystkiego, co przypomina przyszłość, i wszystkiego, co może ją powtórzyć. Ale w ten sposób wywołujemy wilka z lasu. Ciągle lękając się tego, na wszystko będziemy tak spoglądać i w końcu stanie się to, czego najbardziej się obawialiśmy.” (s. 160)

„Przyjąć swoją przeszłość, to przyjąć do końca siebie. Nie można przyjąć przeszłości, jeśli się w trudnych przeżyciach nie dostrzeże podobieństwa do życia Jezusa. Jezus przecież wcale nie miał udanego życia, po ludzku był przegrany i to jest Jego zbawczy gest, aby uwolnić nas od lęku przed samoodrzuceniem. Ten, kto wyparł swą bolesną przeszłość i jej nie przyjął, naraża się na ciągłe powtarzanie tego, przed czym ucieka.” (s.162)

„Miej wolę dostrzegania we wszystkim, co się z tobą dzieje, opieki Boga, któremu zależy na twoim zbawieniu. Dlatego pozwala ci przeżywać to wszystko, co przeżywasz – bezsilność, bezradność” (…)

Autor poleca przyjąć swoje wewnętrzne dziecko – polega to na wyobrażeniu siebie jako małego dziecka, które stoi przed nami. To dziecko jest ucieleśnieniem tego, czego w sobie nie lubimy i czemu się sprzeciwiamy. „Jest schylone, ma spuszczoną głowę, ma smutek Jezusowego oblicza, stoi jak twoja najgorsza przeszłość przed tobą.” Oto słowa wypowiedziane do tego dziecka:

„Zgadzam się na ciebie i kocham cię. Kocham twoją słabość, twoją nieudolność, twoje klęski, twoje pomyłki… Kocham twoje upadki i twoje lęki, twoje tchórzostwo… Kocham to, że nie umiesz się obronić, i nie umiesz się usprawiedliwić, że byłeś wyśmiany, poniżany, przekreślony; że inni uczynili cię nikim, że nikt w ciebie nie wierzył, że sobie nie radzisz z uczuciami… Kocham ciebie i zgadzam się na ciebie; chcę już nigdy nie odrzucać ciebie, ani się nie wstydzić. Chcę cię takiego przedstawić Bogu i sobie”. (s. 165-167)

„Przyjąć swoją przeszłość, to przyjąć do końca siebie.” 

Fragmenty tekstu z książki Augustyna Pelanowskiego OSPPE „Wolni od niemocy”, POMOC, Częstochowa 2013.

O. Pelanowski „Panie ratuj mnie” – o lęku i jego przezwyciężeniu.

„Każdy z nas ma sytuacje z przeszłości, z którymi nie zdołaliśmy się pogodzić i zostawić ich zupełnie za sobą. To, co nas kiedyś zniszczyło – nasze błędy – może się udzielać także w teraźniejszości. Nagranie pomoże Tobie przebaczyć sobie wszystkie swoje pomyłki. Nawet jeśli istniała świadomość błędów, a więc dało się ich uniknąć czasem jest niemożliwe podjęcie innych decyzji w danym momencie. Każdy robi sobie nadzieje, liczy na to, że jednak coś się uda. Wszystkie błędne decyzje mają swoje źródło. Nagranie pomoże Tobie dotrzeć do źródła i wybaczyć sobie tym samym te pomyłki. Poczujesz spokój wewnętrzny i zostawisz za sobą przeszłość.”         PRZEBACZENIE

 Wolni od niemocy cz. 3 i Wolni od niemocy cz.1

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Książka

 

List do matki – z aborcją w tle.

18 kwi

Foto: demotywatory.pl

Moja córka przyniosła z kościoła mały folder – książeczkę dotycząca duchowej adopcji. Modlitwa w intencji dziecka zagrożonego aborcją.  Na ostatniej stronie wydrukowano modlitwę codzienną. Oto jej treść: „Panie Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz wstawiennictwem świętego Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość, odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen”. Ja dodałabym jeszcze: Panie daj miłość rodzicom i zdolność jej okazywania temu dziecku, jeżeli przeżyje. Nie zostawiaj go w tej rodzinie bez ciepła miłości, bez uśmiechu matki, jej przytulenia. Proszę wlej w serce rodziców morze miłości, którą będą później okazywać temu właśnie dziecku.

Przeczytałam list kobiety, która przez całe swoje dziecięce życie słyszała, że jest dzieckiem, które uniknęło aborcji. Straszne. Wiem co to jest syndrom postaborcyjny i wiem, że dotyka on kobiet, które dokonały aborcji a tu pisze kobieta, która przeżyła całe to „zamieszanie” związane z aborcją i to ją dotknął syndrom, chociaż ona była dzieckiem, które przeżyło.

Foto: http://huzunkalirgeriye.tumblr.com

„Moi rodzice! (wstęp skreślony i później dopisane) Mamo!

Nie pamiętam, czy miałam napisać list do rodziców, czy list do matki, a może miałam zrobić coś innego. Piszę list. Nie wiem, czy pomoże.

Mamo i tato – nie piszę tych słów dużymi literami, bo chyba was nie kocham. Znalazłam się w waszym życiu przez przypadek. Nie byłam chciana i oczekiwana. Nie! Mieliście już duże, wychowane dzieci, kiedy zorientowałaś się, że jesteś w ciąży. Chciałaś mnie usunąć, bo miałaś 41 lat (prawie tyle samo, co ja teraz). Mówiłaś: „Jestem za stara na dzieci, nie wychowam, nie chcę!” A ja rosłam w twoim brzuchu. Wiem, że mnie nie chciałaś. Czułaś się zagrożona. Nie chcę współodczuwać twojego stanu, bo znów zacznę cię usprawiedliwiać. Wiem, że mieliście ciężko, ale trudno mi sobie wyobrazić jak bardzo mnie nie chciałaś. Nie widzę w tym wszystkim ojca – jakie było jego stanowisko. Później często mówiłaś, że następną ciążę usunęłaś. Czułaś się winna. Kiedy umierałaś na raka powiedziałaś, że to kara za to, co zrobiłaś.

Nie było mi z wami dobrze. Zawsze czułam się nie na miejscu. Nie pamiętam, czy mnie przytulałaś – kiedy sięgnę wspomnieniami wstecz nie widzę tego. Brakowało mi twoich przytulań, pocałunków, rozmów. Byłam sama. Musiałam zabiegać o twoją uwagę dobrym zachowaniem. Nigdy nie marudziłam, nie miałam zachcianek, o nic nie prosiłam. Kiedyś, kiedy odważyłam się o coś poprosić, ty zaczęłaś krzyczeć, że jestem zła, niewdzięczna, że cię nie kocham, że ty się starasz a ja jestem taka okropna. Poczułam się winna. Płakałaś a mnie serce pękało, bo cię zawiodłam i znów usłyszałam tekst o niechcianej ciąży. Przestałam marudzić. Potulnie zgadzałam się na wszystko i byłam wdzięczna, że mnie nie zabiłaś, bo ciąże po moim porodzie usunęłaś. Często mówiłaś, że to musiał być chłopiec, bo przychodził do ciebie we śnie i pytał, dlaczego go zabiłaś. Dlaczego mi to mówiłaś? Nienawidziłam tego. Czułam się u was obco. Jak u obcych ludzi. Nie pamiętam z tamtych lat ojca – pamiętam ciebie – z twoimi łzami, pretensjami, twoim wiecznym niezadowoleniem. Czułam się winna. Myślałam, że dobrym zachowaniem, cichością, brakiem własnego zdania, uległością zapewnię sobie twoje uczucie, ale ty zawsze byłaś niezadowolona. Nie chciałaś na mnie spojrzeć jak matka – byłaś obca. Miałaś swoje sprawy. Kiedy ja miałam jakieś problemy ty zawsze mówiłaś – bądź cicho, masz co jeść i w co się ubrać i jeszcze coś chcesz? Nie było między nami rozmów. Brakowało mi tego. Było między nami milczenie. Ty milczałaś, bo mnie nie akceptowałaś a ja milczałam, bo chciałam zasłużyć na twoją miłość. Chciałam się poczuć jak w domu. Chciałam, żebyś mnie przytuliła, porozmawiała jak matka z córką. Chciałam być dla ciebie ważna. Pamiętam pewną sytuację, kiedy ty płaczesz, bo ja ośmieliłam się powiedzieć, co myślę. Krzyczałaś, że jestem zła. Pamiętam te ogromne poczucie winy. Poczułam się tak, jakbyś coś we mnie zabiła. Przestałam być sobą. Stałam się dobra – cicha, spokojna, uległa, uśmiechnięta, taka, której wszystko pasuje, która ze wszystkim się zgodzi, która dostrzeże zły humor mamy i będzie się starać jeszcze bardziej. Starałam się być dla ciebie dobrą uczennicą – kiedy dostawałam dobre oceny widziałam uśmiech na twojej twarzy. Kiedyś napisałam wypracowanie z języka polskiego – charakterystykę matki. Dostałam za nie piętkę. Napisałam, że cię kocham, że jesteś najlepszą kobietą na świecie i masz takie piękne, spracowane dłonie. Takie kochane.Tyle uczuć, abyś ty zechciała mnie pokochać. Przeczytałam to wypracowanie w domu – chyba wtedy płakałaś, ale mnie nie przytuliłaś. Zawsze był między nami dystans – wszystko na odległość. Nie widzę w tym wszystkim ojca – dostrzegam tylko ciebie – twoje potrzeby, twój smutek, płacz, twoje poczucie skrzywdzenia ze strony ojca a później te sytuacje, kiedy cię bił. Właściwie to nie widziałam tych scen, kiedy on ci coś robił fizycznie, to znaczy szarpał, uderzał. Pamiętam tylko twój krzyk, łzy, strach – kiedy uciekałyśmy. Pamiętam jego szaleństwo spowodowane alkoholem, przekleństwa, agresję skierowaną do ciebie. Straszył cię. Ganiał. Razem uciekałyśmy. Pamiętam, jak ukryłam się kiedyś w ciemnym pokoju a on wbiegł pijany z krzykiem. Uciekałam z tobą. Chciałam cię bronić, chronić. Chciałam… Chciałam tym zachowaniem zapewnić sobie twoją miłość.

Zawsze byłam przy tobie.

Wybrałam ogólniak. Teraz wiem dlaczego. Myślałam, że jak będę się uczyć i mieć dobre stopnie, to mnie pokochasz. W ogólniaku miałam problemy z nauką. Ciężko mi było poradzić sobie z nowym otoczeniem. Starałam się a oceny były słabe. Chciałam się przenieść do budowlanki. Poszłaś ze mną do dyrektora po dokumenty. Dyrektor powiedział, że nie jest tak źle i nie ma sensu, abym się przenosiła. Ty nic nie mówiłaś, ale w uszach brzmiały mi twoje słowa dotyczące wyboru szkoły. Według ciebie lepiej było wybrać zawodówkę, bo po niej będę miała zawód. Zostałam w ogólniaku.

Nie czułam od ciebie wsparcia. Nie było w tobie matczynych uczuć. Traktowałaś mnie jak kogoś, kto jest, bo jest. Nigdy ze mną nie rozmawiałaś na tematy związane  z moimi obawami, przeżywanymi miłościami. Stworzyłaś – dałaś mi zimny dom. Twoje zagubienie, nieporadność, smutne chwile starałam się jakoś ukoić. Na wszystko się zgadzałam, abyś nie była smutna. Później zaczęłaś chorować. Rozwinęła się nerwica. Starałam się temu jakoś zaradzić. Spałam z tobą, aby w nocy kłaść ci rękę na sercu i sprawdzać czy bije. Sprawdzałam czy żyjesz i zamierałam, kiedy serce biło nierówno. Modliłam się wtedy do Boga, aby dał ci jeszcze pożyć. Pamiętam swoje ślubowanie – obiecałam Bogu, że kiedy wyzdrowiejesz ja pójdę do zakonu. Chorowałaś coraz bardziej. Skończyłam szkołę. Poszłam do pracy a później na studia – teologiczne – zaoczne. Ciężko pracowałam na produkcji, żeby opłacić czesne, bo od ciebie słyszałam: nie mam, nie dam. Wiem, że miałaś pieniądze, bo zawsze potrafiłaś odłożyć, ale mnie nie chciałaś pomóc. Uparłam się. Postanowiłam, że dam radę sama. Z satysfakcją pokazywałam 5 i 4 w indeksie a ty miałaś wtedy łzy w oczach a ja nadzieję w sercu, że w końcu mnie przegarniesz do siebie i powiesz, że jestem kochana, taka dobra – ale tego nie usłyszałam. Ty biegłaś do swoich zajęć. Dalej nie było między nami bliskości i miłości.

Byłam z wami a czułam się jak rzecz w przechowalni. Zawsze byłaś obojętna na to, co ja czułam, co się ze mną działo, chyba, że to w jakiś sposób zagrażało twojemu dobremu imieniu, wtedy się denerwowałaś a ja miałam poczucie winy. Czułam się winna, że ośmieliłam się żyć, że czegoś chcę, więc przestałam czegokolwiek chcieć od ciebie. To było i jest trudne – mówić i czuć, że ktoś jest ważniejszy a ja jestem nikim – rzeczą, której nie usunęłaś ze swojego brzucha a teraz ta rzecz żyje i jeszcze czegoś żąda. To boli do dziś.

Znalazłam mężczyznę, którego ty nie zaakceptowałaś. Nie zgadzałaś się na mój związek z nim. Coś tam wiedziałaś. Denerwowałaś się, krzyczałaś a ja podjęłam błyskawiczną decyzję o ślubie. Nie byłaś zadowolona. Z siostrą okazywałyście mi złość. Odbył się ślub a później zamieszkaliśmy u ciebie w domu. Pomagałaś mi przy dziecku. Opiekowałaś się wnukiem. Kiedy się od ciebie wyprowadzaliśmy mówiłaś, że nie dam rady, zginę, szybko wrócę z powrotem. Dawałam radę, chociaż w tym moim domu miałam piekło. Nie skarżyłam się. Utrzymywałam z własnej pracy rodzinę. Później zachorowałaś na raka. Właściwie to zachorowałaś, kiedy jeszcze mieszkałam u ciebie. Oddałam krew dla ciebie chociaż trzy miesiące wcześniej urodziłam dziecko i wyglądałam jak kościotrup, ale ty byłaś ważniejsza. Twój stan się nie poprawiał. Wyprowadziłam się, ale przyjeżdżałam z obiadami. Próbowałam się tobą opiekować. Ojciec krzyczał, był zły, przeklinał cię. Nie chciałam tego słuchać. Podjęłam decyzję, żeby cię przewieść do mojego domu. Twój stan był bardzo zły. Cierpiałaś i to bardzo. Opiekowałam się tobą chociaż czasami było bardzo ciężko. Nie mogłam patrzeć jak wymiotujesz, jak zwijasz się z bólu. Byłam przy tobie. Nawet wtedy nie spojrzałaś na mnie jak matka na córkę. Przepisałaś mi dom, jakbyś chciała uciszyć wyrzuty sumienia. Dać mi coś, zamiast po prostu mnie przytulić. Nie chciałam tego domu. Był mi niepotrzebny. Ja miałam gdzie mieszkać.

Umierałaś dwa razy. Pierwszy raz, kiedy czułaś, że odchodzisz chciałaś, aby był przy tobie twój mąż i twoje dzieci. Żegnałaś się z nimi. Nie pamiętam, czy pożegnałaś się ze mną. Drugi raz, kiedy umierałaś naprawdę zostałaś tylko ze mną. Bałam się tej śmierci, ale trzymałam twoją coraz zimniejszą rękę w swojej dłoni. Odmawiałam modlitwy z teściową. Włożyłam ci do ręki zapaloną gromnicę. BAŁAM SIĘ, ale czułam, że MUSZĘ być przy tobie. Strasznie krzyczałaś, przeklinałaś. Mówiłaś, że boli. Włożyłam ci do ust tabletkę przeciwbólową. Chciałam ci ulżyć. Teściowa odmawiała litanię do wszystkich świętych a kiedy skończyła ty przestałaś oddychać. Krzyczałam, że chyba nie żyjesz. Teściowa sprawdzała ci puls. Miałaś otwarte oczy. Teściowa powiedziała, żebym je zamknęła. Przesunęłam palcami po twoich powiekach. Nie chciały się zamknąć. Przestraszyłam się, że zrobię ci krzywdę. Nie chciałam ich zamykać. Zrobiła to teściowa.Później, kiedy obcy ludzie przyjechali cię ubierać i zaczęli szarpać za sztywne ręce nie mogłam na to patrzeć. Powiedziałam, że sama cię ubiorę. Poprosiłam o wskazówki, jak zakładać kolejne części garderoby. Mówiłam do ciebie łagodnie: mamusiu i powoli ubierałam. Bałam się, ale uznałam to za swój obowiązek.

Jeżdżę na twój grób – teraz trochę częściej. Przez całe moje życie brakowało mi twojej miłości, twojego ciepła, przytulenia, dobrego słowa. Byłam obok ciebie a nie z tobą. Patrzyłaś na mnie i traktowałaś mnie jak wyrzut sumienia, przykry obowiązek.Miałam przechowalnie a nie dom. Brakowało mi bliskości z tobą a zamiast tego miałam stałe poczucie winy, że nie jestem aż tak bardzo dobra, cicha, usłużna, że sprawiam kłopoty, że jestem niedobra i nic niewarta. Dlaczego mi to zrobiłaś? Dlaczego?

Dziś mi na to nie odpowiesz, ale kiedyś też byś nie odpowiedziała. Zalałabyś się łzami i zaczęła krzyczeć, że jestem niewdzięczna, bo ty dla mnie tyle zrobiłaś. Wiem – nie usunęłaś mnie. Zrezygnowałaś z aborcji, bo siostra powiedziała, że mnie wychowa.

Jestem… sama nie wiem, co czuję. Jestem drętwa w środku i lecą mi łzy po policzkach. Zawsze wolałam być drętwa w środku, niż coś czuć. Gdybym coś czuła wykrzyczałabym to tobie, pokłóciła się, zaczęła przeklinać a ciebie przecież nie mogę urazić, bo jesteś taka biedna – chora, ze złym mężem, który pije i bije – więc wolę być drętwa. Boję się siebie prawdziwej, z uczuciami, bo co ty byś powiedziała. Nie ma cię fizycznie, ale dalej tkwisz w mojej głowie i nie pozwalasz mi normalnie czuć. Jeżeli coś robię po swojemu, zaraz mam wyrzuty sumienia, że tobie się to nie spodoba. Nie żyjesz już 13 lat, ale stale jesteś obecna. Nawet teraz, kiedy piszę ten list myślę, co ty byś na to powiedziała. Pewnie, że jestem wyrodną córką i że szkoda, że mnie urodziłaś.

Nie chcę być drętwa w środku! Nie chcę czuć się winna! Nic złego nie zrobiłam! Chcę cieszyć się życiem – nie czuć depresji. Nie chcę być w takim stanie, kiedy życie boli. NIE CHCĘ!

Nie wiem, czy będę odwiedzać twój grób. Tam jest tylko trumna. Nie ma tam ciebie. Nie wstaniesz i mnie nie przytulisz. Nasz wspólny czas minął. Nasza szansa – twoja szansa. Układam sobie swój świat – teraz sama. Czasami jest bardzo trudno i mam wątpliwości, czy dam radę. Najgorsze jest to, że kiedy jest trudno słyszę w głowie twój głos. Twoje słowa: mogłam cię usunąć. Boję się śmierci. Chcę żyć. Dlaczego mi to mówiłaś. Przez ciebie uwierzyłam, że lepsza jest śmierć niż życie. Nie umiem kochać. Mylę to uczucie z poczuciem obowiązku, pomocą innym, zaskarbianiem uczuć, uwagi i dobrego słowa. Mam poczucie, że nie zasługuje na nic dobrego. Płaszczę się przed innymi a mam w zamian pogardę, lekceważenie, nieudane małżeństwo, samotność, opuszczenie, pustkę w środku, odrzucenie. Kto by to chciał mieć? Ja nie a jednak to mam. Boję się śmierci a czuję się winna, że żyje.

Twoja – chociaż wolałabym nie być twoja

córka”

Czym jest syndrom postaborcyjny w artykule A. Zięby „Syndrom postaborcyjny”

Dziś Wielki Piątek – Chrystus umiera na krzyżu. Życzyłabym tej kobiecie, żeby jej problemy też „umarły”, żeby „zmartwychwstała” – odnalazła spokój, radość życia, potrafiła cieszyć się małymi rzeczami, doceniła to, co ma i nie wracała do przeszłości, bo tam nic dobrego ją nie czeka. Czas Wielkiego Postu minął. Czas umartwienia, wyrzeczeń, płaczu, czas oczyszczenia. Wielkanoc – radość ze zmartwychwstania. Z najgorszej tragedii można się podnieść – trzeba tylko chcieć. Zamknąć przeszłość i do niej nie wracać. Żyć i cieszyć się życiem – tego jej życzę.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Internet, Muzyka, Życie

 

Roman Brandstaetter , czyli wiersze jak modlitwy.

14 mar

 

 

 

Polski pisarz, poeta, dramaturg i tłumacz. Znawca Biblii.

Roman Brandstaetter urodził się w żydowskiej rodzinie inteligenckiej jako syn Ludwika i Marii z domu Brandstaetter. Jego dziadek, Mordechaj Dawid Brandstaetter (1844-1928), był właścicielem tłoczni oleju lnianego w Tarnowie, jak również znanym twórcą literatury hebrajskojęzycznej, autorem wielu opowiadań i nowel. Czas pobytu Brandstaettera w Jerozolimie (1941-1946) był okresem przełomowym w jego życiu, gdyż wtedy przeszedł na wiarę katolicką. Przeżycie to opisał później w opowiadaniu Noc biblijna zamieszczonym w zbiorze Krąg biblijny. (źródło)

 

 

Hymn do Trójcy Świętej

Z otchłani wołam do Ciebie,
Ojcze i Synu, i Duchu Święty

Ufającym Tobie
I czekającym na Ciebie
Przebacz grzechy i nieprawości,
I Użycz nam
Bezskrzydłym,
Upadłym
I niespełnionym
Mocy ciążenia
Ku niebu,
I zbaw dusze nasze,
Które szeleszczą jak nietoperze
W rozpadających się domach
Naszych kalekich ciał.

Pozwól nam z naszych modlitw
Zbudować dla Ciebie katedrę
Zastygłą
W kształcie strzelistych dłoni
Złożonych
W gotyckim geście,
Błagalnym,
W którym lęk idzie w zawody z zachwytem
Nad Twoją wszech doskonałością,
Trójco nieprzenikniona.

Wszystko, co jest odsłonione,
Przeczy Tobie,
Wszystko, co jest na powierzchni,
Jest zwątpieniem o Tobie,
Wszystko, co jest ujawnione,
Jest urojeniem o Tobie,
Pustym nazwaniem,
Które nas mami
Swoją zwodniczą mielizną,
O, Trójco,
Potrójny Tronie Mądrości!

Z otchłani naszej niewiedzy
Wołamy do Ciebie,
Dziękując za wszystko,
Czego nie ujawniłaś,
I co zakryłaś,
I co utaiłaś
Wcielona i nieodgadniona
Tajemnico,
Pocieszycielko zmęczonych.

Oto jest owoc modlitwy.

Madonna ateistów

Czuwam nad tymi,
Którzy nie wierzą
W mojego Syna.

Pragnę im pomóc.

Są moimi dziećmi.

Jak wszyscy.

Chociaż nic o tym
Nie wiedzą.

Modlę się.

Modlę się
Za tych,
Którzy się nie modlą.

Gdy krwawią,
Moją modlitwą
Jak bandażem
Owijam ich rany.

Gdy toną,
Rzucam im
Moją modlitwę
Jak pas ratunkowy.

Gdy umierają,
Z mojej modlitwy
Czynię wezgłowie
Dla ich zmęczonej
Skroni.

A potem biorę do ręki
Ich syczące popioły.

I kładę je
U stóp mojego Syna.

I błagam Go
O miłosierdzie
Dla próchna.

Dla przeczących

Dla niewierzących.

Dla nie istniejących.

Mówię:
Stwórz ich,
Mój Synu najukochańszy.

Wypełń ich
Swoją treścią.

Natchnij ich
Swoją wiecznością.

Rozpal ich
Swoją męką.

Niech będą
Twoim cierniem.

Niech będą
Twoim krzyżem.

Umrzyj za nich.
Umrzyj jeszcze jeden raz.
Jeszcze raz.

Ostatni raz,
Mój Synu najukochańszy.

Błaga Cię o to
Twoja Matka.

Błaga Cię o to
Madonna ateistów.

Litania do Ducha Świętego

Spójrz,
Duchu Święty,
Na ludzi idących przed siebie
Drogą nieskończonego Postępu,
Na mędrców,
Którzy ulepili golema
Na własne podobieństwo
I na własną zgubę.

Spójrz,
Duchu Święty,
Na rozpad atomu,
Na rozpad moralności,
Na rozpad ładu,
Na rozpad porządku,
Na rozpad sztuki,
Na rozpad cywilizacji,
Na rozpad słów,
Na rozpad prawa,
Na rozpad harmonii,
Na rozpad rozsądku,
Na rozpad logiki,
Na rozpad wszystkich wartości.

Z głębokości wołamy do Ciebie,
Duchu Święty,
Albowiem jesteśmy bezwolnym narzędziem
W rękach naszych lekkomyślnych dzieł.

Jesteśmy jak ci, którzy nie wiedzą, co czynią.

Zstąp
Na ziemię samounicestwienia,
Na rakowate miasta i wsie,
Na trędowate domy,
Na zatrute zboża, ogrody i sady,
Na martwe rzeki i morza,
I krąż nad nami,
Ludźmi chaosu,
Kłamstwa
I obłędu.
Krąż,
Jak ongiś krążyłeś w genezyjskim locie
Nad chaosem niepokornych żywiołów.

Krąż nad nami,
Poskromicielu zamętu,
Nad pobojowiskiem naszych klęsk,
Nad rzeźnią tego świata,
Nad śmietnikami pełnymi
Nie donoszonych płodów,
Nad ziemią cuchnącą swądem palonych ciał,
Nad górami atomowych odpadków
I wybaw nas od głupoty udającej mądrość,
Od kłamstwa udającego prawdę,
Od ślepoty udającej dalekowzroczność,
Od chamstwa udającego obrażoną godność,
Od fanatyzmu udającego wiarę,
Od brudu udającego czystość,
Od nienawiści udającej miłość,
Od niewoli udającej wolność,
Od obłudy udającej szczerość,
Od pychy udającej pokorę,
Od warcholstwa udającego odwagę,
Od szatana, który mówiąc ‚nie’,
Myśli ‚tak’,
A mówiąc ‚tak’,
Myśli ‚nie’.

Przybywaj, Duchu Święty,
Wielousty,
I otwórz nasze głuche uszy,
Wołający Płomieniu!

Przybywaj
Z wnętrza wieczności wiejący wichrze,
Który nigdy nie burzysz
I nigdy nie niszczysz,
I nigdy nie łamiesz,
Który chwiejne – umacniasz,
Stare – odnawiasz,
Martwe – ożywiasz,
Starte z powierzchni ziemi – budujesz od podstaw,
Stworzycielu,
Wywołujący z kości i popiołów -
Ludzi zmartwychwstałych i przemienionych,
Z pomordowanych ludów – żywe ludy,
Wszechświat – z nicości,
Istnienie – z nieistnienia,
Źródło – z pustyni,
Wszystko – z niczego,
Ojcze Pisma Świętego,
Wichrze wiejący z wnętrza wieczności!
Daj nam słuch doskonały,
Abyśmy wśród niezliczonych wezwań i nawoływań,
Które nas nawiedzają
We wszelkim czasie i miejscu,
Umieli rozpoznać
Twój Głos, Muzyko Mądrości,
Zrodzona z Ojca i Syna,
Trójdźwięczna!

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują ze studni
Pasterze
W porę pojenia owiec.

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują z grobów
Aniołowie Twojego Oblicza,
Mocarzu,
Burzo niedocieczona,
Odwalająca kamienie!

A potem twórz nas,
Otwartych,
Słyszących
I słuchających.
Twórz nas codziennie od nowa,
Czujny Strażniku naszych uszu,
Abyśmy nieustannie odnawiani
I odradzani,
I tworzeni,
Stali się Twoimi głosicielami,
Podobnym do tych,
Których pochylone czoła
Raczyłeś namaścić olejem Twojej Mądrości!
Oświeć nas i prowadź
Z ziemi mroku i rozpaczy
Do Królestwa Bożego,
Do stolicy stawianej z kryształu i światła.
Ojcze i Synu, i Duchu Święty,
Słowo,
Drogowskazie
Wbity na rozstajnych drogach kosmosu!
Przybywaj,
Nadziejo nieogarniona,
Zawsze obecna
I zawsze nadchodząca,
Przybywaj, Boże,
Zaczynie własnego człowieczeństwa,
I uczłowiecz człowieka
Jak uczłowieczyłeś siebie!

Wiersze ze strony Wspólnoty „EFFATHA”

a tak Wspólnota wyjaśnia co oznacz Effatha;

„Effatha” to znaczy „otwórz się”

EFFATHA

„Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się!  Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić”.

(Ew. Marka 7:32-35, Biblia Tysiąclecia) 

i adres strony Effatha

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Internet

 

Nowe wiadomości z dziupli na IV piętrze.

01 mar

Dawno nie pisałam nic o sobie. Oj dawno! Co u mnie? Napisałam parę opowiadań (na stronie bloga). Czytam parę książek (też na użytek bloga, aby mieć co opisać). Pracuję nad „Przebudzeniem” de Mello. „Pracuję”, bo w dziwny sposób książka towarzyszy moim przeżyciom w życiu osobistym. Ja też się ”budzę’. Jak zwykle boli. Przede mną dwie sprawy   w sądzie. Znów będę przeżywać, „chodzić na rzęsach” a później długo się zbierać. Dobrze, że mam z kim porozmawiać (znajomi), bo chyba bym zgłupiała ( a może już zgłupiałam, „wszak wszyscy jesteśmy porąbani” – jak to ktoś obrazowo powiedział).

Obecnie na tapecie mojego życia jest problem mieszkania. Trudna sytuacja. Ktoś bardzo skłamał, oszukał mnie  i znów strach zagościł w mojej głowie. Strach o siebie i o dzieci. Nie lubię tego strachu, bo paraliżuje, odbiera jasność myślenia, powoduje rozpacz i łzy. Znów nie chcę z nikim rozmawiać, nigdzie chodzić, nic robić. Znów życie zaczyna boleć. Wiem, to minie, ale zanim odejdzie będzie chciało z mojego życia zrobić pustynię. Nie dam się! Walczę o siebie (najpierw) a później o dzieci. JESTEM SILNĄ BABĄ! DAM RADĘ! Co mnie nie zabiję, to mnie wzmocni! ( I jeszcze można rzucić parę podobnych sloganów).

Wszystko jest po coś! Tylko dlaczego to musi tak cholernie boleć?

Z dzisiejszych czytań – oj jak pasuje!!!!

(Jk 5,13-20)
Spotkało kogoś z was nieszczęście? Niech się modli. Jest ktoś radośnie usposobiony? Niech śpiewa hymny. Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone. Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego. Eliasz był człowiekiem podobnym do nas i modlił się usilnie, by deszcz nie padał, i nie padał deszcz na ziemię przez trzy lata i sześć miesięcy. I znów błagał, i niebiosa spuściły deszcz, a ziemia wydała swój plon. Bracia moi, jeśliby ktokolwiek z was zszedł z drogi prawdy, a drugi go nawrócił, niech wie, że kto nawrócił grzesznika z jego błędnej drogi, wybawi duszę jego od śmierci i zakryje liczne grzechy.

(Ps 141,1-3.8)

 Moja modlitwa jest jak dym kadzidła.

Do Ciebie wołam, Panie, pośpiesz mi z pomocą,
usłysz mój głos, gdy wołam do Ciebie.
Niech moja modlitwa wznosi się przed Tobą jak kadzidło,
a podniesione moje ręce, jak ofiara wieczorna.

Postaw, Panie, straż przy moich ustach
i wartę przy bramie warg moich.
Do Ciebie bowiem, Panie, zwracam moje oczy,
do Ciebie się uciekam, nie gub mojej duszy.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Życie

 

„Z ciężkim sercem” – gdy jest naprawdę ciężko.

18 lut

 

1088202_81558771_737458_bgCzęsto, gdy jest bardzo ciężko czytam modlitwę zapisaną na małej karteczce. Karteczka jest przypęta do lodówki (obok zdjęcia przedstawiającego samotną kobietę na kamienistej plaży). Modlitwa prosta, ale …

Z ciężkim sercem

Żyjący Boże,

Ty wiesz, jak ciężko mi na sercu.

Nie wiem, co robić.

Pomóż mi Boże.

Wierzę, że chcesz dla mnie dobrze,

że stoisz za wszystkim, co mnie spotyka,

i że wszystko obrócisz ku dobremu.

Nie dopuść,

żeby lęk zyskał władzę nade mną.

Tobie powierzam ten dzień

i całe moje życie…

Prowadź mnie jak chcesz

i jak jest dla mnie dobrze.

Czy będę żył, czy umrę, jestem przy Tobie

i Ty jesteś przy mnie,

mój Boże.

 Czasami pomaga…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Książka, Życie