RSS
 

Notki z tagiem ‘Strach’

Idą święta… Dajmy sobie trochę ciepła ♥

18 gru

 

Idą, idą, już są bardzo blisko…

Malutka już zrobiła śliczną choinkę

Ja myślę o prezentach dla najbliższych

Nie tylko święta, ale też rocznica zamieszkania w gniazdku.

Rok temu drapałam ściany, malowałam, czyściłam, ustawiałam, wierciłam i wbijałam kołki, zakładałam klosze…

Cudowna niedziela…

Dlaczego cudowna?

Bo spokojna, zaciszna, domowa, z zapachem smacznej zupy grochowej…

Znalazłam własne, osobiste szczęście…

Zaciszne i spokojne miejsce. Moje gniazdko…

Gdzieś tam, na zewnątrz, drą koty…
Polska się podzieliła na dwa obozy skaczące sobie do gardeł.
Obóz osób, które nie mogą się pogodzić, że stracili władzę i obóz osób, które tę władzę uzyskały.
Dzielą się, obrzucają inwektywami, dręczą…

Przestałam oglądać wiadomości.
Stronię od dyskusji politycznych
Coraz rzadziej „wchodzę” na Facebooka…
Mam wrażenie, że ludzie nie chcą spokoju, nie chcą zgody. Walczą
Media podsycają podziały. Czynią je bardziej transparentnymi.

Ostatnio kwestowałam dla Caritasu.
Chodzę z kijami dla „Orkiestry” – „Kilometry dla WOŚP”.
Wspieram, bo wiem, że robią wiele dobrego. Siostra ma bezpłatne rehabilitacje w Caritasie a w szpitalach jest wiele urządzeń opatrzonych czerwonym serduszkiem.

Czemu ludzie muszą się tak dzielić, tak pokazywać, kto jest ważniejszy, albo kto ma rację. Wspólnie mogliby zrobić wiele dobrego, ale nie…
Rekompensują własne braki krzykiem i agresją…

Wolę mój osobisty spokój

Wolę moje osobiste szczęście

Najważniejsze to robić swoje najlepiej jak się umie

Reszta niech pozostanie milczeniem

 

Za dużo przeszłam. Przerażają mnie te wrzaski, agresja, medialne burze…

Dajmy sobie trochę ciepła, uśmiechu, spokoju, dobra…

Wiem, to marzenia naiwnej altruistki

Ale to piękne marzenia…

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Co wspólnego ma siostra Anastazja i popsuty samochód???

13 lis

Niedziela

Wczoraj zaszalałam ;-)

A dziś mogę siedzieć nad kawką i pysznym serniczkiem :-)

Tak, zaszalałam w kuchni. Nienawidzę gotować, ale kiedy to robię, gotuję bardzo smacznie. Taki myk…

Krokiety z kapustą w lodówce a pyszny serniczek w połowie już zjedzony. Gorący smakuje najlepiej. Taki nietypowy sernik. Ser przełożony ciemnym, czekoladowym ciastem i upieczony. Przepis siostry Anastazji.

W mieszkaniu cieplutko

Niedziela

I muzyczka Michaela Buble

Slow

Czego chcieć więcej????

W środę terapii nie będzie

Jadę za to z dzieciakami (uczniami) do Muzeum POLIN na spotkanie z ludźmi ze stowarzyszenia Dzieci Holokaustu…

Dobrze, że nie będę musiała jechać w środę rano na terapię, bo jestem uziemiona – samochód odmówił posłuszeństwa. Jest w naprawie

Wczoraj ledwie przeżyłam holowanie. Samochód bez wspomagania zamienia się w toporną kłodę. Kierownica jest nie do ruszenia a pedał hamulca można wcisnąć jedynie, kiedy się wstanie z fotela i naciśnie z całej siły, stojąc. Uffff, przeżyłam… Ale ręce zdrętwiały mi od strachu. To było ekstremalne przeżycie. Musiałam uważać, żeby nie „wpasować się” w tył samochodu, który mnie holował. Było mnóstwo zakrętów i ulic z dużym ruchem i samochód brata przede mną i niemożność hamowania… Ufff… Oczywiście brat po przyjeździe nie mógł się powstrzymać od krytyki, na co ja odpowiedziałam:
– Robiłam co mogłam… Dobrze, że przeżyłam… Tak się bałam… Zdrętwiały mi ręce… Chcę do domu!!!!
Odwiózł mnie a ja niewiele myśląc wyleciałam w pola. Musiałam odreagować nerwy. Prawie 12 km biegiem… Pobiłam swój rekord…

Wieczorem wpadłam w wir gotowania i pieczenia…

A dziś luzik i ciasteczko i kawusia ♥

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Deszczowy piździernik. Brrr

10 paź

Ostatnio charakteryzuje się wisielczym humorem.

Na środowej sesji totalna rozpierducha a właściwie moja zawiecha. Poległam na temacie listu, to jest opinii biegłych ze szpitala, w którym znajduje się mój (jeszcze) „szanowny” małżonek.

Na sesję szłam, żeby się pochwalić swoimi sukcesami. Nie widzieliśmy się przez cały wrzesień. Zaczęłam optymistycznie a skończyłam jak zwykle. Blokada i wcześniejsze wyjście. Brrr

Piździernik, wróć, październik i czarny humor. Deprecha…

Zimno na dworze i zimno w mieszkaniu. Dogrzewam piecykiem gazowym i czekam na ciepło. Na słońce, na lepszy humor i … W mordę, ale dno…

Sobotni wieczór u znajomej. Gadania co niemiara. Chociaż na chwilę oderwałam się od swojej „niedoli”. Ona jest takim „śmieszkiem” a poza tym wspaniale gotuje. Zawsze wyczuje kiedy mam doła. W sobotę pojawiła się nagle w moich progach i zaprosiła na kolację. Trochę się ociągałam z przyjściem, więc wysłała sms z wiadomością, że kolacja stygnie. Takiej wyżerki nie mogłam podarować. Poczłapałam do niej w deszczu i ze zwieszonym łbem. U niej cieplutko, milutko, smaczniutko, hmmm. To co tygryski lubią najbardziej.

Wrócę jeszcze do tego co siedzi w pamięci z byłego tygodnia. Np.  dialog z uczniem na lekcji. Oczywiście temat poniedziałkowego buntu kobiet i tematu aborcji. Sama rozpętałam dyskusję przedstawiając swój punkt widzenia. Jestem przeciw aborcji.
Jeden z uczniów zaczął mówić:
– Moi krewni mają niepełnosprawne dziecko. Jak widzę , jak bardzo się z nim męczą jestem za aborcją. Takie dzieci nie powinny się rodzić – mówił ze złością.
– Odbierasz prawo niepełnosprawnym do życia? – zapytałam
– Tak – padła odpowiedź
– Co w takim razie powiedziałbyś swojej mamie, gdyby urodziła niepełnosprawne dziecko?
Popatrzył na mnie i odparował:
– Ale nie urodziła i nie musi się męczyć!!!
– Ale…
Już nabrałam powietrza, aby przedstawić jakiś kontrargument, kiedy z boku sali odezwała się dziewczyna:
– A ja myślę, że cała ta zadyma była po to, żeby skłócić Polaków. To bardzo wrażliwy temat…
Popatrzyła w moją stronę a ja ze zdziwieniem przyznałam jej rację.
– Wiesz, dzięki za twój głos.
Kubeł zimnej wody. Zamilkłam, chociaż już miałam zamiar się kłócić. „Zbawiać świat” i przedstawiać argumenty przeciw aborcji. Ona mnie przyhamowała. Okazała się mądrzejsza ode mnie. Dziewczyna z wyglądem „emo”. Zgasiła mnie jednym zdaniem. Mnie, która deklaruję się wyważonymi poglądami.

Na podyplomowych miałam wybrać temat na zaliczenie dotyczący aborcji. Nie przebrnęłam. Wybrałam inny temat. Nie umiałam znaleźć argumentów „za”. Emocje biorą górę. Nie umiem wybaczyć mojej matce. Nie umiem jej zrozumieć. Zaskorupiłam się… Jak to mówią: rozumiem, ale nie pojmuję.

Muszę (chociaż nie wiem czy chcę) odpuścić. Za dużo negatywnych emocji. I tak moja złość niczego nie zmieni. Jestem w mniejszości i to w tej wyśmiewanej mniejszości. Tej „zacofanej”.
Medycyna jest na tak wysokim poziomie, że nawet kobiety z rakiem rodzą zdrowe dzieci.

Widziałam w wiadomościach  dwie panie z fundacji Rak’n'roll, które mimo podawanej chemii urodziły zdrowe dzieci. Gdzieś tam w świecie urodziła kobieta, której przeszczepiono macicę od matki. Głośno było o przypadku urodzenia dziecka od trójki rodziców. Wyselekcjonowano materiał genetyczny wolny od dziedziczonych chorób od dwóch matek i jednego ojca i tak zmodyfikowaną zapłodnioną komórkę wszczepiono w macicę kobiety, która urodziła zdrowe dziecko. Jedne  kobiety pragną dzieci a inne ich nie cierpią i gotowe są nawet je zabić rękami lekarzy.

Ok, czepiam się, generalizuję, jestem tendencyjna, itp.,

W środę B chciał mi dać namiary na jakąś panią, która jest od problemów przemocy w rodzinie, od „niebieskiej linii”. My wciąż się boimy, co będzie, jeżeli J wypuszczą.
Czytając opinię biegłych zobaczyłam, że on ma plany na życie – chce założyć firmę, zatrudniać pracowników a przede wszystkim wrócić do żony i dzieci, do domu. Wie co zrobił, ale brak w jego słowach krytycyzmu co do swojej postawy.  Gdyby wrócił… Nie chcę nawet myśleć.
Rodziny chorych nie mają żadnych praw. W sprawie J trzy razy orzekali biegli o tym, że należy go umieścić w zakładzie a sąd wciąż zawieszał decyzję. Nawet wyrok umieszczenia go w zakładzie nie został wykonany. Nikomu się nie chciało umieścić go w szpitalu. Życie sobie, prawo sobie. B coś tłumaczył, zachęcał, mówił. Nie słuchałam go. Zapytałam „co to da?”. No, przecież nic to nie da. Trzeba realnie patrzeć na życie a nie idealizować. Takie jak ja muszą sobie radzić same. Psychiczni maja pomoc i ochronę a tacy jak ja mają strach i wycofanie. Dlatego mam dość. Znów zaczną się się wizyty w sądach… ale też jestem świadoma swojej bezsilności i znikomej ważności tego co mam do powiedzenia.
Jestem za cicha i nie umiem „wznosić okrzyków” i „pluć jadem”. Zwłaszcza ten jad by się przydał. Pod koniec miesiąca będzie sprawa z udziałem J w sądzie.

Mam „złe dni”.

Na niedzielę przestali grzać. W mieszkaniu zimno. Zimny wychów. W sobotę u znajomej było tak gorąco, że trudno było wytrzymać. A w domu zimno. Może zaczną grzać jak uczniowie przyjadą do internatu. Taki urok mieszkania przy szkole – w tygodniu, jak są lekcje jest w miarę ciepło a w sobotę i niedzielę radź sobie sama. Niezła oszczędność. Przecież tak ogrzewane pomieszczenia łatwiej łapią wilgoć i grzyb, no ale… Przecież są mądrzejsi. Remont jest tańszy od grzania :-( a za lekarzy przecież dyrektor nie będzie płacił…

Ok, myślmy pozytywnie

Jak to mówią psycholodzy, wymyślmy 5 pozytywów.

1. Mam wspaniałe dzieciaki :-)

1. Mam mieszkanie

2. Mam spokojne życie

3. Mam pracę

4. Mam terapeutę

5. Jestem zdrowa

5. Mam wspaniałe dzieci – hmmm ten punkt powinien być numerem 1  a więc… do góry go!

5. Może po południu pójdę na kije. Może??? Na pewno!!!

5. A co jak będzie padać???

5. Jak będzie padać, to też pójdę!!!!

Tylko dlaczego mam takiego doła???

Wszystko przez ten piździernik :-(

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Niełatwy wpis. Niełatwy i nieładny…

18 maj

Dziś niełatwy wpis. Niełatwy i nieładny a miejscami nawet wulgarny.
Wpis najpierw umieściłam w brudnopisie, ale pomyślałam sobie o osobach, które czytają mojego bloga. W wyobraźni mam osoby, które są spętane wszystkimi „nie wypada”, „tak nie można”, „a co ludzie powiedzą”, „To wstyd”, „nie jestem ważna”, „liczą się inni i ich potrzeby”, „jestem głupia”, itp. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Życie to nie tylko pogoń za szczęściem i gęba rozdziawiona zachwyceniem i radością.

Dziś trudna terapia… Ok, podzielę się z wami moimi przemyśleniami.
Uwaga, jeżeli jesteś wrażliwy na punkcie wiary, albo moralności, lepiej tego nie czytaj. Możesz poczuć się urażony/a !

***

Dziś wizyta była
Nie chcę mi się opisywać jej przebiegu

Nie chce mi się…

Jechałam z niepewnością, ale bawara stała

Zauważyłam ze zdziwieniem, że nie jest biała, ale srebrna.

Nie spieszyłam się. Pomyślałam, że bez sensu jest się denerwować. Mówić coś. To i tak nic nie zmieni.
Co jest w środku, w głowie? Strach przed agresją innych. Ja powiem, wykrzyczę i spotkam się z agresją, odrzuceniem, niezrozumieniem. A tak nie chcę, więc łatwiej trwać w stuporze, w zacięciu. Nie ranić innych, nie denerwować ich. Lepsza implozja, niż eksplozja. Ofiarą będę tylko ja a innych uchronię od szkód.

To on wymyślił. Ja tylko przytakiwałam.

Wiele myśli w głowie. Jakiś tajfun, którego nie jestem w stanie ogarnąć. Kręci się w tej mojej makówce. Czuję niepokój, zdenerwowanie.
Było parę tematów, dla mnie bardzo atrakcyjnych, w które weszłabym jak w masło. Nie dałam się wkręcić, nie chciałam się nimi zajmować.  Ważna byłam ja a nie historie innych.

Głupia ściana, mur, szyba – tłumione emocje – to wszystko nie pozwalało mi na powiedzenie tego, o czym myślałam. Nie pierwszy raz.

On powiedział, że jego matka dopiero po 10 latach terapii uporała się ze swoimi demonami.

Popatrzyłam na niego i wypaliłam:
– Ile masz jeszcze do emerytury?
– Myślę, że zdążymy…
– Niezła perspektywa – powiedziałam z krzywym uśmiechem.

Na koniec podnosząc się z fotela, skrzywił się, jakby dorwał go ból korzonków. Chciałam powiedzieć, żeby o siebie zaczął dbać, bo moja terapia jeszcze nie jest skończona. Pojawiła się odrobina paniki w mojej głowie?! Odrobina, ale ugryzłam się w język i nie skomentowałam jego skrzywionego chodu.
Okularnika też chciałam uzdrawiać od raka podstawnokomórkowego skóry. Przestraszyłam się, że jak umrze, to ja nie będę miała gdzie mieszkać, więc załatwiłam mu szpital i operację. Przypilnowałam, „uzdrowiłam”, i dowiedziałam się przy okazji o zatajonej relacji z inna kobietą. Był jak ciele, które ssało dwie matki. Zabolało mnie a mieszkania i tak omal nie straciłam…
Takie skojarzenie…

Terapia długoterminowa.

Powiedziałam, że mu nie ufam całkowicie. Nie umiem. To, że chodzę na terapię, to i tak dużo. To, że buduję jakąś relację z nim, to dla mnie duży wysiłek. Gdzieś z tyłu głowy pojawiają się obrazy pijanego ojca, agresywnego męża, samotności, mojego krzyku w lesie, gdzie do drzew żaliłam się, jak mi jest bardzo źle i wygrażałam Temu w górze, że jest niezłym skurwielem, bo nic w moim przypadku nie robi. W lesie odpowiadał mi szum drzew, świergot ptaków i mój głośny szloch.
W domu, przed rodzicami nie złościłam się. A właściwie raz – kopnęłam w zabytkowe krzesło tak, że wyłamałam nogę. Matka była wściekła i nazwała mnie kurwą a ojciec nie powiedział nic. Popatrzył na krzesło i na mnie i cicho powiedział:
– To się sklei…
Nic więcej. Rozczulił mnie tym. Byłam mu wdzięczna za brak wrzasku.
Wytresowano mnie, że złość to krzyk i agresja, że trzeba głośno krzyczeć, żeby inni nas słuchali i coś dla nas robili. Za ten krzyk dostawałam od męża. Za każdym razem dostawałam coraz bardziej, mocniej, bardziej perfidnie i zaciekle, aż w końcu ledwo mogłam wyrwać się z jego łap…

10 lat terapii. Prawie trzy już za mną. Skończę ją jak będę miała ponad pięćdziesiąt lat. 2/3 życia będzie za mną. Do 68 zostanie niewiele. Matka zmarła w wieku 68 lat na raka. Zostało mi 24, z tego 10 trzeba odjąć na terapię. Niewiele lat zostanie na szczęśliwe życie… Zresztą co to jest szczęście…

Dużo emocji dzisiaj. W oczach szklą się łzy… Parę nawet dało radę popłynąć po policzkach. Zapiekłam się w sobie. Zapiekłam bardzo mocno… Zimno mi…

Trudno na tej terapii. Trudno, ale nie zrezygnuję…

Relacja w gabinecie bardzo mi się podoba – jest bezpieczna. Może dlatego z niej nie rezygnuję. Oprócz agresji brak w niej seksualności i jej podtekstów. Rodzi się nowy obraz mężczyzny w mojej podświadomości. Mężczyzny, który nie stanowi zagrożenia. No… napisałam to!
Podświadomie się jeżę, bo może on nie ma czystych intencji, itd – takie mam schizy, kiedy mówię, że nie ufam mu całkowicie. Moje fantazje w chwilach złości do niego są następujące: ja krzyczę, on wstaje, czerwienieje na twarzy i zaczyna bluzgać a później zaczyna tłuc na oślep a właściwie nie na oślep…
J bił po głowie. Trzymał za włosy i uderzał drugą ręką. Później chwytał za szyję i ściskał z całej siły, do momentu, aż ja traciłam oddech i przestawałam się wyrywać, wtedy dawał szansę na oddech i zaczynał od nowa… Bawił się jak kot myszą… A później był „seks”. Kurwa, czy ja wyrzucę z głowy te obrazy?

Łzy toczą się powoli po policzkach… W środku wszytko boli… Trudne te sesję…

***

Rozmawiałam z młodym człowiekiem. Niby niepokorny, ale jednak spokojny. Niby się burzy, ale wciska na siebie „kaganiec” dobrego zachowania. Dwa w jednym…
20 lat. Po drodze uzależnienie od alkoholu, narkotyków, hazardu. Bogate doświadczenie w tak młodym wieku.
W szkole stara się być spokojny. Dużo pomaga, zwłaszcza nauczycielkom. Jest dżentelmenem dla pań – przepuszcza je w drzwiach, nie używa złych określeń, uśmiecha się miło i spogląda na nie z ukosa, z pochylonej głowy…

Siedzi bardzo spokojnie, ale… wciąż obgryza paznokcie. Nie ma tam już właściwie co obgryzać i czasami pojawia się krew…

Uśmiecha się…

Ciemne, niespokojne oczy przeskakują po przedmiotach, osobach, oknie. Nerwowy uśmiech, jakieś słowo, spojrzenie z ukosa, palce podnoszą się do ust…

Jest w nim coś niepokojącego, jakaś niewypowiedziana historia…

Wczoraj uchylił „drzwi” do swojego świata.

Słuchałam i nie wiedząc, co powiedzieć, wypaliłam z głupia frant
- „Wkręcasz mnie”.

- Nie – odpowiedział z uśmiechem i nerwowym spojrzeniem w kierunku kolegi.

Jego świat do piętnastego roku życia to było życie w pełnej rodzinie. Mama, tata, rodzeństwo i… PRZEMOC ze strony MAMY. To nie była tylko przemoc słowna, to była też przemoc fizyczna. Mamusia zgasiła tego chłopaka i skrzywiła go psychicznie.
- Mama mnie biła. To nie były klapsy. Biła sznurem od żelazka. Chłopaki chodzili na basen, nad rzekę a ja wiecznie w koszulce. Kiedyś wskoczyłem do rzeki w koszulce, wyszłem mokry a chłopaki zaczęli wołać, że plecy mam czerwone. To była krew…
Nie wiem, dlaczego mnie biła. Coś poszło nie tak w pracy, pokłóciła się z ojcem, zdenerwowała się i już wiedziałem, że dostanę. Była pielęgniarką. Miała nerwową pracę. Później bała się zwolnienia. Zawsze miała powód. Ojciec od niej odszedł, ja zostałem. Później i ja nie wytrzymałem. Uciekłem do ojca. Teraz mam spokój. Została siostra. Do niej matka też wyciąga ręce. Chcemy, żeby przeniosła się do nas. Szkoda mi jej… Do matki nie czuję nienawiści… – spojrzał na mnie i nerwowo zaczął obgryzać skórki przy paznokciach.

Jutro pewnie znów się upije, albo zrobi coś jeszcze, żeby nie czuć…

Nie, nie jest agresywny. Jest spokojny, z przyklejonym uśmiechem i nerwowymi ruchami, chociaż na krześle siedzi spokojnie, albo kładzie głowę na rękach, na ławce, jakby spał…

Ja mogę go tylko wysłuchać…

Kończy szkołę w czerwcu

Na lekcji wita mnie zapytaniem:- Proszę pani a co dzisiaj obejrzymy?

****

Tak jakoś połączyłam te dwie historie, wspólnym mianownikiem – agresją i przemocą.

Przemoc i agresja kiedyś mijają, ale w głowie pozostają drzazgi i ropieją i bolą…

Trudno się je usuwa

Też boli

Kiedy zdecydujemy się je usunąć, rana się zagoi. Pozostaną blizny…

Kiedyś przeczytałam piękny wiersz ks. Jana Pałygi o bliznach – „Blizny w człowieku”

Możecie też go przeczytać.

Wiersz jest >>>tu<<<

Mały fragmencik:

„Płyniemy bowiem przez czas

A życie nie jest snem

Tylko drogą do wieczności”

Czasami chciałabym, aby życie było snem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

Rzeczywistość, która zaczyna się burzyć. I to ma być dobre :-O

31 mar

Czwartunio, o czwartunio…
Mówią środa minie, tydzień zginie…
I ginie. Bardzo szybko.

Środa też minęła. Bardzo grzecznie udałam się na terapię. Terapeuta wspaniałomyślnie oznajmił już w poniedziałek, że będzie w środę (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu).  Znów wszystko było przeciwko mnie tego dnia – czas się dziwnie skurczył. Wyjechałam późno. Znów wiele samochodów przede mną na wiadukcie. Przyjechałam parę minut po ósmej. Wypasiony samochód terapeuty już stał przed przychodnią. Bawara, jakby nie patrzył, prezentuje się pięknie, nawet w białym kolorze. Może jest trochę toporna w kształcie, ale podobno niezawodna (jak audi). Audi ma ładny kształt – mam rocznik 95 i pomimo wieku wygląda pięknie i pięknie się prowadzi.

Pamiętam jak ją kupowałam. Miałam odłożone pieniądze. Niewiele, jak na kupienie samochodu. Ciężko zapracowane w dwóch pracach.
Pojechałam z bratem do komisu i zaczęliśmy oglądać. Jemu w oko wpadło czerwone audi. - Piękne – pomyślałam i zerknęłam na cenę. Kilkanaście tysięcy. Samochód jeszcze nie przerejestrowany – sprowadzony z Niemiec. 
- Nie dla mnie – pomyślałam i popatrzyłam z żalem.
Brat nie ustępował. Otworzył drzwi samochodu i powiedział:
- To chociaż usiądź. Zobacz jak się siedzi w takim samochodzie.
- Ok. Usiąść mogę, ale nie stać mnie na niego.
Wsiadłam. Super. Po maluchu i uniaku to był jakiś kosmos.
Brat w tym czasie rozmawiał z właścicielem komisu.
- No to jedziemy – oznajmił mi niespodziewanie.
- Ok, ale ty prowadzisz – przesiadłam się na miejsce pasażera. Z tyłu wsiadł właściciel komisu i ruszyliśmy na jazdę próbną samochodem, na który nie było mnie stać.
W czasie jazdy okazało się, że samochód ma parę usterek, których nikt nie był w stanie naprawić. Według właściciela „nikt nie mógł wyczuć, gdzie jest zlokalizowana wada”.
- Ja wiem – odezwał się brat – ale trzeba opuścić z ceny – i zaczął się targować.
Po tych targach wyjechaliśmy z komisu do warsztatu brata MOIM samochodem.
Dzieciom w domu pokazałam zdjęcie i zapytałam, czy podoba im się auto. Syn był zachwycony i od razu zapytał, czy to nowy nabytek wujka. Skłamałam, że tak. Dwa tygodnie po świętach auto było gotowe do odbioru i tak stałam się właścicielką „rudej ślicznotki”. Służy nam już piąty rok. Wozi od gór aż po morze – bardzo bezpiecznie.

Ale ja tu gadu, gadu w was pewnie skręca z ciekawości jak środowa sesja przebiegła.

W przychodni zobaczyłam dawno już nie widzianą panią doktor, terapeutkę i piękna kobietę. Poznałam ją w grupie teatralnej. Młoda, zdolna, mądra a do tego piękna.

No, ok. Tym razem z sesji nie wyszłam. Bardzo się denerwuję tymi spotkaniami. Niby jestem spokojna i ułożona a tam, w gabinecie cała „chodzę”. Przestawiam stopy, „siadam” na dłoniach, albo gestykuluję nimi. Pomimo tego, że siedzę, to cała „chodzę” i nie mogę nad tym zapanować. Nie patrzę na terapeutę. Ostatnio jestem wpatrzona w okno, albo drzwi, albo na plakat przedstawiający Buddę i przypominają mi się opowieści zen, o tym co tu i teraz. No tu i teraz jestem na terapii, więc płyną słowa, albo słychać… ciszę. „Mielę” później te słowa w swojej głowie przez wiele dni. Niby nic się nie dzieje, ale tak naprawdę dzieje się wiele.
Okazało się, że moje wyjście z ostatniego spotkania pokazało o mnie więcej niż całe te moje ponad dwuletnie spotkania. Dla mnie to jakiś kosmos. To burzy cały mój porządek. To, że nie wytrzymałam i wyszłam cała w emocjach jest pozytywne. Ja tego nie rozumiem, ale on tak… Postrzega to bardzo pozytywnie, zupełnie inaczej niż ja. Ja te dwa tygodnie, kiedy terapii z różnych powodów nie było,  traktowałam jak jakąś wstrętną prowokację, odwet za to, że wyszłam i nie chciałam „dłubać w sobie” a on tym czasem mówi zupełnie co innego. Świat stanął na głowie. To co, powinnam wrzeszczeć, trzaskać drzwiami, wykłócać się o swoje? Jakaś schiza :-( Moja rodzina byłaby wstrząśnięta (moim niegrzecznym wyjściem) a on jest z tego zadowolony. Mój stary świat się rozwala a on mówi „to było najlepsze co zrobiłaś przez dwa lata”. Nie ogarniam…

Dalej mu nie ufam…

Gubię się…

Spotykam się z facetem, który umie słuchać, nic za to nie chce i nie jest agresywny. Kosmos… Dla was to pewnie śmieszne? A dla mnie? Czuję się jak na kruchym lodzie, który pęka i szybko zaczyna się kruszyć. Obawiam się głębiny pod stopami. Moja strefa dotychczasowego „komfortu” kończy się. Dotarłam do ściany… Co będzie?

Powiedziałam mu o tym. Powiedziałam też, że wątpię, czy mi pomoże. Nie przeszedł tego co ja. Nie znam go, więc nie mam żadnego punktu zaczepienia. Plotki, które słyszę na jego temat są tylko „legendą”. Jakaś totalna próżnia. Wiem, mogę przerwać terapię. Mogę nie przychodzić i miałabym spokój. Mogę, ale intuicja pcha mnie do poznania siebie. Tam, w gabinecie czuję… no właśnie, nie wiem nawet co czuję. Złość, czy strach? Przeczytałam fajny artykuł w „Zwierciadle”, i dowiedziałam się, że ból w klatce piersiowej to oznaka ukrywanego strachu. Kiedy mnie boli w klatce piersiowej mówię, że to od złości. Takiej hamowanej złości a tu chodzi o strach. I znów się pogubiłam. Czyżbym zamiast złości wciąż czuła strach? Zmagazynowałam tego strachu ogromne pokłady, bo czasami boli jak cholera i gdybym nie miała świadomości, że to ból psychosomatyczny, ganiałabym po lekarzach, robiła wciąż nowe EKG i mówiła o grożącym mi zawale, bo objawy są bardzo podobne. Opis strachu z artykułu: „Rejestrowany jest przez ściśnięcie żołądka, skurcze, oziębienie, krew odpływającą z mózgu, zawroty głowy, słabość oraz ucisk w klatce piersiowej. Skrajny strach sprawia, że chcesz uciec. Kiedy silny strach zmienia się przerażenie, paraliżuje nas.” – wypisz, wymaluj – ja na terapii. Mówię często „mam spokój” a nadal się boję… Na terapii mówię, że jestem zła na niego, za przekładanie wizyt a tu taki myk…

Nic już nie wiem. To co kiedyś uznawałam za dobre, teraz ukazuje nowe oblicze. Jakiś matrix…

No, ok 22:00. Jestem bardzo zmęczona. Koniec na dzisiaj. Kłopoty i myślenie zostawiam na jutro. Idę spać.

Dobranoc :-D

Please dont coll ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie