RSS
 

Notki z tagiem ‘Muzyka’

O tym, jak muzyka i film pomagają żyć

17 mar

Dziś mocno muzyczny wpis

Muzyczny, o filmie i o terapii

Na początek piosenka z filmu „Porady na zdrady”

 

 

 

Film… tak 4 na 10. Najlepsza w nim jest  chyba muzyka, no i rola Anki Dereszowkiej. Karolak też zabłysnął, zwłaszcza w roli czerwonego wampa :-D

A film – typowa polska komedia. Były gagi słowne i sytuacyjne. Ogólnie dupy nie urywa, ale w niektórych momentach można się pośmiać.

Kurde, czuję się tak jakbym miała 25 lat… Jakbym się zakochała… Na luzie. Leciutko. Z ogromnym wewnętrznym spokojem. Wiem, że to ma związek ze środowym wydarzeniem na terapii. Uwolnieniem się od tyloletniego ciężaru…
I pomyśleć, że nie wykrzyczałam tego. Czułam złość, wstyd i byłam przerażona. Gdybym mogła,  schowałabym się wtedy do mysiej dziury.

B powiedział, że nie zawsze trzeba krzyczeć…
Znajoma poradziła mi, abym któregoś dnia weszła do gabinetu i wykrzyczała, wyrzuciła z siebie całą złość, strach i ból. A tu B mówi, że nie zawsze trzeba krzyczeć… Bardzo mnie tym stwierdzeniem uspokoił.

I jeszcze słowa o tym, że przecież nikt mnie tak nie zna, jak on i nikt tyle o mnie nie wie. To niestety prawda. Nikt tyle o mnie nie wie, a ja nawet nie mówię mu po imieniu, ale taki deal bardzo mi pasuje. Bardzo!

Dobrze jest siebie poznać. Odpowiedzieć sobie nawet na niezadane pytania. To bardzo uspakaja. Być panem swojego życia. Odciąć się nareszcie od rodziców i zostawić ich we własnym piekle.

Następne spotkanie za dwa tygodnie.

W przyszła środę jadę do POLIN.

Mam dwa tygodnie na ochłonięcie.

 

Słucham cudownej płyty Chrisa Botti. „This is Chriss Botti”. Jest cudowna. Klimatyczna, z pięknym głosem trąbki, w pierwszym utworze śpiewa Andrea Bocelli a dalej miód sączy się w moje uszy.

Slow

Cudowny klimat

Boże, jak mnie to wycisza, koi, otula, kołysze… Umarłabym bez muzyki

Najważniejszy jest ten wewnętrzny spokój, ta cisza we mnie. Niech trwa jak najdłużej..

W środę dużo rzeczy nazwałam, ale najważniejsze było moje „spotkanie” z matką. Moją matką…

 

 

A teraz zmiana klimatu. Adekwatna do tego jest poniższa piosenka i sceny z teledysku:

 

 

Never Give Up

 

„Walczyłam z demonami, które nie pozwalały mi spać
Nawoływałam do morza, lecz mnie porzuciło

Ale nigdy się nie poddam,

 nie upadnę
Odbiję się od dna, gdy się na nim znajdę
nigdy się nie poddam,
Nie dam ci się tak

Znajdę odpowiednią drogę, trafię do domu,

Prześladuje mnie odległa przeszłość
Wezwałam niebo, ale było zachmurzone

 nigdy się nie poddam,

Znajdę odpowiednią drogę, trafię do domu,
Nie poddam się,”    (Sia)

 

Zwyciężę wszystkie swoje demony. Zwłaszcza te, które są podobne do matki i ojca!

Nie poddam się!

 

 

Wieczorem, w środę, usiadłam przed laptopem. I napisałam:

Przeczytaj resztę notki »

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Portret kobiety…

26 lut

„Portret kobiecy”

„Musi być do wyboru.
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.”

Wisława Szymborska

I jeszcze

Jestem kobietą… Nieważne ile mam lat…
„Jestem na tym etapie życia, kiedy nie muszę nikomu dłużej imponować. Jestem jaka jestem i nie obchodzi mnie co myślą o mnie inni.
Nie potrzebuję kostiumów, nie muszę nikogo nabierać ani udawać. Ponieważ mogę być tym, kim naprawdę jestem.
Nie muszę się śmiać i sprawiać by ludzie myśleli, że nigdy nie płaczę. Nie zawsze muszę być silna, ani ciągle miła.
Nie muszę być taka jak każdy, a przede wszystkim akceptuje siebie taką, jaka jestem. Z moimi zaletami, jak i niedociągnięciami.
Chociaż nie mogę być doskonała, to zawsze jestem sobą.
Akceptuję i kocham to kim jestem i kim jeszcze mogę być.”
-Anonim-

 

Hmmm

Kobietą być jest pięknie :-D

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Muzyka

 

Ale to już było…

22 sty

Z otchłani Facebooka wychynęło zdjęcie sprzed czterech lat

Niby niedawno

Niby…

Na zdjęciu ciężki sprzęt, który utknął przy odśnieżaniu drogi do domu

Cztery lata temu śnieg zasypał wąską drogę pomiędzy łąkami a panowie, którzy odśnieżali drogę chcieli ją odśnieżyć do samej bramy.

Utknęli. Przyjechała koparka, żeby wydobyć pług śnieżny

Cztery lata temu

A mnie wydaje się, że to było w innym życiu, w innym wymiarze, nierealna przeszłość, która odeszła w niebyt a nawet w zapomnienie.

Kosmos

Inny wymiar

Znajoma wpisała komentarz „Ale to już było i nie wróci więcej…”

Śmieszne, tak odciąć się od piętnastu lat. Patrzeć na to zdjęcie, jakby nie dotyczyło mnie, bez emocji…

Tak patrzę na rodzinny dom. Wiem, że tam się wychowałam, ale już do niego nie należę. Nie jest częścią mnie. Małżeński dom też już nie jest częścią mojego jestestwa. Wyszłam… Zostawiłam…

2013

2017

Cztery kosmiczne lata

Ale to już było

Znikło gdzieś za nami

Za oknami kolejny świt

I do przodu wciąż wyrywa moje serce

Ale to już było

Dziś wtulam się w ciepłą ciszę

Rozpływam w spokojnej rzeczywistości

 

 

 

Oglądałam dwa dokumenty dotyczące Karrie Fisher, księżniczki Lei z „Gwiezdnych wojen”. Polecam. Na HBO.

Carrie opowiada o swoim życiu z ogromnym poczuciem humoru i autoironią, chociaż cierpi na depresję dwubiegunową.

Z dokumentu zapamiętałam te zdania:
„Wielu z nas odnajduje niebo dopiero po powrocie z piekła. A choć miejsce, w którym się dziś znalazłam nie wszystkim kojarzy się z rajem, mogłabym przysiąc, że gdy jest cicho, słyszę anielskie pienia… no tak, k…wa, zapomniałam o lekach…” (słychać sygnał karetki) Carrie podnosząc palec, mówi „to po mnie”.
Daje też takie rady:
- „rozpamiętywanie jest jak picie trucizny, albo oczekiwanie, że umrze za nas ktoś inny”;
i wskazówka od babci
- „płacz, będziesz mniej sikać”.  :-D
Bardzo dobry dokument, wart obejrzenia.

I to na dziś tyle :-D

Bardzo polecam do obejrzenia „Carrie Fisher i Debbie Reynolds prywatnie” i „Księżniczka na kacu” (ten można oglądać bez abonamentu) obydwa na HBO. Warto!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Film, Muzyka, Życie

 

Piątek, trzynastego – sądny dzień?

13 sty

Odwiozłam Małą na wieczór kolęd.
Śpiewa w chórze.

Wcześniej, o 14.30, spotkałam się z panią prokurator w sprawie zeznań.

Pani, bardzo miła, dopytywała o nasza przeszłość. Tę kurewską przeszłość…

Trudno było wracać.
Zapomniałam większość dat…
To wszystko się zdarzyło…
Chciałabym, żeby to była zła baśń, bez dat, bez twarzy, które można spotkać teraz…
Myślałam, że dla mnie to będzie „rybka”. Nie było :-(
Rozpytywała głównie o dzieci, a dowiedziawszy się, że R ma już osiemnaście lat, całą uwagę skupiła na małej.
Chodzi o pozbawienie praw rodzicielskich.

Oczywiście wcześniej poinformowała mnie o 8 latach więzienia, które grożą za składanie fałszywych zeznań.
Cała ta zafajdana przeszłość, do której musiałam wrócić.
Opowiedziałam o ucieczce, spotkaniu ojca z przerażoną córką, strachu syna, mojego strachu…
Wiem, to wszystko było. Było już dawno.
To prokurator przypomniała sobie kiedy on zabił matkę. Ja wyparłam to z pamięci. To był 2014 rok.

Przesłuchanie trwało godzinę.

Ona zapytała mnie o rozwód a właściwie stwierdziła: „Nie jesteście już małżeństwem”. „Jesteśmy” – odpowiedziałam. Powiedziałam o informacji od adwokata, że wcześniejsze składanie wniosku było bezzasadne, ponieważ on był niepoczytalny i nie miał zdolności do czynności prawnych. Pozew złożę, kiedy on będzie miał zasądzonego kuratora, a chyba tak nie jest, bo ani ja ani ona nie mamy o tym żadnej informacji.

Prawdopodobnie sąd będzie przesłuchiwał Małą.

Po powrocie do domu powiedziałam jej o tym. Zapytałam o list od ojca i o chęć odpisywania.  Zobaczyłam łzy w jej oczach. Nie naciskałam. Ona nie chce z nim kontaktów. Nawet kiedy pytam, ona przestaje mówić cokolwiek. Zaskorupia się. Tak też powiedziałam do prokurator.

On i R za dużo złego wiedzieli. Przeżyli okrutny horror.

Mówiłam o swojej terapii i pomocy terapeuty w dotarciu do córki. Dzięki niemu udało mi się odbudować relację z nią, ale relacja jest bardzo krucha. Wiek dorastania temu nie sprzyja. Ciężkie przeżycia też nie pomagają a próby kontaktu, jakie stosuje ojciec, niszczą to, co tak mozolnie zbudowałam.

Niech wszystkie sprawy sądowe dotyczące J, przetoczą się w końcu przez moje życie a ja później będę mogła żyć spokojnie. Na razie nawet nie mogę posprzątać tych zgliszczy, jakie pozostały po naszym małżeństwie.
Sądy robią „autopsję”.
On z powodu choroby nie posiada zdolności prawnych i jest „pod ochroną”.
Jedyne co mogę, to bronić mu dostępu do nas.
Dobrze, że znalazł się prokurator, który potraktował mnie bardzo poważnie i bardzo mi pomaga. Teraz następna pani prokurator, która podchodzi do mnie po ludzku a nie jak do „mało istotnej sprawy”, którą można zbyć.

Piątek trzynastego

Co dalej? Nie wiem. Ja tu niewiele mam do przyspieszenia spraw, mogę jedynie czekać i liczyć na przychylność prokuratorów.

W gabinecie usłyszałam, że J tak szybko nie wyjdzie. Sprawa o zabójstwo jest bardzo poważna.

Mam nadzieję.
Dla nas jego wyjście oznacza zmianę miejsca zamieszkania.

Nie przeżywałam dzisiejszego dnia jakoś traumatyczne. Lekkie nerwy a teraz gdzieś w zakamarkach piersi czai się znajomy ból. Jakby czekał na najlepszy dla siebie moment.
Podświadomie krzyczę, że nie czas dla niego.
Bardzo go nie lubię.
Zabiera mi oddech a daje strach.
Jeśli to tylko psychosomatyka, to mogę go powstrzymać… Lubie się czasami tak oszukiwać…
Kiedyś, niespodziewanie przyszedł w kościele. I pat, bo nie miałam nawet kropli wody. Brakowało powietrza, nie mogłam oddychać, klatka piersiowa bolała niemiłosiernie. W duchu uspakajałam siebie, że zaraz minie, że to tylko chwilowe i rozluźniałam szalik coraz bardziej. Minął po pięciu minutach, bardzo długich minutach.  Doszłam do wniosku, że muszę nosić ze sobą małą butelkę wody, bo kiedy mogę „zapijać” ból, nieznośna kula w piesiach jest spychana do żołądka a tam nie jest już tak uciążliwa. Taki spadek po małżeństwie… :-(

A dzisiejszy dzień nie był taki zły.

Okazało się, że jednak nie umiem być suką. Nie udupiłam żadnego ucznia. To prawda, że to gamonie do kwadratu, ale… Nie wszyscy. Tylko ci, którzy sprawiają problemy tzw. wychowawcze.

Wczoraj w naszej szkole wystąpiła para profilaktyczno-ewangelizacyjna. Wzięli do pomocy w pewnej scence 4 chłopaków. Wyłuskali ich intuicyjnie a mimo to, dobrali,  jak w korcu maku.
Prowadzący należeli kiedyś do tzw. marginesu – narkotyki, rozboje, alkohol, więzienie.
Uczniowie wybrani do scenki też maja problemy, może nie aż takie, ale nie należą do tych „najmilszych”.
Zaskoczyło mnie zachowanie jednego z wybranych uczniów. Na mojej lekcji, jeżeli jest, jest wulgarny, obcesowy, kłótliwy. Na spotkaniu, prowadzący najpierw rzucili jakiś żart, który był bardzo trafny w jego przypadku. Chłopak się zmieszał. Uczniowie zaczęli się śmiać. On strasznie zbladł. Widać było, że jest mu bardzo nieswojo, ale wziął udział w scence.  Po powrocie na widownię , szybko wyszedł, bardzo poruszony, usztywniony, rozglądał się nerwowo na boki. On, wielki władca na mojej lekcji a tam zgaszony jak cieniutki knotek. Jeszcze tak zgaszonego go nie widziałam i tak zawstydzonego.
Chłopaki z grupy ewangelizacyjnej dużo mówili o przywdziewaniu masek, o odgrywaniu „twardziela” przez chłopaków, którzy wewnętrznie są bardzo delikatni i bardzo się boją.
Tak jest… Maska na twarz i wychodzimy do świata.  Wrażliwy, najbardziej pokrzywdzony i strachliwy będzie największym prowodyrem.  Wiem o tym i może dlatego nie mam siły być dla nich suką… Życie, i beze mnie, daje im w kość :-( Może źle robię, może nie powinnam mieć skrupułów, ale nie umiem inaczej… Niestety… Nie w stosunku do nich.

Ostatnio bardzo lubię słuchać Katie Melua. Bardzo mnie uspakaja jej aksamitny głos… Tym razem o prawdziwej przyjaźni.

 

 

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Środa z potworem w tle…

04 sty

No i po…

Dreptanie w miejscu

Dawałam sobie czas i chrzaniłam o głupotach

Nieistotnych rzeczach

O rozwiezionych w sylwestra dzieciach i samotnym, spokojnym wieczorze.

O tym, że uczniowie zamiast serduszek (tak rysowali kiedyś na samochodzie, na śniegu ) rysują coś zupełnie przeciwnego. No, tak… Zbliża się półrocze a że ja w tym roku nie jestem „wspierająca” dla nich, więc rysują penisy. Miałam duży okaz narysowany na dachu i tylnej szybie. Syn się wkurzył a ja, dziwne, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Oczywiście, starałam się usunąć zamarznięty śnieg z dachu razem z rysunkiem, ale  złości nie czułam. Zrobiłam nawet ogromny wytrysk a później napisałam dużymi literami XD. Ich prawo pokazywać swoje emocje a moim prawem będzie ich udupić (czytaj: zastosować metody wychowawcze) na półrocze za ogromne lenistwo, lekceważenie przedmiotu i wulgarne zachowanie. Oni mają swoją satysfakcję a ja swoją… Ing i jang… Jest równowaga… :-D

Sesja na luzie (prawie)

Tylko kiedy się kończyła, poczułam ogromny żal, że już koniec a ja tylko wyglądam zza muru, który zbudowałam. Solidnego muru…

Ale na razie czuję ogromny strach, panikę… Czuję ogromną próżnię, pustkę, coś nieokreślonego, ale bardzo wielkiego, jak przepaść widzianą ze zbocza ogromnej góry. Nie widać nawet dna … Boję się rozpadania na kawałki i uczucia rozjeżdżania się… Przez moment zaczęło mi się kręcić w głowie. Łapałam powietrze i widziałam wręcz tę przepaść. Czarną, wciągającą próżnię. Niebyt. Cienki lód, kruszący się pod nogami a tam… Nie wiem, płytko, czy głęboko, bezpiecznie czy czarna, oblepiająca usta woda, wdzierająca się do płuc. Nie wiem… I na razie nie chcę sprawdzać. Na razie za bardzo się boję. A co jak ta otchłań mnie pochłonie???

Oczywiście były dywagacje nad tym kogo chronię przed swoją złością… Mówił, że chronię jego… Tak, ma rację… Ale też zaraz pojawiają się obrazy wściekłych, bliskich osób. Pojawia się strach, panika, przerażenie, ból… Ucieczka w nieznane…

Bardzo często słyszę to zdanie „swoim milczeniem i uśmiechem chronisz mnie”. Otwiera mi furtkę do okazania emocji, którą ja szybko i głośno zamykam. Mam być miła… To co myślę i czuję, to moja sprawa.
Ja to wszystko pomieszczę i przykryję uśmiechem.
No i co, że później nerwica, depresja, przepłakane dni i niechęć do życia. Ja to pomieszczę, uniosę, ukryję…
Łatwo się mówi i pisze o tym, co będę robić, jak się będę zachowywać, co powiem, ale w gabinecie pozostaje milczenie i uśmiech…

Pewnie, że chciałabym już skończyć terapię. Skończyć ją przez wyzwolenie od tego cholernego muru, tej zdradliwej, czarnej głębi, strefy cienia, czarnej przepaści pod cienkim lodem. Usiąść spokojnie, jak w sylwestra i zatopić się w cieple, zadowoleniu, spokoju, nicniemuszeniu.

45 minut uciekło bardzo szybko

Dwa tygodnie wolnego

Za tydzień terapii nie będzie.

Wczoraj znajoma zapytała mnie, czy chcę przyjść na koncert. Za free. Ja i córka. Nie chciało mi się. To będzie piątek. Chciałabym posiedzieć w domu. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Może moja odmowa ją urazi… Kurde… Zdobyłam się na odwagę i napisałam, że mam inne plany. Hahahahaha, inne plany! Siedzenie z ciepłą herbatą przed telewizorem… W zacisznym ciepełku. POWIEDZIAŁAM NIE! I nie było końca świata! Ona odpisała, że ok, tak tylko pomyślała, bo zaproszona osoba dobrze śpiewa… Najważniejsze, że świat się nie skończył, kiedy powiedziałam „nie”. Rozedrganą, pełną obaw siebie gdzieś zostawiam, nie powiem, że bez strachu,bo…
Trudno mi to idzie. Zwłaszcza powiedzenie „nie” bez wyjaśnień, bez przepraszania, bez uśmiechu, bez…

„Tak” zabierało mi za dużo życia, za dużo dobrego życia. Bycie cieniem kogoś nie jest przyjemne. I nie chodzi mi tu u o koleżankę, chodzi mi o moje życie, które bardzo kocham, a oddawałam je każdemu, czy tego chciał czy nie chciał.

O tak, pociąga mnie bycie suką!

 



 

No terapeuto, doktorze Frankenstein, stworzysz potwora!

 

***

15:01

No, z tą suką to pojechałam… Na całość. Na razie to jestem szczeniakiem, który nieporadnie pokazuje kiełki.

Miałam dziś lekcję z klasą, którą podejrzewałam o wczorajszy „artystyczny” wybryk.

Weszli do sali. Sprawdziłam listę. Władczym i morderczym wzrokiem potoczyłam po chłopaczyskach. Z moich ust wydobyło się pytanie tonem, który mógłby spowodować nieoczekiwane tsunami.

- No przyznać się, który ma problem, a właściwie wybujały talent do rysowania ptaszków?
Widać było jak na chwilę zamarli. Konsternacja i zaskoczenie. Patrzyli w moją stronę jakby nic nie rozumieli.
„Kurde, chyba strzeliłam kulą w płot?” – pomyślałam
- Ale o co pani chodzi? Jakie rysowanie?
- No ten, który to zrobił powinien wiedzieć o co chodzi… Jeżeli myślicie, że uzyskacie tym brak mojej uwagi na wasze wulgarne zachowanie na lekcji, na niechodzenie, albo ni nic nie robienie, to się grubo mylicie. Nawet rysowanie penisów na moim samochodzie nie powstrzyma mnie przed wpisywaniem uwag i ocenianiem waszych osiągnięć edukacyjnych. A swoją drogą to ktoś ma ogromny kompleks, skoro nadrabia to tak ogromnymi rysunkami…
- Ale to nie my…
- A i dlatego dziś nie ma pani samochodu? – domyślał się któryś
- Niech pani zamontuje kamerę – doradzał inny
- No pewnie, już to robię… – skwitowałam złośliwie.
- A może to pan dyrektor pani narysował. Nie pasował mu pani samochód na tym miejscu i chciał panią wkurzyć. Ja bym zamontował kamerę…
- Ok, dość. Zabieramy się za lekcję…
- Zaraz, zaraz a może to pani pedagog narysowała tego penisa, żeby pani zabrała samochód i ona mogła postawić swój. Dziś na pani miejscu stoi jej samochód – dywagował następny.
Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.
Tak się rodzi spiskowa teoria dziejów…
Jedno trzeba im przyznać – po mistrzowsku potrafią wkurzać i po mistrzowsku potrafią rozśmieszać.

W tym roku nie odpuszczam tym, którzy sprawiają problemy wychowawcze. Efekt jest. Najgorsza klasa zawodowa zmieniła zachowanie. Tak jak kiedyś nie można było z nimi wytrzymać, tak teraz można poprowadzić lekcję. Oceny są gorsze, ale jak to oni mówią „wiemy, że wystawione sprawiedliwie”.

Mniej się uśmiecham, ale mam więcej spokoju.

Co będzie, kiedy przestanę się uśmiechać całkowicie???

***

21:01

Dziś dopisuje tekst w odcinkach.

Parę słów o przyszłej pani doktor psychologii, która zwróciła się do mnie z prośbą o wypełnienie ankiet.
Wypełniłam i mocno się zdziwiłam, bo…

Inaczej brzmiałyby odpowiedzi trzy lata temu, przed rozpoczęciem terapii a inaczej odpowiedziałabym teraz, dlatego swoje odpowiedzi umieściłam w tabeli. W jednej kolumnie umieściłam napis „przed terapią” a w drugiej”po trzech latach terapii”. Odpowiedzi różniły się znacznie wartościami punktowymi. Poprawiła się jakość życia. Pozostałe dwie ankiety też pokazywały wzrost pozytywny. Czyli terapia działa i ta poprawa jest mierzalna. Wiem, że studentka później będzie to przekładać na wartości liczbowe i procentowe.
W trudnych chwilach, kiedy będę miała załamania związane z wiarą w skuteczność terapii zajrzę do ankiet i w sposób namacalny będę wiedziała, że terapia działa. Wiem, że poprawa nie jest natychmiastowa, jest rozciągnięta w czasie i że ciężko trzeba na nią pracować, ale jest warto.

Dziś, w gabinecie też nie było lekko, chociaż tak wyglądało.

Malkontent mógłby powiedzieć, że każdy po trzech latach ogarnąłby się sam. Znając siebie wiem, że te trzy lata, które minęły wcale tak gładko by nie minęły a dokonane wybory byłyby zupełnie inne – bardziej raniące. Jeżeli ktoś, kto to czyta pomyślał, że to skutki doradzania terapeuty to muszę go rozczarować – on niczego mi nie doradza, niczego nie krytykuje, nie mówi, jak mam żyć. Najczęściej siedzi i słucha i niestety milczy. Niekiedy milczymy oboje… Poproszony o radę rozkłada ręce i odpowiada, że on nie jest od tego. Dziwnie, nie… Niby on nic nie robi a terapia działa… No i w tym cała tajemnica, której tylko w gabinecie można doświadczyć.

Dlaczego to piszę?

Belferskie przyzwyczajenie – uczyć kogoś. Czasami wpadam w mentorski ton…

Żeby iść na terapię trzeba przełamać wiele barier. Przede wszystkim wstyd, uprzedzenie, dumę i poczucie, że się wszystko ogarnie samemu.

 

Na dworze napadało mnóstwo śniegu a w piątek ma być -25 stopni C. Zima sobie o nas przypomniała i jak zwykle zaskoczyła drogowców. Ale co tam drogowcy – śnieg zasypał „satelitę” i telewizor śnieży ;-) No, nie śnieży. Nie ma w ogóle obrazu. W przerwach pomiędzy obowiązkami domowymi dopadam do laptopa i piszę. 

Na dziś koniec, to chyba ostatni odcinek ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 
 

  • RSS