RSS
 

Notki z tagiem ‘Partner’

Emeli Sande – kobieta o silnym głosie.

25 maj

Każdy chce być kochany i kochać. Znalazłam piosenkę Emeli Sande – jeszcze jedna kobieta z silnym głosem – przypomina Adele. Posłuchajcie…

„Nie mogę kupić Twojej miłości, nawet nie chcę próbować.
Czasem prawda nie sprawia Ci radości, lecz nie zamierzam kłamać.
Ale nigdy nie kwestionuj tego, czy moje serce bije tylko dla ciebie, ono bije tylko dla Ciebie.

Wiem, że daleko mi do perfekcji , nie tak jak twojemu towarzystwu.
Nie mogę spełniać Twoich życzeń, nie będę obiecywać Ci gwiazd.
Ale nigdy nie kwestionuj tego, czy moje serce bije tylko dla ciebie, ono bije tylko dla Ciebie.

Bo właśnie wtedy, kiedy jesteś zrezygnowany,
Kiedy cokolwiek, co robisz nie jest wystarczająco dobre,
Kiedy zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie myślałeś, że coś może być tak trudne,
To właśnie wtedy odczujesz moją miłość.

A kiedy krzyczysz,
Kiedy upadasz i nie możesz wstać, ponieważ jest zbyt ciężko,
Kiedy przyjaciół, których myślałeś, że masz, nie ma w pobliżu,
To właśnie wtedy poczujesz moją miłość.

Nie zobaczysz mnie na imprezach, myślę, że po prostu nie jestem przebojowa.
Nie będę włączać radia, śpiewając, „Kochanie, jesteś jedyny”.
Ale nigdy nie kwestionuj tego, czy moje serce bije tylko dla ciebie, ono bije tylko dla Ciebie.

Wiem, że czasami się złoszczę i mówię nie to co myślę,
Wiem, że chronię się tym, że nie okazuję swoich uczuć
Ale nigdy nie kwestionuj tego, czy moje serce bije tylko dla ciebie, ono bije tylko dla ciebie.

Bo właśnie wtedy, kiedy jesteś zrezygnowany,
Kiedy cokolwiek, co robisz nie jest wystarczająco dobre,
Kiedy zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie myślałeś, że coś może być tak trudne,
To właśnie wtedy odczujesz moją miłość.

I kiedy krzyczysz,
Kiedy upadasz i nie możesz wstać, ponieważ jest zbyt ciężko,
Kiedy przyjaciół, na których polegałeś nie ma w pobliżu,
To właśnie wtedy poczujesz mój rodzaj miłości.

Bo właśnie wtedy, kiedy jesteś zrezygnowany,
Kiedy cokolwiek, co robisz nie jest wystarczająco dobre,
Kiedy zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie myślałeś, że coś może być tak trudne,
To właśnie wtedy odczujesz moją miłość.”

Tłumaczenie piosenki www.tekstowo.pl

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka

 

Trochę radości i trochę smutku.

13 kwi

Foto: http://lonely2.flog.pl/

Wiosna! Wszystko budzi się do życia. Z okna mieszkania (chciałam napisać mojego okna – a tak nie jest), w którym mieszkam, z czwartego piętra widać drzewa śliw pokryte białym kwieciem. Kiedy przechodzę pod tymi drzewami czuję ich słodki zapach. Rano, po przebudzeniu otworzyłam okno i usłyszałam śpiew ptaków, tak jak na wsi, tam gdzie mieszkałam. Czwarte piętro, miasto a słychać śpiew ptaków. Wiosna panie sierżancie! - chciałoby się rzec. Wiosna. Niedługo święta. Dziś Niedziela Palmowa. Nie mam palmy. Nigdy nie przywiązywałam wagi do tej strojnej gałązki. Wiem. Chrześcijaństwo. Tradycja. Gałęzie palmy pod nogami osiołka, na którym jedzie Chrystus. Wielkie palmy w Kadzidle i maleńkie palmy w dłoniach wiernych w kościele. Ważny dzień. Mnie palma – przystrojone bazie –  zawsze będą się kojarzyć z kłótnią rodziców. Wymaganiami matki i nieporadnym zagubieniem ojca, bo przecież przyniósł, tylko mamie się nie podobała. Mama zagniewana, bo taka brzydka, bo bazie za małe, za duże, bo zawsze coś… Przyniósł, ale nie taką i ona znów musi wszystko robić sama. Głos matki pełen wyrzutu. Później w jej dłoniach pojawia się palma – gałązka przyozdobiona wstążeczkami, sztucznymi kwiatkami. W kościele wysuwa ją w stronę idącego z kropidłem księdza. Poświęconą przynosi do domu i zatyka za obraz. Nie rozumiałam dlaczego tak robiła a ona mi tego nie wyjaśniała. Komu te bazie potrzebne? Po co wsuwa je za obraz a później zakurzone wrzuca do kuchni i pali. Jaki w tym sens? Kiedy byłam dorosła trochę poczytałam na temat święconych bazi. Rozśmieszyło mnie wierzenie, że zjedzenie poświęconego „kotka” ma chronić przed bólem gardła. :-) Oj! Chrześcijanie! Wiara w Boga i wiara w zabobony. Przecież to tylko symbol. Kiedy Chrystus przejeżdżał na osiołku ludzie rzucali pod kopyta zwierzaka palmowe gałęzie. Cieszyli się. Wychwalali Jezusa – Mesjasza. Później ci sami ludzie wołali przed Piłatem „Ukrzyżuj Go!”. Palma – symbol naszej zmienności. Od uwielbienia do nienawiści?! Życie…

Wczoraj piękny wieczór! Szkoda, że nie widziałam przedstawienia z widowni. Zamiast tego „skręcałam” się w worku pokutnym jako Dusza z Szeolu – oczywiście z innymi Duszami. Charakteryzatorka tak nas przeistoczyła, że nikt nie mógł nas poznać. Dopiero, kiedy zaczęliśmy się odzywać, padał okrzyk:

- A to ty! Nie poznałam/łem cię!

2/3 przedstawienia słyszeliśmy zza kulis. Sceny w pałacu Kajfasza, Wieczernik ze śpiewem Marii Magdaleny i głosami apostołów, głos apostoła Piotra, donośny głos Jezusa i delikatny, śpiewny głos Jego Matki i wiele innych scen. Tylko głosy – publiczność widziała resztę.

Następne wejście jako lud Izraela. Piękna rola apostoła Piotra. T. T. przeistoczył się w apostoła. Stał się nim. Z ogniem w oczach przemawiał do ludu, do osób zgromadzonych na widowni. Słowa, gesty, spojrzenia pełne prawdy, naturalne. Nie było T. – tego pana z brodą, do którego na próbach przytulała się żona (grała kobietę z Wieczernika). Na scenie stał Apostoł, który z ogniem w oczach krzyczał: „Nawracajcie się! Jest dla was nadzieja! Dla was i dzieci waszych!” A lud podążał za nim, by później po scenie chrztu ruszyć w piękny taniec. MAGIA!

Po przedstawieniu, kiedy wszyscy kłanialiśmy się widowni, zobaczyłam moją córcię. Siedziała z koleżanką na ławeczce przed sceną, a ja ją zobaczyłam dopiero wtedy, kiedy dziękowaliśmy. Dwie ślicznotki! Pomachałam im ręką i posłałam całusa. Usłyszeliśmy mnóstwo miłych słów. Podchodzili do nas ludzie z zapłakanymi twarzami, ale uśmiechnięci i dziękowali za piękne przedstawienie. Miłe! Reżyser, aktorzy, muzycy, choreografka, charakteryzatorka i inni ciężko pracowali na taki efekt a efekt był – widać to było po widowni.

Zdjęcie z przedstawienia - jeżeli macie ochotę – zapraszam do obejrzenia.  :lol:

Dobrze, że miałam przez jakiś czas taką „odskocznię” od swojej rzeczywistości. Bardzo dobrze!  

Właśnie policzyłam, że już 10 miesięcy mieszkam sama z dziećmi w „dziupli na 4 pietrze”. Prawie rok. Wciąż przeżywam silne emocje, kiedy słyszę jakieś wieści ze wsi dotyczące mojego męża. To jeszcze mój mąż. Jeszcze…

Tydzień temu kuzynka poinformowała mnie, że J. zaginął. Nikt nie widział go dwa tygodnie. Zadzwoniłam do sąsiadki teściowej, bo teściowa, kiedy usłyszy mój głos wyłącza telefon. Sąsiadka potwierdziła. Rzeczywiście. Nie było go u matki dwa tygodnie. Zapytałam, czy ktoś był u niego w domu,czy ktoś sprawdzał, co się dzieje.

- Ale na podwórze nie można wejść. Wszystko ogrodzone i to nie tylko siatką, ale też drutem kolczastym. Na drodze leżą gałęzie, pniaki, żeby nikt nie przejechał. Psy spuszczone. Tam nie można wejść – relacjonowała.

Nie ustępowałam. Poprosiłam o sprawdzenie. Zgodziła się. Zadzwoniłam wieczorem.

- Nic nie wiem. Dom zamknięty na klucz. Nic nie można zobaczyć przez okno, bo jest ciemno. Żadne światło się nie świeci.

Podziękowałam. Nie jestem z nim, ale 15 lat robi swoje. Jest chory. Przestraszyłam się, że coś sobie zrobił. Nie wiedziałam, co robić. On ma rodzinę – ma matkę, siostry. Dlaczego się nim nie opiekują? Dlaczego zostawiły go samego. Miałam nadzieję, że teściowa coś zrobi. Nic nie zrobiła. Następnego dnia zadzwoniłam na policję z prośbą o sprawdzenie, co tam się dzieje. Jakiś miły pan obiecał wysłać patrol. Zadzwoniłam też do najbliższego szpitala psychiatrycznego, żeby sprawdzić czy w ciągu ostatnich dwóch tygodni nikt o takim nazwisku nie został przyjęty. Nie było go. Wieczorem jeszcze raz zadzwoniłam na policję. Zapomniałam podać swojego numeru i nie mogli do mnie zadzwonić. Pan zaczął rozmowę w dziwny sposób:

- To był pani mąż? Tak?

Skóra mi ścierpła, a więc  nie żyje…

- To jest jeszcze mój mąż. Nie mamy rozwodu.

- Byliśmy na interwencji. Weszliśmy do domu. Oczywiście pojechaliśmy tam z karetką…

- Boże – pomyślałam – co się stało?

- Mąż był w domu. Nic się nie stało. Siedział w pokoju. Oczywiście nie wyraził zgody na leczenie szpitalne, na jakiekolwiek leczenie. Mówi, że jest zdrowy.

Odetchnęłam. Żyje.

- Dziękuję i przepraszam za kłopot.

- Żaden kłopot. Dobrze, że mogliśmy pomóc.

- Dziękuję. Do widzenia.

Odłożyłam telefon. Żyje.

Wczoraj, kiedy szykowałam się do wyjścia na przedstawienie zadzwoniłam do B., żeby zapytać, czy będzie i powiedzieć, że zaproszenie, którego nie zdążyłam jej dostarczyć będzie na nią czekać. B. podziękowała i nieśmiało zaczęła:

- Powiedziałabym ci coś, ale boję się, że będziesz się denerwować. Powiem po przedstawieniu.

- Nie. Mów teraz.

- W poniedziałek w sklepie był J. Nie poznałam go. Był w czapce i ciemnych okularach. Stanął między półkami i nie ruszał się. Stał w jednym miejscu przez pięć godzin. Mówiłam kierowniczce o dziwnym człowieku, który stoi pomiędzy regałami, ale zareagowała dopiero jak zamykaliśmy sklep. Nie chciał wyjść. Zadzwoniła po policję. Przyjechali, ale kiedy zobaczyli kto to jest, wezwali karetkę. Zwrócili uwagę kierowniczce, że narażała klientów, że wiedzą kto to jest i że niedawno byli u niego na interwencji. Nie wiem, co się działo później, bo wyszłam.

- Dziękuję.

- A. dlaczego rodzina się nim nie interesuje. Przecież widać, że to chory człowiek. Wszyscy mówili na ciebie. Ciebie winili. Myśleli, że wymyślasz. 

- B. jest mi go szkoda, ale ja tam nie wrócę. Wiesz dlaczego. W czerwcu ledwie udało mi się uciec. To był koszmar. Szanuje własne życie i spokój dzieci. On ma rodzinę. Niech w końcu przejrzą na oczy.

- Tylko, że nikt się nim nie interesuje. Jak oni mogą?

Mogą, oj mogą! 

Jest ustawa o chorych psychicznie. W ustawie czytamy, że jeżeli chory dobrowolnie nie zgodzi się na leczenie nikt nie ma prawa go do tego zmusić. Schizofrenia. Jak człowiek z zaburzoną świadomością może podjąć racjonalną decyzje o leczeniu, skoro dla niego leczenie to realne zagrożenie. Jak człowiek żyjący w świecie urojeń może podjąć mądrą decyzję. Paranoja. J. tak naprawdę jest bez leków od marca 2013 r. z miesięczną przerwą w szpitalu psychiatrycznym. Pogrąża się coraz bardziej. Przestaje jeść. Zamyka się we własnym domu i nie wychodzi tygodniami. Wygląda jak własny cień. Nie wie, gdzie się znajduje. „Zastyga” na kilka godzin w jednym miejscu. Czy potrzeba tragedii, żeby oddać go na leczenie. Czy to nie jest działanie, które zagraża jego życiu i zdrowiu? On powoli wyniszcza siebie. Potrzebuje pomocy. Na mnie reaguje agresją a rodzina nie chce mu pomóc. Sprawa karna, która miała zdecydować o leczeniu ciągnie się od października i jeszcze nie została rozstrzygnięta. Czy wszyscy są bezradni? Czekam na kolejny werdykt sądu. Ja dam radę a on? Z nim jest coraz gorzej.

 


http://www.gazeta.policja.pl
 - „Policja a chorzy psychicznie”

Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego – Synapsis on line

Przyjęcie do szpitala psychiatrycznego bez zgody osoby chorej psychicznie na stronie: http://prawo.e-katedra.pl/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie

 

„Samotność to taka wielka trowga – wiesz (…)” wyobraziłam sobie, że…

04 sty

Dwoje siedzących naprzeciwko siebie ludzi – kobieta i mężczyzna. On po tragicznych przejściach i ona z niełatwą teraźniejszością. Mierzą się wzrokiem.

- Jesteś piękną kobietą. Zadbaną. Trudno uwierzyć, że przeżyłaś tyle trudnych chwil, sytuacji. Przecież tego nie widać. – słychać powątpiewanie w jego głosie.

Ona uśmiecha się smutno. W głowie gonitwa myśli:

- „Więc jak mam wyglądać? Mam być brudna, zaniedbana, jęcząca. Z pretensjami do wszystkich?  Nieważne jak jest  ci źle  – masz wyglądać dobrze. Ładne ubranie, fryzura, uśmiech na twarz. Głowa do góry. Niech nikt nie wie, jak jest naprawdę i niech się nie dowie. Ciężko a jednak to możliwe. Keep smiling – uwaga zakładamy maskę – szeroki uśmiech. To nic, że serce płacze, że nie chce ci się żyć – keep smiling i do przodu”.

- Ja tak nie umiem – powiedział smutno się uśmiechając.

- Ciężko.

- Ciężko, nawet nie wiesz jak…

- Nie wiem, ale widzę – pomyślała.

Siedział przed nią przystojny mężczyzna, od którego biła aura bólu, ale nie bólu fizycznego, tylko tego gorszego – psychicznego. Ciemne oczy wydawały się ciemnymi przepaściami. Oczy pełne bólu, lęku, niewypowiedzianego cierpienia. Mroziły. Ogarnęła ją panika, kiedy starała się patrzeć w nie bezpośrednio. Spuściła wzrok. Nie wiedziała, co powiedzieć. Każde słowo zdawało się być takie niepotrzebne, nie na miejscu.

- Jak z nim rozmawiać, co powiedzieć – pomyślała. Niezręczna sytuacja.

- Nie wiesz, co powiedzieć.

- Nie, nie – szybko zaprzeczyła. Zbyt szybko.

- Wiem, trudno się ze mną rozmawia. Wszyscy, jakby się bali. Wszyscy wiedzą … i chyba się litują, a ja nie potrzebuje litości. Potrzebuję szczerej rozmowy, zrozumienia, wysłuchania. Czasami boję się tej samotności. Niby nie jestem sam, ale tak naprawdę nie ma przy mnie nikogo bliskiego i jeszcze te wspomnienia…

- Brakuje ci jej?

- Brakuje to mało powiedziane. W pamięci mam obraz kiedy stała w oknie i patrzyła, jak robię coś w ogrodzie. Kiedy jestem na podwórku wciąż spoglądam w to okno, ale tam jej nie ma i już nie będzie. Nie mogę się pogodzić z tym, że odeszła. Zginęła. Wypadek. Tyle się słyszy dzisiaj na temat wypadków. Pijani kierowcy, niedostosowanie prędkości do warunków na drodze. Człowiek słyszy i myśli – to mnie nie dotyczy. Ja jeżdżę dobrze, bezpiecznie, nic złego się nie stanie. Do czasu. Wypadek to ułamki sekund. Brak czasu na jakąkolwiek reakcję. Jedziesz i nagle coś zaczyna się dziać. Nie ma czasu na reakcję. Jest za późno. Możesz tylko obserwować rozwój wydarzeń. Nie ma czasu nawet na myślenie. Wtedy była okropna pogoda. Śnieżyca. Śliska droga. Mogliśmy nie wyjeżdżać, zostać w domu. Mogliśmy…

Zamilkł. Oczy zaszkliły się łzami.

- Nie możesz wciąż rozdrapywać tego, co się zdarzyło. Wracać do tego. Przeszłości nie zmienisz.

- Nie mów mi czego nie mogę, ja to wiem, ale to, co się ze mną dzieje jest silniejsze. Minęły trzy lata. Trzy długie lata a ja nie mogę się pozbierać. Czasami się zastanawiam, czy ze mną jest wszystko w porządku. Innym wystarczy pół roku, rok i już planują nowe życie a ja… Ze mną chyba coś jest nie tak.

- Każdy ma swój czas przeżywania żałoby.

- Ale to już trwa tak długo.

- Myślałeś o pomocy specjalisty?

- Nawet mogłem z takiej pomocy skorzystać, kiedy byłem w szpitalu, ale takie tłumaczenie, jakie tam usłyszałem tylko mnie zdenerwowało jeszcze bardziej. Nie chcę takiej pomocy.

- Nie wiem, jak ci pomóc. Bardzo bym chciała, ale nie umiem. Widzę, jak cierpisz, ale moje słowa niewiele tu znaczą.

- Po prostu bądź i czasami ze mną rozmawiaj.

- Będę…

W duchu dodała – będę, bo wiem co znaczy samotność, bezradność, rozpacz, poczucie pustki.

Mówi się o piekle. Straszy się nim niegrzeczne dzieci. Kiedy ludzie robią coś złego, mówią – pójdę do piekła, ale czy czasami nie stwarzamy sobie takiego piekła najpierw w naszej głowie myśląc „jestem do niczego, jestem zły, nic nie umiem, nie zasługuje na nic co dobre, bo…”. Ludzie tu na ziemi tworzą piekło dla siebie. Piekło uprzedzeń, poczucia bezsensu, własnej winy, wycofania, samotności. Piekło tym większe, im bardziej są wrażliwi, im bardziej czują. To chyba najgorsze piekło, jakie może być i dlatego potrzebni są ludzie, którzy „podadzą” rękę, wysłuchają, porozmawiają a nawet razem pomilczą, którzy będą „ciągnąć w górę”.

 

Dodaję ku przestrodze: Szkoda życia – zwolnij! – Warto obejrzeć!

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Wymyślone, Życie

 

„W kleszczach” – artykuł w „Poradniku psychologicznym”

27 sie

„W kleszczach” artykuł w  Poradniku Psychologicznym Polityki dr Marioli Kosowicz przeczytany. W pamięci został fragment odpowiedzi na pytanie:

„(…) W tych przypadkach zdrowi współmałżonkowie powinni odejść, by chronić siebie i dzieci?

    Życie z osobą, która nie chce się leczyć albo robi to tylko wtedy, kiedy ona uważa za stosowne, jest życiem w nieustannym zagrożeniu. Nie ma takiej miłości, czy wiary, w imię której mamy być poddani przemocy.

    Zdrowy partner, dojrzały psychicznie i emocjonalnie, potrafi zadbać o swoje potrzeby i nie dopuszcza do sytuacji, kiedy choroba współmałżonka zabiera życie innym domownikom. A w końcu, jeśli nie ma innej możliwości, zdobywa się na odwagę, aby przerwać związek z osobą chorą , po to, aby ochronić siebie i dzieci. Niekiedy jednym wyjściem jest ubezwłasnowolnienie współmałżonka i umieszczenie go w ośrodku lub rozwód.

    To nie jest opuszczenie chorego w potrzebie. Choroba jednego człowieka, który nie chce się leczyć, a mógłby to zrobić, prowadzi do choroby całego systemu. Kto odda dzieciom dzieciństwo? Kto nauczy ich zaufania do ludzi, kiedy nawet rodzice – autorytety, które się gloryfikuje – zawiedli?”

     Dosyć obszerny fragment artykułu, ale odpowiedział na moje wahania. To był czas na odejście. Pozostawienie tego, czego nie byłam w stanie naprawić i zmienić. Dla dobra dzieci, dla dobra mnie samej. ZASTANAWIAM SIĘ TYLKO, DLACZEGO TAK PÓŹNO TO ZROBIŁAM?, ale wszystko ma swój czas i miejsce i wszystko jest po coś. Nic nie dzieje się bez przyczyny.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Życie

 
 

  • RSS