RSS
 

Notki z tagiem ‘Rozmowa’

Kobieta przed lustrem. Strażniczka i Słaba

21 kwi

http://static1.squarespace.com/static/54433c18e4b049e2a2eaf55e/554c6ab2e4b04233d62f8a02/565568bee4b0c377c445717b/1448437969733/MirrorMadness.gifObecnie najbardziej frapują mnie moje sesje terapeutyczne. Fascynują mnie. Stają się rdzeniem mojego teraźniejszego bytu. Dlaczego? A dlatego, że obserwuję siebie z boku, z miejsca Strażniczki. Nie znam siebie takiej. Zadziwia mnie ta kobieta, która wchodzi do gabinetu i wciska się w róg fotela. Niby siedzi, ale cała jej fizyczność jest w ruchu a najbardziej ruchliwe są nogi i ręce. W gabinecie płynie czas i płyną słowa, albo słychać ciszę. Kobieta ustawicznie się uśmiecha i uporczywie wpatruje się w okno. Łatwiej mi nawet teraz pisać z punktu widzenia obserwatorki, owej Strażniczki, bo to, co dzieje się ze Słabszą, to istne tornado. 

Przetrawiam wczorajsze spotkanie. Strażniczka kpi pełną gębą, ale wewnątrz jest spokój. Poluzowałam trochę wędzidła.

Pewnie jesteście ciekawi, co napisałam wczoraj?
Czytam te swoje zapisane wrażenia.
Jechałam do domu i w samochodzie uśmiechałam się sama do siebie. W gabinecie „ryłam” ze śmiechu. To była śmiechowa terapia. Dziwny to był śmiech… Jeśli jesteście ciekawi, to poczytajcie…

Strażniczka zaraz staje w opozycji i wrzeszczy:
- A po cholerę to robisz? Uzewnętrzniasz to, co powinno być głęboko zakopane i jeszcze powinnaś na to wytoczyć ciężki głaz! Żenada po prostu!
Słaba w opozycji, przekonuje, że to może komuś pomóc podjąć decyzję.
Strażniczka: Taaa, decyzję, śmiech na sali!
Słaba: Pewnie, że się tego wstydzę, ale post o schizofrenii też opublikowałam. Napisałam, z czym się nie zgadzałam, co mnie bolało. Cały ten blog to pokazywanie siebie. Ekshibicjonizm? W życiu nikt mnie słuchał. Zawsze musiałam być cicho a kiedy krzyczałam zawsze dostawałam po łbie. Do tej pory boję się otwarcie mówić swoje zdanie. Chowam się za pseudonimy, inicjały, awatary i z tej strefy komfortu mówię, co myślę, co lubię, z czym się nie zgadzam a ludzie to czytają, komentują i jest ich coraz więcej.
Strażniczka wygina usta w pogardzie…

No… taki kosmos jest w mojej głowie 8-O Kurde, aż się boję o siebie, ale z terapii nie zrezygnuje. Robi się coraz ciekawiej. No i ten spokój, który rozlewa się później, jest cenny.  

***

Wpis z brudnopisu, wczorajszy:

No, była…

Jak zwykle niezbyt się spieszyłam, chociaż nie powiem, że się nie stresowałam. Klucze do samochodu gdzieś się zapodziały. Młody przypomniał sobie, że zostawiłam je w koszyku na zakupy. Leżały tam spokojnie i czekały na mnie. „A może terapeuty nie będzie i nie ma po co jechać” – przemknęło mi po głowie. Obiecywał informację na komunikatorze i nie napisał. Może go nie być, ale…

Godzina punkt 8 byłam na miejscu. Terapeuta też. Samochód już stał.
- O ptak mu nasrał, srak mu naptał, na maskę – pomyślałam z satysfakcją mijając jego samochód.
- O matko, bawara brudna. Gdzie ten pacjent, co naślinionym palcem wycierał jakąś plamkę na samochodzie? Ło matko, nie ma, oj oj – przewalały się myśli.

Weszłam do przychodni. Niespiesznie zaczęłam zdejmować kurtkę.

- Proszę, proszę, zapraszam – z pokoju usłyszałam jego głos.
- Pewnie rozmawia przez telefon – pomyślałam.
- Proszę….
- To do mnie? – zapytałam
- No tak.

Aha, do mnie. Piękna pani doktor powitała mnie pięknym uśmiechem. Okna zaciemnione i w gabinecie nocne ciemności. Włączone światło. Robią elewację na budynku i zasłonili okna.
Wkurw jest, ale uśmiech na ustach.

Weszłam do gabinetu. Usiadłam w głębokim i miękkim fotelu. Popatrzyłam na niego i… uśmiech. W piersiach ciężar, w gardle kula, w głowie wkurw a na ustach uśmiech.

- Jestem wkurzona! – spojrzałam w jego stronę.

Coś zaczął mówić. Nieistotne, bo nie zapamiętałam. Jakieś ble, ble, ble…

W głowie buzowała złość.

On odpowiada na moje błahe zapytania, coś tłumaczy. Nie słucham…

Nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Zanoszę się tym śmiechem. Jest mi głupio więc mówię:
- Sorry, ja cię nie słucham. Odpłynęłam… Jestem dalej wkurwiona, bo tak się nie robi – i moje spojrzenie w jego stronę.
Śmiejąc się, wręcz zanosząc się od śmiechu, i nie patrząc w jego stronę, mówię, że nie tak się umawialiśmy, że mnie nie szanuje, że mieliśmy umowę, miał dać znać, ja przyjechałam i pocałowałam klamkę, tydzień temu.
Oczywiście on mówi o zmianie terapeuty, jakieś wyjaśnienia, dywagacje, ble,ble,ble…
Ja ze śmiechem:
- Znów się zaczyna! Ja nie chcę zmieniać terapeuty! Wiem, że jestem jedną z wielu, ale jestem ważna! W pracy wszystko ułożyli pod moją terapię. Nie było łatwo powiedzieć dlaczego proszę o środowe, pierwsze dwie godziny wolne. Terapia jest dla mnie bardzo ważna i nieważne czy byłaby prowadzona przez mężczyznę, czy kobietę. Jest bardzo ważna!
Jego ble, ble, ble…

I spojrzenie w kierunku zegara, ile czasu mi jeszcze zostało. Kurde, ten zegarek stoi. Stoi już od ładnych paru sesji. Zawsze ze zdziwieniem spostrzegałam, że długa wskazówka jest na dziesiątej. Nawet zegar jest przeciwko mnie.  No i nie dowiem się, kiedy koniec. Nawet się nie skapowałam i na kolejnych sesjach sprawdzałam swój czas na niesprawnym zegarku. Wrrrr

Mogłam wyjść z sesji. Mogłam a nie wyszłam. Nie dziś. Dziś nie byłam miła, ułożona i kulturalna, chociaż się uśmiechałam a nawet śmiałam. On patrzył zdezorientowany a ja ryłam. Nie śmiały się moje oczy. Piekły i były załzawione, chociaż nie chciało mi się płakać.

Oczywiście grzecznie siedziałam na fotelu. Śmiałam się, zasłaniając oczy, usta, obejmując dłońmi gorące policzki. On coś mówił, krytykował moją postawę. Gdzieś te słowa płynęły nad moją rozgniewaną jaźnią. Śmiałam się jak przygłup. W głowie zaczęło się kręcić. Zaczęłam głęboko oddychać. I znów śmiech. Wchodziłam mu w słowa. Nie pozwalałam skończyć. Byłam niegrzeczna i nie słuchałam, co mówi. Jakiś huragan emocji niósł mnie ponad jego słowami, postacią, sytuacją. Jakbym była w górze i stamtąd obserwowała całą tą groteskową sytuację. To ja dziś miałam go gdzieś. Całą sobą i swoim zachowaniem.

Koniec terapii i jego słowa, że za tydzień go nie będzie. Będzie dopiero za dwa tygodnie.
– Za dwa tygodnie mnie nie będzie, bo mam matury – powiedziałam.
– To dasz znać na komunikatorze, kiedy będziesz – on.
– Nie wiem, czy napiszę, może nie. Nie napiszę!
– To zadzwonisz do przychodni i się dowiesz, czy będę.
– Nie zadzwonię, bo A nic nie wie i mi nie powie.

Nie pamiętam, co odpowiedział.

Powiedziałam do widzenia, założyłam kurtkę i wyszłam. Wsiadłam do swojej rudej ślicznotki i przyjechałam do domu.
Czy mam wyrzuty sumienia, że byłam mega niegrzeczna? NIE!!!! Bo tak się  nie robi. To nic, że jestem jedną z wielu pacjentów, ale też zasługuje na szacunek. Właśnie tak!

Dzisiejsze emocje dobrze oddają urywki z filmu „Nic śmiesznego”.

Tak, to było „nic śmiesznego”, ale ja ryłam ze śmiechu… Taki myk…



Aha i jeszcze na koniec powiedział, że do tej pory przychodziła mała dziewczynka a dziś zobaczył nastolatkę, która zaczyna się buntować. W dupie to mam!

****

No, no niegrzecznie…

10:16

Oho, Strażniczka walczy… Dorwał mnie silny ból w klatce. Boli jak cholera, jakbym miała zawał. Ramiona do tyłu, klatka do przodu, głębokie oddechy… Idę do kuchni po wodę. To przejdzie… Nie może boleć… Nie może! Będę żyć! Taki mam przynajmniej plan na najbliższych parę lat!

***

22:45

Matko jedyna! Gacek znów uciekł na drzewo. Ciemno, tylko  księżyc świeci na niebie. A on bleszczy! Znów na tym samym drzewie, tylko na niższej gałęzi.

Przyniosłam drabinę i Mała weszła na wiotkie gałązki. Nie bardzo uśmiechało m się znów wzywanie straży pożarnej.
Zaczęła trząść gałęzią. Sierściuch spadł jak ulęgałka, na cztery łapy. Wzięłam go na ręce i zaniosłam do domu.

Uff, obyło się bez straży pożarnej, ale nie obyło się bez krzyku, nerwów i niemalże histerii Malutkiej.

Czemu polubił to drzewo na ucieczki?

To jest sierściuch…

Wrrr

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Terapia ewangelizacyjna zamiast tradycyjnej, psychologicznej.

16 mar

Dzisiaj zamiast sesji terapeutycznej miałam sesję ewangelizacyjną. Ostatni dzień rekolekcji. Rekolekcje dla młodzieży, chociaż było ich niewielu, pomimo czterech szkół. Poszedł ten, kto miał takie pragnienie. Reszcie były niepotrzebne. Może do nich po prostu nie dorośli. Na razie poszukują. Szukają, gubiąc się. Takie mają prawo. To też trzeba uszanować. Kiedyś wrócą do swojej wiary zaszczepionej przez rodziców i zobaczą, że jest sensem ich życia. Mam taką teorię, że prawdziwa i świadoma religijność rozwija się dopiero po trzydziestym roku życia. Mają jeszcze dużo czasu.

Ja sama często się gubię. Próbuję sama wszystko ogarnąć, wierząc w swoje wątłe siły a one po ludzku mnie zawodzą. Kłócę się z Bogiem. Nie ma ze mną łatwo ;-) Czasami uciekam od Niego daleko, ale później powroty są najpiękniejsze. Dla mnie wiara jest cichą pewnością na dnie serca, skromną, ustępującą, ledwie się tlącą iskierką, od której co jakiś czas wybucha wielki płomień, który grzeje moje zziębnięte jestestwo.

Był mi potrzebny taki dzień.

Dzisiaj usłyszałam o miłości do samej siebie i o przebaczeniu. Te tematy przewijają się na moich stronach bardzo często. Odmawialiśmy wspólnie modlitwę przebaczenia wszystkim ludziom, którzy zranili nas w życiu. Cały czas myślami byłam przy swoim ojcu.
Zawiesiłam się na wspomnieniu o nim. Dziś miałam okazję go pożegnać. Docenić to, co dostałam od niego dobrego i dostrzec w nim zagubionego człowieka. On chciał być dobry, ale nie pozwalał sobie na to. Z trudem przychodziły mu dobre gesty… Było ich tak mało, ale były.

Następną osobą, nad którą się zatrzymałam był mąż. Wybrałam go, pozwoliłam, aby się do mnie zbliżył, towarzyszył mi przez 15 lat. Wygrała choroba, ale on jako człowiek zdrowy byłby dobrym ojcem. W pamięci mam obraz jak przytula do policzka maleńkiego syna. Cieszył się nim bardzo, ale przerażały go obowiązki ojca. Nie podołał im. Z racji choroby nie był w stanie im podołać.

Ta modlitwa otworzyła inną perspektywę. Sacrum wygrało z profanum.

Klęczałam i słuchałam słów wypowiadanych przez młodego człowieka, którego życie nie oszczędziło. Wychował się w rodzinie patologicznej, albo ładniej brzmiące słowo – dysfunkcyjnej. Matka zostawiła ich kiedy miał 1,5 roczku. Chciała go sprzedać. Niosła go zapakowanego w torbie, kiedy zatrzymał ją ktoś z rodziny. Była alkoholiczką, tak samo jak jego ojciec. Chłopak doświadczył wiele zła. Później był w grupie przestępczej a dziś potrafi pięknie się modlić. Łysa głowa i zarośnięta twarz – wygląd niepokornego a piękne serce. Powtarzałam w myślach wypowiadane przez niego słowa i widziałam różne sytuacje z mojego życia. Łzy toczyły się po policzkach a w środku robiło się coraz więcej wolnego miejsca. Wiecie o co chodzi? Takiego spokojnego miejsca. Spokojnego i pełnego światła. To on, ten chłopak, dziś był moim terapeutą. Nie pamiętam jego imienia, ale bardzo mu dziękuję!!!

Potrzebne były mi te dni.

Szkoda, że Młody ze mną nie poszedł. Proponowałam mu. Nie chciał. Miał do tego prawo…

Czasami trzeba się zgubić, żeby później mocniej cieszyć się z własnego odnalezienia.

Film z udziałem księdza, który prowadził rekolekcje <tutaj>

***

Godzina 19:13

Piękny, słoneczny dzień. Końcówka dnia na kijach. 10 km.

Mi napisała komentarz:

Anula, piękne słowa. Bardzo ucieszył mnie Twój dzisiejszy wpis. Mam wrażenie i nadzieję, że dzisiejsza terapia dała Ci więcej niż wiele spotkań z psychoterapeutą. Może się mylę, ale chyba w tym wszystkim chodzi  przede wszystkim o to by znaleźć w sobie jak najwięcej takiego spokojnego miejsca. Myślę, że jak człowiek jest pogodzony z samym sobą, wówczas jest w stanie pogodzić się ze wszystkimi i wszystkim. I wtedy osiąga ten wewnętrzny spokój. 
Jesteś piękną osobą. Nie tylko piękną kobietą, ale i piękną wewnętrznie istotą. Kiedy czasem patrzę na Ciebie, mam wrażenie, że bije od Ciebie jakieś wewnętrzne światło. Piękne, jasne i ciepłe. ☺
Może to co powiem teraz wyda Ci się głupie, ale ciesz się z tego, czego doświadczyłaś, bo może dzięki tym koszmarom dziś jesteś taka jaka jesteś. Dobra, piękna, ciepła i pełna światła
 Jestem pewna, że przed Tobą mnóstwo cudnych, radosnych chwil, czego oczywiście życzę Ci całym serduchem ☺

Mi

Dziękuję za tyle pięknych słów :-D

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Nocne wieści z pałacu

03 mar

Szkolenie całkiem fajne, ale tylko ja jestem takim szarakiem.

Reszta to ludzie „na stanowiskach”. Wykładowcy, psycholodzy, terapeuci, trenerzy behawioralni, tylko ja taka szara i nijaka z tym swoim zawodem na 18 godzinach pensum, bez żadnego dorobku naukowego i tłumu przeszkolonych ludzi.

Siedzę i słucham…

Chłonę każde słowo i rozmyślam, jak samemu przeprowadzić takie szkolenie – bo tak mam zapisane w regulaminie.

Podczas kolacji rozmawiałam z prowadzącymi. Nie kryli, że mięli obawy związane z moim pojawieniem się na szkoleniu a zwłaszcza tego, że mogłabym mieć fundamentalne poglądy i chciała zrobić mentalną rewolucję a tu wręcz odwrotnie.  Bardzo zdziwieni moją postawą i poglądami, bo do mojego zawodu przypisano zupełnie inny stereotyp – „moherowy beret” a ja w ogóle do niego nie pasuję. W niejednej osobie wzbudzam pozytywne zdziwienie i aż czasami mi głupio, że moje wyważone i stonowane poglądy mogą w kimkolwiek prowokować postawę wręcz zachwytu. Może są po prostu uprzejmi w stosunku do mnie? Ot, zagadka…

Pani z mojego pokoju jest pracownikiem naukowym. Oprócz swojej pracy zajmuje się prowadzeniem psychologicznym pań, które doświadczyły przemocy w rodzinie. Bardzo mi bliski temat. Kiedyś sama rozmyślałam, czy nie założyć stowarzyszenia dla takich osób. Sama jestem ofiarą partnera chorego na schizofrenię, który nie chciał się leczyć i wiem, że w podobnych sytuacjach rodziny są pozostawione same z problemem. Chciałabym pomagać takim kobietom, ale pomagać kompetentnie. Rozmawiałam z moją współlokatorką a ona oznajmiła, że ze znajomą myślały nad utworzeniem ośrodka. Przypadek?! No, nie wiem…

Na razie dużo emocji.

Musze to przemyśleć.

Potrzeba czasu…

A na razie muszę dotrwać do końca szkolenia, czyli do niedzieli, a później się zobaczy.

A dziś muszę po prostu iść spać…

Jestem mega zmęczona…

I jeszcze taki wtręt -  wspaniale nas tu karmią. Jedzenie jest przepyszne :-D

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Lutowa niedziela, wiosenna niedziela

07 lut

clouds-1117584_1280Hej, jaki cudny dziś dzień!

Cudny!!!!!

Tyle słoneczka – przepięknie.

Czuć wiosnę

Pogoniłam w pola z kijami. Schodziłam leśne ścieżki. Nawdychałam się świeżego powietrza i nasłuchałam muzyki.

Cudowny dzień!

Nie zrobiłam zdjęć, żeby się podzielić widokami, niestety!

Następnym razem!

Dziękuję Basi W. za komentarze i następnej pozytywnej osobie o niku Mag_a. Dwie pozytywne kobiety.

Na kijach myślałam o środowej terapii i o moich pytaniach. Układałam nawet scenariusz mojej rozmowy, tak w myślach. Nie lubię pisać scenariusza na papierze, ale chyba będę musiała, żeby to jakoś uporządkować, żeby nic mi nie umknęło, bo znów usiądę z dyżurnym uśmiechem i powiem: „Wszystko jest ok” a z nerwów wszystko mi umknie z pamięci a tyle bym chciała omówić, tyle jeszcze niedopowiedzeń i moich ucieczek od siebie samej. Nie od terapeuty, nie. Od siebie samej. To śmieszne. Tak się może wydawać. Dopiero teraz rozumiem słowa, że najbardziej denerwuje nas w innych to, czego nie lubimy w sobie.  Zasada lustra – „Świat jest odbiciem Twoich myśli. To co widzisz, myślisz i odczuwasz wypływa z Twojego nastawienia i Twoich przekonań. Najłatwiej oczywiście zauważać w ludziach ich braki i słabości. Jednak zastanów się czy skupianie uwagi na wadach innych nie pochodzi z braku akceptacji samego siebie?” Dopiero teraz zaczynam to widzieć… Dopiero teraz zaczynam to rozumieć…

Znalazłam piękną przypowieść:

Uczeń zapytał mistrza:

– Mistrzu, czy świat jest wrogi dla ludzi? Czy niesie zło czy dobro?

– Opowiem Ci historię o tym, jak świat odnosi się do człowieka – powiedział mistrz. Był sobie kiedyś wielki król, który kazał zbudować piękny pałac. Było tam wiele wspaniałości. Wśród różnych cudów i ciekawostek w pałacu było komnata, w której wszystkie ściany, podłoga, drzwi, a nawet sufit były zrobione z luster. Osoby wchodzące do komnaty w pierwszej chwili nie zdawały sobie sprawy, że stoją przed lustrami – tak bardzo zacierała się granica między światem rzeczywistym a odzwierciedlonym. Ponadto ściany komnaty zostały tak zbudowane, że na każdy dźwięk odpowiadało echo. Gdy ktoś pytał: “Kim jesteś?”- słyszał w odpowiedzi z różnych stron: “Kim jesteś… kim jesteś?”.

Pewnego razu do komnaty dostał się pies i zamarł w zdumieniu pośrodku, otoczony sforą psów ze wszystkich stron, a także z dołu i z góry. Pies na wszelki wypadek ostrzegawczo pokazał kły i wszystkie odbicia odpowiedziały mu tym samym. Pies zawarczał. Echo odwzajemniło głośne warczenie. Pies szczekał coraz głośniej. Echo też. Pies biegał tam i z powrotem, próbując ugryźć odzwierciedlające się w lustrach psy, jego odbicia też biegały i gryzły. Rano królewska służba znalazła wycieńczonego, nieprzytomnego psa, otoczonego przez setki nieprzytomnych psów. W komnacie nie było niczego, co mogłoby zagrozić psu, prócz jego własnego odbicia.

Widzisz – powiedział na koniec mistrz – świat nie jest ani dobry, ani zły sam w sobie. Wobec człowieka świat jest obojętny. Wszystko, co dzieje się wokół nas jest tylko odzwierciedleniem naszych myśli, uczuć, pragnień i działań. Świat to jedno wielkie lustro.”

 

Jeśli drażni Cię czyjeś zachowanie czy konkretna rzecz w danej osobie, to pierwsze co warto zrobić w takiej sytuacji to przyjrzeć się sobie. To, co widzisz w innych bardzo często pokazuje jakie nosisz w sobie przekonania, jaka Ty jesteś i co myślisz o sobie.

Resztę doczytajcie w artykule: ZASADA LUSTRA – TO, CO DOSTRZEGASZ W INNYCH, ISTNIEJE W TOBIE Małgorzaty Mostowskiej.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Internet, Muzyka, Życie

 

Najciemniej nie zawsze jest w nocy, ślepy człowieku

06 lut

Myślami jestem na środowej terapii. Przeżuwam jej treść, smakuje, oceniam.

the-blind-eyesOceniam siebie, terapeutę, zdarzenia, słowa, moje zawieszenia i niedopowiedzenia. Moje pokrętne odpowiedzi – odpowiedzieć tak, żeby nic nie mówić. Jestem w tym mistrzynią. Spycham moją chęć konwersacji, jakbym była tam za karę, jakbym nie sama wybrała terapię, ale ktoś z zewnątrz mi ją narzucił. Zamykam  się, stawiam barierę milczenia i uporczywie patrzę za okno i na to, co tam jest. Zamykam się w bezpiecznym świecie – świecie bez dźwięków, tylko obrazy zza kraty. Blok, jacyś ludzie wchodzący i wychodzący z klatki, jakieś samochody w różnych kolorach. Próżnia. I nagle, z oddali słyszę jakiś głos… Fakt, jestem na terapii. Po prawej stronie, w głębokim fotelu siedzi on. Coś mówi. Jakieś strzępy słów dobiegają do mnie. Przedzierają się przez bezdźwięczną próżnię. Uśmiecham się… Bąkam jakieś odpowiedzi, albo wzruszam ramionami i mówię:

- Nie wiem (z przepraszającym uśmiechem). Nie wiem, co mam powiedzieć….

- Możesz nic nie mówić – słyszę odpowiedź, albo – Czasami nie ma odpowiedzi – abo podobne słowa.

Myślę więc:

- Jak to? Przecież przyszłam tu, żeby opowiadać, dotykać wszystkich tych strasznych historii. Nie przyszłam tu milczeć. Muszę zrzucić z siebie te ciężary… Bez docierania do tej, która jest w środku. Bez dotykania tej przestraszonej i drżącej „dziewczynki”. Więc zaczynam milczeć i patrzeć za okno. Znów wytwarzam próżnię…

Nie chcę

I chcę

I znów nic nie mówię

Albo mówię, żeby nic nie powiedzieć

I tak zlatuje moje bezcenne 45 min

I coś zaczyna się dziać, zawsze na końcu

Jakaś prowokacja, która burzy mój święty spokój i opanowanie i zostawia mnie w rozedrganiu, niepewności, złości na siebie i na niego, bo mogłam…

Mogłam powiedzieć, że tak nie można, że to boli, że nie ma racji, że tak się nie robi, że to boli, to boli, to boli…

Docieranie do siebie prawdziwej boli… Przynajmniej mnie

Ostatnia sesja, oczywiście końcówka. Usłyszałam stwierdzenie/pytanie/pewnik.

- Jak jest źle, to można dokopać dzieciom. Nakrzyczeć na nich – cały ciąg słów, na które ja zaczęłam się jeżyć i zaprzeczać. Skuliłam się. Te słowa za bardzo bolały. Kręciłam pochyloną głową, zaprzeczając. W oczach piekły łzy. W głowie zaczęło huczeć z bezsilnej złości i usłyszałam własne słowa:

- Nie, nie, to nieprawda. Jak mogłabym robić coś takiego dzieciom! One na to nie zasługują! I tak dużo przeszły! Nie!

- One z tym wszystkim dadzą sobie radę. Poradzą sobie – słyszę jego głos.

- Nie, ne poradzą sobie – i już nie wiem, kogo bronię. Ich, czy siebie. Tej małej, bezbronnej dziewczynki. Tej, która wszystkie złe zachowania rodziców zaczęła kumulować w sobie. Nie poradziła sobie. NIE PORADZIŁA! Nie wyrzuciła z przestraszonej głowy. Przeniosła nieświadomie przez życie i próbowała sobie z nimi radzić. „Radziła” sobie – „uzdrawiając” te relacje w relacjach z jej najbliższymi. Nie poradziłam sobie!!!

Dorośli czasami są katami dla własnych dzieci. Robią to nieświadomie. Kłótnie, wymagania, brak zainteresowania, fochy, ciche dni, słowa porównań do innych i permanentny brak czasu i słowa: „później”, „nie teraz”, „jestem zajęty”. No, ok. Włączył się belferski poziom. Stop.

Wróćmy w zacisze gabinetu i mnie wciśniętej w głęboki, miękki fotel. Nie potrafiłam na niego krzyknąć, żeby dał już spokój, że to boli. Skulona zaprzeczałam, ze łzami w oczach i szalejącym huraganem złości w głowie. A bolało jak cholera. One są dla mnie wszystkim. Najwyższy priorytet to spokój – dla nich/dla mnie. Nie, nie da się stworzyć sielanki. Życie jest życiem. Są nerwy i głośne dni. Wrzeszczę i trzaskam drzwiami (one zresztą też), ale później są słowa przeprosin, długie rozmowy i wspólne posiłki przy stole. Przytulania. Całusy… Widzę, co zrobiły te lata, w trakcie których widziały różne akcje w domu. Minęło prawie trzy lata a nie wszystko jest ogarnięte. Ich zaufanie jest bardzo delikatne. Jest go tak mało, zwłaszcza ze strony Maleńkiej i to boli najbardziej. Ona jest taka delikatna i zamknięta w sobie. Taka nieufna, że czasami boli mnie moje matczyne serce. Ile czasu trzeba, żeby to odbudować. Ile? Może teraz w DOMU uda się coś stworzyć. Może nie jest za późno. Głupie, ale chciałabym, aby nie bały się buntować, krzyczeć, zaprzeczać, walczyć o swoje i bronić siebie. Maleńka powoli się uczy. Głupie, ale w takich sytuacjach, po moich nerwach i ochłonięciu mówię jej, że jestem z niej dumna, bo ja nie potrafiłabym się postawić matce. Junior jest posłuszny i ułożony, ale w podbramkowych sytuacjach umie się „postawić” i chwała mu za to. Niech walczą, krzyczą, drapią, bo najważniejsi są oni i ich dobro. Ja tego nie umiałam… Specjalnie prowokuje różne sytuacje i patrzę, co zrobią. Powoli. Ochłoną, nauczą się, poznają swoją ogromną wartość. Jestem obok, będę im towarzyszyć do czasu, aż rozwiną własne skrzydła. Na razie to delikatne skrzydełka…

Na zakończenie sesji dostałam pracę domową. Mam ułożyć listę pytań do terapeuty… Nie, nie osobistych  pytań, ale dotyczących terapii – czyli, jaki to rodzaj terapii, ile jeszcze potrwa, jaki rodzaj zaburzenia posiadam, itp. Na terapię chodzę ponad dwa lata a nie zapytałam o to, co dla mnie powinno być najważniejsze. W domu nad tym myślałam. Freak. Taki dziwak ze mnie, że nie zadaje pytań osobom, które coś dla mnie znaczą. Jeśli będą chciały, same powiedzą – tak myślę. I teraz sobie uświadomiłam, że to błąd. Daję innym kredyt zaufania. Pozwalam się zbliżyć i nie interesuję się ich przeszłością, intencjami, osobistymi zapatrywaniami. Słucham tego, co chcą powiedzieć o sobie, bez wchodzenia „z butami” w ich życie. Wychodzę z założenia, że to nie jest dla mnie ważne, że to ingerowanie w ich intymność, że ja tak nie mogę, że mnie odrzucą i będą na mnie źli. No właśnie, przyzwyczajenie z dzieciństwa. Im mniej się będę interesować i im bardziej będę miła i nadskakująca, tym bardziej ta osoba będzie mnie lubić i mnie nie odrzuci. A jest odwrotnie, niestety. Tak było z mężem. Nie interesowało mnie kim jest i jaką miał przeszłość, cieszyłam się, że w ogóle zwrócił na mnie uwagę. Jaka była końcówka tej „znajomości”? Szkoda gadać.

Zakończenie sesji – ja rozedrgana od złości, ze łzami w oczach usłyszałam od terapeuty:

- Wizyta za tydzień normalnie i przygotuj pytania.

Nic więcej. Na moich ustach dyżurny uśmiech a w głowie złość do niego. Ukradkiem ocieram łzy z oczu. Nie pierwszy raz taka sytuacja. On prowokuje a ja uśmiecham się przez łzy, bo nie mogę być zła dla innych, bo oni mnie odrzucą, bo będę źle postrzegana a ci inni mają głęboko w d… moją delikatność . Nie stawiam granic, nie bronię siebie a później się dziwię, że mam ciężkie życie. Odpowiadam wyczerpująco na osobiste pytana dotyczące mojej sytuacji, często bardzo wścibskie. Pozwalam na złe traktowanie z uśmiechem a później się dziwię, że ktoś to wykorzystał. Nie każdy jest delikatny w swoim postępowaniu… Można przeczytać tysiące książek o asertywności i być dalej „miłą”. Przekleństwo bycia miłym…

Na zakończenie trochę muzyki. Niespodzianka ;-)

Zagubiony, zmieniony w sezon. Zimno nadeszło znowu. Ulice są zalane wymówkami. Historie nigdy się nie kończą. Ludzie chodzą w ich złudzeniach. Zmagają się z rozpaczą. Musimy stać się jednością i wyjść naprzeciw ich nagości.

Więc spróbujmy nie płakać, gdy idziemy w ich obuwiu. Słyszałeś nowości?

Hey, (Hey) Czy widziałeś ślepego człowieka w przebraniu, szukającego swoich oczu? Hey, (Hey).

Czy widziałeś człowieka deszczu patrzącego w niebo. Proszącego o światłość. Najciemniej nie zawsze jest w nocy.

Człowiek będzie trzymał znak i nauczał. Ten świat nie będzie stać. Wszyscy jesteśmy wśród przestraszonych, Więc złapiesz mnie za rękę?

Więc spróbujmy nie płakać, gdy idziemy w ich obuwiu. Słyszałeś nowości?

Czy widziałeś ślepego człowieka w przebraniu, szukającego swoich oczu? Czy widziałeś człowieka deszczu Patrzącego w niebo, proszącego o światłość? Najciemniej nie zawsze jest w nocy

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Najładniej uśmiechają się ci, którzy najbardziej cierpią.

03 paź

najładniej

 

Wciąż przed oczami mam młodą dziewczynę. Blondynka, okrągła twarz, niebieskie oczy i uśmiech na twarzy. Wieczny uśmiech. Nie widziałam, aby kiedyś siedziała smutna, czy zamyślona. Jest głośna i wszędobylska. Słychać ją z daleka. Jeszcze jej dobrze nie widać a już wiadomo, że kręci się gdzieś niedaleko. Chodzi w parze z koleżanką. Ta dla kontrastu jest wysoka, szczupła, ma ciemne włosy i ciemne oczy. Często płacze, jest poważna, zamyślona i też głośna, ale głośna w sposób bardzo wulgarny. Z jej pięknych ust sypią się takie wulgaryzmy, że przysłowiowy szewc to przy niej mały pikuś. Dobrały się w parę. Są przyjaciółkami. Wszędzie razem. Dagmara i Klaudia. Dagmara to ta piękna a Klaudia to ta roześmiana. Obie nie mają lekkiego życia. Ojca Dagmary znałam z widzenia. Spotykałam go, kiedy razem z mężem siedzieliśmy na korytarzu przychodni psychiatrycznej. Wysoki, szczupły o ostrych rysach. Bardzo spokojny i cichy. Widywałam go na mieście. Zapamiętałam go, bo był bratem mojego kolegi z ogólniaka. Nie wiem jaką chorobę psychiczną leczył.

O Klaudii nie wiedziałam prawie nic. Wiedziałam jedynie, że jest w rodzinie zastępczej. Dziewczyny dobrały się idealnie. Obie z trudnych rodzin.

Pewnego dnia przyszła do mnie Klaudia. Sama. Porozmawiać o seksie. Najpierw zaczęła rozmowę o dojrzewaniu, okresie, dniach płodnych i niepłodnych a później z wypiekami na twarzy zaczęła zadawać pytania dotyczące współżycia.

- Proszę pani, kiedy można zajść w ciążę? No wie pani ja nie współżyję, ale chcę wiedzieć. W następnym roku będę miała 18 lat…

Spojrzałam na nią trochę dłużej.

- Nie współżyję. Jestem tylko bardzo ciekawa, bo słyszałam, że kiedy chłopak uważa to…

I zaczęła przekazywać swoje spostrzeżenia. Słuchałam cierpliwie i wiedziałam, że to nie są hipotetyczne dywagacje, tylko jej strach przed niechcianą ciążą. Ma chłopaka. Na pewno zaczęła współżyć i zaczęła się bać. Omówiłam z nią wszystkie tematy, które ją interesowały i pomyślałam, że nie zatrzymam „wezbranej rzeki”. Oboje młodzi z buzującymi hormonami. Nie zawrócę „kijem Wisły” a i nie chcę z nią walczyć wpajając jakieś umoralnienia, bo na to jest już za późno.

- Klaudia, zabezpieczajcie się.

- No wie pani! Ale to mnie nie dotyczy. Ja jeszcze poczekam. To znajoma, koleżanka…

- To powiedz koleżance, żeby nie zgadzała się na seks bez zabezpieczeń. Na pewno jest młoda a dziecko to wielka odpowiedzialność. Jeżeli nie potrafią powstrzymać się od zbliżeń, niech chociaż się zabezpieczą.

- Dobrze, powiem jej.

Minęło dwa tygodnie. Znów miałam okazję rozmowy z Klaudią, tym razem w towarzystwie Dagmary. Nie było o seksie.  Przyszły pogadać o życiu. Dagmara się nie odzywała. Mówiła Klaudia. Mówiła o swoim dzieciństwie, sytuacji rodzinnej i planach na dorosłe życie. Mówiła z roześmianą buzią, przesadną gestykulacją i częstymi spojrzeniami na Dagmarę. Słuchałam i w pewnym momencie nie zdołałam „unieść” tej opowieści. Z moich oczu potoczyły się łzy.

- Proszę pani, pani we, że jestem w rodzinie zastępczej? Nie, no i jest różnie. Pani wie, mama mnie nie chciała. Słyszałam to nie jeden raz. Mieszka z tym swoim fagasem. Kiedyś do niej jeździłam, ale zamykali przede mną drzwi. Ona mnie nie kocha. Jedyną osobą, która mnie kochała i kocha to babcia, ale babcia ma tętniaka na sercu i w każdej chwili może umrzeć. Nie chciałabym, aby umarła. Wie pani… – popatrzyła w okno i roześmiała się.

- No, to czasami smutne, tak usłyszeć od własnej matki, że nie kocha, że nie chce. Ona nawet telefonów ode mnie nie odbiera. Dzwonię do niej, ale odbiera ten jej fagas i mówi, że jej nie ma. Kiedyś tam pojechałam i on wyszedł przed dom. Powiedział, że jej nie ma a ja słyszałam jak kasłała w pokoju. Słuchać było przez uchylone drzwi. Jak ona tak może? Zostawiła nas – mnie i brata. Urodziła i zostawiła. Najpierw wychowywała nas babcia, ale później sąd zasądził opiekę u rodziny zastępczej. Pamiętam jak po nas przyszli. Była szósta rano. Leżałam w łóżku. Nie pozwolili się nawet ubrać. Pobiegłam do babci i mocno się do niej przytuliłam. Odrywali mnie od niej siłą. Ja płakałam a oni wepchnęli mnie do samochodu i powieźli do obcych ludzi. Ta rodzina jest dobra. Mam swoje miejsce. Wyjeżdżamy na wakacje. Dbają o mnie, ale ja bym chciała wrócić do babci. Wstydzę się u nich być. Wstydzę się nawet sama zajrzeć do lodówki i zrobić sobie coś do jedzenia. Niby jestem u siebie, ale oni to przecież obcy ludzie. Ciocia jest dobra, rozmawia ze mną, ale… – zawiesiła głos i znów zaczęła się śmiać.

- Wie pani, kiedyś pojechałam z bratem do matki. Chcieliśmy się z nią zobaczyć. Dom zamknięty na głucho. Trzeba było wracać. Szliśmy przez las i nagle na środku drogi pojawił się ten od matki. To kawał chłopa. W ręku miał siekierę. Powiedział, żebyśmy nigdy tu nie przyjeżdżali i zaczął nas gonić. Uciekaliśmy… Brakowało parę centymetrów, żeby nas skaleczył tą siekierą. Może ona się go boi i dlatego nie chce z nami rozmawiać. Patologia?! No nie Dagmara? – spojrzała na koleżankę i zaczęła się śmiać.

- W następnym roku kończę 18 lat i mam już plan na siebie. Wyprowadzę się. Wie pani, gdybym była sama dostałabym mieszkanie, ale ja mam chłopaka i chcę mieszkać razem z nim, no nie Dagmara. Daga nam pomoże, ma już na oku jakąś kawalerkę. Będę miała 500 zł dla siebie. No wiem, że utrzymanie nie jest łatwe, że będą opłaty i takie tam – i zaczęła po kolei wyliczać ile pieniędzy pójdzie na jakie opłaty – Mało.Wiem. I wiem, że kiedy będę miała dziecko, to nigdy go nie zostawię, nigdy mu nie powiem, że go nie kocham. Będę głodować, ale ono będzie miało co jeść – i znów spojrzenie za okno i głośny śmiech.

Słuchałam tego dzieciaka. Próbowałam jej tłumaczyć postawę matki, ale tego nie „uniosłam”.  Oczy się zaszkliły i po policzkach popłynęły łzy. Ja rozpaczam nad swoim życiem a ile ten dzieciak niesie na swoich młodych ramionach? Jaki ogromny ciężar? I ten uśmiech na twarzy. Ona nie płacze, ona się śmieje.

Jest głośna, roześmiana i hałaśliwa – i już wiem dlaczego.

Podobno najpiękniej się śmieją ci co najbardziej cierpią…

Do obejrzenia polecam film „Miasteczko bohaterów” . Link do filmu na mojej stronie google+ i na Facebookowej stronie – Och życie.. Też o „trudnej” młodzieży. Dobrego oglądania  :-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Zamienić „uciekam” na „wybieram” i życie staje się łatwiejsze.

30 lip

Często mówię, że uciekam… Uciekałam w młodości w naukę i w książki, uciekłam ze złego małżeństwa, uciekłam od złych znajomości, od ludzi, którzy swoim postępowaniem mnie ranią, lub denerwują. Uciekam, uciekam, uciekam… Od czegoś, od kogoś, co przeszkadza, doskwiera – uciekam, albo odchodzę.

Kończę te relacje jakbym zatrzaskiwała za nimi ciężkie drzwi, zakładam na nie grubą kłódkę i staram się o tym zapomnieć. Unikam tego tematu. Unikam ludzi i miejsc. Udaję, że tego nie ma. Owszem „sprzątam kolejne pokoje”, ale zamiast uczyć się na błędach robię z nich zamknięte, tajemnicze pomieszczenia z etykietą „Posprzątane. Nie wchodzić!” Czy to jest dobrze? Nie, bo niby już się uporałam z problemem, zwerbalizowałam go, ale pozostał strach. Strach sygnalizuje, że coś nie zostało „oswojone”, czegoś jeszcze nie poznałam aż tak, żeby się tego nie bać. Zachowuje się jak nastolatka, którą porzucił chłopak a ona w odwecie podrze jego zdjęcie i powie, że o nim zapomniała. Nie ma zdjęcia – nie ma problemu. Czy, aby na pewno? 

Na czym polega ucieczka? Na nagłej, szybkiej zmianie miejsca w wyniku sytuacji związanej ze stanem zagrożenia. Ucieczka może być też synonimem dokonania jakiejś nagłej, niespodziewanej zmiany w życiu i wtedy możemy zamienić je słowem „wybór”. Podobnie, jak w przypadku zamiany słowa „muszę” na „chcę”, lub „mogę”. Możemy powiedzieć „muszę się tym zająć”, ale możemy również powiedzieć „chcę się tym zająć”, albo „mogę się tym zająć”. Zmienia się nasze nastawienie do problemu. Przypomina mi się Kant i jego imperatywy. Kierujemy się imperatywami – zawsze  coś musimy i w związku z tym się buntujemy, zamiast mądrze zamienić przymus na nasz wybór. I jak to brzmi? Już nie musimy a możemy.

Podobnie mogę postąpić ze słowem „ucieczka” i zamienić je na słowo „wybór”. Po zamianie już nie muszę o niczym zapominać, niczego się wstydzić, drżeć przed czymś, lub kimś ze strachu. Sytuacja/relacja była zła, więc dokonałam wyboru na coś lepszego, bezpieczniejszego, bardziej komfortowego, ale tamta sytuacja czegoś mnie nauczyła. Uciekając, będę chciała o niej zapomnieć i zapomnę, ale wejdę w następną taką samą sytuację. Stworzę „błędne koło” a tego chciałam uniknąć „uciekając”. Dokonując wyboru, będę mądrzejsza o doświadczenie i uniknę dawnych błędów. Niby takie proste a tak trudno na to wpaść :-( Mówiąc bardziej obrazowo nie warto zamykać posprzątanych pokoi, ale otworzyć je żeby do nich też dotarło słońce i świeże powietrze). Wszystko co mnie w życiu spotykało (nawet sytuacje traumatyczne) było bardzo dobre – dobre dlatego, że umożliwiło mi rozwój, nauczyło czegoś, popchnęło do określonego działania. Zamiast zapominać mogę się z nich wiele nauczyć i oswoić swoje lęki. 

Warto dokonywać wyborów :-) zamiast uciekać. (chyba, że powodem ucieczki jest rozwścieczony pies – wtedy nie ma się co zastanawiać, tylko trzeba brać nogi za pas :-D )

uciekać

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Bardzo! Bardzo warto! Zapachem lip upić się warto!

01 lip

„W życiu warto mieć odwagę,

Warto mówić “Dzień Dobry” obcym ludziom,

warto zrobić sobie wstyd na oczach wszystkich ludzi,

warto mieć przyjaciół i wrogów też warto mieć.

Warto czasem nie wziąć parasola, gdy pada deszcz,

warto nie doczytać książki i wrócić do niej po latach,

warto pisać wiersze nawet te nieudane.

Warto wskoczyć do jeziora w ubraniu,

warto śmiać się na ulicy bez powodu,

warto czasem niczego nie tłumaczyć.

Warto udawać czasem głupków chociaż wiemy dobrze o co chodzi.

Warto słuchać każdej muzyki,

warto marzyć,

warto zgubić się w obcym mieście,

warto poznać nowych ludzi, i zapomnieć o starych znajomych,

warto napisać list i go nigdy nie wysłać.

Warto być realistą, pesymistą, optymistą.

Warto zadzwonić o 1 w nocy do przyjaciółki i się wypłakać,

warto pójść na samotny spacer,

warto zapalić znicz na opuszczonym grobie.

Warto żyć i nie pytać dlaczego.

Źródło: Jesteśmy dorośli. Kiedy to się stało? Jak to zatrzymać?

Bardzo! Bardzo warto!

linde-58824_640Zaczynają kwitnąć lipy! Ale zapach! Już teraz wiem dlaczego Jan z Czarnolasu swoje najlepsze wiersze pisał pod lipą. Lipa była olbrzymia. Rozłożyste konary dawały przyjemny cień w upalne dni i piękny zapach w okresie kwitnienia a on siadał w jej cieniu i tworzył, wymyślał, upajał się jej zapachem. Może przysypiał w jej cieniu i śnił…

Napisał nawet fraszkę o lipie:

Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!

Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,

Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie

Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.

Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,

Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.

Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły

Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.

A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,

Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.

Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie

Jako szczep napłodniejszy w hesperyskim sadzie.

Ech! Pięknie!

Parę słów o wpisie na temat kultury gwałtu. I tu włączy się moje belferskie „zboczenie”, czyli ocenianie. Chciałam podziękować za komentarze. Jak na tyle odsłon komentarze były bardzo wyważone, stonowane i pozytywne. Bardzo dziękuję! Przyznam, że obawiałam się pisać na ten temat. Zastanawiałam się nad reakcją czytelników, ale jest ok.

I jeszcze jedno – jednak nie zobaczycie mnie w telewizji. Przekonałam panią, że moja wiedza i przeżycia związane z podanym przez nią tematem są niewystarczające, abym wniosła coś do dyskusji. Ufff… Odetchnęłam. Nie mam „parcia na szkło”. Oczami wyobraźni widziałam siebie jako biedną i skrzywdzoną kobietkę, siedzącą ze zgarbionymi plecami, przestraszoną i wycofaną, która coś bąka do kamery. O nie! Ciężko pracuję nad sobą, żeby tą przestraszoną istotą nie być. Jeżeli coś będę mówić publicznie, to będę to robić z uśmiechem i podniesionym czołem, albo wcale. Koniec z zastraszoną Anką!

Tak a propos „warto śmiać się na ulicy bez powodu” ostatnio omal nie przewróciłam się ze śmiechu. Już wyjaśniam dlaczego. Wracałam z „chodzenia” i przechodząc między garażami wpadłam na Kubusia Puchatka. No, może niedosłownie, ale jegomość bardzo mi przypominał tamtą postać. Facet prawie 1,90, w rozciągniętych porteczkach, przymałej, spranej koszulce odsłaniającej pękaty brzuszek i puszką piwa w łapce. Odchylony do tyłu spijał „złocisty miodek” wprost z puszeczki. Popatrzył na mnie swoimi przymglonymi oczętami, czknął i podrapał się po odsłoniętym brzuszku. Minęłam go z poważną miną, ale zaraz za nim wybuchnęłam gromkim śmiechem. Nie mogłam się powstrzymać. A mówią, że to kobiety o siebie nie dbają. A faceci? Kubusie z bożej łaski… I jak tu nie zostać feministką ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Facebook.com, Życie

 

Trudny temat – „Feminoteka” i kultura, która kulturą nie jest.

24 cze

„Kiedy ktoś mnie wysłucha, mogę zobaczyć mój świat w całkiem nowym świetle i pójść dalej. To zdumiewające, jak na pozór nierozwiązywalne problemy nagle dają się rozwiązać, gdy ktoś Cię słucha.”

– Carl Rogers

Znam pewną kobietę. Ostatnio częściej rozmawiamy i dzięki temu mogłam poznać ją lepiej.  Na pierwszy rzut oka to zwyczajna pani, jakich wiele. Ma męża, dwoje dzieci,  pracę, radości, smutki – jak inne kobiety. Niczym się nie wyróżnia. Niczym… oprócz jednego – trzyma każdego na dystans. Lubi się śmiać, żartować, lubi towarzystwo innych, ale temu wszystkiemu towarzyszy wrażenie, że wszytko jest powierzchowne, płytkie, tymczasowe. Czasami podczas rozmowy wystarczy czyjeś niedomówienie, jakieś nieprzemyślane słowo, czy gest, albo spojrzenie a ona jak płochliwe zwierzątko wycofuje się, milknie a czasami wychodzi. Mnie w jakiś osobliwy sposób zaufała. Pewnego dnia poprosiła o spotkanie. Nie chciała spotkać się w domu. „Zbyt piękna pogoda” – powiedziała – „Spotkajmy się w parku. Dobrze?”. Dla mnie bez różnicy. Nawet lepiej, bo bardzo lubię przesiadywać „na łonie natury”.

bench-384611_640Siedziałyśmy w miejskim parku. Pod olbrzymią, zieloną lipą. Przed nami w piaskownicy bawiły się dzieci. Obce dzieci. Jej są już dorosłe. Jedno kończy studia a drugie zaczyna. Została z mężem i przeżywają „syndrom pustego gniazda”. Cisza i pustka w domu. Mąż na kolejnej delegacji, więc ona ma czas tylko dla siebie. Może posiedzieć i pogadać ze znajomymi.

Spokojne, ciepłe popołudnie. Zielony cień, dziecięce głosy, szelest wody w fontannie i my dwie na ławeczce.

- Super tak sobie posiedzieć. Prawda? Piękna pogoda i…

- Nie chciałam rozmawiać o pogodzie – przerwała mi.

- A widziałaś te super ciuchy w …

- Nie chcę rozmawiać o ciuchach. Ja… ja muszę ci coś powiedzieć! Muszę to z siebie wyrzucić! Już więcej tego nie zniosę! – wykrzykiwała kolejne słowa.

- Spokojnie. Nie krzycz. Zobacz, dzieci się odwracają i patrzą na ciebie wystraszone – uśmiechnij się do nich, bo inaczej będą myślały, że złościsz się na nie – desperacko chciałam zmienić temat. Nie udało się.

- Tylko tobie to mogę powiedzieć…

- Jeżeli to jakiś problem, to nie wiem, czy będę w stanie ci pomóc. Ja nie udzielam rad.

- Nie, chodzi tylko o wysłuchanie.

- A mąż?

- Nie… on nie może o tym wiedzieć.

- Jakaś zdrada? – zapytałam z głupkowatym uśmiechem.

- Nie. Tajemnica. Tajemnica, którą noszę w sobie już od bardzo dawna. Nikomu nie umiałam o tym powiedzieć, tak samo jak nie umiałam nikogo tak naprawdę pokochać i nikomu do końca zaufać.

- Przecież masz męża?! Nie mów, że nie jesteś z nim tak blisko, żeby nie gadać o wszystkim.

- Ja z nim byłam. Jestem przecież… Pozwalałam na zbliżenia. Oboje mamy dwoje wspaniałych dzieci. On mnie kocha, ale ja jego… Nie wiem? Nie wiem czym jest prawdziwa miłość. Jestem z nim. Nie, nie zdradzam go, ale jestem obok. Wiesz o co chodzi? On też wie… Mówi mi o tym i pyta co ma zrobić? Prosi, żebym powiedziała o co chodzi, ale nie naciska. Mówi, że przeszkadza mu ten mur między nami, ale kocha. Kocha za siebie i za mnie. Wiem, że nie jest mu łatwo. Wiem, ale nic nie mogę z tym zrobić. 

Słuchałam i nie mogłam się domyślić w czym tkwi problem. Co chce mi wyjawić?

- To się stało, kiedy miałam 13 lat…

Patrzyłam na nią bez słów. Siedziała skulona i patrzyła w ziemię. Po chwili usłyszałam cichy głos.

- Poszłam sama do lasu i tam spotkałam dwóch kolegów. Pierwszy był pełnoletni a drugi był starszy ode mnie o rok. Młodszego znałam ze szkoły. Bardzo mi się podobał. Podkochiwałam się w nim a tego starszego nie znałam. Później się dowiedziałam, że mieszkał w naszej wsi, ale wyjeżdżał do pracy w dużym mieście. Obaj zaczęli ze mną rozmowę. Żartowaliśmy, śmialiśmy się, szukaliśmy grzybów. W końcu młodszy powiedział, że musi już iść. Został starszy i zaczął głupio żartować. Zaczął coś mówić o mich piersiach. Zaczął dotykać moje włosy, ramiona i niby przypadkiem dłoń opadła na moją pierś. Odsunęłam się jak oparzona. Odtrąciłam jego ręką. Roześmiał się jakoś tak głupio i stwierdził, że właściwie to jestem dobrze rozwiniętą dziewczyną i pewnie też tego chcę. Nie rozumiałam o co chodzi. Czego niby mam chcieć? Zaczęłam się bać. On przestał być uprzejmy i uśmiechnięty. Jego ręka znów wylądowała w okolicy moich piersi. Szarpnęłam się do tyłu. Złapał mnie mocno za dłoń i wykręcił. Zabolało. Chciałam wyrwać wykręconą rękę, ale jedynie co zrobiłam, to upadłam na ziemię. Szarpałam się a on nie puszczał. Strasznie się bałam. Czułam jego ręce wszędzie. Zaczęłam krzyczeć a wtedy on zakrył moje usta dłonią i powiedział „Nie krzycz dziwko! Chcesz tego! Wszystkie tego chcecie!”. Ja nie chciałam. Nie rozumiałam, czemu on mi to robi.  Chciałam się wyrwać i nie mogłam. Gdzieś z boku zobaczyłam leżący nóż. Pomyślałam, że gdybym się do niego dostała, to wtedy mogłabym się przed nim obronić. Walczyłam. Próbowałam. W końcu udało mi się doszarpać do noża. Ostatkiem sił ujęłam za ostrze i przejechałam nim po jego dłoni. Zasyczał z bólu i krzyknął „nożem ty szmato!”. Rozluźnił uścisk i mogłam się wyszarpać z pod niego. Poderwałam się na nogi. Osłoniłam się porwaną bluzką i uciekałam najszybciej jak umiałam. Nie oglądałam się za siebie. Wpadłam do domu. Na szczęście nikogo nie było. Byłam brudna. Brudna na ciele i brudna w środku. Brudna… Nie rozumiesz o czym mówię! Ty nie wiesz na czym polega być brudnym, czuć się szmatą, nic nie wartą osobą. Dobrze, że nikogo nie było w domu. Mogłam spokojnie się umyć. Przebrać. Nikt się nie dowiedział. Nikt. Dalej byłam córką i siostrą. Taką fajną i uśmiechniętą. Pomocną, dobrą, grzeczną, cichą.  Od tamtej pory nie ufam nikomu. Staram się żyć normalnie, ale w środku siedzi lęk i przerażenie. Lęk przed mężczyznami. Lęk przed zbliżeniem seksualnym. Nie ufam ludziom. Nienawidzę mężczyzn. Widzę w nich tylko zagrożenie. Zaufałam tylko jednemu – mężowi. Jest bardzo spokojnym człowiekiem. Spokojny i cierpliwy. Czasami ma mi za złe tą moją oziębłość, ale nie dopytuje. Patrzy mi w oczy i mówi, że kocha za nas dwoje. Często wyjeżdża i nie ma go w domu. Rozumiem go. Wiem jak mu ciężko. Czasami sama bym od siebie uciekła, wyjechała, żeby  uciec od swoich wspomnień , ale nie da się. Wszystko siedzi w głowie… 

Zapadło milczenie. Ona mi zaufała a ja… Ja nie wiem, jak jej pomóc. Co zrobić? Co powiedzieć, żeby nie urazić? Jakich słów użyć?

- Myślałaś o terapii?

- Myślałam, ale najpierw dzieci były małe, później… Wiem, że to marne wymówki. Nie wiem, czy terapia coś pomoże? Wszyscy mają w nosie takie problemy. Nawet moja rodzina nie wie, co się stało. Mogliby powiedzieć, że sama się prosiłam, że mogłam nie iść sama do lasu, nie rozmawiać z tymi chłopakami i nie szczerzyć do nich zębów. Sama wiesz, jakie jest najczęstsze podejście do zgwałconych kobiet. Pogardliwe spojrzenie i powiedzenie „Sama tego chciała”. Nie wiem, czy terapia pomoże? Nie jest mi łatwo o tym mówić. Nie wiem…

- Pomoże. 

- Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Zrobiło mi się lżej. Nareszcie komuś opowiedziałam o mojej historii. Bardzo ciężko żyć z tym lękiem. Z takim ciężarem.

-Wiem, że ciężko żyć z lękiem, ale ja nie jestem w stanie ci pomóc. Ja mogę tylko wysłuchać, nic więcej. Wiesz, mam namiary na fajnych terapeutów. Może chcesz numer?

- Pomyślę. Jeszcze nie jestem gotowa,

- Myślę, że jesteś. Mnie zaufałaś a oni będą umieli ci pomóc. Życie z oswojonym lękiem jest zupełnie inne…

Popatrzyła na mnie i nic nie powiedziała. Siedziałyśmy dalej bez słów w tym zielonym cieniu wsłuchane w dziecięce głosiki dobiegające z piaskownicy…

Na stronie fundacji „Feminoteka” obejrzałam spoty reklamowe dotyczące przemocy wobec kobiet. Pierwszy:

Słowa też gwałcą:

Przemoc wobec kobiet:

i następny:

Płakałam, jak je oglądałam…

Na tej stronie zobaczyłam też sformułowanie „kultura gwałtu” i zaśmiałam się. Taki głupi oksymoron. Kultura ma pozytywne znaczenie a gwałt mocno negatywne. Ktoś połączył te dwa terminy. Zastanawiałam się, jak można mówić o kulturze w przypadku takiego postępowania? Na czym ta kultura ma polegać? Ma dotyczyć tego, kto stosuje przemoc? On ma ładniej gwałcić? Śmieszne i nielogiczne, pejoratywne. Kto to wymyślił? Przeczytałam wyjaśnienie i niestety musiałam się z nim zgodzić. Martha Burt opracowała 13 najczęściej wypowiadanych stwierdzeń na temat gwałtu na kobietach. Przeczytałam je. Niestety, słyszałam je wszystkie, wypowiadane przez różnych ludzi. 

Osoba, która doznała tego typu przemocy wymaga ochrony, specjalnego, delikatnego traktowania. Pozostaje w niej trauma na całe życie. Strach, który nie zniknie, uprzedzenie do ludzi a zwłaszcza do mężczyzn. O psychologicznych konsekwencjach gwałtu można przeczytać na stronie Instytutu Psychologii Zdrowia. To bardzo trudny temat, ale warto o nim mówić.

Od jakiegoś czasu po internecie krąży petycja do podpisania „Stop gwałtom”.  Ja już podpisałam. Jeżeli masz ochotę przeczytać i też podpisać klikaj na aktywny link.

 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii Film, Internet, Życie

 

Susan Boyle, czyli nie należy oceniać książki po okładce!

12 kwi

„Filmik wstawiony do Internetu 11 kwietnia przez dwa dni obejrzało prawie trzy miliony widzów, po kilkunastu dniach już… 100 milionów. Julie Supan, rzecznik prasowy serwisu YouTube powiedziała, że w czasie czterech lat pracy nie widziała video szybciej zdobywającego popularność.

Kopciuszek nazywa się Susan Boyle. Pochodzi z religijnej katolickiej rodziny. Jest najmłodszym z dziewięciorga rodzeństwa. Przez kilka lat przed telewizyjnym show opiekował się chorą matką. Czuwał przy niej aż śmierci w 2007 roku. Jest samotny. Jak sam mówi, ze względu na wygląd dokuczano mu w szkole i życiu dorosłym. – Pomagała mi się z tym uporać wiara – opowiada bez skrupułów. W ciągu 14 miesięcy sprzedał… 14 milionów płyt.

Susan ujawniła w swej autobiografii, że lekarze namawiali jej matkę, by ją zabiła, ponieważ jej ciąża była zagrożona. Bridget Boyle zrobiła „życzliwym” primaaprilisowy żart. 1 kwietnia 1961 r. urodziła córkę. „Najlepiej od razu pogodzić się z tym, że Susan nigdy nie będzie kimś, więc niech Pani nic po niej nie oczekuje” – powiedziano mojej matce. – Nie wiedzieli jednak, że jestem fighterem, wojownikiem – wyznaje Szkotka, której pierwszy album sprzedał się w 9 milionach egzemplarzy w ciągu pierwszych 6 tygodni i był najlepiej sprzedającym się albumem muzycznym roku.” Źródło:
http://gosc.pl

Wpadłam dziś na taki artykuł.

Wczoraj dzień w Warszawie. Podyplomowe. Grupa coraz bardziej się integruje.

Znów z koleżankami poszłyśmy na Stare Miasto. Pyszna kawa w maleńkiej kawiarence i rozmowa…

No właśnie – rozmowa  :-(   . Między nami nauczycielkami. Oj, nie było optymistycznie! Nie! I nie chodzi tu o uczniów! Nie tym razem. Chodzi o atmosferę w pracy. Uczniowie w tym przypadku to strefa odpoczynku i to bez przesady.

Dziewczyny opowiadały o tym, jaka atmosfera panuje w ich miejscach pracy. Nie jest dobrze! Obydwie pracują w dużych szkołach i wydawałoby się, że są tam bezpieczne, w sensie nie są zagrożone zwolnieniem a to niestety są pozory. Ile ja się wczoraj nasłuchałam! U jednej szkoła ponadgimnazjalna – klasy są łączone (dla oszczędności), tj. z dwóch robi się jedną ok. 40 osobową. Jak ogarnąć taki moloch?! Paranoja. Nie wyobrażam sobie „zawodówki” 38 osobowej!!!! Przecież tam trwa walka o przetrwanie. Sajgon! Jak ogarnąć taką masę przez 45 min. Zlepek różnych osobowości, różnych temperamentów. Prowadzenie lekcji to survival. A u niej w szkole tak się robi. Oszczędności. Organ prowadzący szkołę w taki sposób chce zaoszczędzić wydatki na szkołę. Koleżance zagraża zwolnienie – redukcja etatów. Mniej klas – mniej nauczycieli. Ona na skraju wyczerpania nerwowego. Ma ochronę prawną ze związków, ale dyrektor stosuje książkowy mobbing przeciwko niej. Dziewczyna zaczęła studia podyplomowe, bo zagroził jej zwolnieniem a teraz grozi jej zwolnieniem, bo studiuje a on dofinansowuje jej naukę. Dokłada jej pracy i za wszystko krytykuje. Stawia jej kolegów w niezręcznej sytuacji namawiając ich do głosowania za usunięciem, bo nie może jej „ruszyć” w inny sposób  (jest chroniona przez związek zawodowy).  Druga uczy w zespole szkół (podstawówka i gimnazjum). Też nie jest różowo. Tam dla odmiany panuje wyścig szczurów. Dyrekcja stawia na rankingi – szkoła ma być najlepsza pod względem dydaktycznym. Liczą się pierwsze miejsca w konkursach i olimpiadach. Dzieci traktuje się jak „pole uprawne” z którego wszelkimi sposobami mają wycisnąć jak najlepszy „plon”. Zlikwidowano klasy integracyjne – nie rokują sukcesów a i oszczędność jaka! Szkoła stała się fabryką, gdzie nauczyciele to robotnicy a dzieci to materiał produkcyjny. Nauczyciel ma się wykazać „produktwnością” – liczbą przeprowadzonych konkursów, pierwszymi miejscami w olimpiadach. Liczą się statystyki. Słupki wzrostu, broń Boże spadku. A gdzie miejsce dla dzieci i ich potrzeb?!!!!! Jeżeli nauczyciel się nie wykazuje jest zwalniany, a gdzie ja teraz znajdę pracę – zastanawiała się koleżanka. U niej też są klasy łączone – przez oszczędności.  Do cholery! Dlaczego zawsze najbardziej oszczędza się na oświacie i kulturze a później w kolejności jest ochrona zdrowia itd. Naród ma być ciemny, niewykształcony i chory. Wrrrrr

No nie, ta wczorajsza rozmowa nie była przyjemna. Siedziałam i słuchałam a w duchu myślałam sobie: ja mam komfortową sytuację w pracy. Przynajmniej tyle! W życiu osobistym gradobicie, ale w pracy oaza spokoju. Miła atmosfera, klasy do 25 osób (są i mniejsze), obawa o pracę tylko w maju i czerwcu – przed naborem nowych uczniów. Nie ma wyścigu szczurów a rankingi i tak mamy wysokie. Mamy jedną z najwyższych wyników „zdawalności” egzaminów zawodowych w Polsce (oczywiście w branży rolniczej).  Do pracy przychodzę chętnie  a praca w klasie to przyjemność. Każdemu bym życzyła takiego miejsca pracy!

No i tak od Susan Boyle „odeszłam” do tematu szkoły. Może dlatego, że szkoła jest kojarzona z bezpiecznym miejscem dla uczniów i nauczycieli a jak jest naprawdę, każdy widzi…

Dziewczyny narzekały a ja siedziałam i słuchałam i niestety nie byłabym sobą, gdybym też w tym konkursie „kto ma najgorzej” nie wzięła udziału. Dzisiaj mam kaca moralnego. One o pracy a ja o życiu. One, że stres w pracy je zabija i zaczynają się choroby. Pierwsza ma kołatania serca, ucisk w klatce piersiowej. Oczywiście ja „wyskoczyłam” z tym sławnym „u mnie też tak jest, ale u mnie dlatego, że miałam tragiczne przejścia życiowe”. Zobaczyłam pytające spojrzenia i popłynęłam…

- Prawie dwa lata temu uciekłam od męża schizofrenika. To długa historia. Nie chcę jej opowiadać. Jestem sama z dwójką dzieci i mam kłopoty mieszkaniowe, po świętach Bożego narodzenie omal nie wyrzucono mnie z mieszkania, ale kiedy słyszę o waszych problemach to pocieszam się, że chociaż w pracy mam spokój.

Spojrzały na mnie zdziwione.

- Wyglądasz na taką spokojną i szczęśliwą osobę.

Książką z pięknymi okładkami nie musi kryć szczęśliwej historii.

Jestem zła na siebie, że znów mnie poniosło. Nie każdy musi znać historię mojego życia. Wrrrr

P.S. zapomniałam dodać – w Warszawie zakwitły dzikie śliwy. Piękne, białe chmury drzewek śliwkowych – mirabelek i żółte „obłoki” forsycji. Było dużo słońca!!!! Cudnie!!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie