RSS
 

Notki z tagiem ‘Opowieści’

„Sekretne życie drzew” – jak to z bukami było?

30 kwi

Jest!!!

Już ją mam! A właściwie je mam!

Dwie książki – „Sekretne życie drzew” i „Siedem minut po północy”

Pierwsza to rodzaj wydania albumowego ze wspaniałymi fotografiami polskich lasów. Jest magia!

Druga to zwykła książka. Mała i niezbyt gruba, rzekłabym nawet, że cienka. Oglądając film myślałam, że książka będzie gruba i okazała. Na pierwszych stronach spotkała mnie niespodzianka. Jaka? Napiszę o tym w oddzielnym wpisie :-)

Dziś o drzewnym albumie.

Znalazłam fragment o bukach.

Gorączkowo przeglądałam strony, zatrzymując się na zdjęciach. Szkoda, że blog ma tak małą pojemność i zdjęcia pożerają bardzo szybko wolne miejsce, dlatego trzeba oszczędnie gospodarować zawartością bloga, bo chętnie zamieściłabym niektóre z obrazów.
Zdjęcia przedstawiają lasy w całej Polsce. Są przepiękne. Puszcza Białowieska Krzysztofa Onikjiuka to drzewa skąpane w słonecznej poświacie. Słońce przedziera się przez sosnowe korony rzucając smugi zawieszone w mlecznej mgle. Światło wyławia kolorowe poszycie. Pada na rude listeczki małych drzewek i żółte źdźbła traw. W zielonym cieniu ukrywają się mchy rozrastające się u podnóża grubych, omszałych pni. Magia!

A oto fragmenty o bukach:

„(…), każde drzewo wychowuje sobie następcę, który kiedyś zajmie jego miejsce. (…)
Buk wytwarza co najmniej trzydzieści tysięcy sztuk bukwi co pięć lat. (…) Dojrzałość płciową uzyskuje między osiemdziesiątym a sto pięćdziesiątym rokiem życia, w zależności od tego, ile światła otrzymuje na swoim stanowisku. Osiągnąwszy maksymalny wiek czterystu lat, może zatem co najmniej sześćdziesiąt razy wydać owoce i wytworzyć łącznie około miliona ośmiuset orzeszków. I z tej liczby dokładnie jedna sztuka stanie się dorosłym drzewem.”*

W rozdziale „Pomalutku, pomalutku” opowieść o bukowych drzewach i ich zwyczajach w pełnej krasie :-) CAM00150

„(…) Małe drzewka chętnie rosłyby jak najszybciej, a przyrost pędu szczytowego o pół metra w sezonie w ogóle nie byłby problemem. Niestety ich rodzice mają inne zdanie na ten temat. Ogromnymi koronami osłaniają cały swój przychówek i wraz z innymi dorosłymi drzewami tworzą gęsty dach nad lasem. Przepuszcza on na ziemię albo na liście ich dzieci tylko trzy procent światła słonecznego. Trzy procent – w praktyce tyle co nic. Starczy na tyle fotosyntezy, żeby jakoś utrzymać organizm przy życiu. Porządnego pędu, nie mówiąc o okazalszym pniu, wypuścić się nie da. Bunt przeciwko tak surowemu wychowaniu jest niemożliwy, bo brakuje na to energii. Wychowaniu? Tak, rzeczywiście chodzi tu o metodę pedagogiczną, która służy wyłącznie dobru malucha. Pojęcie to zresztą nie jest wzięte z sufitu, tylko już od pokoleń służy niemieckim leśnikom do określenia tego zjawiska.
Środkiem wychowawczym jest przykręcenia światła. Ale czemu służy to ograniczenie? Czyżby rodzice nie chcieli, by ich potomstwo jak najszybciej się usamodzielniło? Najwyraźniej drzewa mają w tej sprawie inne poglądy, a niedawno uzyskały jeszcze wsparcie ze strony nauki. Stwierdziła ona, że powolny wzrost w młodości jest warunkiem osiągnięcia podeszłego wieku. My ludzie często gubimy się w tym, co naprawdę oznacza starość, bo nowoczesna gospodarka leśna ustala wiek maksymalny w granicach od osiemdziesięciu do dwustu lat, gdy posadzone drzewa mogą być ścięte i posadzone. Jednak w naturalnych warunkach drzewa w tym wieku są dopiero grubości ołówka i wysokości człowieka. (…) Moje buczki, które czekają na swoją kolej już co najmniej osiemdziesiąt lat, rosną pod mniej więcej dwustuletnimi drzewami rodzicielskimi. Przeliczając to na ludzką miarę, byłyby czterdziestolatkami. Niewykluczone, że mikrusy będą musiały tak jeszcze wegetować ze dwa stulecia, póki wreszcie nie rozwiną skrzydeł. Umila się im zresztą czas oczekiwania. Rodzice nawiązują z nimi kontakt poprzez korzenie i przekazują cukry oraz inne składniki pokarmowe. Można powiedzieć – karmią własną piersią drzewne oseski. (…)
CAM00152Pewnego dnia nadchodzi wreszcie pora. Drzewo rodzicielskie osiągnęło już limit wieku albo zachorowało. Albo też do zagłady dochodzi w w trakcie letniej burzy. (…) Gdy drzewo uderza o ziemię, miażdży kilka oczekujących siewek. Jednak dla reszty przedszkola powstała luka oznacza sygnał do startu, bo teraz wreszcie mogą uprawiać fotosyntezę ile dusza zapragnie. W tym celu muszą przeorientować przemianę materii, muszą przekształcić takie liście (..), które mogą wytrzymać i przerobić silniejsze światło. Trwa to od roku do trzech lat. A później trzeba się pospieszyć. Wszystkie maluchy chcą rosnąć, ale tylko te, które strzelają w górę, liczą się w dalszym wyścigu. (…) Ci, którym udało się przedostać na pośrednie piętro, nie muszą się już obawiać konkurencji, bo stali się następcami tronu, którzy przy następnej okazji wreszcie będą mogli dorosnąć.”**

Pisząc o bukowym lesie uzmysłowiłam sobie, że ja mam przecież zdjęcie z takiego lasu. Zrobiła je córka. Las był bardzo ciemny i tajemniczy. Bukowe drzewa rzeczywiście przepuszczają bardzo mało światła. Poszycie jest usłane miękkimi mchami, w których lubią rosnąć kurki. Wystawiają swoje żółte kapelusze z gęstego mchu niczym zastępy wojska, ciasno stłoczone w miejscach, gdzie jest najwięcej wilgoci.
Wędrowałyśmy po ciemnym lesie, z olbrzymi, majestatycznymi drzewami.  

Było bardzo pięknie

I niechcący zdjęcia przydały mi się do dzisiejszego wpisu.CAM00151

Bukowy las w obiektywie mojej utalentowanej córki

 

 

                 

 

 

    Piękny las w Kopalinie. Dziś już wiem, że jest też bardzo wiekowy. Ten las miał ponad 200   lat.

I piękna opowieść o bukach.

O życiu i dojrzewaniu, i oczekiwaniu na swoje miejsce w „lesie”.

Każda opowieść może mieć znaczenie terapeutyczne ;-)

 

 

Fragmenty tekstu pochodziły z książki Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”,  tłumaczenie Ewa Kochanowska, wydawnictwo OTWARTE, Kraków 2016, *s. 51, **s. 53 – 62.

Zdjęcia  na blogu autorstwa mojej córki E. Z.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

Opowieści, metafory, analogie…

23 kwi

Zamówiłam w Empiku film „A Monster Calls”. Będę go miała na własność i będę mogła go oglądać, kiedy będę chciała. Hę!!!

Mało tego!!!!

Zamówiłam książkę o tym samym tytule. Ha!!!! Będę mogła wcielić się w głównych bohaterów, wniknąć w ich uczucia, poznać ich myśli. Bardziej ogarnąć klimat.

A tak a propos klimatu… A może drzew…

Przecież w „A Monster…” obok chłopca główną rolę zagrało drzewo – Drzewny Potwór

Znów analogie 8-O Drzewny Potwór odegrał rolę terapeuty chłopca a…

W środę terapeuta opowiedział mi o fragmencie książki, którą teraz czyta. Książkę kupiła mu córka. „Sekretne życie drzew”
– Czytałem o bukach. Czy wiesz, że stare buki zasłaniają młode drzewko przed słońcem, aby wolniej rosło. Zabierają mu światło, roztaczając nad nim swoje korony. Młody buk bardzo powoli rośnie. Kiedy stare drzewa umierają a jest to około osiemdziesiątego roku życia, młody buk strzela w górę i rośnie bardzo szybko. Bardzo szybko dojrzewa. Zaopatrzony w pokarm, który latami czerpał, teraz w mgnieniu oka nabiera siły i wielkości. Rośnie piękne i potężne drzewo. Nie wiem, dlaczego ta historia przyszła mi do głowy akurat w twoim przypadku…
– Tak… Ja też zostałam sama. Stare buki już dawno poumierały – pomyślałam a głośno powiedziałam, z uśmiechem – No to jak teraz strzelę w górę, tooooo…

Teraz, kiedy o tym myślę, robi mi się ciepło na sercu. Taka analogia wywołuje u mnie ciepłe uczucia. Jestem silna… Rozwinę powyginane gałęzie, a właściwie to już je wyprostowałam i czerpię coraz więcej światła…

Analogie…

Metafory…

Opowieści…

One zasiane w naszej pamięci, kiełkują, rosną i rozwijają się. Dzięki nim życie nabiera głębi, barw i przestrzeni. Staje się trójwymiarowe. Dobra opowieść potrafi zdziałać cuda.

Pierwszą opowieścią, jaka została w mojej pamięci z terapii to Bajka o dziewczynie, pałacu i czymś jeszcze a później sama zbierałam różne opowieści. Najpiękniejsze były te Ingi Zawadzkiej. Są na blogu. Np. Jak wszystko zmienić, nie zmieniając niczego, i inne…

Opowieści pomagają żyć.

Mnie pomagają też filmy, od niedawna książki, od zawsze muzyka (zwłaszcza smooth jazz)  i od trzech lat nordic walking.  Na kijach przeszłam ponad 2300 km. Czyli byłabym w drodze powrotnej z, np. Turcji.
Oczywiście z żadnej wyprawy geograficznej nie wracam, za to wracam do siebie. Do siebie prawdziwej, tej schowanej przez te kilkadziesiąt lat w „cieniu innych buków”. „Buki” już poumierały. Zostałam sama i czerpię światło wszystkimi listeczkami, jakie mam. Hahahahahaha

Książkę „Sekretne życie drzew” też zamówiłam. Będę miała co czytać :-) Bardzo mnie zaciekawiła

A póki co czytam następną opowieść Jodi Picoult „Jak z obrazka”, a tam odkryłam taką starą opowieść indiańską, która ma drzewne zakończenie 8-O
Przeczytajcie sami…

Dawno, dawno temu na brzegu Atlantyku żył wielki indiański wojownik imieniem Porywisty Wiatr. Miał magiczną moc – potrafił stać się niewidzialny, dzięki czemu mógł chodzić po obozach wrogów i wykradać im tajemnice. Wraz z siostrą mieszkał w wigwamie owiewanym spokojną, przyjemną, morską bryzą.
Jego sława znakomitego wojownika niosła się szeroko i wiele dziewic pragnęło wyjść za niego. Ale Porywisty Wiatr nie zwracał uwagi na ich niemądre, kokieteryjne uśmiechy i fałszywe zapewnienia, że stanowiliby idealną parę. Oznajmił, że poślubi tę, która zobaczy go wracającego nocą do domu.
Wymyślił próbę na sprawdzenie wiarygodności kandydatek na żonę. Wiele panien przychodziło z jego siostrą na plażę, gdy słońce z sykiem zanurzało się w morzu, i pragnęło zdobyć serce Porywistego Wiatru. Siostra zawsze widziała brata, nawet w chwilach, gdy dla reszty świata był niewidzialny. Gdy zbliżał się, siostra pytała dziewczynę:
- Widzisz go?
Każda panna odpowiadała kłamliwie:
- Tak, to on.
Siostra Porywistego Wiatru pytała wtedy:
- Czym pogania swój zaprzęg?
Odpowiedzi było wiele: Biczem ze skóry karibu. Długim, sękatym kijem. Pękiem mocnych konopi.
Siostra Porywistego Wiatru od razu wiedziała, że to zwykłe zgadywanki i że jej brat nie wybierze tej dziewczyny, której stopy odciskały się w piasku, tworząc lustrzane odbicie jej śladów.
W wiosce mieszkał potężny wódz, wdowiec z trzema córkami.
Najmłodsza miała twarz śliczną jak pierwszy, letni deszcz, a serce tak wielkie, że mogło pomieścić ból całego świata. O wiele starsze siostry, skręcane zazdrością, wykorzystywały jej dobroć. Próbowały zniszczyć urodę najmłodszej, zamieniając jej odzież w łachmany, obcinając lśniące, czarne włosy, przypalając gładkie policzki i szyję rozżarzonymi węglami. Ojcu mówiły, że sama to sobie zrobiła.
Tak jak inne panny na wsi, one też usiłowały zobaczyć, jak Porywisty Wiatr pojawia się o zmierzchu. Stały na plaży z jego siostrą,  czuły jak woda zalewa im stopy, i czekały. Jak zwykle siostra Porywistego Wiatru zapytała, czy go widzą, a one potwierdziły. Kiedy zapytała, czym pogania zaprzęg, skłamały, że niewyprawioną skórą. Kiedy weszły do jego namiotu, poły mocno zatrzepotały. Miały nadzieję, że zobaczą go pochylonego nad kolacją, ale w namiocie nikogo nie było. Porywisty Wiatr, odkrywszy ich oszustwo, pozostał niewidzialny.
Gdy najmłodsza córka wodza poszła na poszukiwania Porywistego Wiatru, natarła poparzoną twarz ziemią, by ukryć blizny, i załatała spódnice korą drzew. W drodze na plażę minęła inne panny, które śmiały się z niej i nazywały ją głupią.
Ale siostra Porywistego Wiatru czekała i kiedy słońce ciężko opadało ku horyzontowi, zabrała dziewczynę na plażę. Widząc brata, zapytała:
- Widzisz go?
- Nie – odparła dziewczyna, a siostra Porywistego Wiatru zadrżała, słysząc prawdę.
- Czy teraz go widzisz? – zapytała ponownie.
Na początku dziewczyna z twarzą zwróconą ku niebu milczała, nagle jednak jej oczy zapłonęły jak ogień.
- O tak, widzę – rzekła wreszcie – i jest piękny. Tańczy na chmurach i chodzi z księżycem na ramieniu.
- Czym pogania zaprzęg?
- Tęczą.
Siostra Porywistego Wiatru też spojrzała w niebo.
- A z czego jest zrobiona cięciwa jego łuku?
Dziewczyna uśmiechnęła się i noc obmyła jej twarz.
- Z drogi Mlecznej – odrzekła. – A groty strzał to najjaśniejsze z gwiazd.
Siostra Porywistego Wiatru wiedziała, że brat ukazał się tej dziewczynie, ponieważ mówiła prawdę. Zabrała dziewczynę do domu i wykąpała, tak długo przesuwając dłońmi po jej skórze, aż wszystkie blizny zniknęły. Śpiewała, a włosy dziewczyny rosły gęste i czarne. Dała jej swoje bogate stroje i zaprowadziła do namiotu Porywistego Wiatru.
Następnego dnia Porywisty Wiatr ją poślubił i oboje przemierzali niebo, skąd dziewczyna patrzyła na swój lud. Jej siostry kipiały z wściekłości i groziły pięściami duchom, żądając wyjaśnień. Porywisty Wiatr postanowił ukarać je za krzywdy, jakie wyrządziły jego oblubienicy. Zamienił je w osiki i zakopał ich korzenie głęboko w ziemi. Od tamtego dnia osiki drżą z przerażenia na myśl o nadejściu Porywistego Wiatru. I choćby nie wiem jak łagodnie nadchodził, one się trzęsą, ponieważ nie potrafią zapomnieć o jego wielkiej mocy i jego gniewie.

Legenda Algonkinów*

 

Opowieści…

 

A w życiu? Leniwe, niedzielne przedpołudnie z padającym za oknem śniegiem. Mokre paćki śniegu z deszczem pokrywają parkową trawę tworząc dysonans do śliwy pokrytej drobnymi, białymi kwiatkami. Wiosna. Kwiecień, plecień, bo przeplata. Trochę zimy, trochę lata :-P

 

 

* Opowieść pochodzi z książki Jodi Picoult „Jak z obrazka”, Kolekcja Jodi Picoult 7, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2017, s. 9-12.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

Nadzieja, czuła matka naszych dni

24 lis

Nadzieja pozwala zerwać kartki z kalendarza, te niby dobre i najlepsze, cisnąć je bezmyślnie w kosz , bo i tak przed nami jest jutro…

Nadzieja pozwala z odwagą ująć klamkę drzwi jeszcze nie otwartych…

Nadzieja posyła w przyszłość bez obawy o to, co trudne,  za wielkie, bolesne…

Nadzieja otwiera oczy, które chętnie przymykamy, aby tuż pod powiekami utrwalić najukochańsze pejzaże, twarze, sytuacje…

Nadzieja wyrzuca ręce w przód i rozpychając ławice mgły dobija się do nowych krajobrazów, do promieni słońca, do początków naszego świata…

Nadzieja pozwala wierzyć i miłować.

Nadzieja obejmuje umysł człowieka spokojnymi rękami i całuje jego serce.

Jest czułą matką naszych dni… Nadzieja…!

 

Andrzej Zwoliński, Bajki nie bajki

 

***

 

W święto dziękczynienia…
dziękuję za to wszystko,
czego nie mam
za to, że nie mam wielkiego
domu
byłoby za dużo sprzątania i przestrzeni
wolę przytulne gniazdka
dziękuję za to, że nie mam skrzydeł
odleciałabym w niewłaściwe raniona
dziękuję za to, że nikt
mnie nie kocha
mogę dzięki temu wierzyć
że wszystko przede mną
dziękuję za to, że nie mam już
złudzeń ani wymagań
zbyt wielkich do świata
dziękuję za to, że nie mam zmywarki
jej brak pokazał mi pedanterię
i jej brak u moich dzieci :)
dobrze, że nie mam nałogów
nie chciałabym być niczego niewolnicą – dziękuje za wolność
bardzo trudno dziękować za brak pieniędzy
i nie potrafię znaleźć w tym nic dobrego
wolałabym jednak je mieć ;)
trudno też dziękować za braki na przykład
w czuciu, rozumieniu, współczuciu, miłości
uzębieniu, dziękuję więc
za to, że ich nie mam.
(…)
I za wszystko, co mam, i czego nie mam.
za kapliczki przy drodze i chociaż tak nie wierzę, to jednak lubię ich magię,
bo każda z nich stoi ukryta wśród trzech lip.

dziękuję za (…) psy, koty, przyjaciół i odwagę
bo dzisiaj dokonałam niemożliwego.
dziękuję za zupę wczorajszą – nie musiałam dziś gotować :)
(…)
za moje słabości i moją siłę
(…)
za pasję, za pustkę, za chorobę, za siłę, za bezsilność, za lęk, porzucenie, żal
i za to, że nikt mi w domu papierosów nie pali (…)

za to, że w tym wszystkim trudnym potrafię się śmiać i wierzyć
w cuda i piękno tego świata…

wróżka drzew
P.C-Szept

Cały wiersz do przeczytania na stronie:       Drzewo Życia na Facebooku

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Internet, Książka

 

Wielkanocna niedziela. Zmartwychwstania czas…

27 mar

Pierwsze święta w DOMU.

Odradzam się do życia. Razem z przyrodą, z przepięknym słońcem za oknem, mgłą, rześkim przymrozkiem i … modlitewnym czuwaniem przy grobie Chrystusa. Na rezurekcje po raz pierwszy poszłam dwa lata temu. Razem z grupą teatralną, do której zaprosił mnie znajomy. Wtedy nie czytałam. Dziś czytałam tekst.
Ciężko było zwlec się z łóżka, dziś cofnięto czas a w kościele mieliśmy być na piątą.
Byłam. Przeczytałam (podobno bardzo ładnie), ale myślami błądziłam po zawiłych ścieżkach mojego życia.
Wiecie co? Miałam dobre życie.
Tak myślę…
Ojciec nauczył mnie ciężkiej pracy i wytrwałości.
Mąż nauczył mnie bycia samodzielną i silną.
Dzieci niestrudzenie uczą mnie miłości.
Wciąż się czegoś uczę…
I dopiero po czasie dostrzegam, że to, co odbierałam jako złe i krzywdzące, tak naprawdę mnie hartowało.

Najbardziej się cieszę z tego, że potrafiłam przerwać mój „chocholi taniec”. „Tańczyła” moja matka, pewnie jej matka też i ja też nauczona, że lepiej „tańczyć” niż żyć naprawdę, „pląsałam”. Wiecie, wolność jest piękna. Życie bez „tańca” cudowne i tak jak napisała w swoim opowiadaniu terapeutycznym Inga Zawadzka : „To był kres… Zrozumiałam nagle, że jeśli nie skoczę, to umrę. Cokolwiek czaiło się tam, w strasznej, nieznanej przyszłości – było to lepsze od tego, co znajdowało się za moimi plecami. Najpierw zdjęłam z siebie poczucie winy, złożyłam ładnie i położyłam na ziemi. Obok położyłam wstyd, niepewność, wątpliwości, a na samym wierzchu – strach. Po co mi te obciążenia w czasie lotu? Od razu zrobiło mi się lżej, nawet się uśmiechnęłam. Następnie mocno przytuliłam do siebie syna (i córkę), wzięłam solidny rozbieg i skoczyłam. Skoczyłam w górę, a nie w dół, bo poczułam moc i chciałam sprawdzić, jak to będzie.
I nagle… Zrozumiałam, że lecę! Zamiast spaść – szybowałam, a za moimi plecami szeleściły skrzydła, które nie wiadomo skąd się wzięły. Spróbowałam nimi sterować i teraz mogłam lecieć w każdą stronę – w prawo, w lewo, dokąd zechcę! Skąd one się wzięły?
Skrzydła ma każdy, ale wielu ludzi nawet nie podejrzewa, że je ma, – wyszeptała Przepaść. – Życie doprowadza ich do skraju nicości właśnie po to, by polecieli. A czy w górę, czy w dół – to już każdy sam wybiera…” „

Moje poczucie winy jeszcze podnosi łeb, ale ja mam coraz więcej sił i nie w głowie mi „chocholi taniec”.
Staję się obserwatorem. Zaczynam widzieć coraz wyraźniej. Współczuję kobietom, które czują magiczną moc zmieniania swojej rzeczywistości bez pracy nad sobą. Jedyną rzeczywistość jaką jesteśmy w stanie zmienić, to my same.
Dzisiaj w kościele widziałam dziewczynę, która jest tragicznie zakochana w swoim zimnym mężu. Zostawił ją a ona wciąż kocha i wciąż się za niego modli. Pragnie jego powrotu, bo on jest jej całym światem. Bez niego jej świat się skończył. Jak ktoś musiał ją skrzywdzić, żeby własne życie bez reszty oddać komuś obcemu? Być piękną i dobrą kobietą i nie widzieć tego. Całą swoją wartość złożyć w dłonie wstrętnego egoisty. Gdybym jej to powiedziała, obruszyłaby się a nawet powiedziała coś przykrego pod moim adresem.
Myślami byłam przy drugiej znajomej. Wieloletnie małżeństwo. Czy dobre? Ona wie najlepiej. Ostatnio powiedziała, że mąż zaczął „wyciągać do niej ręce”. Może robił to wcześniej a ona dopiero teraz odważyła się to powiedzieć. Powiedziałam do niej ze łzami złości w oczach: „Zostaw, odejdź, szanuj siebie”. Umówiłyśmy się na wspólny wieczór w gronie znajomych. Przyszła z mężem. Uśmiechnięta, piękna, radosna, przetańczyła cały wieczór. W mojej pamięci jej płacz gryzł się z widokiem tańczącej na parkiecie. „Chocholi taniec”. Co warte są moje słowa, kiedy one są nastawione na „zbawianie świata” w imię miłości? Miłości nie do siebie, ale do toksycznych partnerów. Potrzeba kresu, żeby otrzeźwieć…

Wielkanocny poranek…

Piękny poranek…

Poranek zmartwychwstania…

Trochę poezji na dziś a na Facebooku wrzucę zdjęcia kwiatów, jakie dostałam od mojej kochanej Kl i widok przepięknego poranka z mojego okna.

Wczoraj Kl zachwycała się pięknem parku i szalonym śpiewem kosów. Rzeczywiście śpiewają obłędnie. Tyle lat mieszkałam na wsi a nie zwróciłam na to uwagi, dopiero ona otworzyła mi uszy ;-)

Idę robić śniadanko :-D

Zapraszam do poezji :-D

Mamo, dziwny człowiek
stoi u drzwi naszego domu
Pierwszy raz go widzę,
a twarz ma jakby znajomą
zmartwychwstanie2Mówi, że nazywa się JEZUS
I czy możemy mu dać jakiś grosz
Mówi, że wyprztykał się z cudów
I odwrócił się od niego los
Tak myślę, że to cudzoziemiec
Żyd albo Arab z urody
Aha to mi przypomniało,
że chce też trochę wody
No co dać mu czego chce
Czy trzasnąć mu przed nosem drzwiami?
Dobra dam mu sześć pensów
Powiem, że tyle mamy
I że zapomniałem o wodzie
Właściwie to świństwo , no nie…
Ale słowo, on jest taki brudny
Skąd przyszedł cholera go wie
Mamo, on pyta o wodę
– nie ma kubka – odpowiedziałem
W każdym razie dałem mu szóstkę
Jak się cieszył, żebyś wiedziała
Powiedział, że trzymają go przy życiu
Takie jak ta rzeczy małe
Dał mi swój portret z autografem
I te trzy gwoździe zardzewiałe.

Roger Mc Gough

***

Spowiedź wielkanocna

 Na me oczy zmęczone od nocy niespanych,
Na oczy krwią nabiegłe i ogniem palące
Mrok za oknem położy swe dłonie kojące,
Wśród filarów wyniosłych z granitu ciosanych.

 Przyjmie mnie chłodna cisza i cień wnęk kamiennych,
Światła podobne kwiatom zsuną się z witraży,
Błądzić będę w milczeniu sama wśród ołtarzy
Nagle chcąc się odnaleźć w zaciszu tajemnym.

 Aż upadnę znużona pod którymś filarem,
Nie wiedząc, czy mam klęknąć, czy lec ciężkim ciałem
I zasnąć już niebaczna, że w sercu omdlałym,
Zatraciłam niezłomną, wielką moją wiarę.

 Cisza schyli się ku mnie i pełna litości
Dźwignie mnie w swych ramionach i rozbudzi szeptem.
Przez powieki ospałe, na poły przymknięte
Ujrzę siebie w łachmanach i kurzu szarości.

 I naraz lęk mnie zdejmie nad własnym mym ciałem
Tak wyda mi się nędzne i takie zniszczone:
Czyż to moje te stopy sine, poranione?
Czy moje są to ręce czarne i obrzmiałe?

 Wzniosę te ręce w górę i napotkam słońce,
Płynące nad mą głową strumieniem szerokim,
Złotą smugą płynące kędyś z górnych okien…
Wzniosę ręce i wstanę w światło ciepłem drżące.

 Gdzieś od stropu opadną miękko ciche tony,
Jak łzy, których zabrakło chorym moim oczom.
Aż pieśń w górze rozegra się bólem i mocą,
Iść w niej będę jak nędzarz głodny i spragniony.

 Ktoś będzie na mnie czekać. W złotych pyłów rojach,
Jak w mgle, nie dojrzę twarzy – to nieważne wcale.
Ktoś na mnie będzie czekał, sam, w konfesjonale:
Ktoś mi obcy? Czy brat mój? Czy może myśl moja…

 Spowiadam Ci się, Boże, z mych i cudzych grzechów,
Bo wszystko mamy wspólne, i dusze i ciała,
I ta dola okrutna tak nas tu związała,
Że pierś mą trud przygniata wspólnego oddechu.

 Spowiadam Ci się, Boże, co masz zstąpić we mnie,
Ciało me, strzęp człowieczy zamienić w człowieka.
Ran mych, ani kalectwa nie będę oblekać,
Musisz zstąpić aż do dna, w cierpień moich ciemnię.

 Chciałeś ze mnie uczynić olbrzyma – mocarza,
Chciałeś by od ciężaru okrzepła mi siła,
Ale ja w twardej próbie padłam, nie zdzierżyłam.
Boję się, że śmierć rychła mej duszy zagraża.

 Chciałeś bólem mi rozpiąć orle mocne skrzydła,
Łzą dać czystość źródlaną, obmyć nimi serce,
Lecz ja tylko myślałam o mej poniewierce,
Jak ptak wątły, szarpiący się darmo w swych sidłach.

 Zaplątana w sieć nieszczęść, pozrywałam węzła,
Po których piąć się mogłam wyżej, ciągle wyżej.
Spadłam na dno bezwolna i w nędzy poniżeń,
W słabości i lichocie mej własnej ugrzęzłam.

 Stałam się jak płaz brzydki, pełzający nisko,
Pełen jadu i małych kłujących zazdrości.
Zazdrościłam wciąż chleba… I tego żeś gościł
Jeszcze w sercach niektórych, zabrawszy mi wszystko.

 Czasem kradłam. A czasem wydawałam siostry
Oprawcom, by w mych oczach aż do krwi je bili.
Gdy los-szatan swą łaską ku mnie się nachylił,
Ja biłam w szale władzy, pośród przekleństw ostrych.

 Cień podłości tak bardzo twarz moją oszpecił,
Że ci co podłość mieli za swoje narzędzie,
Czynili jej honory, ufając, że będzie
Moją śmiercią, od której nic mnie nie uleczy.

 Ja zaś, jak handlarz-bankrut handlowałam wszystkim,
Byle zdobyć choć jeszcze łaskawości gorsze,
Niepomna, że gdy uśmiech służalczy roznoszę,
To, co zań mi dano, nie było już zyskiem.

 Stałam się bardzo sprytna, bardzo zapobiegliwa,
Znałam wszystkie sposoby, torujące drogi.
A próżność we mnie rosła, jak aktor ubogi.
Sukcesem w tanim cyrku czułam się szczęśliwa.

 Byłam tchórzem. Gdy innym przyjść miałam z pomocą,
Łgałam sobie, w roztropność pozując milczenie.
Uczyłam się w mym sercu zabijać wzruszenie,
Byle mi snu twardego nie skłóciło nocą.

 I wyschło we mnie serce, zimne miałam usta,
I myślałam, że starczy własnej ciężkiej doli,
Żebym była prawdziwa w tej męczeńskiej roli,
W trudnej roli dramatu, lalka śmieszna, pusta.

 Byłam jak cymbał brzmiący, patetyczna zgłoska:
Wołałam, że tu cierpię za nich, za miliony,
Lecz pośród sióstr mych biednych, głodnych i spragnionych
Zapomniałam, że to jest i Ludzkość i Polska.

 Był we mnie jeden ogień i dałam mu gorzeć:
Żar strasznej nienawiści wobec mych tyranów,
Nim – duszy mej szlachetnej siła nieskalaną
Zamieniłam w zwierzęcy instynkt małych stworzeń.

 Boże! Czyś za to kazał żyć mi w takim wstydzie,
Na przekór nienawiści rozbudziwszy zmysły?
Żyłam w długiej ascezie, aż więzy jej prysły,
Chciałam dotyku ręki, której nienawidzę…

 Dzień każdy był jak czara śmiertelnej goryczy,
Piłam ją bez oporu w leniwym nałogu,
Drżąc ze wstrętu, kochałam się w brudnym barłogu,
Nie pragnąc już niczego, nie tęskniąc za niczym.

 A ileś Ty był we mnie, jeśli Ciebie miałam,
To wiary mej niezłomnej nie umiałam dzielić
I patrzyłam jak inni w swej nędzy ginęli,
Moja wina, żem była za słaba, za mała.

 Wstanę. A ktoś mi poda suknie nowe, czyste,
Albo ja sama wezmę i zrzucę łachmany.
Rzucę je precz ze wszami i brudem zebranym
I będę już iść w odrzwia, słonecznie świetliste.

 W progu ktoś mnie pożegna znakiem Rozgrzeszenia,
Krzyżem – znakiem Miłości i męki odbytej.
Organy będą jeszcze modlić się pod szczytem
Swą pieśnią wielkanocną, pieśnią Odrodzenia.

 Za progiem będzie wiosna: świeża zieleń trawy,
I pierwsze drobne kwiaty białe i różowe
I niebo wyzłocone, przejasne, kwietniowe
Liście, z pąków trysłe w słońcu bez obawy.

 Stanę tam w zachwyceniu, żem przecie dojrzała
Wszystko, co dotąd było zakryte mgła ciemną.
I uwierzę, że oto Cud stał się i ze mną
I krzyknę memu słońcu, żem zmartwychpowstała.

 

Maria Rutkowska-Kurcjuszowa

Neubrandenburg, wiosna 1944 r.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Życie

 

Kilka słów przed śniadaniem

04 mar

Wczoraj po obiedzie wyszłam pozwiedzać. A jest co oglądać. Wspaniały, rozległy park, ze starymi, olbrzymimi drzewami.

Na spacerze rozmawiałam z Młodym. Na jego pytanie „Jak tam mama?” zaczęłam opowiadać co widzę, ale też o tym jakich ludzi spotkałam na szkoleniu, czyli …, ale o tym pisałam już wczoraj. Syn słuchając tego wszystkiego zapytał:

- Czujesz się tam gorsza?

- Nie, nie czuję się – odpowiedziałam – Oni swój czas przeznaczyli na kształcenie, doskonalenie, zdobywanie nowych tytułów a ja swoje 15 lat przeznaczyłam na „walkę o normalny” dom. Dobrze, że w pewnym momencie doświadczyłam zdarzenia, które wyrwało mnie z tej „misji”. Od ponad dwóch lat mam czas dla siebie i swój rozwój. Wszystko się poukładało. Jesteście już na tyle duzi, że opieka nad wami nie przeszkadza mi w zajmowaniu się samą sobą, więc wynajduje dla siebie wciąż nowe, ciekawe zajęcia. Kiedyś ciekawym zajęciem nazywałam szycie i dzierganie na drutach a dziś poznawanie nowych miejsc i nowych ludzi. Nie mówię, że to co kiedyś było złe, bo nie było. Dzięki temu czasowi mam was, dwójkę wyjątkowych i mądrych dzieci, ale teraz jest czas na mnie i moje potrzeby.

Młody słuchał i przytakiwał.

Dopytywał jak wygląda park i prosił o zdjęcia. Niestety nie wzięłam aparatu a mój telefon nie nadaje się do robienia dobrych zdjęć.

Rozmawiałam też z Maleńką, ale ona żyje sprawami bieżącymi a nie filozofią egzystencjalną ;-) , więc tu liczyły się tylko rzeczowe odpowiedzi, filozofii nie było ;-)

Coś na temat szkolenia. Moja współlokatorka przygotowała się na mocną promocję tematu a tu spotkało ją rozczarowanie, bo prowadzący nie promują zjawiska LGB, ale uczą jak radzić sobie z neutralizowaniem postaw. Mamy być „strażakami” a nie „zarzewiem”. Mamy się nauczyć jak naturalizować skrajne postawy, jak „odczarować” temat, aby ludzie się nie bali i nie reagowali agresją. Najbardziej podobają mi się ćwiczenia. Przez takie ćwiczenia wdać, jak ludzie przyzwyczaili się do życia stereotypami, jak wrosły one w naszą mentalność i wykształciły w nas „okulary” przez które patrzymy na świat.

Opisze proste ćwiczenie, które nazywa się „Wyspa Albatros”.

Prowadząca poprosiła dwie osoby z grypy – mężczyznę i kobietę. Wyszła z nimi na chwilę, aby podać im instrukcję zachowania – mieli odegrać odpowiednią scenkę.

Para weszła na salę. Najpierw szedł mężczyzna z poważną miną a za nim kobieta z pochyloną głową. On był w butach a ona na bosaka. On rozglądał się po uczestnikach bardzo uważnie a ona szła za nim i zdejmowała nogi osób, które siedziały w pozycji „noga na nogę”. Obeszli krąg i podeszli do krzesła. On usiadł na krześle a ona usiadła na podłodze przed nim. On wziął talerzyk z mandarynką i zaczął jeść. Ona spoglądała na niego. On odłamał cząstkę owocu i podał jej. Później położył jej dłoń na karku a ona pochyliła się przed nim trzy razy dotykając czołem do podłogi.

No i teraz nastąpiły pytania o to, co zaobserwowaliśmy.

No jak myślicie? Co przedstawiała ta scenka?

Lecę na śniadanie…

Odpowiedź będzie później, ale chętnie poczytam wasze komentarze, więc piszcie

Pa

******

Już po kolacji. Była pyszna :-D

A komentarzy nie ma :-(

A oto rozwiązanie zagadki – historia ludzi/mieszkańców z wyspy Albatros:

Ludzie na wyspie Albatros są bardzo spokojni i szczęśliwi. Największym bóstwem jest Matka Ziemia, która otaczana jest najwyższą czcią. Kontakt z ziemią uważany jest za duży przywilej. Zadbanie o to, aby goście dotykali stopami ziemi, jest więc wyrazem ogromnego szacunku. Dzięki temu mogą bowiem czerpać energię kosmiczną z wnętrza ziemi. Kobiety na wyspie są płcią uprzywilejowaną, ponieważ to one dają życie, tak jak Matka Ziemia. Mężczyźni muszą zawsze iść w pewnej odległości przed kobietą, aby ochronić ją przed potencjalnym niebezpieczeństwem (np. przed wężami). Mężczyźni zawsze muszą spróbować jedzenia, zanim zacznie jeść kobieta. Kobiety — w przeciwieństwie do mężczyzn — mają przywilej siedzenia na ziemi, aby być blisko
Matki Ziemi. Zgodnie z wyspiarskim rytuałem mężczyźni mogą doświadczać intensywniejszego kontaktu z ziemią poprzez położenie dłoni na szyi kobiety, podczas gdy ona dotyka czołem ziemi. Tylko w ten sposób mężczyźni mogą pobierać kosmiczną energię płynącą z Matki Ziemi. Rytuał ten kobieta może zaoferować mężczyźnie, gdy darzy go szczególnym szacunkiem.
Poza tym rytuałem mężczyźni nie mogą dotykać kobiet bez ich pozwolenia.

 Oto prawdziwe rozwiązanie…

A jakie były nasze (osób ze szkolenia) odpowiedzi, nasze spojrzenia przez „okulary”? Wszyscy widzieli przemoc mężczyzny w stosunku do kobiety, to że idzie bosa za mężczyzną – czyli jest źle traktowana i jest podległa mężczyźnie.  Dotknięcie jej za kark i pochylanie do ziemi to objaw fizycznej przemocy i agresji z jego strony.

Wniosek – Na nasz sposób postrzegania i komunikowania wpływają różne czynniki.

Niezły owoc szkolenia :-D

I jeszcze film, który warto obejrzeć:

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Życie