RSS
 

Notki z tagiem ‘Rozmowa’

Kobieta przed lustrem. Strażniczka i Słaba

21 kwi

http://static1.squarespace.com/static/54433c18e4b049e2a2eaf55e/554c6ab2e4b04233d62f8a02/565568bee4b0c377c445717b/1448437969733/MirrorMadness.gifObecnie najbardziej frapują mnie moje sesje terapeutyczne. Fascynują mnie. Stają się rdzeniem mojego teraźniejszego bytu. Dlaczego? A dlatego, że obserwuję siebie z boku, z miejsca Strażniczki. Nie znam siebie takiej. Zadziwia mnie ta kobieta, która wchodzi do gabinetu i wciska się w róg fotela. Niby siedzi, ale cała jej fizyczność jest w ruchu a najbardziej ruchliwe są nogi i ręce. W gabinecie płynie czas i płyną słowa, albo słychać ciszę. Kobieta ustawicznie się uśmiecha i uporczywie wpatruje się w okno. Łatwiej mi nawet teraz pisać z punktu widzenia obserwatorki, owej Strażniczki, bo to, co dzieje się ze Słabszą, to istne tornado. 

Przetrawiam wczorajsze spotkanie. Strażniczka kpi pełną gębą, ale wewnątrz jest spokój. Poluzowałam trochę wędzidła.

Pewnie jesteście ciekawi, co napisałam wczoraj?
Czytam te swoje zapisane wrażenia.
Jechałam do domu i w samochodzie uśmiechałam się sama do siebie. W gabinecie „ryłam” ze śmiechu. To była śmiechowa terapia. Dziwny to był śmiech… Jeśli jesteście ciekawi, to poczytajcie…

Strażniczka zaraz staje w opozycji i wrzeszczy:
- A po cholerę to robisz? Uzewnętrzniasz to, co powinno być głęboko zakopane i jeszcze powinnaś na to wytoczyć ciężki głaz! Żenada po prostu!
Słaba w opozycji, przekonuje, że to może komuś pomóc podjąć decyzję.
Strażniczka: Taaa, decyzję, śmiech na sali!
Słaba: Pewnie, że się tego wstydzę, ale post o schizofrenii też opublikowałam. Napisałam, z czym się nie zgadzałam, co mnie bolało. Cały ten blog to pokazywanie siebie. Ekshibicjonizm? W życiu nikt mnie słuchał. Zawsze musiałam być cicho a kiedy krzyczałam zawsze dostawałam po łbie. Do tej pory boję się otwarcie mówić swoje zdanie. Chowam się za pseudonimy, inicjały, awatary i z tej strefy komfortu mówię, co myślę, co lubię, z czym się nie zgadzam a ludzie to czytają, komentują i jest ich coraz więcej.
Strażniczka wygina usta w pogardzie…

No… taki kosmos jest w mojej głowie 8-O Kurde, aż się boję o siebie, ale z terapii nie zrezygnuje. Robi się coraz ciekawiej. No i ten spokój, który rozlewa się później, jest cenny.  

***

Wpis z brudnopisu, wczorajszy:

No, była…

Jak zwykle niezbyt się spieszyłam, chociaż nie powiem, że się nie stresowałam. Klucze do samochodu gdzieś się zapodziały. Młody przypomniał sobie, że zostawiłam je w koszyku na zakupy. Leżały tam spokojnie i czekały na mnie. „A może terapeuty nie będzie i nie ma po co jechać” – przemknęło mi po głowie. Obiecywał informację na komunikatorze i nie napisał. Może go nie być, ale…

Godzina punkt 8 byłam na miejscu. Terapeuta też. Samochód już stał.
- O ptak mu nasrał, srak mu naptał, na maskę – pomyślałam z satysfakcją mijając jego samochód.
- O matko, bawara brudna. Gdzie ten pacjent, co naślinionym palcem wycierał jakąś plamkę na samochodzie? Ło matko, nie ma, oj oj – przewalały się myśli.

Weszłam do przychodni. Niespiesznie zaczęłam zdejmować kurtkę.

- Proszę, proszę, zapraszam – z pokoju usłyszałam jego głos.
- Pewnie rozmawia przez telefon – pomyślałam.
- Proszę….
- To do mnie? – zapytałam
- No tak.

Aha, do mnie. Piękna pani doktor powitała mnie pięknym uśmiechem. Okna zaciemnione i w gabinecie nocne ciemności. Włączone światło. Robią elewację na budynku i zasłonili okna.
Wkurw jest, ale uśmiech na ustach.

Weszłam do gabinetu. Usiadłam w głębokim i miękkim fotelu. Popatrzyłam na niego i… uśmiech. W piersiach ciężar, w gardle kula, w głowie wkurw a na ustach uśmiech.

- Jestem wkurzona! – spojrzałam w jego stronę.

Coś zaczął mówić. Nieistotne, bo nie zapamiętałam. Jakieś ble, ble, ble…

W głowie buzowała złość.

On odpowiada na moje błahe zapytania, coś tłumaczy. Nie słucham…

Nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Zanoszę się tym śmiechem. Jest mi głupio więc mówię:
- Sorry, ja cię nie słucham. Odpłynęłam… Jestem dalej wkurwiona, bo tak się nie robi – i moje spojrzenie w jego stronę.
Śmiejąc się, wręcz zanosząc się od śmiechu, i nie patrząc w jego stronę, mówię, że nie tak się umawialiśmy, że mnie nie szanuje, że mieliśmy umowę, miał dać znać, ja przyjechałam i pocałowałam klamkę, tydzień temu.
Oczywiście on mówi o zmianie terapeuty, jakieś wyjaśnienia, dywagacje, ble,ble,ble…
Ja ze śmiechem:
- Znów się zaczyna! Ja nie chcę zmieniać terapeuty! Wiem, że jestem jedną z wielu, ale jestem ważna! W pracy wszystko ułożyli pod moją terapię. Nie było łatwo powiedzieć dlaczego proszę o środowe, pierwsze dwie godziny wolne. Terapia jest dla mnie bardzo ważna i nieważne czy byłaby prowadzona przez mężczyznę, czy kobietę. Jest bardzo ważna!
Jego ble, ble, ble…

I spojrzenie w kierunku zegara, ile czasu mi jeszcze zostało. Kurde, ten zegarek stoi. Stoi już od ładnych paru sesji. Zawsze ze zdziwieniem spostrzegałam, że długa wskazówka jest na dziesiątej. Nawet zegar jest przeciwko mnie.  No i nie dowiem się, kiedy koniec. Nawet się nie skapowałam i na kolejnych sesjach sprawdzałam swój czas na niesprawnym zegarku. Wrrrr

Mogłam wyjść z sesji. Mogłam a nie wyszłam. Nie dziś. Dziś nie byłam miła, ułożona i kulturalna, chociaż się uśmiechałam a nawet śmiałam. On patrzył zdezorientowany a ja ryłam. Nie śmiały się moje oczy. Piekły i były załzawione, chociaż nie chciało mi się płakać.

Oczywiście grzecznie siedziałam na fotelu. Śmiałam się, zasłaniając oczy, usta, obejmując dłońmi gorące policzki. On coś mówił, krytykował moją postawę. Gdzieś te słowa płynęły nad moją rozgniewaną jaźnią. Śmiałam się jak przygłup. W głowie zaczęło się kręcić. Zaczęłam głęboko oddychać. I znów śmiech. Wchodziłam mu w słowa. Nie pozwalałam skończyć. Byłam niegrzeczna i nie słuchałam, co mówi. Jakiś huragan emocji niósł mnie ponad jego słowami, postacią, sytuacją. Jakbym była w górze i stamtąd obserwowała całą tą groteskową sytuację. To ja dziś miałam go gdzieś. Całą sobą i swoim zachowaniem.

Koniec terapii i jego słowa, że za tydzień go nie będzie. Będzie dopiero za dwa tygodnie.
– Za dwa tygodnie mnie nie będzie, bo mam matury – powiedziałam.
– To dasz znać na komunikatorze, kiedy będziesz – on.
– Nie wiem, czy napiszę, może nie. Nie napiszę!
– To zadzwonisz do przychodni i się dowiesz, czy będę.
– Nie zadzwonię, bo A nic nie wie i mi nie powie.

Nie pamiętam, co odpowiedział.

Powiedziałam do widzenia, założyłam kurtkę i wyszłam. Wsiadłam do swojej rudej ślicznotki i przyjechałam do domu.
Czy mam wyrzuty sumienia, że byłam mega niegrzeczna? NIE!!!! Bo tak się  nie robi. To nic, że jestem jedną z wielu pacjentów, ale też zasługuje na szacunek. Właśnie tak!

Dzisiejsze emocje dobrze oddają urywki z filmu „Nic śmiesznego”.

Tak, to było „nic śmiesznego”, ale ja ryłam ze śmiechu… Taki myk…



Aha i jeszcze na koniec powiedział, że do tej pory przychodziła mała dziewczynka a dziś zobaczył nastolatkę, która zaczyna się buntować. W dupie to mam!

****

No, no niegrzecznie…

10:16

Oho, Strażniczka walczy… Dorwał mnie silny ból w klatce. Boli jak cholera, jakbym miała zawał. Ramiona do tyłu, klatka do przodu, głębokie oddechy… Idę do kuchni po wodę. To przejdzie… Nie może boleć… Nie może! Będę żyć! Taki mam przynajmniej plan na najbliższych parę lat!

***

22:45

Matko jedyna! Gacek znów uciekł na drzewo. Ciemno, tylko  księżyc świeci na niebie. A on bleszczy! Znów na tym samym drzewie, tylko na niższej gałęzi.

Przyniosłam drabinę i Mała weszła na wiotkie gałązki. Nie bardzo uśmiechało m się znów wzywanie straży pożarnej.
Zaczęła trząść gałęzią. Sierściuch spadł jak ulęgałka, na cztery łapy. Wzięłam go na ręce i zaniosłam do domu.

Uff, obyło się bez straży pożarnej, ale nie obyło się bez krzyku, nerwów i niemalże histerii Malutkiej.

Czemu polubił to drzewo na ucieczki?

To jest sierściuch…

Wrrr

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Terapia ewangelizacyjna zamiast tradycyjnej, psychologicznej.

16 mar

Dzisiaj zamiast sesji terapeutycznej miałam sesję ewangelizacyjną. Ostatni dzień rekolekcji. Rekolekcje dla młodzieży, chociaż było ich niewielu, pomimo czterech szkół. Poszedł ten, kto miał takie pragnienie. Reszcie były niepotrzebne. Może do nich po prostu nie dorośli. Na razie poszukują. Szukają, gubiąc się. Takie mają prawo. To też trzeba uszanować. Kiedyś wrócą do swojej wiary zaszczepionej przez rodziców i zobaczą, że jest sensem ich życia. Mam taką teorię, że prawdziwa i świadoma religijność rozwija się dopiero po trzydziestym roku życia. Mają jeszcze dużo czasu.

Ja sama często się gubię. Próbuję sama wszystko ogarnąć, wierząc w swoje wątłe siły a one po ludzku mnie zawodzą. Kłócę się z Bogiem. Nie ma ze mną łatwo ;-) Czasami uciekam od Niego daleko, ale później powroty są najpiękniejsze. Dla mnie wiara jest cichą pewnością na dnie serca, skromną, ustępującą, ledwie się tlącą iskierką, od której co jakiś czas wybucha wielki płomień, który grzeje moje zziębnięte jestestwo.

Był mi potrzebny taki dzień.

Dzisiaj usłyszałam o miłości do samej siebie i o przebaczeniu. Te tematy przewijają się na moich stronach bardzo często. Odmawialiśmy wspólnie modlitwę przebaczenia wszystkim ludziom, którzy zranili nas w życiu. Cały czas myślami byłam przy swoim ojcu.
Zawiesiłam się na wspomnieniu o nim. Dziś miałam okazję go pożegnać. Docenić to, co dostałam od niego dobrego i dostrzec w nim zagubionego człowieka. On chciał być dobry, ale nie pozwalał sobie na to. Z trudem przychodziły mu dobre gesty… Było ich tak mało, ale były.

Następną osobą, nad którą się zatrzymałam był mąż. Wybrałam go, pozwoliłam, aby się do mnie zbliżył, towarzyszył mi przez 15 lat. Wygrała choroba, ale on jako człowiek zdrowy byłby dobrym ojcem. W pamięci mam obraz jak przytula do policzka maleńkiego syna. Cieszył się nim bardzo, ale przerażały go obowiązki ojca. Nie podołał im. Z racji choroby nie był w stanie im podołać.

Ta modlitwa otworzyła inną perspektywę. Sacrum wygrało z profanum.

Klęczałam i słuchałam słów wypowiadanych przez młodego człowieka, którego życie nie oszczędziło. Wychował się w rodzinie patologicznej, albo ładniej brzmiące słowo – dysfunkcyjnej. Matka zostawiła ich kiedy miał 1,5 roczku. Chciała go sprzedać. Niosła go zapakowanego w torbie, kiedy zatrzymał ją ktoś z rodziny. Była alkoholiczką, tak samo jak jego ojciec. Chłopak doświadczył wiele zła. Później był w grupie przestępczej a dziś potrafi pięknie się modlić. Łysa głowa i zarośnięta twarz – wygląd niepokornego a piękne serce. Powtarzałam w myślach wypowiadane przez niego słowa i widziałam różne sytuacje z mojego życia. Łzy toczyły się po policzkach a w środku robiło się coraz więcej wolnego miejsca. Wiecie o co chodzi? Takiego spokojnego miejsca. Spokojnego i pełnego światła. To on, ten chłopak, dziś był moim terapeutą. Nie pamiętam jego imienia, ale bardzo mu dziękuję!!!

Potrzebne były mi te dni.

Szkoda, że Młody ze mną nie poszedł. Proponowałam mu. Nie chciał. Miał do tego prawo…

Czasami trzeba się zgubić, żeby później mocniej cieszyć się z własnego odnalezienia.

Film z udziałem księdza, który prowadził rekolekcje <tutaj>

***

Godzina 19:13

Piękny, słoneczny dzień. Końcówka dnia na kijach. 10 km.

Mi napisała komentarz:

Anula, piękne słowa. Bardzo ucieszył mnie Twój dzisiejszy wpis. Mam wrażenie i nadzieję, że dzisiejsza terapia dała Ci więcej niż wiele spotkań z psychoterapeutą. Może się mylę, ale chyba w tym wszystkim chodzi  przede wszystkim o to by znaleźć w sobie jak najwięcej takiego spokojnego miejsca. Myślę, że jak człowiek jest pogodzony z samym sobą, wówczas jest w stanie pogodzić się ze wszystkimi i wszystkim. I wtedy osiąga ten wewnętrzny spokój. 
Jesteś piękną osobą. Nie tylko piękną kobietą, ale i piękną wewnętrznie istotą. Kiedy czasem patrzę na Ciebie, mam wrażenie, że bije od Ciebie jakieś wewnętrzne światło. Piękne, jasne i ciepłe. ☺
Może to co powiem teraz wyda Ci się głupie, ale ciesz się z tego, czego doświadczyłaś, bo może dzięki tym koszmarom dziś jesteś taka jaka jesteś. Dobra, piękna, ciepła i pełna światła
 Jestem pewna, że przed Tobą mnóstwo cudnych, radosnych chwil, czego oczywiście życzę Ci całym serduchem ☺

Mi

Dziękuję za tyle pięknych słów :-D

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Nocne wieści z pałacu

03 mar

Szkolenie całkiem fajne, ale tylko ja jestem takim szarakiem.

Reszta to ludzie „na stanowiskach”. Wykładowcy, psycholodzy, terapeuci, trenerzy behawioralni, tylko ja taka szara i nijaka z tym swoim zawodem na 18 godzinach pensum, bez żadnego dorobku naukowego i tłumu przeszkolonych ludzi.

Siedzę i słucham…

Chłonę każde słowo i rozmyślam, jak samemu przeprowadzić takie szkolenie – bo tak mam zapisane w regulaminie.

Podczas kolacji rozmawiałam z prowadzącymi. Nie kryli, że mięli obawy związane z moim pojawieniem się na szkoleniu a zwłaszcza tego, że mogłabym mieć fundamentalne poglądy i chciała zrobić mentalną rewolucję a tu wręcz odwrotnie.  Bardzo zdziwieni moją postawą i poglądami, bo do mojego zawodu przypisano zupełnie inny stereotyp – „moherowy beret” a ja w ogóle do niego nie pasuję. W niejednej osobie wzbudzam pozytywne zdziwienie i aż czasami mi głupio, że moje wyważone i stonowane poglądy mogą w kimkolwiek prowokować postawę wręcz zachwytu. Może są po prostu uprzejmi w stosunku do mnie? Ot, zagadka…

Pani z mojego pokoju jest pracownikiem naukowym. Oprócz swojej pracy zajmuje się prowadzeniem psychologicznym pań, które doświadczyły przemocy w rodzinie. Bardzo mi bliski temat. Kiedyś sama rozmyślałam, czy nie założyć stowarzyszenia dla takich osób. Sama jestem ofiarą partnera chorego na schizofrenię, który nie chciał się leczyć i wiem, że w podobnych sytuacjach rodziny są pozostawione same z problemem. Chciałabym pomagać takim kobietom, ale pomagać kompetentnie. Rozmawiałam z moją współlokatorką a ona oznajmiła, że ze znajomą myślały nad utworzeniem ośrodka. Przypadek?! No, nie wiem…

Na razie dużo emocji.

Musze to przemyśleć.

Potrzeba czasu…

A na razie muszę dotrwać do końca szkolenia, czyli do niedzieli, a później się zobaczy.

A dziś muszę po prostu iść spać…

Jestem mega zmęczona…

I jeszcze taki wtręt -  wspaniale nas tu karmią. Jedzenie jest przepyszne :-D

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Lutowa niedziela, wiosenna niedziela

07 lut

clouds-1117584_1280Hej, jaki cudny dziś dzień!

Cudny!!!!!

Tyle słoneczka – przepięknie.

Czuć wiosnę

Pogoniłam w pola z kijami. Schodziłam leśne ścieżki. Nawdychałam się świeżego powietrza i nasłuchałam muzyki.

Cudowny dzień!

Nie zrobiłam zdjęć, żeby się podzielić widokami, niestety!

Następnym razem!

Dziękuję Basi W. za komentarze i następnej pozytywnej osobie o niku Mag_a. Dwie pozytywne kobiety.

Na kijach myślałam o środowej terapii i o moich pytaniach. Układałam nawet scenariusz mojej rozmowy, tak w myślach. Nie lubię pisać scenariusza na papierze, ale chyba będę musiała, żeby to jakoś uporządkować, żeby nic mi nie umknęło, bo znów usiądę z dyżurnym uśmiechem i powiem: „Wszystko jest ok” a z nerwów wszystko mi umknie z pamięci a tyle bym chciała omówić, tyle jeszcze niedopowiedzeń i moich ucieczek od siebie samej. Nie od terapeuty, nie. Od siebie samej. To śmieszne. Tak się może wydawać. Dopiero teraz rozumiem słowa, że najbardziej denerwuje nas w innych to, czego nie lubimy w sobie.  Zasada lustra – „Świat jest odbiciem Twoich myśli. To co widzisz, myślisz i odczuwasz wypływa z Twojego nastawienia i Twoich przekonań. Najłatwiej oczywiście zauważać w ludziach ich braki i słabości. Jednak zastanów się czy skupianie uwagi na wadach innych nie pochodzi z braku akceptacji samego siebie?” Dopiero teraz zaczynam to widzieć… Dopiero teraz zaczynam to rozumieć…

Znalazłam piękną przypowieść:

Uczeń zapytał mistrza:

– Mistrzu, czy świat jest wrogi dla ludzi? Czy niesie zło czy dobro?

– Opowiem Ci historię o tym, jak świat odnosi się do człowieka – powiedział mistrz. Był sobie kiedyś wielki król, który kazał zbudować piękny pałac. Było tam wiele wspaniałości. Wśród różnych cudów i ciekawostek w pałacu było komnata, w której wszystkie ściany, podłoga, drzwi, a nawet sufit były zrobione z luster. Osoby wchodzące do komnaty w pierwszej chwili nie zdawały sobie sprawy, że stoją przed lustrami – tak bardzo zacierała się granica między światem rzeczywistym a odzwierciedlonym. Ponadto ściany komnaty zostały tak zbudowane, że na każdy dźwięk odpowiadało echo. Gdy ktoś pytał: “Kim jesteś?”- słyszał w odpowiedzi z różnych stron: “Kim jesteś… kim jesteś?”.

Pewnego razu do komnaty dostał się pies i zamarł w zdumieniu pośrodku, otoczony sforą psów ze wszystkich stron, a także z dołu i z góry. Pies na wszelki wypadek ostrzegawczo pokazał kły i wszystkie odbicia odpowiedziały mu tym samym. Pies zawarczał. Echo odwzajemniło głośne warczenie. Pies szczekał coraz głośniej. Echo też. Pies biegał tam i z powrotem, próbując ugryźć odzwierciedlające się w lustrach psy, jego odbicia też biegały i gryzły. Rano królewska służba znalazła wycieńczonego, nieprzytomnego psa, otoczonego przez setki nieprzytomnych psów. W komnacie nie było niczego, co mogłoby zagrozić psu, prócz jego własnego odbicia.

Widzisz – powiedział na koniec mistrz – świat nie jest ani dobry, ani zły sam w sobie. Wobec człowieka świat jest obojętny. Wszystko, co dzieje się wokół nas jest tylko odzwierciedleniem naszych myśli, uczuć, pragnień i działań. Świat to jedno wielkie lustro.”

 

Jeśli drażni Cię czyjeś zachowanie czy konkretna rzecz w danej osobie, to pierwsze co warto zrobić w takiej sytuacji to przyjrzeć się sobie. To, co widzisz w innych bardzo często pokazuje jakie nosisz w sobie przekonania, jaka Ty jesteś i co myślisz o sobie.

Resztę doczytajcie w artykule: ZASADA LUSTRA – TO, CO DOSTRZEGASZ W INNYCH, ISTNIEJE W TOBIE Małgorzaty Mostowskiej.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Internet, Muzyka, Życie

 

Najciemniej nie zawsze jest w nocy, ślepy człowieku

06 lut

Myślami jestem na środowej terapii. Przeżuwam jej treść, smakuje, oceniam.

the-blind-eyesOceniam siebie, terapeutę, zdarzenia, słowa, moje zawieszenia i niedopowiedzenia. Moje pokrętne odpowiedzi – odpowiedzieć tak, żeby nic nie mówić. Jestem w tym mistrzynią. Spycham moją chęć konwersacji, jakbym była tam za karę, jakbym nie sama wybrała terapię, ale ktoś z zewnątrz mi ją narzucił. Zamykam  się, stawiam barierę milczenia i uporczywie patrzę za okno i na to, co tam jest. Zamykam się w bezpiecznym świecie – świecie bez dźwięków, tylko obrazy zza kraty. Blok, jacyś ludzie wchodzący i wychodzący z klatki, jakieś samochody w różnych kolorach. Próżnia. I nagle, z oddali słyszę jakiś głos… Fakt, jestem na terapii. Po prawej stronie, w głębokim fotelu siedzi on. Coś mówi. Jakieś strzępy słów dobiegają do mnie. Przedzierają się przez bezdźwięczną próżnię. Uśmiecham się… Bąkam jakieś odpowiedzi, albo wzruszam ramionami i mówię:

- Nie wiem (z przepraszającym uśmiechem). Nie wiem, co mam powiedzieć….

- Możesz nic nie mówić – słyszę odpowiedź, albo – Czasami nie ma odpowiedzi – abo podobne słowa.

Myślę więc:

- Jak to? Przecież przyszłam tu, żeby opowiadać, dotykać wszystkich tych strasznych historii. Nie przyszłam tu milczeć. Muszę zrzucić z siebie te ciężary… Bez docierania do tej, która jest w środku. Bez dotykania tej przestraszonej i drżącej „dziewczynki”. Więc zaczynam milczeć i patrzeć za okno. Znów wytwarzam próżnię…

Nie chcę

I chcę

I znów nic nie mówię

Albo mówię, żeby nic nie powiedzieć

I tak zlatuje moje bezcenne 45 min

I coś zaczyna się dziać, zawsze na końcu

Jakaś prowokacja, która burzy mój święty spokój i opanowanie i zostawia mnie w rozedrganiu, niepewności, złości na siebie i na niego, bo mogłam…

Mogłam powiedzieć, że tak nie można, że to boli, że nie ma racji, że tak się nie robi, że to boli, to boli, to boli…

Docieranie do siebie prawdziwej boli… Przynajmniej mnie

Ostatnia sesja, oczywiście końcówka. Usłyszałam stwierdzenie/pytanie/pewnik.

- Jak jest źle, to można dokopać dzieciom. Nakrzyczeć na nich – cały ciąg słów, na które ja zaczęłam się jeżyć i zaprzeczać. Skuliłam się. Te słowa za bardzo bolały. Kręciłam pochyloną głową, zaprzeczając. W oczach piekły łzy. W głowie zaczęło huczeć z bezsilnej złości i usłyszałam własne słowa:

- Nie, nie, to nieprawda. Jak mogłabym robić coś takiego dzieciom! One na to nie zasługują! I tak dużo przeszły! Nie!

- One z tym wszystkim dadzą sobie radę. Poradzą sobie – słyszę jego głos.

- Nie, ne poradzą sobie – i już nie wiem, kogo bronię. Ich, czy siebie. Tej małej, bezbronnej dziewczynki. Tej, która wszystkie złe zachowania rodziców zaczęła kumulować w sobie. Nie poradziła sobie. NIE PORADZIŁA! Nie wyrzuciła z przestraszonej głowy. Przeniosła nieświadomie przez życie i próbowała sobie z nimi radzić. „Radziła” sobie – „uzdrawiając” te relacje w relacjach z jej najbliższymi. Nie poradziłam sobie!!!

Dorośli czasami są katami dla własnych dzieci. Robią to nieświadomie. Kłótnie, wymagania, brak zainteresowania, fochy, ciche dni, słowa porównań do innych i permanentny brak czasu i słowa: „później”, „nie teraz”, „jestem zajęty”. No, ok. Włączył się belferski poziom. Stop.

Wróćmy w zacisze gabinetu i mnie wciśniętej w głęboki, miękki fotel. Nie potrafiłam na niego krzyknąć, żeby dał już spokój, że to boli. Skulona zaprzeczałam, ze łzami w oczach i szalejącym huraganem złości w głowie. A bolało jak cholera. One są dla mnie wszystkim. Najwyższy priorytet to spokój – dla nich/dla mnie. Nie, nie da się stworzyć sielanki. Życie jest życiem. Są nerwy i głośne dni. Wrzeszczę i trzaskam drzwiami (one zresztą też), ale później są słowa przeprosin, długie rozmowy i wspólne posiłki przy stole. Przytulania. Całusy… Widzę, co zrobiły te lata, w trakcie których widziały różne akcje w domu. Minęło prawie trzy lata a nie wszystko jest ogarnięte. Ich zaufanie jest bardzo delikatne. Jest go tak mało, zwłaszcza ze strony Maleńkiej i to boli najbardziej. Ona jest taka delikatna i zamknięta w sobie. Taka nieufna, że czasami boli mnie moje matczyne serce. Ile czasu trzeba, żeby to odbudować. Ile? Może teraz w DOMU uda się coś stworzyć. Może nie jest za późno. Głupie, ale chciałabym, aby nie bały się buntować, krzyczeć, zaprzeczać, walczyć o swoje i bronić siebie. Maleńka powoli się uczy. Głupie, ale w takich sytuacjach, po moich nerwach i ochłonięciu mówię jej, że jestem z niej dumna, bo ja nie potrafiłabym się postawić matce. Junior jest posłuszny i ułożony, ale w podbramkowych sytuacjach umie się „postawić” i chwała mu za to. Niech walczą, krzyczą, drapią, bo najważniejsi są oni i ich dobro. Ja tego nie umiałam… Specjalnie prowokuje różne sytuacje i patrzę, co zrobią. Powoli. Ochłoną, nauczą się, poznają swoją ogromną wartość. Jestem obok, będę im towarzyszyć do czasu, aż rozwiną własne skrzydła. Na razie to delikatne skrzydełka…

Na zakończenie sesji dostałam pracę domową. Mam ułożyć listę pytań do terapeuty… Nie, nie osobistych  pytań, ale dotyczących terapii – czyli, jaki to rodzaj terapii, ile jeszcze potrwa, jaki rodzaj zaburzenia posiadam, itp. Na terapię chodzę ponad dwa lata a nie zapytałam o to, co dla mnie powinno być najważniejsze. W domu nad tym myślałam. Freak. Taki dziwak ze mnie, że nie zadaje pytań osobom, które coś dla mnie znaczą. Jeśli będą chciały, same powiedzą – tak myślę. I teraz sobie uświadomiłam, że to błąd. Daję innym kredyt zaufania. Pozwalam się zbliżyć i nie interesuję się ich przeszłością, intencjami, osobistymi zapatrywaniami. Słucham tego, co chcą powiedzieć o sobie, bez wchodzenia „z butami” w ich życie. Wychodzę z założenia, że to nie jest dla mnie ważne, że to ingerowanie w ich intymność, że ja tak nie mogę, że mnie odrzucą i będą na mnie źli. No właśnie, przyzwyczajenie z dzieciństwa. Im mniej się będę interesować i im bardziej będę miła i nadskakująca, tym bardziej ta osoba będzie mnie lubić i mnie nie odrzuci. A jest odwrotnie, niestety. Tak było z mężem. Nie interesowało mnie kim jest i jaką miał przeszłość, cieszyłam się, że w ogóle zwrócił na mnie uwagę. Jaka była końcówka tej „znajomości”? Szkoda gadać.

Zakończenie sesji – ja rozedrgana od złości, ze łzami w oczach usłyszałam od terapeuty:

- Wizyta za tydzień normalnie i przygotuj pytania.

Nic więcej. Na moich ustach dyżurny uśmiech a w głowie złość do niego. Ukradkiem ocieram łzy z oczu. Nie pierwszy raz taka sytuacja. On prowokuje a ja uśmiecham się przez łzy, bo nie mogę być zła dla innych, bo oni mnie odrzucą, bo będę źle postrzegana a ci inni mają głęboko w d… moją delikatność . Nie stawiam granic, nie bronię siebie a później się dziwię, że mam ciężkie życie. Odpowiadam wyczerpująco na osobiste pytana dotyczące mojej sytuacji, często bardzo wścibskie. Pozwalam na złe traktowanie z uśmiechem a później się dziwię, że ktoś to wykorzystał. Nie każdy jest delikatny w swoim postępowaniu… Można przeczytać tysiące książek o asertywności i być dalej „miłą”. Przekleństwo bycia miłym…

Na zakończenie trochę muzyki. Niespodzianka ;-)

Zagubiony, zmieniony w sezon. Zimno nadeszło znowu. Ulice są zalane wymówkami. Historie nigdy się nie kończą. Ludzie chodzą w ich złudzeniach. Zmagają się z rozpaczą. Musimy stać się jednością i wyjść naprzeciw ich nagości.

Więc spróbujmy nie płakać, gdy idziemy w ich obuwiu. Słyszałeś nowości?

Hey, (Hey) Czy widziałeś ślepego człowieka w przebraniu, szukającego swoich oczu? Hey, (Hey).

Czy widziałeś człowieka deszczu patrzącego w niebo. Proszącego o światłość. Najciemniej nie zawsze jest w nocy.

Człowiek będzie trzymał znak i nauczał. Ten świat nie będzie stać. Wszyscy jesteśmy wśród przestraszonych, Więc złapiesz mnie za rękę?

Więc spróbujmy nie płakać, gdy idziemy w ich obuwiu. Słyszałeś nowości?

Czy widziałeś ślepego człowieka w przebraniu, szukającego swoich oczu? Czy widziałeś człowieka deszczu Patrzącego w niebo, proszącego o światłość? Najciemniej nie zawsze jest w nocy

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie