RSS
 

Notki z tagiem ‘Duchowość’

Pamiętaj, że niespełnienie marzeń bywa czasami łutem szczęścia. Każdy dzień to specjalna okazja do…

05 kwi

Mój przyjaciel otworzył szufladkę w komodzie swojej żony i wyjął z niej mały pakiecik owinięty w bibułkę. To – powiedział – nie jest zwykłe zawiniątko – to jest bielizna osobista. Wyrzucił opakowanie ukrywające zawartość i przyjrzał się jedwabnej, wykończonej koronką bieliźnie. Kupiłem to jej, kiedy pierwszy raz pojechaliśmy do Nowego Yorku 9 lat temu, nigdy jej nie założyła czekała z tym na jakąś specjalną okazje! 
Więc dobrze – pomyślał dzisiaj zdarzyła się ta odpowiednia okazja. Zbliżył się do łóżka i ułożył bieliznę przy jej głowie, obok innych rzeczy. Niedługo będzie ją ubierać do trumny. 
Po krótkiej chorobie wczoraj zmarła. Potem patrząc się w moją stronę powiedział: Każdy dzień, który przeżywasz jest ta specjalna okazja! Nasze okazje już minęły. Nie warto było zostawiać wszystkiego na potem. 

Te słowa zapadły mi w pamięć, mam je ciągle na myśli – one zmieniły moje życie. 
Teraz więcej czytam a mniej sprzątam. Siadam na tarasie i rozkoszuje się urodą okolicy bez poczucia winy, że nie wypieliłem ogródka. Spędzam więcej czasu z moimi bliskimi i przyjaciółmi, a mniej pracując. 
Zrozumiałem, że życie to ciągłość doświadczeń, które trzeba przeżywać w radości, a nie próbować je przetrwać lub ścierpieć. Już niczego nie odkładam na potem, piję codziennie z moich antycznych , kryształowych kieliszków. Zakładam nowe ubranie na zakupy w supersamie, jeżeli tylko zdecyduję, że mam na to ochotę. 

Nie zachowuję moich najlepszych perfum na specjalne imprezy tylko używam ich codziennie, kiedy pragnę poczuć je na sobie.
Zdania zaczynające się od „pewnego dnia”, „kiedyś” znikają z mojego słownika.
Jeżeli coś jest warte zobaczenia, usłyszenia lub przeżycia, chcę to zobaczyć, usłyszeć i przeżyć teraz. 

Nie wiem co zrobiłaby żona mojego przyjaciela, gdyby wiedziała, że nie będzie jej tu dzisiaj między nami i przyjmujemy to z taką nieświadomą lekkością, mam nadzieję, że poszłaby zjeść do restauracji chińskiej – jej ulubionej. 
To te malutkie nie zrobione rzeczy najbardziej by mnie bolały gdybym wiedział, że moje godziny są już policzone. Byłbym niepocieszony i smutny, że nie mówiłem wystarczająco często moim braciom i dzieciom jak bardzo ich kocham. 
Od już i teraz nie staram się opóźnić, przeczekać ani wstrzymać niczego co mogłoby wprowadzić mnie w dobry humor, dać powód do radości i śmiechu, i każdego dnia powtarzam sobie, że dzień dzisiejszy jest wyjątkowy. 
Każdy dzień, każda godzina, każda minuta – nią jest!! 

Jeżeli jesteś zbyt zajęty, żeby poświęcić kilka minut na przeczytanie tej wiadomości i powiedziałeś sobie, że zrobisz to za jakiś czas – to znaczy, że szczęście jest daleko od Ciebie i być może nigdy do Ciebie nie przyjdzie. Ta Tantra przyszła z Indii. Bez względu czy jesteś przesądny czy nie, znajdź kilka chwil na jej przeczytanie. Zawiera pożyteczne wiadomości dla Twojej duszy. 
To jest TOTEM TANTRA NA SZCZĘŚCIE i w tej intencji ona powstała. 
Dawaj ludziom więcej niż mogliby się spodziewać i rób to z przyjemnością. 
Naucz się na pamięć Twojego ulubionego wiersza. 

Nie wierz we wszystko co usłyszysz, nie wydawaj wszystkiego co masz i nie śpij tyle ile byś pragnął. 
Kiedy mówisz „kocham” mów to na serio. 
Kiedy mówisz „przykro mi” patrz w oczy rozmówcy. Ożeń się nie wcześniej niż po 6-ciu miesiącach narzeczeństwa. Uwierz w miłość od pierwszego spojrzenia – zapamiętaj to sobie… jak już mówiłem wystarczy tylko chwila.
Nigdy sobie nie żartuj ze snów innych ludzi. 

Kochaj głęboko i z pasją, możesz zostać zraniony ale to jedyny sposób na spełnioną egzystencję. 

W przypadku nieporozumień bądź lojalny, nie obrażaj. Nie oceniaj innych poprzez pryzmat członków ich rodzin. Mów wolno, ale myśl szybko. 
Jeżeli ktoś zadaje Ci pytanie, na które nie chcesz odpowiedzieć, uśmiechnij się i spytaj ” Dlaczego chcesz to wiedzieć?” 

Zapamiętaj, że wielka miłość i największe sukcesy są obłożone dużym ryzykiem. Zadzwoń do mamy. Powiedz „na zdrowie” kiedy ktoś kichnie. 
Kiedy ponosisz porażkę, nie zapomnij tej lekcji. 
Zawsze pamiętaj o szacunku do siebie samego, do innych i odpowiedzialności za własne czyny. 
Nie pozwól by nieistotna sprzeczka popsuła ważną przyjaźń. 
Jeżeli zorientowałeś się, że popełniłeś błąd natychmiast go napraw. 

Uśmiechnij się odbierając telefon, ten kto do Ciebie dzwoni usłyszy to w Twoim głosie. Zwiąż się z kobietą/mężczyzną, z którym lubisz rozmawiać, na starość umiejętność konwersacji będzie tą najważniejszą. 

Spędzaj trochę czasu w samotności. Otwórz się na zmiany, ale nie rezygnuj całkowicie z twoich przekonań.
Pamiętaj, że milczenie czasami jest najlepszą odpowiedzią. Więcej czytaj, a mniej oglądaj TV. 
Żyj dobrze i honorowo, później kiedy będziesz starszy, spojrzenie w przeszłość pokaże Ci w jaki sposób możesz cieszyć się nim po raz wtóry. 
Miej wiarę w Boga, ale dobrze zamykaj swój samochód. 
W domu atmosfera miłości jest bardzo ważna, rób wszystko by wykreować wokół Ciebie harmonię i spokój.
W przypadku nieporozumień z bliskimi niech przeważają względy obecnej sytuacji. 
Nie grzeb się z rozczarowaniem w przeszłości.
Czytaj między wierszami. Dziel się Twoimi znajomościami ze znajomymi to sposób na nieśmiertelność.
Bądź dobry dla planety. Módl się. W modlitwie jest zamknięta niewyobrażalna moc. 
Pozwól by okazywano Ci sympatię bez ucinania krótko tego tematu. Nie wtrącaj się do innych. 

Nie wierz kobiecie/mężczyźnie, który całuje Cię nie zamykając oczy. Raz na rok odwiedź miejsce, którego jeszcze nie znasz. Jeżeli dużo zarabiasz pomóż innym dopóki możesz, to jest największa satysfakcja z posiadania szczęścia. 

Pamiętaj, że niespełnienie marzeń bywa czasami łutem szczęścia. 
Naucz się wszystkich reguł, żeby potem którąś pominąć. 
Pamiętaj, że najlepszy jest związek w którym miłość między dwojgiem ludzi przewyższa chęć dominacji. 
Oceniaj swój sukces i pamiętaj jak wiele wyrzeczeń poniosłeś żeby go odnieść. 
Chwytaj miłość i jedzenie bez zachłanności.

Ze strony „Życiowe refleksje”

Przypomina mi to testament  Gabriela Garcii Marqueza

Och życie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Internet

 

Wielkanocna niedziela. Zmartwychwstania czas…

27 mar

Pierwsze święta w DOMU.

Odradzam się do życia. Razem z przyrodą, z przepięknym słońcem za oknem, mgłą, rześkim przymrozkiem i … modlitewnym czuwaniem przy grobie Chrystusa. Na rezurekcje po raz pierwszy poszłam dwa lata temu. Razem z grupą teatralną, do której zaprosił mnie znajomy. Wtedy nie czytałam. Dziś czytałam tekst.
Ciężko było zwlec się z łóżka, dziś cofnięto czas a w kościele mieliśmy być na piątą.
Byłam. Przeczytałam (podobno bardzo ładnie), ale myślami błądziłam po zawiłych ścieżkach mojego życia.
Wiecie co? Miałam dobre życie.
Tak myślę…
Ojciec nauczył mnie ciężkiej pracy i wytrwałości.
Mąż nauczył mnie bycia samodzielną i silną.
Dzieci niestrudzenie uczą mnie miłości.
Wciąż się czegoś uczę…
I dopiero po czasie dostrzegam, że to, co odbierałam jako złe i krzywdzące, tak naprawdę mnie hartowało.

Najbardziej się cieszę z tego, że potrafiłam przerwać mój „chocholi taniec”. „Tańczyła” moja matka, pewnie jej matka też i ja też nauczona, że lepiej „tańczyć” niż żyć naprawdę, „pląsałam”. Wiecie, wolność jest piękna. Życie bez „tańca” cudowne i tak jak napisała w swoim opowiadaniu terapeutycznym Inga Zawadzka : „To był kres… Zrozumiałam nagle, że jeśli nie skoczę, to umrę. Cokolwiek czaiło się tam, w strasznej, nieznanej przyszłości – było to lepsze od tego, co znajdowało się za moimi plecami. Najpierw zdjęłam z siebie poczucie winy, złożyłam ładnie i położyłam na ziemi. Obok położyłam wstyd, niepewność, wątpliwości, a na samym wierzchu – strach. Po co mi te obciążenia w czasie lotu? Od razu zrobiło mi się lżej, nawet się uśmiechnęłam. Następnie mocno przytuliłam do siebie syna (i córkę), wzięłam solidny rozbieg i skoczyłam. Skoczyłam w górę, a nie w dół, bo poczułam moc i chciałam sprawdzić, jak to będzie.
I nagle… Zrozumiałam, że lecę! Zamiast spaść – szybowałam, a za moimi plecami szeleściły skrzydła, które nie wiadomo skąd się wzięły. Spróbowałam nimi sterować i teraz mogłam lecieć w każdą stronę – w prawo, w lewo, dokąd zechcę! Skąd one się wzięły?
Skrzydła ma każdy, ale wielu ludzi nawet nie podejrzewa, że je ma, – wyszeptała Przepaść. – Życie doprowadza ich do skraju nicości właśnie po to, by polecieli. A czy w górę, czy w dół – to już każdy sam wybiera…” „

Moje poczucie winy jeszcze podnosi łeb, ale ja mam coraz więcej sił i nie w głowie mi „chocholi taniec”.
Staję się obserwatorem. Zaczynam widzieć coraz wyraźniej. Współczuję kobietom, które czują magiczną moc zmieniania swojej rzeczywistości bez pracy nad sobą. Jedyną rzeczywistość jaką jesteśmy w stanie zmienić, to my same.
Dzisiaj w kościele widziałam dziewczynę, która jest tragicznie zakochana w swoim zimnym mężu. Zostawił ją a ona wciąż kocha i wciąż się za niego modli. Pragnie jego powrotu, bo on jest jej całym światem. Bez niego jej świat się skończył. Jak ktoś musiał ją skrzywdzić, żeby własne życie bez reszty oddać komuś obcemu? Być piękną i dobrą kobietą i nie widzieć tego. Całą swoją wartość złożyć w dłonie wstrętnego egoisty. Gdybym jej to powiedziała, obruszyłaby się a nawet powiedziała coś przykrego pod moim adresem.
Myślami byłam przy drugiej znajomej. Wieloletnie małżeństwo. Czy dobre? Ona wie najlepiej. Ostatnio powiedziała, że mąż zaczął „wyciągać do niej ręce”. Może robił to wcześniej a ona dopiero teraz odważyła się to powiedzieć. Powiedziałam do niej ze łzami złości w oczach: „Zostaw, odejdź, szanuj siebie”. Umówiłyśmy się na wspólny wieczór w gronie znajomych. Przyszła z mężem. Uśmiechnięta, piękna, radosna, przetańczyła cały wieczór. W mojej pamięci jej płacz gryzł się z widokiem tańczącej na parkiecie. „Chocholi taniec”. Co warte są moje słowa, kiedy one są nastawione na „zbawianie świata” w imię miłości? Miłości nie do siebie, ale do toksycznych partnerów. Potrzeba kresu, żeby otrzeźwieć…

Wielkanocny poranek…

Piękny poranek…

Poranek zmartwychwstania…

Trochę poezji na dziś a na Facebooku wrzucę zdjęcia kwiatów, jakie dostałam od mojej kochanej Kl i widok przepięknego poranka z mojego okna.

Wczoraj Kl zachwycała się pięknem parku i szalonym śpiewem kosów. Rzeczywiście śpiewają obłędnie. Tyle lat mieszkałam na wsi a nie zwróciłam na to uwagi, dopiero ona otworzyła mi uszy ;-)

Idę robić śniadanko :-D

Zapraszam do poezji :-D

Mamo, dziwny człowiek
stoi u drzwi naszego domu
Pierwszy raz go widzę,
a twarz ma jakby znajomą
zmartwychwstanie2Mówi, że nazywa się JEZUS
I czy możemy mu dać jakiś grosz
Mówi, że wyprztykał się z cudów
I odwrócił się od niego los
Tak myślę, że to cudzoziemiec
Żyd albo Arab z urody
Aha to mi przypomniało,
że chce też trochę wody
No co dać mu czego chce
Czy trzasnąć mu przed nosem drzwiami?
Dobra dam mu sześć pensów
Powiem, że tyle mamy
I że zapomniałem o wodzie
Właściwie to świństwo , no nie…
Ale słowo, on jest taki brudny
Skąd przyszedł cholera go wie
Mamo, on pyta o wodę
– nie ma kubka – odpowiedziałem
W każdym razie dałem mu szóstkę
Jak się cieszył, żebyś wiedziała
Powiedział, że trzymają go przy życiu
Takie jak ta rzeczy małe
Dał mi swój portret z autografem
I te trzy gwoździe zardzewiałe.

Roger Mc Gough

***

Spowiedź wielkanocna

 Na me oczy zmęczone od nocy niespanych,
Na oczy krwią nabiegłe i ogniem palące
Mrok za oknem położy swe dłonie kojące,
Wśród filarów wyniosłych z granitu ciosanych.

 Przyjmie mnie chłodna cisza i cień wnęk kamiennych,
Światła podobne kwiatom zsuną się z witraży,
Błądzić będę w milczeniu sama wśród ołtarzy
Nagle chcąc się odnaleźć w zaciszu tajemnym.

 Aż upadnę znużona pod którymś filarem,
Nie wiedząc, czy mam klęknąć, czy lec ciężkim ciałem
I zasnąć już niebaczna, że w sercu omdlałym,
Zatraciłam niezłomną, wielką moją wiarę.

 Cisza schyli się ku mnie i pełna litości
Dźwignie mnie w swych ramionach i rozbudzi szeptem.
Przez powieki ospałe, na poły przymknięte
Ujrzę siebie w łachmanach i kurzu szarości.

 I naraz lęk mnie zdejmie nad własnym mym ciałem
Tak wyda mi się nędzne i takie zniszczone:
Czyż to moje te stopy sine, poranione?
Czy moje są to ręce czarne i obrzmiałe?

 Wzniosę te ręce w górę i napotkam słońce,
Płynące nad mą głową strumieniem szerokim,
Złotą smugą płynące kędyś z górnych okien…
Wzniosę ręce i wstanę w światło ciepłem drżące.

 Gdzieś od stropu opadną miękko ciche tony,
Jak łzy, których zabrakło chorym moim oczom.
Aż pieśń w górze rozegra się bólem i mocą,
Iść w niej będę jak nędzarz głodny i spragniony.

 Ktoś będzie na mnie czekać. W złotych pyłów rojach,
Jak w mgle, nie dojrzę twarzy – to nieważne wcale.
Ktoś na mnie będzie czekał, sam, w konfesjonale:
Ktoś mi obcy? Czy brat mój? Czy może myśl moja…

 Spowiadam Ci się, Boże, z mych i cudzych grzechów,
Bo wszystko mamy wspólne, i dusze i ciała,
I ta dola okrutna tak nas tu związała,
Że pierś mą trud przygniata wspólnego oddechu.

 Spowiadam Ci się, Boże, co masz zstąpić we mnie,
Ciało me, strzęp człowieczy zamienić w człowieka.
Ran mych, ani kalectwa nie będę oblekać,
Musisz zstąpić aż do dna, w cierpień moich ciemnię.

 Chciałeś ze mnie uczynić olbrzyma – mocarza,
Chciałeś by od ciężaru okrzepła mi siła,
Ale ja w twardej próbie padłam, nie zdzierżyłam.
Boję się, że śmierć rychła mej duszy zagraża.

 Chciałeś bólem mi rozpiąć orle mocne skrzydła,
Łzą dać czystość źródlaną, obmyć nimi serce,
Lecz ja tylko myślałam o mej poniewierce,
Jak ptak wątły, szarpiący się darmo w swych sidłach.

 Zaplątana w sieć nieszczęść, pozrywałam węzła,
Po których piąć się mogłam wyżej, ciągle wyżej.
Spadłam na dno bezwolna i w nędzy poniżeń,
W słabości i lichocie mej własnej ugrzęzłam.

 Stałam się jak płaz brzydki, pełzający nisko,
Pełen jadu i małych kłujących zazdrości.
Zazdrościłam wciąż chleba… I tego żeś gościł
Jeszcze w sercach niektórych, zabrawszy mi wszystko.

 Czasem kradłam. A czasem wydawałam siostry
Oprawcom, by w mych oczach aż do krwi je bili.
Gdy los-szatan swą łaską ku mnie się nachylił,
Ja biłam w szale władzy, pośród przekleństw ostrych.

 Cień podłości tak bardzo twarz moją oszpecił,
Że ci co podłość mieli za swoje narzędzie,
Czynili jej honory, ufając, że będzie
Moją śmiercią, od której nic mnie nie uleczy.

 Ja zaś, jak handlarz-bankrut handlowałam wszystkim,
Byle zdobyć choć jeszcze łaskawości gorsze,
Niepomna, że gdy uśmiech służalczy roznoszę,
To, co zań mi dano, nie było już zyskiem.

 Stałam się bardzo sprytna, bardzo zapobiegliwa,
Znałam wszystkie sposoby, torujące drogi.
A próżność we mnie rosła, jak aktor ubogi.
Sukcesem w tanim cyrku czułam się szczęśliwa.

 Byłam tchórzem. Gdy innym przyjść miałam z pomocą,
Łgałam sobie, w roztropność pozując milczenie.
Uczyłam się w mym sercu zabijać wzruszenie,
Byle mi snu twardego nie skłóciło nocą.

 I wyschło we mnie serce, zimne miałam usta,
I myślałam, że starczy własnej ciężkiej doli,
Żebym była prawdziwa w tej męczeńskiej roli,
W trudnej roli dramatu, lalka śmieszna, pusta.

 Byłam jak cymbał brzmiący, patetyczna zgłoska:
Wołałam, że tu cierpię za nich, za miliony,
Lecz pośród sióstr mych biednych, głodnych i spragnionych
Zapomniałam, że to jest i Ludzkość i Polska.

 Był we mnie jeden ogień i dałam mu gorzeć:
Żar strasznej nienawiści wobec mych tyranów,
Nim – duszy mej szlachetnej siła nieskalaną
Zamieniłam w zwierzęcy instynkt małych stworzeń.

 Boże! Czyś za to kazał żyć mi w takim wstydzie,
Na przekór nienawiści rozbudziwszy zmysły?
Żyłam w długiej ascezie, aż więzy jej prysły,
Chciałam dotyku ręki, której nienawidzę…

 Dzień każdy był jak czara śmiertelnej goryczy,
Piłam ją bez oporu w leniwym nałogu,
Drżąc ze wstrętu, kochałam się w brudnym barłogu,
Nie pragnąc już niczego, nie tęskniąc za niczym.

 A ileś Ty był we mnie, jeśli Ciebie miałam,
To wiary mej niezłomnej nie umiałam dzielić
I patrzyłam jak inni w swej nędzy ginęli,
Moja wina, żem była za słaba, za mała.

 Wstanę. A ktoś mi poda suknie nowe, czyste,
Albo ja sama wezmę i zrzucę łachmany.
Rzucę je precz ze wszami i brudem zebranym
I będę już iść w odrzwia, słonecznie świetliste.

 W progu ktoś mnie pożegna znakiem Rozgrzeszenia,
Krzyżem – znakiem Miłości i męki odbytej.
Organy będą jeszcze modlić się pod szczytem
Swą pieśnią wielkanocną, pieśnią Odrodzenia.

 Za progiem będzie wiosna: świeża zieleń trawy,
I pierwsze drobne kwiaty białe i różowe
I niebo wyzłocone, przejasne, kwietniowe
Liście, z pąków trysłe w słońcu bez obawy.

 Stanę tam w zachwyceniu, żem przecie dojrzała
Wszystko, co dotąd było zakryte mgła ciemną.
I uwierzę, że oto Cud stał się i ze mną
I krzyknę memu słońcu, żem zmartwychpowstała.

 

Maria Rutkowska-Kurcjuszowa

Neubrandenburg, wiosna 1944 r.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Życie

 

Terapia ewangelizacyjna zamiast tradycyjnej, psychologicznej.

16 mar

Dzisiaj zamiast sesji terapeutycznej miałam sesję ewangelizacyjną. Ostatni dzień rekolekcji. Rekolekcje dla młodzieży, chociaż było ich niewielu, pomimo czterech szkół. Poszedł ten, kto miał takie pragnienie. Reszcie były niepotrzebne. Może do nich po prostu nie dorośli. Na razie poszukują. Szukają, gubiąc się. Takie mają prawo. To też trzeba uszanować. Kiedyś wrócą do swojej wiary zaszczepionej przez rodziców i zobaczą, że jest sensem ich życia. Mam taką teorię, że prawdziwa i świadoma religijność rozwija się dopiero po trzydziestym roku życia. Mają jeszcze dużo czasu.

Ja sama często się gubię. Próbuję sama wszystko ogarnąć, wierząc w swoje wątłe siły a one po ludzku mnie zawodzą. Kłócę się z Bogiem. Nie ma ze mną łatwo ;-) Czasami uciekam od Niego daleko, ale później powroty są najpiękniejsze. Dla mnie wiara jest cichą pewnością na dnie serca, skromną, ustępującą, ledwie się tlącą iskierką, od której co jakiś czas wybucha wielki płomień, który grzeje moje zziębnięte jestestwo.

Był mi potrzebny taki dzień.

Dzisiaj usłyszałam o miłości do samej siebie i o przebaczeniu. Te tematy przewijają się na moich stronach bardzo często. Odmawialiśmy wspólnie modlitwę przebaczenia wszystkim ludziom, którzy zranili nas w życiu. Cały czas myślami byłam przy swoim ojcu.
Zawiesiłam się na wspomnieniu o nim. Dziś miałam okazję go pożegnać. Docenić to, co dostałam od niego dobrego i dostrzec w nim zagubionego człowieka. On chciał być dobry, ale nie pozwalał sobie na to. Z trudem przychodziły mu dobre gesty… Było ich tak mało, ale były.

Następną osobą, nad którą się zatrzymałam był mąż. Wybrałam go, pozwoliłam, aby się do mnie zbliżył, towarzyszył mi przez 15 lat. Wygrała choroba, ale on jako człowiek zdrowy byłby dobrym ojcem. W pamięci mam obraz jak przytula do policzka maleńkiego syna. Cieszył się nim bardzo, ale przerażały go obowiązki ojca. Nie podołał im. Z racji choroby nie był w stanie im podołać.

Ta modlitwa otworzyła inną perspektywę. Sacrum wygrało z profanum.

Klęczałam i słuchałam słów wypowiadanych przez młodego człowieka, którego życie nie oszczędziło. Wychował się w rodzinie patologicznej, albo ładniej brzmiące słowo – dysfunkcyjnej. Matka zostawiła ich kiedy miał 1,5 roczku. Chciała go sprzedać. Niosła go zapakowanego w torbie, kiedy zatrzymał ją ktoś z rodziny. Była alkoholiczką, tak samo jak jego ojciec. Chłopak doświadczył wiele zła. Później był w grupie przestępczej a dziś potrafi pięknie się modlić. Łysa głowa i zarośnięta twarz – wygląd niepokornego a piękne serce. Powtarzałam w myślach wypowiadane przez niego słowa i widziałam różne sytuacje z mojego życia. Łzy toczyły się po policzkach a w środku robiło się coraz więcej wolnego miejsca. Wiecie o co chodzi? Takiego spokojnego miejsca. Spokojnego i pełnego światła. To on, ten chłopak, dziś był moim terapeutą. Nie pamiętam jego imienia, ale bardzo mu dziękuję!!!

Potrzebne były mi te dni.

Szkoda, że Młody ze mną nie poszedł. Proponowałam mu. Nie chciał. Miał do tego prawo…

Czasami trzeba się zgubić, żeby później mocniej cieszyć się z własnego odnalezienia.

Film z udziałem księdza, który prowadził rekolekcje <tutaj>

***

Godzina 19:13

Piękny, słoneczny dzień. Końcówka dnia na kijach. 10 km.

Mi napisała komentarz:

Anula, piękne słowa. Bardzo ucieszył mnie Twój dzisiejszy wpis. Mam wrażenie i nadzieję, że dzisiejsza terapia dała Ci więcej niż wiele spotkań z psychoterapeutą. Może się mylę, ale chyba w tym wszystkim chodzi  przede wszystkim o to by znaleźć w sobie jak najwięcej takiego spokojnego miejsca. Myślę, że jak człowiek jest pogodzony z samym sobą, wówczas jest w stanie pogodzić się ze wszystkimi i wszystkim. I wtedy osiąga ten wewnętrzny spokój. 
Jesteś piękną osobą. Nie tylko piękną kobietą, ale i piękną wewnętrznie istotą. Kiedy czasem patrzę na Ciebie, mam wrażenie, że bije od Ciebie jakieś wewnętrzne światło. Piękne, jasne i ciepłe. ☺
Może to co powiem teraz wyda Ci się głupie, ale ciesz się z tego, czego doświadczyłaś, bo może dzięki tym koszmarom dziś jesteś taka jaka jesteś. Dobra, piękna, ciepła i pełna światła
 Jestem pewna, że przed Tobą mnóstwo cudnych, radosnych chwil, czego oczywiście życzę Ci całym serduchem ☺

Mi

Dziękuję za tyle pięknych słów :-D

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Koniec wakacji, czyli „Sylwester” w szkole. Nowy rok… szkolny.

25 sie

przepis

 

Miałam dzisiaj nie pisać, ale…

Czasami lepiej kiedy przeleję „na papier” parę słów.

Przygotowania do pracy. Wczoraj rada, początek pracy w nowym ;-) roku szkolnym. Moję dziecię, czyli junior będzie się uczył w szkole, w której pracuję. Zgroza! Grubo! Gdzieś się musi uczyć… Prawda?

Nie tu jednak jest pies pogrzebany. Chodzi o lekcję religii. Zastanawia się, czy brać w niej udział. Fakt, ja uczę tego przedmiotu i drugi fakt, głęboka uraza do wizyt w kościele po przejściu etapu przygotowania do bierzmowania. Jego oczywiście. Rozmawialiśmy na ten temat w domu i dałam mu swobodę w wyborze. To jego życie, jego wybory, jego lekcje. Ja przy nim jestem i będę niezależnie jaki wybór podejmie. On deklaruję rezygnację i szanuję to. Czuję, że ta demonstracja ma też inne podłoże. Chce się zbuntować przeciwko czemuś. Taki wiek a tu mama pozwoliła. Do kościoła nie chodzi, nie modli się, mówi coś czasami pro-ateistycznie. A niech tam. Lubię słuchać niektórych jego wywodów, bo widzę jak dojrzewa, jak zmienia się jego myślenie. I co tu ukrywać – lubię z nim dyskutować. Niech ma wolność.

Powiedziałam o jego wyborze znajomej z pracy.

- No wiesz co! Ale afront dla ciebie! Też wymyślił?! Ja bym nie pozwoliła!

- A ja pozwalam. To jego życie i jego wybory.

- Ale wstyd dla ciebie. Syn katechetki…

- To jego życie.

- Też coś. Moja…

I tu popłynęła opowieść o jej dzieciach, bogobojnych chrześcijanach, modlących się w kościele. O cudzie sprawionym przez ojca Pio i ostatniej wizycie córki w Medjugorje, bo trzeba być pobożnym i modlić się. Inaczej czeka kara, choroba psychiczna, depresja i na pewno śmierć. Jedni chodzą do psychologa a ona woli chodzić do kościoła i pomodlić się.

Myślami biegłam za jej słowami i widziałam kolejne etapy mojego życia do terapii. Ja tego wszystkiego próbowałam a skończyłoby się samobójstwem. Tak się zapętliłam, że jedynym wyjściem jakie widziałam, była śmierć. Modliłam się, należałam do grup kościelnych, starałam się być cicha i posłuszna a problem narastał i nie umiałam sobie z nim dać rady. Prosiłam Boga, krzyczałam do niego i byłam na Niego zła, bo zamiast lepiej było coraz gorzej. Czasami sama modlitwa nie wystarczy, potrzebny jest kompetentny specjalista a Bóg na nas poczeka, jest przecież cierpliwy i jest zawsze przy nas. Dlatego dam wolność mojemu dziecku i co najważniejsze (i najtrudniejsze) zaakceptuję jego wybory. Krzywdy sobie tym nie zrobi a może być bogatszy w nowe doświadczenie.

Nie dyskutowałam ze znajomą, bo po co? Nauczyłam się na sąsiadce, że czasami lepiej nie dyskutować, tylko robić swoje i to co się czuje. Ona ma swój sposób na życie a ja wypracowuje sobie swój. Każdy robi to, co uważa dla siebie za najlepsze.

Zaskoczyłam znajomą swoją postawą – akceptacją wyboru syna. Ona ma plan na życie swoich córek włącznie z kierunkiem studiów.

To nie jest żadna ujma na honorze pozwolić dziecku dokonywać wyborów. Niech uczą się samodzielności. Poczułam satysfakcję i zdziwienie, że jednak potrafię otwarcie powiedzieć co myślę i obstać za swoim dzieckiem nawet wtedy, gdy nie w pełni podziela moje poglądy, albo poglądy większości, byleby nikogo tymi poglądami nie krzywdził.

Pożyjemy, zobaczymy, co wybierze mój syn.

I jeszcze jedna rzecz, która nie daje mi spokoju. W piątek rozmawiałam z koleżanką, której sześcioletni syn przestraszył się ukrzyżowanego Chrystusa. Katechetka w przedszkolu w drastyczny sposób przedstawiła fakt ukrzyżowania i mały w tajemnicy przed mamą zaczął przeglądać internet w poszukiwaniu informacji. Zobaczył nawet „Pasję” Gibsona. Długo nie trzeba było czekać. Zaczęły się płacze, strach, nerwowe zachowanie. Kazał w całym domu pozdejmować krzyże i pochować. Wciąż opowiadał, jaka krzywdę wyrządzili ludzie Chrystusowi i pytał dlaczego są aż tacy źli. Właściwie to wszyscy, włączane z nim są winni. Co ona ma teraz robić? Jak z nim rozmawiać, aby go uspokoić? Szkoda, że dorosłe osoby (katechetka) nie biorą pod uwagę wieku dzieci, kiedy przekazują informacje związane z wiarą i przekazują je w sposób drastyczny. Robią więcej szkody niż pożytku. Przestraszony chrześcijanin to nie jest dobry chrześcijanin. Strach nie może być środkiem do osiągnięcia celu. Poradziłam jej, aby opowiedziała małemu o czasach w których żył Jezus. Przedstawiła Go jako osobę historyczną. Odeszła od patosu religijnego i opowiedziała, jak o człowieku żyjącym w Azji Mniejszej, gdzie władza leżała w rękach Rzymian a Żydzi byli poddani uzurpatorom rzymskim. Działalność kogoś takiego jak Jezus mógł ściągnąć gniew na Żydów, więc lepiej było Go uciszyć. Krzyżowanie było wtedy najcięższą karą stosowaną przez Rzymian na najgorszych złoczyńców i miało odstraszać potencjalnych naśladowców. Naświetlić sytuację historyczną w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i w tym klimacie przedstawić całą historię ukrzyżowania. Bez emocji, ale rzeczowo, tym bardziej, że mały już nasłuchał się i naoglądał emocjonujących wystąpień. Podałam tytuły kilku filmów fabularnych przedstawiających te czasy, tylko ostrzegłam, aby oglądała je razem z dzieckiem i tłumaczyła wszystkie „mocniejsze” sceny. Ówczesne czasy obfitowały w drastyczne zdarzenia. Koleżanka była zdziwiona, że tak można. Tak normalnie opowiedzieć o czymś, co u nich wywołało takie emocje. Może właśnie tych emocji było za dużo? Teraz trzeba powiedzieć o tym rzeczowo i spokojnie. Winszuje katechetce  :roll: , za podejście do tematu. Dzięki takim ludziom w Kościele będzie coraz więcej wystraszonych wiernych.

Nasza wiara jest piękna i może przynieść wiele radości. Dać nadzieję i wytchnienie a nie być powodem stresów. Ja inaczej spojrzałam na sposób przeżywania wiary po przeczytaniu książki „Moc uwielbienia” a później po rekolekcjach w Zambrowie. 

Super o dylematach związanych z wiarą mówi ks. Pawlukiewicz, albo ks. Kaczkowski. Warto znaleźć w internecie i posłuchać.

No i miałam dziś nic nie pisać. Hahahahaha

Po głowie „chodzi” mi jeszcze parę cytatów z książki Reginy Brett „Jesteś cudem”, ale to w następnych wpisach.

Wpisu można posłuchać przez aplikację Audioblog logo_audioaudioblog_small_white1-300x102.png

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Słowo na niedzielę ;-)

31 maj

Trzy opowieści na niedzielę – nie moje niestety. Opowieści napisane duszą ;-) a jak wiadomo o duszy zaczął mówić już Platon, czyli czasy długo przed chrześcijaństwem. Opowieści o wierze, Bogu, byciu człowiekiem , ale dobrym człowiekiem.  Autorem opowieści nie jest chrześcijanin  :roll:

awakening-675330_640Przechodzimy do meritum, czyli do opowieści. Celowo ukryłam nazwy miejscowości i imiona, bo wtedy opowieść „robi” się bardziej uniwersalna. No dobra, a więc:

 

O soli i Bogu 

Mędrzec miał syna. Kiedy syn ukończył studia nad Pismami, dumny powrócił do domu. Jednak jego wiedza, chociaż opanował wszystkie przedmioty znakomicie, wciąż była niepełna. Mędrzec postanowił nauczyć syna, jak dostrzec Ducha w Materii. Uczynił to w następujący sposób. Pewnego dnia, wręczając synowi woreczek soli, rzekł:

- Wsyp sól do wody i przyjdź do mnie rano.

Młodzieniec uczynił to, o co poprosił go ojciec i rano przyszedł do niego. Ojciec rzekł:

- Daj mi proszę sól, którą wrzuciłeś wczoraj do wody.

- Nie ma jej – odrzekł młodzieniec – ponieważ się rozpuściła.

- Skosztuj wodę z tej strony naczynia – poprosił – Jaki ma smak?

- Słony.

- Skosztuj wody ze środka. Jaka jest?

- Słona.

- Skosztuj wody z drugiej strony naczynia. Jaka jest?

- Także słona.

- Wylej ją.

Młodzieniec uczynił to i zauważył, że kiedy woda wyparowała, sól znów się pojawiła. Wówczas mędrzec rzekł:

- Nie możesz, mój synu, dostrzec tutaj Boga, ale tak naprawdę On cały czas tutaj jest.

 

Bhakta w Watykanie – papież we Wrindawan

Pewnego razu Bhakta z Indii odwiedził Watykan, stolicę katolicyzmu. Spotkał się z Papieżem i został oprowadzony po jego rezydencji. W jednym z gabinetów zauważył rzucający się w oczy, złoty telefon. Zapytał uprzejmie cóż to za niezwykły aparat i dowiedział się, że przez ten telefon Papież konsultuje się z Panem Bogiem w ważnych sprawach. Bhakta wyraził chęć porozmawiania przez ten niezwykły telefon. Po naradzie kardynałów otrzymał zgodę i zostawiono go w gabinecie. Po kilku minutach Bhakta wyszedł i oznajmił zadowolony, że rzeczywiście linia działa i że rozmawiał z Bogiem. Sekretarz Papieża przedstawił mu rachunek za rozmowę, który wynosił kilka tysięcy Euro. Zaszokowany Bhakta zapytał, czemu tak drogo, na co usłyszał odpowiedź, że jest to linia zagraniczna bezpośrednio do samego Nieba, co nie jest tanie. Chcąc nie chcąc Bhakta uzbierał potrzebną kwotę i opuszczając Watykan zaprosił Papieża do Wrindawan, świętego miejsca pielgrzymek w Indiach.

Kiedy Papież przybył do Wrindawan, przywitał go wielki tłum śpiewających i grających na bębnach pielgrzymów. Było upalnie, w powietrzu unosił się kurz. Na ulicach Wrindawan widać było nędzę i biedę Indii tak, jak opisywana jest w gazetach czy pokazywana w telewizji. Papież patrzył z wielkim współczuciem na biednych, choć sprawiających wrażenie szczęśliwych mieszkańców Wrindawan. Na koniec wizyty ofiarował Bhakcie czek opiewający na wysoką sumę przeznaczoną na pomoc humanitarną głodującym mieszkańcom Indii. Żegnając się z Bhaktą Papież zapytał z ciekawością:

- Intryguje mnie jedno, macie tu taką biedę, a widziałem wiele osób korzystających z publicznych telefonów. Dokąd oni tak dzwonią? - Ach – odpowiedział Bhakta – mamy tutaj także bezpośrednią linię do Boga.

Zaintrygowany Papież wyraził chęć rozmowy z Bogiem. Zaprowadzono go do najbliższej drewnianej budki telefonicznej, gdzie zamknąwszy się, zaczął rozmawiać z ożywieniem z Bogiem. Po kilku godzinach z niechęcią odłożył słuchawkę i wyszedł z budki. - To niezwykłe. Cóż za doskonała jakość połączenia. I rozmawiało mi się całkiem inaczej… – Papież spojrzał na Bhaktę i zapytał – A ile będzie mnie kosztować ta rozmowa?

Bhakta zwrócił się do kogoś w języku hindi i po chwili powiedział: – Dziesięć rupii.

Papież był zaszokowany.

- Dziesięć rupii!? – powtórzył – Tylko dziesięć rupii!? Przecież rozmawiałem kilka godzin!

- Tak – odpowiedział Bhakta – Ale to było połączenie lokalne.

Morał: Nie bądź taki dumny ze swojej religii czy swojego kontaktu z Bogiem – inni mogą być bliżej Absolutu, niż ci się wydaje.

 

 

Dwóch braci i pastor 

Żyło sobie dwóch złych braci. Byli bogaci i używali pieniędzy, aby ukrywać swoje złe sprawki przed opinią publiczną. Uczęszczali regularnie do kościoła, aby pozować na przykładnych chrześcijan. Pewnego dnia ich proboszcz odszedł na emeryturę a, w jego zastępstwie, pojawił się nowy. Nie tylko przejrzał pozory, jakie stwarzali bracia, ale także potrafił wyrazić sprawiedliwą i prawdziwa opinię, co sprawiało, że wiernych zaczęło przybywać. Nowy proboszcz rozpoczął zbieranie funduszy na nowy kościół. W tym samym czasie jeden z braci umarł. Na dzień przed pogrzebem pojawił się u proboszcza drugi brat i wręczył mu czek opiewający na sumę brakująca do ukończenia nowego budynku kościoła.

- Mam tylko jeden warunek – powiedział – Na pogrzebie, musi proboszcz powiedzieć, że mój brat był świętym.

Ksiądz dał słowo, że tak zrobi i zrealizował czek. Następnego dnia na pogrzebie, pastor nie powstrzymywał się i mówił:

- Był złym człowiekiem; oszukiwał żonę i znęcał się nad rodziną.

Po całej litanii grzechów ksiądz zakończył mowę pogrzebową, mówiąc:

- Ale, w porównaniu do swojego brata, był to święty człowiek.

 

Źródło:  www.himavanti.org

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet

 
 

  • RSS