RSS
 

Notki z tagiem ‘Podróże’

Burza nad morzem. Wakacyjne leniuchowanie.

12 sie

lato1Wczoraj cały dzień na plaży. Słońce, morska woda, piaszczysta plaża, kremy z filtrem i olejki do opalania. Wróciłyśmy około 17 i zaczęłyśmy się rozglądać za obiadem. W poniedziałek jadłyśmy w restauracji pod chmurką o wdzięcznej nazwie „Chrupiący śledzik”. Porcje duże. E. smakowało – pierś z kurczaka i frytki. Wszystko ociekało rozgrzanym olejem. Czułam ten obiad jeszcze następnego dnia. Brrr

We wtorek zmieniłyśmy a właściwie ja zmieniłam lokal. W drodze z plaży zobaczyłam wiszący baner z informacją o domowych obiadach. Zadzwoniłam. Lokal „Lila”. Sala duża, z czystymi stolikami. Zamówiłam tzw. „danie dnia”. Zupa i drugie danie. Do tego kompot. I ogromne zdziwienie – pozytywne. Zupa w wazie – w dużej ilości, ale jaki smak. Krupnik pachnący świeżymi warzywami z dominującą nutą koperku. Poezja. Pyszności! Na drugie duża porcja mięsa – kotlet z piersi kurczaka, ziemniaki, buraczki, do tego dodatkowa surówka i kompot truskawkowy. Pysznie, pachnąco, domowo i duuużo. Szefowa kuchni uśmiechnięta, sama wychodzi do klientów i z uśmiechem dopytuje o ewentualne życzenia. Wszystkich traktuje jak kogoś bliskiego, stwarzając rodzinną atmosferę. Nareszcie najadłam się dobrze i do syta za niewielkie pieniądze, bo uczta dla jednej osoby to koszt ok. 20 zł ( w zależności, czy jest to porcja dla dorosłego, czy dla dziecka, czyli od 15 do 24 zł). Dowiedziałam się, że gospodyni prowadzi stołówkę już od ponad 18 lat. Zna się na rzeczy, co dokumentują liczne podziękowania, którymi ozdobiona jest duża ściana w lokalu. Obiady pyszne, ale można również przyjść na śniadanie. „Lila” to również ośrodek, gdzie można wynająć pokoje i domki. Polecam każdemu!

Dziś siedzimy koło domu. Na niebie chmury i słychać grzmoty. Burza.

lato2Onet. pl zamieścił artykuł o tym, gdzie nad Bałtykiem można znaleźć niezatłoczone plaże. Jest wśród nich sąsiednia miejscowość do naszej, czyli Lubiatowo. My jesteśmy w Kopalinie.

lato6a

lato8

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Warszawsko-mazowiecki klimat sobotniego dnia.

14 cze

Rozkwitły jaśminy. Pachną słodko. Uwodzicielsko.

Na polach plonuje żyto. Plonuje, czyli kwitnie. Pachnie ciepłym, wyjętym z pieca chlebem.  Rzepak przebrał się z żółtych kwiatków w zielone strąki. Już się nie złoci a zieleni.

W Warszawie, w Parku Saskim zakwitły lipy. Przystojny pan obok Zachęty grał piękne melodie na fortepianie. Nuty perliście spadały z dotykanej przez niego czarno-białej klawiatury. Piękny pan i piękna muzyka. Za szybko go minęłyśmy.

Wykład z historii filozofii wciąż był zakłócony przez stojącego pod oknem instytutu „muzyka”, który bez skrupułów „rzemtolił” na akordeonie wciąż te same melodie. Był upał i okno było cały czas otwarte. Muzyka torturowała nasze mózgi. W pewnym momencie wykładowca skwitował całą sytuację:

- Dlatego z uczty Platona wyproszono flecistki. Powiedziano „Tym paniom z fujarkami dziękujemy!”

Na dole jakaś fujara cały czas udawała, że potrafi grać.

Podniosłam się i zatrzasnęłam okno. Niestety drugie zostało otwarte. Było zbyt gorąco, aby zostawiać nas bez dopływu powietrza.

Wyjeżdżając do domu widziałam ludzi maszerujących w Paradzie Równości. Wielobarwny tłum i hasła wykrzykiwane przez megafon. Rewolucja „Liberté, égalité, fraternité” w temacie seksu, płci, związków homoseksualnych, free love, poliamoria i tym podobne. Idzie nowe! Idzie i krzyczy! Podobno najgłośniej krzyczą ci co się boją…

Wolę moje mazowieckie, ciche klimaty i zapach chleba unoszący się nad łanami żyta. Wolę zapach jaśminu, albo lip w przepięknym, zielonym Ogrodzie Saskim, albo jakimkolwiek innym ogrodzie mazowieckim. A z głośnych rzeczywistości wolę odgłos burzy a zwłaszcza przepiękne obrazy piorunów w nocy. Są magnetyczne, straszne i piękne.

Na koniec piosenka Artura Gadowskiego. Nieźle się go słucha podczas chodzenia z kijami.

Ale głos! Tekst też niczego sobie…

 

Dobrze wiem jak trudno jest na wszystko godzić się
Przyjąć cios, gdy biją wciąż, a skóra sina jest
Zaciskam dłoń, podnoszę się, na rany sypię sól
Kolejny raz na przekór trwam, choć rozum każe biec

Uciekać najdalej
Może nie znajdą mnie
Uciekać przed siebie
Łatwiej niż walczyć, wiem

Zagłuszyć sumienie
Znowu odwrócić wzrok
Zapomnieć kim jestem
Karnie wyrównać krok

Twardy kamień, moja pięść

Zgodny chór uległych sług fałszywą nutą brzmi
Uwierz że za zgięty kark zapłacić przyjdzie im
Widzę zło i krzyczę sam aż do utraty tchu
Pewien że nie wchłonie mnie zobojętniały tłum

Uciekaj najdalej
Jeśli wiary Ci brak
Uciekaj przed siebie
Pamięć nie leczy ran

Pokonaj zwątpienie
Kiedy strach budzi się
Ze sobą nie przegrać
Czasem najtrudniej jest

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Tarnówka – spotkanie z Szymonem

07 cze

Pojechałam wczoraj do Tarnówki.  Pamiętacie (albo nie) mój wpis o małżeństwie. które przyjeżdża z północy Polski (pisałam o nich we wpisie „Zamyślone życie…” i o proroctwie, że mam być święta. Los chciał, że jednak pojechałam do owej miejscowości (świętą zostanę później ;-) ). A. przyszła z propozycją wyjazdu. Miejsce było opłacone. Nic tylko skorzystać – więc skorzystałam.

Zobaczyłam dwoje starszych ludzi, którzy nazwali siebie charyzmatykami. Mieszkają w małym drewnianym domku. Dwa pomieszczenia tego domku zamienione są na kaplicę. Ściana na której znajduje się krzyż dzieli te dwa pomieszczenia. Krzyż z naturalnej wielkości Chrystusem w agonii. Bardzo realistyczna rzeźba. W otwartych ustach Chrystusa widać wysunięty język. Krew na ramionach i na piersiach. Wyciągnięte ramiona zdają się drgać od bólu wywołanego przez gwoździe w przebitych dłoniach. Ludzie, którzy wchodzili do pokoju, podchodzili do krzyża i przytulali się do figury Chrystusa, dotykali jego nóg. Niektórzy siedzieli przed krzyżem.Wczoraj była nas spora grupa, chociaż A. powiedziała, że to było i tak mało, bo w zimie było ich więcej. A. jest zachwycona tymi wyjazdami. Dla niej to był 5 wjazd. Zapisała się na  trzydniowe rekolekcje organizowane przez tych ludzi. A ja?

Ja pojechałam tam z ciekawości. Chciałam zobaczyć to miejsce. I zobaczyłam.  Grupę przyjezdnych ludzi, którzy pogubili się w życiu i myślą, że dwoje „charyzmatyków” uratuje ich życie. Poskleja rozlatujące się małżeństwa, ustrzeże od depresji, uleczy męża-alkoholika, wychowa niegrzeczne dzieci, wprowadzi ład do życia i da szczęście. Dobre jest to, że jest tam dużo czasu spędzanego na modlitwie. Modlitwa wycisza. Zastanawiałam się tylko, dlaczego nie ma tam księdza? Niby mówi się o wierze, Bogu, czyta fragmenty Pisma Świętego, odmawia kolejne modlitwy – litanie, koronkę, różaniec. Mówi się o „pielgrzymce”, ale na spotkaniu nie ma księdza. Czyżby Kościół nie aprobował tych spotkań?
Kobieta ma ogromną siłę perswazji. Ludzie jej słuchają. Oczywiście są też nakładania rąk i uwalniania od choroby. Chętni podchodzą a ona nakłada na nich ręce, coś im szepcze do ucha. Wchodzi też w dialog z nimi. Dziwna jest ta rozmowa – przypominanie o czymś i pytanie – ty wiesz co masz robić? Rozumiesz? Chcesz wyjaśnień? Później! Zostań! Porozmawiamy przez telefon.

TarnówkaW pomieszczeniach było duszno. Nie wytrzymałam i wyszłam do ogródka koło domu. Gęsta zielona trawa, przystrzyżona równiutko. Wyrośnięte tuje, a na ich pniach zawieszone obrazki ze stacjami drogi krzyżowej. Delikatne akwarele. Ładne. Symboliczne a pod spodem komentarze. Jeden z komentarzy przykuł moją uwagę.   ”W pobliżu Ciebie zawsze znajduje się anonimowy Szymon. Musisz się jedynie rozejrzeć…”  . Wiadomo kim był Szymon z Cyreny? Człowiekiem, który pomagał nieść krzyż Chrystusowi. Nie zrobił tego z własnej woli, został do tego przymuszony, ale nie odmówił, nie uciekł. Został i dźwigał ciężką belkę idąc z Chrystusem.  Pomyślałam o moich Szymonach – A., która jest moją sąsiadką, ale też kimś bliskim, przed kim mogę się wypłakać, wyżalić a nawet przytulić. Stała mi się bliższa od siostry. Ksiądz D., który w dalekich Włoszech dzielnie odbiera moje maile i cierpliwie wspiera duchowo i ostatni Szymon, bez którego nie pozbierałabym swoich stanów emocjonalnych do kupy. Dalej miałabym chaos i nie wiedziała co z nim zrobić. Ten ostatni Szymon gości mnie co wtorek, cierpliwie słucha, prowokuje i czeka, kiedy wybuchnę czystą, niepohamowaną złością. Niczego nie doradza, nie krytykuje, nie udziela porad i wskazówek. Jest, ale czasami tak wtapia się w tło, że go nie dostrzegam, albo zamienia się w osobę, z którą mam konkretny problem i to jemu ma się dostać (chociaż ja się bronię przed taką sytuacją resztką świadomości, że on niczemu nie jest winien, on mi tylko towarzyszy). Moje Szymony… Moje najlepsze Szymony!

Tych przyjeżdżających do wioski z chęcią posłałabym na terapię, żeby zobaczyli, że mają w sobie i tylko w sobie ogromną siłę. Siłę do zmiany swojego życia. Potrzebują pomocy, ale pomocy specjalisty, który pokaże im tę siłę, nauczy z niej korzystać, aby byli samodzielni a nie uzależnieni od kogoś. 

W bocznych sentencjach na moim blogu umieszczona jest myśl św. Ignacego Loyola ”Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga a pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”. Ci ludzie chyba o tym zapomnieli. Bóg i modlitwa jest bardzo ważna, ale nikt nie wykona za nas żadnej pracy. A zmiana siebie i sposobu postrzegania wszystkiego dookoła to ciężka praca. Nie trzeba jechać do tej miejscowości, żeby dojść do takiego wniosku. I jeszcze jedno pytanie – co będzie z tymi ludźmi prowadzonymi przez „charyzmatyków” jak w ich „nowym” życiu znów coś nie będzie wychodzić, jak stare wróci, nie będzie uzdrowienia, albo choroba skończy się śmiercią, a miało być inaczej? Kto będzie winny? Charyzmatycy? Bóg? Mało czasu poświęconego modlitwie? Ta osoba, która przyjechała po pomoc, bo znów będzie się obwiniać, że jest nic nie warta, brzydka i głupia? A tak to niestety może się skończyć…

W wiosce spotkałam swoją koleżankę z ogólniaka. Nie widziałyśmy się od 24 lat. Nie zmieniła się prawie wcale. Przyjechała z mężem i dwiema córkami. Jaki ten świat jest mały! Córki, śliczne dziewczyny – jedna w wieku mojego R. a druga rok młodsza od E. Kiedy poszliśmy do kościoła obserwowałam ich z tylnego rzędu. Dziewczyny to córeczki tatusia. Starsza cały czas  z nim paplała a młodsza była wtulona w jego ramię. Później zażartowałam do koleżanki, że widać kto jest w domu od kochania a kto od wymagania. Fajne małżeństwo. Pożartowaliśmy trochę, pośmialiśmy się i oczywiście zaprosiłam ich do siebie. Mają w wakacje przyjechać do babci, która mieszka w bloku obok. Do starszej zażartowałam, że mam dla niej kawalera. Prawie dwumetrowego chłopaka. Stremowała się, a ja przeprosiłam za głupie żarty, ale tak między nami to pasowałaby do mojego R. Fajna dziewczyna  :-) 

tarnókaW tej miejscowości jest też XVIII wieczny, drewniany kościół poewngelicki. Przypomina trochę ogromną stodołę. Kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny.

Najbardziej jednak cieszy mnie „spotkanie” z Szymonem, ale to było i jest możliwe i bez wyjazdu.

Tak a propos pomagania przez charyzmatyków – opisałam taką sytuację w poście „Siła kobiety. Siła, która zadziwia nie tylko mężczyzn”. 

@@@@@@@@@@@@@@@@@@@

02.08.2015

Rozmawiałam z księdzem na temat modlitw z nakładaniem rąk i prorokowaniem i dowiedziałam się, że modlitwa z nakładaniem rąk jest formą modlitwy wstawienniczej i może być wykonywana tylko w obecności kapłana, lub diakona. Na stronie wiara.pl w artykule „Charyzmatycy są wśród nas” można przeczytać: „Działalność wszelkich wspólnot, zwłaszcza charyzmatycznych, musi odbywać się w ścisłej łączności oraz pod nadzorem pasterzy Kościoła. Jeśli tak się nie dzieje, to prędzej czy później dochodzi do różnego rodzaju wypaczeń, rozłamów, a co za tym idzie – wielu ludzkich dramatów. Nie ma chyba wspólnoty charyzmatycznej, która by nie pragnęła duchowej opieki kapłana zaangażowanego całym sercem w tę niełatwą posługę. – Kapłan ma autorytet i dar rozeznania niedostępny ludziom świeckim, jego obecność jest ważna, a wręcz niezbędna, gdyż czasem zdarzają się manifestacje złego ducha – dodaje Leszek Kucewicz. Z modlitwy wstawienniczej (z nakładaniem rąk) mogą skorzystać tylko osoby będące w stanie łaski uświęcającej, tzn. mogące przystępować do Komunii św. Dlaczego? W stanie grzechu ciężkiego jesteśmy oddaleni od Pana Boga i niezdolni przyjąć Jego darów. Modlitewny gest nałożenia rąk jest gestem symbolicznym, a nie magicznym!!! Nie ma nic wspólnego z przekazywaniem tajemniczych mocy czy energii (choćby w celu uzdrowienia), przed czym przestrzega wyraźnie Katechizm Kościoła Katolickiego (punkty 2116 i 2117). W posłudze modlitwy wstawienniczej jest on tylko symbolicznym gestem modlitewnym, błagalnym. Jest to informacja dla danej osoby, że teraz przyzywamy Ducha Świętego, aby do niej przyszedł, że prosimy o Boże błogosławieństwo dla niej. W zespole modlitwy wstawienniczej ten gest stosuje kapłan lub diakon (chodzi o zespoły modlitewne działające w Kościele, (tzw. charyzmatyczne ).

Przez 1,5 roku byłam w Odnowie – klimat podobny, ale w Odnowie jest więcej spokoju i ksiądz.

Po „odnalezieniu” wpisu przez organizatorów modlitewnych spotkań dostałam parę komentarzy.

Pierwszy:

Kogo się lękasz i boisz, 
że Mnie chcesz oszukać? 
Nie pamiętasz o Mnie, 
nie dajesz Mi miejsca w twym sercu. 
Czyż nie tak? Ja milczę i przymykam oczy, 
a ty się Mnie nie boisz. 
12 Objawię Ja twoją sprawiedliwość 
i twoje uczynki nieużyteczne. 
13 Gdy będziesz wołać, niech cię ocalą twe obrzydłe [bożki]! 
Ale wiatr je wszystkie rozwieje, 
wicher je porwie. 
Kto zaś ucieknie się do Mnie, posiądzie ziemię 
i odziedziczy moją Świętą Górę.

Na ten odpowiedziałam w komentarzach i następny:

Księga Mądrości 1,6-11
ŚWIĘTOŚĆ – PRAWDZIWA MĄDROŚĆ ŻYCIOWA

Żaden grzech nie ujdzie bezkarnie

6 Mądrość bowiem jest duchem miłującym ludzi, 
ale bluźniercy z powodu jego warg nie zostawi bez kary: 
ponieważ Bóg świadkiem jego nerek, 
prawdziwym stróżem jego serca, 
Tym, który słyszy mowę jego języka. 
7 Albowiem Duch Pański wypełnia ziemię, 
Ten, który ogarnia wszystko, ma znajomość mowy. 
8 Zatem się nie ukryje, kto mówi niegodziwie, 
i nie ominie go karząca sprawiedliwość. 
9 Zamysły bezbożnego zostaną zbadane 
i dojdzie do Pana wieść o jego słowach, 
dla potępienia jego złych czynów. 
10 Czujne bowiem ucho nasłuchuje wszystkiego 
i pomruk szemrania nie pozostanie w ukryciu. 
11 Strzeżcie się więc próżnego szemrania, 
powściągajcie język od złej mowy: 
bo i skryte słowo nie jest bez następstwa, 
a usta kłamliwe zabijają duszę.

Więc już nie jestem dobra i święta. Jestem grzeszna i bluźniercza, że nie wspomnę o obrzydłych bożkach (czyżby terapia?). Już powinnam się bać, „bo czujne ucho nasłuchuje”, ja powiedziałabym czujne oko wyczytuje i  tajemnicze usta podpowiadają, ale używając „miecza” użytego przez autorkę komentarza, mogłabym skierować w ich stronę następujące słowa „Strzeżcie się więc próżnego szemrania, powściągajcie język od złej mowy: bo i skryte słowo nie jest bez następstwa, a usta kłamliwe zabijają duszę.” i „Żaden grzech nie ujdzie bezkarnie. Mądrość bowiem jest duchem miłującym ludzi, ale bluźniercy z powodu jego warg nie zostawi bez kary”.

Kiedy małżeństwo było w naszym mieście od kobiety usłyszałam, że mam być święta. Wtedy zaprzeczyłam, ale dziś mogę powiedzieć, że tak, zostanę świętą. Każdy z nas jest powołany do świętości. Na nagrobkach umieszcza się napis „świętej pamięci” a więc przed świętością się nie uchronię. Będąc na wyjazdowym spotkaniu podeszłam do tej pani, uściskałam ją i powiedziałam, że dobrze, że jest ktoś taki jak ona. Zdanie zmieniłam, kiedy zobaczyłam jak nakłada ręce (modli się) nad czteroletnim dzieckiem i uprzedza, żebyśmy nie przerywali śpiewać pieśni, nawet kiedy dziecko będzie się wyrywać i krzyczeć. Patrzyłam w napięciu na rozwój wydarzeń, gotowa podejść i interweniować. Matka mocno trzymała spłakane dziecko a kobieta nakładała na nie ręce. Czyżby wyganiała z niego demony? Może najpierw trzeba przyjrzeć się rodzicom, bo zachowanie czterolatka upodobnia się do zachowania dorosłych. Dziecko jest „lusterkiem” rodziców. Może trzeba było  najpierw pomodlić się nad matką?

W Odnowie powiedziałam, dlaczego zrezygnowałam, ale nikt mnie nie straszy dziwnymi wpisami, czy nikt się na mnie nie obraża i nie przestaje ze mną rozmawiać a w przypadku tej grupy tak jest. Przypadek? Nie sądzę.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Wakacje, wakacje, wakacje.

27 cze

wakacje

Ostatni dzwonek w szkole! 

Mamy wakacje – ja i dzieci – nareszcie! W planach wyjazd w góry. Mam nadzieję, że w tym roku dotrzemy tam bez przygód. W zeszłym roku, po 100 km drogi coś zaczęło nam łomotać w prawym kole. W samochodzie czworo dzieci i ja, tzw. baba, ale baba z tych upartych. Zjechałam do pierwszej stacji benzynowej i zaczęłam rozpytywać o najbliższy warsztat. Okazało się, że był niemal za stacją. Zjechaliśmy do pana mechanika. Pan obejrzał, zdjął koło i okazało się, że z tarczy hamulcowej „odpadł” kawał metalu. Co robić? Wracać? Oczywiście, że NIE! Nie po to jechaliśmy 100 km, żeby się wracać, chociaż przed nami ponad 400 km. Mechanik oddał tarczę do przetoczenia, założył w koło i w drogę. Mnie interesowało jedynie, czy na takiej tarczy mogę jechać w góry i czy dam radę tam jeździć, bez strachu, że coś się stanie.

- Oczywiście. Może pani jeździć, tylko po przyjeździe do domu proszę to jak najszybciej zrobić.

Hurra! No to w drogę – do Gliczarowa Dolnego, do najpiękniejszej i najlepszej Józi. Do widoków, górskich wędrówek, pysznego jedzenia i rodzinnej atmosfery. Już tęsknię za tamtymi klimatami. Już tęsknię…

P1020286

P1020279

P1020287

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Życie

 

Pocztówki z gór

10 paź

anulazet

Kocham góry! Pokochałam je od pierwszego wejrzenia, kiedy odważyłam się w ubiegłym roku jechać tam z dziećmi. Minęliśmy Kraków i jechaliśmy w stronę Zakopanego – Chyżne, kiedy zaczęły się przepiękne widoki. Zobaczyliśmy szczyty gór a nam wydawało się, że sięgają nieba.

- To góry, czy chmury? – pytałam syna.

- Góry mamo!

- Cudne!

Wiem śmieszne, ale takie góry widziałam pierwszy raz w życiu. Wysokie, majestatyczne, przykryte śniegiem. Gęba się otwierała ze zdziwienia.

Kwaterę mieliśmy w małej, malowniczej wiosce u, jak się okazało, cudownej gospodyni. Zwiedziliśmy dużo miejsc. Zrobiłam wtedy ponad 2000 km i byłam z siebie dumna jak paw, że dałam radę.

W tym roku też pojechaliśmy w góry, do tej samej gospodyni i znów było pięknie.

 

 

o samotności w www.deon.pl    „Nie jesteśmy skazani na samotność”      na razie słabo  sobie z nią radzę (z tą samotnością oczywiście) może kiedyś będzie lepiej. Na wszystko trzeba czasu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie