RSS
 

Notki z tagiem ‘Strach’

Idą święta… Dajmy sobie trochę ciepła ♥

18 gru

 

Idą, idą, już są bardzo blisko…

Malutka już zrobiła śliczną choinkę

Ja myślę o prezentach dla najbliższych

Nie tylko święta, ale też rocznica zamieszkania w gniazdku.

Rok temu drapałam ściany, malowałam, czyściłam, ustawiałam, wierciłam i wbijałam kołki, zakładałam klosze…

Cudowna niedziela…

Dlaczego cudowna?

Bo spokojna, zaciszna, domowa, z zapachem smacznej zupy grochowej…

Znalazłam własne, osobiste szczęście…

Zaciszne i spokojne miejsce. Moje gniazdko…

Gdzieś tam, na zewnątrz, drą koty…
Polska się podzieliła na dwa obozy skaczące sobie do gardeł.
Obóz osób, które nie mogą się pogodzić, że stracili władzę i obóz osób, które tę władzę uzyskały.
Dzielą się, obrzucają inwektywami, dręczą…

Przestałam oglądać wiadomości.
Stronię od dyskusji politycznych
Coraz rzadziej „wchodzę” na Facebooka…
Mam wrażenie, że ludzie nie chcą spokoju, nie chcą zgody. Walczą
Media podsycają podziały. Czynią je bardziej transparentnymi.

Ostatnio kwestowałam dla Caritasu.
Chodzę z kijami dla „Orkiestry” – „Kilometry dla WOŚP”.
Wspieram, bo wiem, że robią wiele dobrego. Siostra ma bezpłatne rehabilitacje w Caritasie a w szpitalach jest wiele urządzeń opatrzonych czerwonym serduszkiem.

Czemu ludzie muszą się tak dzielić, tak pokazywać, kto jest ważniejszy, albo kto ma rację. Wspólnie mogliby zrobić wiele dobrego, ale nie…
Rekompensują własne braki krzykiem i agresją…

Wolę mój osobisty spokój

Wolę moje osobiste szczęście

Najważniejsze to robić swoje najlepiej jak się umie

Reszta niech pozostanie milczeniem

 

Za dużo przeszłam. Przerażają mnie te wrzaski, agresja, medialne burze…

Dajmy sobie trochę ciepła, uśmiechu, spokoju, dobra…

Wiem, to marzenia naiwnej altruistki

Ale to piękne marzenia…

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Co wspólnego ma siostra Anastazja i popsuty samochód???

13 lis

Niedziela

Wczoraj zaszalałam ;-)

A dziś mogę siedzieć nad kawką i pysznym serniczkiem :-)

Tak, zaszalałam w kuchni. Nienawidzę gotować, ale kiedy to robię, gotuję bardzo smacznie. Taki myk…

Krokiety z kapustą w lodówce a pyszny serniczek w połowie już zjedzony. Gorący smakuje najlepiej. Taki nietypowy sernik. Ser przełożony ciemnym, czekoladowym ciastem i upieczony. Przepis siostry Anastazji.

W mieszkaniu cieplutko

Niedziela

I muzyczka Michaela Buble

Slow

Czego chcieć więcej????

W środę terapii nie będzie

Jadę za to z dzieciakami (uczniami) do Muzeum POLIN na spotkanie z ludźmi ze stowarzyszenia Dzieci Holokaustu…

Dobrze, że nie będę musiała jechać w środę rano na terapię, bo jestem uziemiona – samochód odmówił posłuszeństwa. Jest w naprawie

Wczoraj ledwie przeżyłam holowanie. Samochód bez wspomagania zamienia się w toporną kłodę. Kierownica jest nie do ruszenia a pedał hamulca można wcisnąć jedynie, kiedy się wstanie z fotela i naciśnie z całej siły, stojąc. Uffff, przeżyłam… Ale ręce zdrętwiały mi od strachu. To było ekstremalne przeżycie. Musiałam uważać, żeby nie „wpasować się” w tył samochodu, który mnie holował. Było mnóstwo zakrętów i ulic z dużym ruchem i samochód brata przede mną i niemożność hamowania… Ufff… Oczywiście brat po przyjeździe nie mógł się powstrzymać od krytyki, na co ja odpowiedziałam:
– Robiłam co mogłam… Dobrze, że przeżyłam… Tak się bałam… Zdrętwiały mi ręce… Chcę do domu!!!!
Odwiózł mnie a ja niewiele myśląc wyleciałam w pola. Musiałam odreagować nerwy. Prawie 12 km biegiem… Pobiłam swój rekord…

Wieczorem wpadłam w wir gotowania i pieczenia…

A dziś luzik i ciasteczko i kawusia ♥

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Deszczowy piździernik. Brrr

10 paź

Ostatnio charakteryzuje się wisielczym humorem.

Na środowej sesji totalna rozpierducha a właściwie moja zawiecha. Poległam na temacie listu, to jest opinii biegłych ze szpitala, w którym znajduje się mój (jeszcze) „szanowny” małżonek.

Na sesję szłam, żeby się pochwalić swoimi sukcesami. Nie widzieliśmy się przez cały wrzesień. Zaczęłam optymistycznie a skończyłam jak zwykle. Blokada i wcześniejsze wyjście. Brrr

Piździernik, wróć, październik i czarny humor. Deprecha…

Zimno na dworze i zimno w mieszkaniu. Dogrzewam piecykiem gazowym i czekam na ciepło. Na słońce, na lepszy humor i … W mordę, ale dno…

Sobotni wieczór u znajomej. Gadania co niemiara. Chociaż na chwilę oderwałam się od swojej „niedoli”. Ona jest takim „śmieszkiem” a poza tym wspaniale gotuje. Zawsze wyczuje kiedy mam doła. W sobotę pojawiła się nagle w moich progach i zaprosiła na kolację. Trochę się ociągałam z przyjściem, więc wysłała sms z wiadomością, że kolacja stygnie. Takiej wyżerki nie mogłam podarować. Poczłapałam do niej w deszczu i ze zwieszonym łbem. U niej cieplutko, milutko, smaczniutko, hmmm. To co tygryski lubią najbardziej.

Wrócę jeszcze do tego co siedzi w pamięci z byłego tygodnia. Np.  dialog z uczniem na lekcji. Oczywiście temat poniedziałkowego buntu kobiet i tematu aborcji. Sama rozpętałam dyskusję przedstawiając swój punkt widzenia. Jestem przeciw aborcji.
Jeden z uczniów zaczął mówić:
– Moi krewni mają niepełnosprawne dziecko. Jak widzę , jak bardzo się z nim męczą jestem za aborcją. Takie dzieci nie powinny się rodzić – mówił ze złością.
– Odbierasz prawo niepełnosprawnym do życia? – zapytałam
– Tak – padła odpowiedź
– Co w takim razie powiedziałbyś swojej mamie, gdyby urodziła niepełnosprawne dziecko?
Popatrzył na mnie i odparował:
– Ale nie urodziła i nie musi się męczyć!!!
– Ale…
Już nabrałam powietrza, aby przedstawić jakiś kontrargument, kiedy z boku sali odezwała się dziewczyna:
– A ja myślę, że cała ta zadyma była po to, żeby skłócić Polaków. To bardzo wrażliwy temat…
Popatrzyła w moją stronę a ja ze zdziwieniem przyznałam jej rację.
– Wiesz, dzięki za twój głos.
Kubeł zimnej wody. Zamilkłam, chociaż już miałam zamiar się kłócić. „Zbawiać świat” i przedstawiać argumenty przeciw aborcji. Ona mnie przyhamowała. Okazała się mądrzejsza ode mnie. Dziewczyna z wyglądem „emo”. Zgasiła mnie jednym zdaniem. Mnie, która deklaruję się wyważonymi poglądami.

Na podyplomowych miałam wybrać temat na zaliczenie dotyczący aborcji. Nie przebrnęłam. Wybrałam inny temat. Nie umiałam znaleźć argumentów „za”. Emocje biorą górę. Nie umiem wybaczyć mojej matce. Nie umiem jej zrozumieć. Zaskorupiłam się… Jak to mówią: rozumiem, ale nie pojmuję.

Muszę (chociaż nie wiem czy chcę) odpuścić. Za dużo negatywnych emocji. I tak moja złość niczego nie zmieni. Jestem w mniejszości i to w tej wyśmiewanej mniejszości. Tej „zacofanej”.
Medycyna jest na tak wysokim poziomie, że nawet kobiety z rakiem rodzą zdrowe dzieci.

Widziałam w wiadomościach  dwie panie z fundacji Rak’n'roll, które mimo podawanej chemii urodziły zdrowe dzieci. Gdzieś tam w świecie urodziła kobieta, której przeszczepiono macicę od matki. Głośno było o przypadku urodzenia dziecka od trójki rodziców. Wyselekcjonowano materiał genetyczny wolny od dziedziczonych chorób od dwóch matek i jednego ojca i tak zmodyfikowaną zapłodnioną komórkę wszczepiono w macicę kobiety, która urodziła zdrowe dziecko. Jedne  kobiety pragną dzieci a inne ich nie cierpią i gotowe są nawet je zabić rękami lekarzy.

Ok, czepiam się, generalizuję, jestem tendencyjna, itp.,

W środę B chciał mi dać namiary na jakąś panią, która jest od problemów przemocy w rodzinie, od „niebieskiej linii”. My wciąż się boimy, co będzie, jeżeli J wypuszczą.
Czytając opinię biegłych zobaczyłam, że on ma plany na życie – chce założyć firmę, zatrudniać pracowników a przede wszystkim wrócić do żony i dzieci, do domu. Wie co zrobił, ale brak w jego słowach krytycyzmu co do swojej postawy.  Gdyby wrócił… Nie chcę nawet myśleć.
Rodziny chorych nie mają żadnych praw. W sprawie J trzy razy orzekali biegli o tym, że należy go umieścić w zakładzie a sąd wciąż zawieszał decyzję. Nawet wyrok umieszczenia go w zakładzie nie został wykonany. Nikomu się nie chciało umieścić go w szpitalu. Życie sobie, prawo sobie. B coś tłumaczył, zachęcał, mówił. Nie słuchałam go. Zapytałam „co to da?”. No, przecież nic to nie da. Trzeba realnie patrzeć na życie a nie idealizować. Takie jak ja muszą sobie radzić same. Psychiczni maja pomoc i ochronę a tacy jak ja mają strach i wycofanie. Dlatego mam dość. Znów zaczną się się wizyty w sądach… ale też jestem świadoma swojej bezsilności i znikomej ważności tego co mam do powiedzenia.
Jestem za cicha i nie umiem „wznosić okrzyków” i „pluć jadem”. Zwłaszcza ten jad by się przydał. Pod koniec miesiąca będzie sprawa z udziałem J w sądzie.

Mam „złe dni”.

Na niedzielę przestali grzać. W mieszkaniu zimno. Zimny wychów. W sobotę u znajomej było tak gorąco, że trudno było wytrzymać. A w domu zimno. Może zaczną grzać jak uczniowie przyjadą do internatu. Taki urok mieszkania przy szkole – w tygodniu, jak są lekcje jest w miarę ciepło a w sobotę i niedzielę radź sobie sama. Niezła oszczędność. Przecież tak ogrzewane pomieszczenia łatwiej łapią wilgoć i grzyb, no ale… Przecież są mądrzejsi. Remont jest tańszy od grzania :-( a za lekarzy przecież dyrektor nie będzie płacił…

Ok, myślmy pozytywnie

Jak to mówią psycholodzy, wymyślmy 5 pozytywów.

1. Mam wspaniałe dzieciaki :-)

1. Mam mieszkanie

2. Mam spokojne życie

3. Mam pracę

4. Mam terapeutę

5. Jestem zdrowa

5. Mam wspaniałe dzieci – hmmm ten punkt powinien być numerem 1  a więc… do góry go!

5. Może po południu pójdę na kije. Może??? Na pewno!!!

5. A co jak będzie padać???

5. Jak będzie padać, to też pójdę!!!!

Tylko dlaczego mam takiego doła???

Wszystko przez ten piździernik :-(

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Niełatwy wpis. Niełatwy i nieładny…

18 maj

Dziś niełatwy wpis. Niełatwy i nieładny a miejscami nawet wulgarny.
Wpis najpierw umieściłam w brudnopisie, ale pomyślałam sobie o osobach, które czytają mojego bloga. W wyobraźni mam osoby, które są spętane wszystkimi „nie wypada”, „tak nie można”, „a co ludzie powiedzą”, „To wstyd”, „nie jestem ważna”, „liczą się inni i ich potrzeby”, „jestem głupia”, itp. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Życie to nie tylko pogoń za szczęściem i gęba rozdziawiona zachwyceniem i radością.

Dziś trudna terapia… Ok, podzielę się z wami moimi przemyśleniami.
Uwaga, jeżeli jesteś wrażliwy na punkcie wiary, albo moralności, lepiej tego nie czytaj. Możesz poczuć się urażony/a !

***

Dziś wizyta była
Nie chcę mi się opisywać jej przebiegu

Nie chce mi się…

Jechałam z niepewnością, ale bawara stała

Zauważyłam ze zdziwieniem, że nie jest biała, ale srebrna.

Nie spieszyłam się. Pomyślałam, że bez sensu jest się denerwować. Mówić coś. To i tak nic nie zmieni.
Co jest w środku, w głowie? Strach przed agresją innych. Ja powiem, wykrzyczę i spotkam się z agresją, odrzuceniem, niezrozumieniem. A tak nie chcę, więc łatwiej trwać w stuporze, w zacięciu. Nie ranić innych, nie denerwować ich. Lepsza implozja, niż eksplozja. Ofiarą będę tylko ja a innych uchronię od szkód.

To on wymyślił. Ja tylko przytakiwałam.

Wiele myśli w głowie. Jakiś tajfun, którego nie jestem w stanie ogarnąć. Kręci się w tej mojej makówce. Czuję niepokój, zdenerwowanie.
Było parę tematów, dla mnie bardzo atrakcyjnych, w które weszłabym jak w masło. Nie dałam się wkręcić, nie chciałam się nimi zajmować.  Ważna byłam ja a nie historie innych.

Głupia ściana, mur, szyba – tłumione emocje – to wszystko nie pozwalało mi na powiedzenie tego, o czym myślałam. Nie pierwszy raz.

On powiedział, że jego matka dopiero po 10 latach terapii uporała się ze swoimi demonami.

Popatrzyłam na niego i wypaliłam:
– Ile masz jeszcze do emerytury?
– Myślę, że zdążymy…
– Niezła perspektywa – powiedziałam z krzywym uśmiechem.

Na koniec podnosząc się z fotela, skrzywił się, jakby dorwał go ból korzonków. Chciałam powiedzieć, żeby o siebie zaczął dbać, bo moja terapia jeszcze nie jest skończona. Pojawiła się odrobina paniki w mojej głowie?! Odrobina, ale ugryzłam się w język i nie skomentowałam jego skrzywionego chodu.
Okularnika też chciałam uzdrawiać od raka podstawnokomórkowego skóry. Przestraszyłam się, że jak umrze, to ja nie będę miała gdzie mieszkać, więc załatwiłam mu szpital i operację. Przypilnowałam, „uzdrowiłam”, i dowiedziałam się przy okazji o zatajonej relacji z inna kobietą. Był jak ciele, które ssało dwie matki. Zabolało mnie a mieszkania i tak omal nie straciłam…
Takie skojarzenie…

Terapia długoterminowa.

Powiedziałam, że mu nie ufam całkowicie. Nie umiem. To, że chodzę na terapię, to i tak dużo. To, że buduję jakąś relację z nim, to dla mnie duży wysiłek. Gdzieś z tyłu głowy pojawiają się obrazy pijanego ojca, agresywnego męża, samotności, mojego krzyku w lesie, gdzie do drzew żaliłam się, jak mi jest bardzo źle i wygrażałam Temu w górze, że jest niezłym skurwielem, bo nic w moim przypadku nie robi. W lesie odpowiadał mi szum drzew, świergot ptaków i mój głośny szloch.
W domu, przed rodzicami nie złościłam się. A właściwie raz – kopnęłam w zabytkowe krzesło tak, że wyłamałam nogę. Matka była wściekła i nazwała mnie kurwą a ojciec nie powiedział nic. Popatrzył na krzesło i na mnie i cicho powiedział:
– To się sklei…
Nic więcej. Rozczulił mnie tym. Byłam mu wdzięczna za brak wrzasku.
Wytresowano mnie, że złość to krzyk i agresja, że trzeba głośno krzyczeć, żeby inni nas słuchali i coś dla nas robili. Za ten krzyk dostawałam od męża. Za każdym razem dostawałam coraz bardziej, mocniej, bardziej perfidnie i zaciekle, aż w końcu ledwo mogłam wyrwać się z jego łap…

10 lat terapii. Prawie trzy już za mną. Skończę ją jak będę miała ponad pięćdziesiąt lat. 2/3 życia będzie za mną. Do 68 zostanie niewiele. Matka zmarła w wieku 68 lat na raka. Zostało mi 24, z tego 10 trzeba odjąć na terapię. Niewiele lat zostanie na szczęśliwe życie… Zresztą co to jest szczęście…

Dużo emocji dzisiaj. W oczach szklą się łzy… Parę nawet dało radę popłynąć po policzkach. Zapiekłam się w sobie. Zapiekłam bardzo mocno… Zimno mi…

Trudno na tej terapii. Trudno, ale nie zrezygnuję…

Relacja w gabinecie bardzo mi się podoba – jest bezpieczna. Może dlatego z niej nie rezygnuję. Oprócz agresji brak w niej seksualności i jej podtekstów. Rodzi się nowy obraz mężczyzny w mojej podświadomości. Mężczyzny, który nie stanowi zagrożenia. No… napisałam to!
Podświadomie się jeżę, bo może on nie ma czystych intencji, itd – takie mam schizy, kiedy mówię, że nie ufam mu całkowicie. Moje fantazje w chwilach złości do niego są następujące: ja krzyczę, on wstaje, czerwienieje na twarzy i zaczyna bluzgać a później zaczyna tłuc na oślep a właściwie nie na oślep…
J bił po głowie. Trzymał za włosy i uderzał drugą ręką. Później chwytał za szyję i ściskał z całej siły, do momentu, aż ja traciłam oddech i przestawałam się wyrywać, wtedy dawał szansę na oddech i zaczynał od nowa… Bawił się jak kot myszą… A później był „seks”. Kurwa, czy ja wyrzucę z głowy te obrazy?

Łzy toczą się powoli po policzkach… W środku wszytko boli… Trudne te sesję…

***

Rozmawiałam z młodym człowiekiem. Niby niepokorny, ale jednak spokojny. Niby się burzy, ale wciska na siebie „kaganiec” dobrego zachowania. Dwa w jednym…
20 lat. Po drodze uzależnienie od alkoholu, narkotyków, hazardu. Bogate doświadczenie w tak młodym wieku.
W szkole stara się być spokojny. Dużo pomaga, zwłaszcza nauczycielkom. Jest dżentelmenem dla pań – przepuszcza je w drzwiach, nie używa złych określeń, uśmiecha się miło i spogląda na nie z ukosa, z pochylonej głowy…

Siedzi bardzo spokojnie, ale… wciąż obgryza paznokcie. Nie ma tam już właściwie co obgryzać i czasami pojawia się krew…

Uśmiecha się…

Ciemne, niespokojne oczy przeskakują po przedmiotach, osobach, oknie. Nerwowy uśmiech, jakieś słowo, spojrzenie z ukosa, palce podnoszą się do ust…

Jest w nim coś niepokojącego, jakaś niewypowiedziana historia…

Wczoraj uchylił „drzwi” do swojego świata.

Słuchałam i nie wiedząc, co powiedzieć, wypaliłam z głupia frant
- „Wkręcasz mnie”.

- Nie – odpowiedział z uśmiechem i nerwowym spojrzeniem w kierunku kolegi.

Jego świat do piętnastego roku życia to było życie w pełnej rodzinie. Mama, tata, rodzeństwo i… PRZEMOC ze strony MAMY. To nie była tylko przemoc słowna, to była też przemoc fizyczna. Mamusia zgasiła tego chłopaka i skrzywiła go psychicznie.
- Mama mnie biła. To nie były klapsy. Biła sznurem od żelazka. Chłopaki chodzili na basen, nad rzekę a ja wiecznie w koszulce. Kiedyś wskoczyłem do rzeki w koszulce, wyszłem mokry a chłopaki zaczęli wołać, że plecy mam czerwone. To była krew…
Nie wiem, dlaczego mnie biła. Coś poszło nie tak w pracy, pokłóciła się z ojcem, zdenerwowała się i już wiedziałem, że dostanę. Była pielęgniarką. Miała nerwową pracę. Później bała się zwolnienia. Zawsze miała powód. Ojciec od niej odszedł, ja zostałem. Później i ja nie wytrzymałem. Uciekłem do ojca. Teraz mam spokój. Została siostra. Do niej matka też wyciąga ręce. Chcemy, żeby przeniosła się do nas. Szkoda mi jej… Do matki nie czuję nienawiści… – spojrzał na mnie i nerwowo zaczął obgryzać skórki przy paznokciach.

Jutro pewnie znów się upije, albo zrobi coś jeszcze, żeby nie czuć…

Nie, nie jest agresywny. Jest spokojny, z przyklejonym uśmiechem i nerwowymi ruchami, chociaż na krześle siedzi spokojnie, albo kładzie głowę na rękach, na ławce, jakby spał…

Ja mogę go tylko wysłuchać…

Kończy szkołę w czerwcu

Na lekcji wita mnie zapytaniem:- Proszę pani a co dzisiaj obejrzymy?

****

Tak jakoś połączyłam te dwie historie, wspólnym mianownikiem – agresją i przemocą.

Przemoc i agresja kiedyś mijają, ale w głowie pozostają drzazgi i ropieją i bolą…

Trudno się je usuwa

Też boli

Kiedy zdecydujemy się je usunąć, rana się zagoi. Pozostaną blizny…

Kiedyś przeczytałam piękny wiersz ks. Jana Pałygi o bliznach – „Blizny w człowieku”

Możecie też go przeczytać.

Wiersz jest >>>tu<<<

Mały fragmencik:

„Płyniemy bowiem przez czas

A życie nie jest snem

Tylko drogą do wieczności”

Czasami chciałabym, aby życie było snem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

Rzeczywistość, która zaczyna się burzyć. I to ma być dobre :-O

31 mar

Czwartunio, o czwartunio…
Mówią środa minie, tydzień zginie…
I ginie. Bardzo szybko.

Środa też minęła. Bardzo grzecznie udałam się na terapię. Terapeuta wspaniałomyślnie oznajmił już w poniedziałek, że będzie w środę (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu).  Znów wszystko było przeciwko mnie tego dnia – czas się dziwnie skurczył. Wyjechałam późno. Znów wiele samochodów przede mną na wiadukcie. Przyjechałam parę minut po ósmej. Wypasiony samochód terapeuty już stał przed przychodnią. Bawara, jakby nie patrzył, prezentuje się pięknie, nawet w białym kolorze. Może jest trochę toporna w kształcie, ale podobno niezawodna (jak audi). Audi ma ładny kształt – mam rocznik 95 i pomimo wieku wygląda pięknie i pięknie się prowadzi.

Pamiętam jak ją kupowałam. Miałam odłożone pieniądze. Niewiele, jak na kupienie samochodu. Ciężko zapracowane w dwóch pracach.
Pojechałam z bratem do komisu i zaczęliśmy oglądać. Jemu w oko wpadło czerwone audi. - Piękne – pomyślałam i zerknęłam na cenę. Kilkanaście tysięcy. Samochód jeszcze nie przerejestrowany – sprowadzony z Niemiec. 
- Nie dla mnie – pomyślałam i popatrzyłam z żalem.
Brat nie ustępował. Otworzył drzwi samochodu i powiedział:
- To chociaż usiądź. Zobacz jak się siedzi w takim samochodzie.
- Ok. Usiąść mogę, ale nie stać mnie na niego.
Wsiadłam. Super. Po maluchu i uniaku to był jakiś kosmos.
Brat w tym czasie rozmawiał z właścicielem komisu.
- No to jedziemy – oznajmił mi niespodziewanie.
- Ok, ale ty prowadzisz – przesiadłam się na miejsce pasażera. Z tyłu wsiadł właściciel komisu i ruszyliśmy na jazdę próbną samochodem, na który nie było mnie stać.
W czasie jazdy okazało się, że samochód ma parę usterek, których nikt nie był w stanie naprawić. Według właściciela „nikt nie mógł wyczuć, gdzie jest zlokalizowana wada”.
- Ja wiem – odezwał się brat – ale trzeba opuścić z ceny – i zaczął się targować.
Po tych targach wyjechaliśmy z komisu do warsztatu brata MOIM samochodem.
Dzieciom w domu pokazałam zdjęcie i zapytałam, czy podoba im się auto. Syn był zachwycony i od razu zapytał, czy to nowy nabytek wujka. Skłamałam, że tak. Dwa tygodnie po świętach auto było gotowe do odbioru i tak stałam się właścicielką „rudej ślicznotki”. Służy nam już piąty rok. Wozi od gór aż po morze – bardzo bezpiecznie.

Ale ja tu gadu, gadu w was pewnie skręca z ciekawości jak środowa sesja przebiegła.

W przychodni zobaczyłam dawno już nie widzianą panią doktor, terapeutkę i piękna kobietę. Poznałam ją w grupie teatralnej. Młoda, zdolna, mądra a do tego piękna.

No, ok. Tym razem z sesji nie wyszłam. Bardzo się denerwuję tymi spotkaniami. Niby jestem spokojna i ułożona a tam, w gabinecie cała „chodzę”. Przestawiam stopy, „siadam” na dłoniach, albo gestykuluję nimi. Pomimo tego, że siedzę, to cała „chodzę” i nie mogę nad tym zapanować. Nie patrzę na terapeutę. Ostatnio jestem wpatrzona w okno, albo drzwi, albo na plakat przedstawiający Buddę i przypominają mi się opowieści zen, o tym co tu i teraz. No tu i teraz jestem na terapii, więc płyną słowa, albo słychać… ciszę. „Mielę” później te słowa w swojej głowie przez wiele dni. Niby nic się nie dzieje, ale tak naprawdę dzieje się wiele.
Okazało się, że moje wyjście z ostatniego spotkania pokazało o mnie więcej niż całe te moje ponad dwuletnie spotkania. Dla mnie to jakiś kosmos. To burzy cały mój porządek. To, że nie wytrzymałam i wyszłam cała w emocjach jest pozytywne. Ja tego nie rozumiem, ale on tak… Postrzega to bardzo pozytywnie, zupełnie inaczej niż ja. Ja te dwa tygodnie, kiedy terapii z różnych powodów nie było,  traktowałam jak jakąś wstrętną prowokację, odwet za to, że wyszłam i nie chciałam „dłubać w sobie” a on tym czasem mówi zupełnie co innego. Świat stanął na głowie. To co, powinnam wrzeszczeć, trzaskać drzwiami, wykłócać się o swoje? Jakaś schiza :-( Moja rodzina byłaby wstrząśnięta (moim niegrzecznym wyjściem) a on jest z tego zadowolony. Mój stary świat się rozwala a on mówi „to było najlepsze co zrobiłaś przez dwa lata”. Nie ogarniam…

Dalej mu nie ufam…

Gubię się…

Spotykam się z facetem, który umie słuchać, nic za to nie chce i nie jest agresywny. Kosmos… Dla was to pewnie śmieszne? A dla mnie? Czuję się jak na kruchym lodzie, który pęka i szybko zaczyna się kruszyć. Obawiam się głębiny pod stopami. Moja strefa dotychczasowego „komfortu” kończy się. Dotarłam do ściany… Co będzie?

Powiedziałam mu o tym. Powiedziałam też, że wątpię, czy mi pomoże. Nie przeszedł tego co ja. Nie znam go, więc nie mam żadnego punktu zaczepienia. Plotki, które słyszę na jego temat są tylko „legendą”. Jakaś totalna próżnia. Wiem, mogę przerwać terapię. Mogę nie przychodzić i miałabym spokój. Mogę, ale intuicja pcha mnie do poznania siebie. Tam, w gabinecie czuję… no właśnie, nie wiem nawet co czuję. Złość, czy strach? Przeczytałam fajny artykuł w „Zwierciadle”, i dowiedziałam się, że ból w klatce piersiowej to oznaka ukrywanego strachu. Kiedy mnie boli w klatce piersiowej mówię, że to od złości. Takiej hamowanej złości a tu chodzi o strach. I znów się pogubiłam. Czyżbym zamiast złości wciąż czuła strach? Zmagazynowałam tego strachu ogromne pokłady, bo czasami boli jak cholera i gdybym nie miała świadomości, że to ból psychosomatyczny, ganiałabym po lekarzach, robiła wciąż nowe EKG i mówiła o grożącym mi zawale, bo objawy są bardzo podobne. Opis strachu z artykułu: „Rejestrowany jest przez ściśnięcie żołądka, skurcze, oziębienie, krew odpływającą z mózgu, zawroty głowy, słabość oraz ucisk w klatce piersiowej. Skrajny strach sprawia, że chcesz uciec. Kiedy silny strach zmienia się przerażenie, paraliżuje nas.” – wypisz, wymaluj – ja na terapii. Mówię często „mam spokój” a nadal się boję… Na terapii mówię, że jestem zła na niego, za przekładanie wizyt a tu taki myk…

Nic już nie wiem. To co kiedyś uznawałam za dobre, teraz ukazuje nowe oblicze. Jakiś matrix…

No, ok 22:00. Jestem bardzo zmęczona. Koniec na dzisiaj. Kłopoty i myślenie zostawiam na jutro. Idę spać.

Dobranoc :-D

Please dont coll ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Dywersja podświadomości

10 mar

Powoli mija moje rozdrażnienie,

Dlaczego czuję wszystkie te negatywne emocje przed środą?

Spóźniam się na wizyty, jestem zdenerwowana i wątpię w skuteczność terapii?

Mam kryzys

Takie kryzysy miałam też w związkach i wtedy rezygnowałam.

Fakt, we wszystkich moich związkach brakowało miłości z mojej strony.

Miałam misję – przerobienia na dobrą relacji z własnym ojcem.

Dziś to wiem…

Czuję do niego (terapeuty) złość, chcę wiele powiedzieć i wątpię, czy on to zrozumie. Nie przeszedł tego co ja. Co on może wiedzieć?

Wczoraj też popatrywałam na niego z ukosa z tą złością. Znów milczałam. I znów uciekłam… Bo tak łatwiej. Uciec, albo się schować.

Ja tam wrócę

Chyba, że on będzie miał inne zdanie. Nie wiem…

Wczoraj dzwoniła do mnie Mi – znajoma z ogólniaka. Mieszka niedaleko ode mnie. Nie usłyszałam dzwonka.

Czyta bloga i napisała maila. Przeczytałam i zadzwoniłam do niej. Długo rozmawiałyśmy. Długo… Zapytała, jak siebie oceniam. Odpowiedziałam, że w skali od 1 do 10, na 4. Bardzo się zdziwiła. „Jak to? Dlaczego tylko na 4? Tyle przeszłaś, a dziś tyle masz osiągnięć, że aż głowa boli. A ty tu z marną 4?”. Niestety tak mam. Małą wiarę w siebie i w swoje możliwości.

Dzięki Bogu, dziś lepiej

To poczucie jest związane z wizytami w środę. Podświadomość robi jakąś dywersję. Nie chce, żebym coś sobie poukładała, podpowiada rezygnację, wywołuje strach i poczucie beznadziei. Jeżeli teraz się poddam, zrobię najgłupszą rzecz na świecie.

Na onecie wspaniały artykuł o Kurcie Cobainie „Kurt Cobain: śpiewam przeponą, z miejsca, gdzie boli”

***

Zamieszczam na stronie, bo nie każdy wchodzi na pojedynczy wpis a chciałabym, aby każdy przeczytał:

Godzina 15:09

Właśnie wpadłam do domu, z pracy. A tu niespodzianka. Nowy komentarz Mi

Komentarz:
Anula, a teraz zamiast robić najgłupszą rzecz na świecie leć do niego i wyrzuć z siebie wszystko, wykrzycz, wyrycz, wyswobodź się ze swoich własnych szpon i… pójdź dalej z podniesioną głową zwyciężczyni swoich demonów.I nawet jeśliby nie zrozumiał, a jestem pewna, że zrozumie, to pokonasz samą siebie, swoje lęki, traumę. Będziesz mogła zamknąć pewien etap. Dopóki nie zamkniesz jednych drzwi, nie otworzysz kolejnych. Nie wierzę, że nie jesteś ciekawa ile wspaniałych rzeczy kryje się za drzwiami, których jeszcze nie otworzyłaś.

A jeśli nie chcesz zrobić tego dla siebie to przynajmniej zrób to dla dzieci. One widzą i tak jak Ty przeżywają Twoje stany. I jestem pewna, że gdzieś w głębi duszy cierpią widząc Twoją rozpacz i miotanie się. One chcą, żeby ich mama była szczęśliwą, pogodzoną ze sobą, pewną siebie kobietą. Kobietą, która z radością i satysfakcją patrzy w lustro, myśląc: jestem super babką  ☺

Mi

***

Kocham Cię – najmądrzejsza kobieto pod słońcem!

A może blog „parentingowy’? Dwie kobiety, które naprawdę wiele przeżyły. Jedna już pozbierana a druga na dobrej drodze. Co Ty na to Mi?

To byłby dopiero blog!!!!

 

***

Godz.22:04

Wywiązała się nieoczekiwana konwersacja.

Mi napisała:

Anulko, dzięki za dobre słowo Ja też Cię Kocham Jesteś jedną, jak nie jedyną tak dobrą, ciepłą i kochaną osobą, ze wszystkich które znam. I nie myśl, że Ci kadzę, bo do tego nie jestem zbyt skłonna. Po prostu mówię jak jest. Prawie jak Mariusz Max Kolonko
 
Aniutko z tym blogiem to pojechałaś po bandzie Pomysł, myślę, że ciekawy i mogłoby to być fajne przedsięwzięcie. Jednak jest jedno „ale „: czy ja dam radę?
 
A z tą moją rzekomą mądrością to niestety jest rzekoma Gdybym była mądra to nie dostałabym od życia po łbie. No, chyba, że ta mądrość to w myśl zasady : mądry Polak po szkodzie, a nawet po wielu szkodach. Trochę tylko szkoda tych szkód ale co tam, nie ma tego złego, z którego by piękne drzewo nie wyrosło
 
Mi
***
 
Hej Mała Mi, wcale nie pojechałam.  Wcale. Ja na wiele rzeczy mam zbyt poważne spojrzenie i uderzam w „wagnerowski ton” – albo będzie dobrze, albo będzie koniec świata a Ty, widzę, potrafisz „budować kładki”. Terapeuta często zwraca mi uwagę na mój sposób postrzegania świata.
Potrzebny mi budowniczy kładek.
Odpowiadam na blogu, aby Ci pokazać, że pisać potrafisz i to bardzo dobrze pisać. Wiele bym się od Ciebie nauczyła a przy okazji i wszyscy Ci, którzy czytają wpisy na blogu. Chodzi mi o podejście do życia.
Proszę więc o częste komentarze do wpisów, albo…
Pomyśl nad założeniem własnego bloga :-D
 
To dobry początek współpracy, która uznaję za otwartą :-D
 
Może dzięki temu ja też nauczę się „budować kładki” i odnajdywać złoty środek!!!
 
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Życie

 

Strach przed zmianami

26 lut

Czasami łapię się na uczuciu, że to miejsce w którym teraz mieszkam jest tylko na chwilę. Czuję się jak wtedy, gdy wyjeżdżam na wakacje. Jadę w jakieś fajne miejsce, które bardzo mi się podoba, ale wiem, że muszę wrócić. Dobrze mi się tam mieszka, spokojnie śpi, ale wiem, że niedługo wrócę…

zacmienie.jpgTak jest i teraz

Uspakajam się wtedy i karcę w duchu. Przecież to mój dom. DOM na stałe.

Jest pięknie

Jest spokojnie

I nie muszę stąd uciekać

To moje miejsce

TO MOJE MIEJSCE

Dziwne????

Nie dla mnie

Z uczniami oglądam film „Pianista”. Oglądałam go kiedyś, ale dopiero teraz mogę zrozumieć tamtych ludzi.

Ukradkiem ocieram łzy z oczu

Usłyszałam pytanie:

- Proszę pani, dlaczego oni tak potulnie to wszystko znoszą?

- Bo się boją. Strach to potężna broń.

- Ale ich jest tak dużo. Gdyby chcieli, to by czapkami zatłukli tych Niemców. A nic nie robią…

Sceny na ekranie są wstrząsające. Potulni Żydzi i agresywni hitlerowcy. Adrien Brody wspaniale wciela się w postać pianisty Władysława Szpilmana.  Na jego twarzy malują się ogromne emocje, wśród których przeważa strach, przygnębienie, ból po stracie najbliższych, ból spowodowany rzeczywistością. Jest wstrząsająco prawdziwy.

Natura ludzka – przeżyć za wszelką cenę

Starać się przeżyć umierając

Umierając ze strachu, poniżenia, wstydu, pogardy innych.

I w końcu umrzeć naprawdę.

Mechanizmy obronne, które prowadzą do śmierci a nie życia. Same sprzeczności.

Tak jakoś podświadomie skojarzyłam to z ludźmi z przemocowych domów. Obserwatorzy mogą się dziwić, że taka osoba nie ucieka, zostaje i jeszcze to racjonalizuje – mówi, że to jest po coś – i wymienia mnóstwo argumentów za pozostaniem.

Dziś znajoma zapytała jak mi się mieszka. Oczywiście odpowiedziałam, że super, na co ona:

- A widzisz, mówiłam ci już 5 lat temu, żebyś tak zrobiła. Miałabyś tyle lat spokoju, ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale…

Tak.

Ale jak trudno postawić ten pierwszy krok i jak wiele strachu to kosztuje…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Życie

 

Kto się boi Virginii Satir?

10 lut

Właśnie wróciłam

Próbowałam do czegoś dotrzeć

Do czegoś bardzo ważnego, a właściwie kogoś bardzo ważnego

Jest jeszcze bariera

- No gdzie ta bariera? Gdzie? W którym miejscu? – padło pytanie

Zwiesiłam się i długo wpatrywałam w okno.

- Jak to gdzie? – pomyślałam, a głośno – Ja nie pozwalam sobie samej na dotarcie do siebie. Ta bariera jest we mnie, w moim umyśle…

Usłyszałam historię o złamanej ręce, która się krzywo zrosła. Ten, kto miał złamaną rękę już się do niej przyzwyczaił, ale lekarz zadecydował, żeby jednak ją wyprostować i zlecił najpierw łamanie kości. Bolało. Bolało jak cholera. Ręka została złamana i zestawiona na nowo. Założono gips. Ten ktoś patrzył na gips z radością, bo wiedział, że pod spodem jest zdrowa ręka. Reka będzie prosta i sprawna. Będzie piękna.

Nie pozwalam na łamanie…

Bronię się…

VirgniaUsłyszałam też o pewnej osobie. Kobiecie. To prawdziwa postać i nazywa się Vrginia Satir – terapeutka rodzinna o pięknych poglądach.

O czym mówiła? Otóż:

Zmiana i uczenie się jest oparte o przekonania:

- zmiana jest zawsze możliwa
- mamy wszystkie zasoby potrzebne do rozwoju,
- wszystkie przeszłe doświadczenia które były niemile mogą być zastąpione przez nowe,
- uczenie się następuje w ramie komfortu, ciepła, owocności,
- wszystko może być zasobem,
- każde zachowanie jest próbą rozwoju,
- wybory to decyzje podejmowane w określonym momencie,
- podstawowa triada – matka, ojciec i dziecko – przedstawia bazowe składniki tożsamości i ma potencjał być owocnym źródłem rozwoju i energii.

Zmiana i uczenie jest oparte o kontekst:

- humanistyczny – odwołujący się do ludzi
– dynamiczny – odwołujący się do zmian i ruchu
– organiczny – niehierarchiczny
– kreatywny – pozwalający na nowe możliwości, wkłady, modele.

Ludzie maja wspólne potrzeby: przeżycia, rozwoju i uczenia się, bycia produktywnym i kreatywnym, odkrywania sensu i porządku, zbliżania się do innych.

Spójna komunikacja: dawać, brać, sprawdzać informacje, otwarcie, jasno, bezpośrednio formułować swe potrzeby.

Komunikacja dzieje się w czasie i miejscu, ma swój cel, podnosi uczucie własnej wartości:
– traktując inność jako kanał rozwoju
– wzmacniając wyjątkowość każdej osoby
– umacniając i energizując każdą osobę
– manifestując seksualność na odpowiednie sposoby
– podejmując decyzje należy bazować raczej na rzeczywistości niż na tym, kto ma władzę
– mając dostęp do własnych zasobów

Co doprowadza do:

Życia w 5 wolnościach:
- mówienia tego, co się myśli, zamiast tego co się powinno mówić
- widzenia i słyszenia tego co tam jest, zamiast tego co się powinno widzieć i słyszeć
- czucia tego co się czuje, zamiast tego co się powinno czuć
- proszenia o to co się chce, zamiast czekania na pozwolenie
- podejmowania ryzyka we własnym imieniu, zamiast wybierania bycia bezpiecznym.

W rodzinie komunikacji uczysz się poprzez:
– to co widzisz, słyszysz, obserwujesz
– co inni robią
– jak inni reagują, działają, odpowiadają, robią
– jakie są zasady i jak wyraźnie lub niewyraźnie są określone
– co można powiedzieć lub zrobić, czy to w ukryciu czy otwarcie

(a nie przez to, jak głośno krzyczymy, jakie polecenia i zakazy/nakazy narzucamy, jakie kary stosujemy!!!!! – mój komentarz)

Taki rodzaj komunikacji pozostaje pod wpływem naszych sytuacji życiowych, które również wpływają na to, jak reagujemy. Osobiste i socjalne sytuacje i warunki rozszerzają ten wpływ.

Czynniki osobiste to:

uczucia, myśli, reakcje ciała, zmysły, stan zdrowia, upośledzenia, fantazje i uprzedzenia, zasady: kto mówi, kiedy, jak, o czym, wartości społeczne, duchowe, kulturowe i ich ograniczenia, środowisko, oczekiwania i żądze, przypuszczenia, aktualne prawdy, wnioski, stereotypy, cienie przetrwania.

Komunikacja i własna wartość:

„Własna wartość pozwala na wybór zachowań w stanie świadomości”.

To jak mówimy wpływa na to jak się czujemy ze sobą i z innymi, a nastepnie wpływa na to jak rozmawiamy i co mówimy. Nasze wnioski i zachowania wpływają na nasze odczucia na swój temat i o innych, które razem wpływają na nasz poziom własnej wartości.

To co osoba mówi w danej chwili, prezentuje jej prawdę w sposób, w jaki ją widzi w tym właśnie momencie. Każde zdanie, pytanie, komentarz zawiera przynajmniej dwie rzeczy – moją percepcje siebie i moje oczekiwania wobec innych.

Kiedy chce coś powiedzieć, co mam w intencji, chcę i mówię, ale  przechodzi to przez moje myśli, uczucia, zmysły, wnioski, stan mojego zdrowia, moją aktualną rzeczywistość, przeszłe doświadczenia, wszystkie filtry komunikacyjne, które determinują co ja naprawdę mówię, jak wyglądam i się zachowuje, co jest komunikowane zarówno werbalnie i niewerbalnie, tak jak mój przekaz dla ciebie, który postrzegasz swymi zmysłami  i filtrami komunikacyjnymi. Twoja odpowiedź i reakcja przechodzą przez myśli, uczucia, zmysły, wnioski, stan twojego zdrowia, twoją aktualną rzeczywistość, przeszłe doświadczenia, wszystkie filtry komunikacyjne i powstaje wynik – interakcja pomiędzy mną a tobą.

No i co – piękna terapeutka. Pełna prawdy o nas samych. Prawdy, której staramy się nie widzieć, bo tak łatwiej, bo to za bardzo boli, bo można winę zrzucić na kogoś innego, nakrzyczeć na niego, zmieszać go z błotem, dokopać i poczuć… ulgę? Nie, wszystko, tylko nie ulgę. Pamiętacie zasadę lustra?

Kto się boi Virginiii Satir?

Ten, kto boi się siebie

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Trudny temat – „Feminoteka” i kultura, która kulturą nie jest.

24 cze

„Kiedy ktoś mnie wysłucha, mogę zobaczyć mój świat w całkiem nowym świetle i pójść dalej. To zdumiewające, jak na pozór nierozwiązywalne problemy nagle dają się rozwiązać, gdy ktoś Cię słucha.”

– Carl Rogers

Znam pewną kobietę. Ostatnio częściej rozmawiamy i dzięki temu mogłam poznać ją lepiej.  Na pierwszy rzut oka to zwyczajna pani, jakich wiele. Ma męża, dwoje dzieci,  pracę, radości, smutki – jak inne kobiety. Niczym się nie wyróżnia. Niczym… oprócz jednego – trzyma każdego na dystans. Lubi się śmiać, żartować, lubi towarzystwo innych, ale temu wszystkiemu towarzyszy wrażenie, że wszytko jest powierzchowne, płytkie, tymczasowe. Czasami podczas rozmowy wystarczy czyjeś niedomówienie, jakieś nieprzemyślane słowo, czy gest, albo spojrzenie a ona jak płochliwe zwierzątko wycofuje się, milknie a czasami wychodzi. Mnie w jakiś osobliwy sposób zaufała. Pewnego dnia poprosiła o spotkanie. Nie chciała spotkać się w domu. „Zbyt piękna pogoda” – powiedziała – „Spotkajmy się w parku. Dobrze?”. Dla mnie bez różnicy. Nawet lepiej, bo bardzo lubię przesiadywać „na łonie natury”.

bench-384611_640Siedziałyśmy w miejskim parku. Pod olbrzymią, zieloną lipą. Przed nami w piaskownicy bawiły się dzieci. Obce dzieci. Jej są już dorosłe. Jedno kończy studia a drugie zaczyna. Została z mężem i przeżywają „syndrom pustego gniazda”. Cisza i pustka w domu. Mąż na kolejnej delegacji, więc ona ma czas tylko dla siebie. Może posiedzieć i pogadać ze znajomymi.

Spokojne, ciepłe popołudnie. Zielony cień, dziecięce głosy, szelest wody w fontannie i my dwie na ławeczce.

- Super tak sobie posiedzieć. Prawda? Piękna pogoda i…

- Nie chciałam rozmawiać o pogodzie – przerwała mi.

- A widziałaś te super ciuchy w …

- Nie chcę rozmawiać o ciuchach. Ja… ja muszę ci coś powiedzieć! Muszę to z siebie wyrzucić! Już więcej tego nie zniosę! – wykrzykiwała kolejne słowa.

- Spokojnie. Nie krzycz. Zobacz, dzieci się odwracają i patrzą na ciebie wystraszone – uśmiechnij się do nich, bo inaczej będą myślały, że złościsz się na nie – desperacko chciałam zmienić temat. Nie udało się.

- Tylko tobie to mogę powiedzieć…

- Jeżeli to jakiś problem, to nie wiem, czy będę w stanie ci pomóc. Ja nie udzielam rad.

- Nie, chodzi tylko o wysłuchanie.

- A mąż?

- Nie… on nie może o tym wiedzieć.

- Jakaś zdrada? – zapytałam z głupkowatym uśmiechem.

- Nie. Tajemnica. Tajemnica, którą noszę w sobie już od bardzo dawna. Nikomu nie umiałam o tym powiedzieć, tak samo jak nie umiałam nikogo tak naprawdę pokochać i nikomu do końca zaufać.

- Przecież masz męża?! Nie mów, że nie jesteś z nim tak blisko, żeby nie gadać o wszystkim.

- Ja z nim byłam. Jestem przecież… Pozwalałam na zbliżenia. Oboje mamy dwoje wspaniałych dzieci. On mnie kocha, ale ja jego… Nie wiem? Nie wiem czym jest prawdziwa miłość. Jestem z nim. Nie, nie zdradzam go, ale jestem obok. Wiesz o co chodzi? On też wie… Mówi mi o tym i pyta co ma zrobić? Prosi, żebym powiedziała o co chodzi, ale nie naciska. Mówi, że przeszkadza mu ten mur między nami, ale kocha. Kocha za siebie i za mnie. Wiem, że nie jest mu łatwo. Wiem, ale nic nie mogę z tym zrobić. 

Słuchałam i nie mogłam się domyślić w czym tkwi problem. Co chce mi wyjawić?

- To się stało, kiedy miałam 13 lat…

Patrzyłam na nią bez słów. Siedziała skulona i patrzyła w ziemię. Po chwili usłyszałam cichy głos.

- Poszłam sama do lasu i tam spotkałam dwóch kolegów. Pierwszy był pełnoletni a drugi był starszy ode mnie o rok. Młodszego znałam ze szkoły. Bardzo mi się podobał. Podkochiwałam się w nim a tego starszego nie znałam. Później się dowiedziałam, że mieszkał w naszej wsi, ale wyjeżdżał do pracy w dużym mieście. Obaj zaczęli ze mną rozmowę. Żartowaliśmy, śmialiśmy się, szukaliśmy grzybów. W końcu młodszy powiedział, że musi już iść. Został starszy i zaczął głupio żartować. Zaczął coś mówić o mich piersiach. Zaczął dotykać moje włosy, ramiona i niby przypadkiem dłoń opadła na moją pierś. Odsunęłam się jak oparzona. Odtrąciłam jego ręką. Roześmiał się jakoś tak głupio i stwierdził, że właściwie to jestem dobrze rozwiniętą dziewczyną i pewnie też tego chcę. Nie rozumiałam o co chodzi. Czego niby mam chcieć? Zaczęłam się bać. On przestał być uprzejmy i uśmiechnięty. Jego ręka znów wylądowała w okolicy moich piersi. Szarpnęłam się do tyłu. Złapał mnie mocno za dłoń i wykręcił. Zabolało. Chciałam wyrwać wykręconą rękę, ale jedynie co zrobiłam, to upadłam na ziemię. Szarpałam się a on nie puszczał. Strasznie się bałam. Czułam jego ręce wszędzie. Zaczęłam krzyczeć a wtedy on zakrył moje usta dłonią i powiedział „Nie krzycz dziwko! Chcesz tego! Wszystkie tego chcecie!”. Ja nie chciałam. Nie rozumiałam, czemu on mi to robi.  Chciałam się wyrwać i nie mogłam. Gdzieś z boku zobaczyłam leżący nóż. Pomyślałam, że gdybym się do niego dostała, to wtedy mogłabym się przed nim obronić. Walczyłam. Próbowałam. W końcu udało mi się doszarpać do noża. Ostatkiem sił ujęłam za ostrze i przejechałam nim po jego dłoni. Zasyczał z bólu i krzyknął „nożem ty szmato!”. Rozluźnił uścisk i mogłam się wyszarpać z pod niego. Poderwałam się na nogi. Osłoniłam się porwaną bluzką i uciekałam najszybciej jak umiałam. Nie oglądałam się za siebie. Wpadłam do domu. Na szczęście nikogo nie było. Byłam brudna. Brudna na ciele i brudna w środku. Brudna… Nie rozumiesz o czym mówię! Ty nie wiesz na czym polega być brudnym, czuć się szmatą, nic nie wartą osobą. Dobrze, że nikogo nie było w domu. Mogłam spokojnie się umyć. Przebrać. Nikt się nie dowiedział. Nikt. Dalej byłam córką i siostrą. Taką fajną i uśmiechniętą. Pomocną, dobrą, grzeczną, cichą.  Od tamtej pory nie ufam nikomu. Staram się żyć normalnie, ale w środku siedzi lęk i przerażenie. Lęk przed mężczyznami. Lęk przed zbliżeniem seksualnym. Nie ufam ludziom. Nienawidzę mężczyzn. Widzę w nich tylko zagrożenie. Zaufałam tylko jednemu – mężowi. Jest bardzo spokojnym człowiekiem. Spokojny i cierpliwy. Czasami ma mi za złe tą moją oziębłość, ale nie dopytuje. Patrzy mi w oczy i mówi, że kocha za nas dwoje. Często wyjeżdża i nie ma go w domu. Rozumiem go. Wiem jak mu ciężko. Czasami sama bym od siebie uciekła, wyjechała, żeby  uciec od swoich wspomnień , ale nie da się. Wszystko siedzi w głowie… 

Zapadło milczenie. Ona mi zaufała a ja… Ja nie wiem, jak jej pomóc. Co zrobić? Co powiedzieć, żeby nie urazić? Jakich słów użyć?

- Myślałaś o terapii?

- Myślałam, ale najpierw dzieci były małe, później… Wiem, że to marne wymówki. Nie wiem, czy terapia coś pomoże? Wszyscy mają w nosie takie problemy. Nawet moja rodzina nie wie, co się stało. Mogliby powiedzieć, że sama się prosiłam, że mogłam nie iść sama do lasu, nie rozmawiać z tymi chłopakami i nie szczerzyć do nich zębów. Sama wiesz, jakie jest najczęstsze podejście do zgwałconych kobiet. Pogardliwe spojrzenie i powiedzenie „Sama tego chciała”. Nie wiem, czy terapia pomoże? Nie jest mi łatwo o tym mówić. Nie wiem…

- Pomoże. 

- Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Zrobiło mi się lżej. Nareszcie komuś opowiedziałam o mojej historii. Bardzo ciężko żyć z tym lękiem. Z takim ciężarem.

-Wiem, że ciężko żyć z lękiem, ale ja nie jestem w stanie ci pomóc. Ja mogę tylko wysłuchać, nic więcej. Wiesz, mam namiary na fajnych terapeutów. Może chcesz numer?

- Pomyślę. Jeszcze nie jestem gotowa,

- Myślę, że jesteś. Mnie zaufałaś a oni będą umieli ci pomóc. Życie z oswojonym lękiem jest zupełnie inne…

Popatrzyła na mnie i nic nie powiedziała. Siedziałyśmy dalej bez słów w tym zielonym cieniu wsłuchane w dziecięce głosiki dobiegające z piaskownicy…

Na stronie fundacji „Feminoteka” obejrzałam spoty reklamowe dotyczące przemocy wobec kobiet. Pierwszy:

Słowa też gwałcą:

Przemoc wobec kobiet:

i następny:

Płakałam, jak je oglądałam…

Na tej stronie zobaczyłam też sformułowanie „kultura gwałtu” i zaśmiałam się. Taki głupi oksymoron. Kultura ma pozytywne znaczenie a gwałt mocno negatywne. Ktoś połączył te dwa terminy. Zastanawiałam się, jak można mówić o kulturze w przypadku takiego postępowania? Na czym ta kultura ma polegać? Ma dotyczyć tego, kto stosuje przemoc? On ma ładniej gwałcić? Śmieszne i nielogiczne, pejoratywne. Kto to wymyślił? Przeczytałam wyjaśnienie i niestety musiałam się z nim zgodzić. Martha Burt opracowała 13 najczęściej wypowiadanych stwierdzeń na temat gwałtu na kobietach. Przeczytałam je. Niestety, słyszałam je wszystkie, wypowiadane przez różnych ludzi. 

Osoba, która doznała tego typu przemocy wymaga ochrony, specjalnego, delikatnego traktowania. Pozostaje w niej trauma na całe życie. Strach, który nie zniknie, uprzedzenie do ludzi a zwłaszcza do mężczyzn. O psychologicznych konsekwencjach gwałtu można przeczytać na stronie Instytutu Psychologii Zdrowia. To bardzo trudny temat, ale warto o nim mówić.

Od jakiegoś czasu po internecie krąży petycja do podpisania „Stop gwałtom”.  Ja już podpisałam. Jeżeli masz ochotę przeczytać i też podpisać klikaj na aktywny link.

 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii Film, Internet, Życie

 

Ile może znieść człowiek?

19 maj

Ile może znieść człowiek? Człowiek – w tym przypadku to ja…

Miałam dodać post o miłości. Piszę go już bardzo długo. Wciąż coś poprawiam, dodaję, kasuję i wciąż nie jest gotowy.  Jakbym chciała się usprawiedliwić, fear-299679_640wytłumaczyć i powiedzieć, że ja też przeżyłam miłość. Miłość erotyczną, dającą spełnienie fizyczne, w pewnym sensie piękną. Dzięki niej pojawiły się moje dwa skarby.

Na terapii rozpoczęłam walkę z moim kolejnym demonem. Dla mnie temat trudny i bolesny. Nie mam siły o nim mówić. Jest dużo milczenia, cichej pustki, urywanych słów, niedomówień. Słów zawieszonych w przestrzeni gabinetu i mojego uporczywego wpatrywania się w widok za zakratowanym oknem. Widzę za nim blok, wejścia do klatek schodowych i jakieś krzewy. 

Miałam miesiąc na poukładanie i uporządkowanie wątków. Coś się przypomniało, coś „wskoczyło” na właściwe miejsce. Obraz stał się prawie ostry i wyraźny. Ja go widzę, ale tam w gabinecie słowa tak ciężko przechodzą przez gardło. Złośliwie siebie wyśmiewam i zadaje sobie pytanie: „Czy to nie za dużo jak na jedną osobę?” Z jednej strony jest mi siebie bardzo żal. W oczach pojawiają się łzy i czuję bezsilną złość. Złość na ludzi, na tamte sytuacje i jednocześnie złość na siebie, że mówię to wszystko, że pokazuję terapeucie jaka byłam głupia, beztroska, naiwna, słaba…

Powinnam być mocniejsza

Powinnam nie iść tam, gdzie poszłam… wtedy…

Powinnam nie dokonywać takich wyborów, jakich dokonałam później…

…………………………………………………. jestem tu i teraz …………………………………………….

on powiedział, że jest ze mnie dumny, bo…

      Ja nie rozumiem dlaczego? Wiele negatywnych emocji w mojej głowie.

Ja nie jestem… niestety… z siebie dumna.

Dzisiaj czułam ogromny wstyd…

Po cichu wyszłam z gabinetu.

Próbowałam szybko otworzyć zamknięte drzwi.

Głupawy uśmiech na ustach i szybki spacer, prawie ucieczka do domu.

Wciąż ten wstyd, 

i tylko trzyma mnie nadzieja, że robię to, aby później było lepiej. Jestem uparta… Jestem zawzięta i wciąż wchodzę w sytuację niekomfortowe dla siebie.  W sytuacje skrajne.

Niepewność…

W zaciszu gabinetu „przegadanych” tyle problemów, wiele pokoi wyczyszczonych .

Wiem, piszę chaotycznie… ale nie chcę wszystkiego opisywać dokładnie, tak jak było…

To nie jest odpowiednie miejsce.

Taką ekshibicjonistką nie jestem, 

nie tu i nie teraz…

To był trudny dzień. Dobrze, że mija.

Dobrze, że minął…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka, Życie