RSS
 

Notki z tagiem ‘Terapeuta’

„Sekretne życie drzew” – jak to z bukami było?

30 kwi

Jest!!!

Już ją mam! A właściwie je mam!

Dwie książki – „Sekretne życie drzew” i „Siedem minut po północy”

Pierwsza to rodzaj wydania albumowego ze wspaniałymi fotografiami polskich lasów. Jest magia!

Druga to zwykła książka. Mała i niezbyt gruba, rzekłabym nawet, że cienka. Oglądając film myślałam, że książka będzie gruba i okazała. Na pierwszych stronach spotkała mnie niespodzianka. Jaka? Napiszę o tym w oddzielnym wpisie :-)

Dziś o drzewnym albumie.

Znalazłam fragment o bukach.

Gorączkowo przeglądałam strony, zatrzymując się na zdjęciach. Szkoda, że blog ma tak małą pojemność i zdjęcia pożerają bardzo szybko wolne miejsce, dlatego trzeba oszczędnie gospodarować zawartością bloga, bo chętnie zamieściłabym niektóre z obrazów.
Zdjęcia przedstawiają lasy w całej Polsce. Są przepiękne. Puszcza Białowieska Krzysztofa Onikjiuka to drzewa skąpane w słonecznej poświacie. Słońce przedziera się przez sosnowe korony rzucając smugi zawieszone w mlecznej mgle. Światło wyławia kolorowe poszycie. Pada na rude listeczki małych drzewek i żółte źdźbła traw. W zielonym cieniu ukrywają się mchy rozrastające się u podnóża grubych, omszałych pni. Magia!

A oto fragmenty o bukach:

„(…), każde drzewo wychowuje sobie następcę, który kiedyś zajmie jego miejsce. (…)
Buk wytwarza co najmniej trzydzieści tysięcy sztuk bukwi co pięć lat. (…) Dojrzałość płciową uzyskuje między osiemdziesiątym a sto pięćdziesiątym rokiem życia, w zależności od tego, ile światła otrzymuje na swoim stanowisku. Osiągnąwszy maksymalny wiek czterystu lat, może zatem co najmniej sześćdziesiąt razy wydać owoce i wytworzyć łącznie około miliona ośmiuset orzeszków. I z tej liczby dokładnie jedna sztuka stanie się dorosłym drzewem.”*

W rozdziale „Pomalutku, pomalutku” opowieść o bukowych drzewach i ich zwyczajach w pełnej krasie :-) CAM00150

„(…) Małe drzewka chętnie rosłyby jak najszybciej, a przyrost pędu szczytowego o pół metra w sezonie w ogóle nie byłby problemem. Niestety ich rodzice mają inne zdanie na ten temat. Ogromnymi koronami osłaniają cały swój przychówek i wraz z innymi dorosłymi drzewami tworzą gęsty dach nad lasem. Przepuszcza on na ziemię albo na liście ich dzieci tylko trzy procent światła słonecznego. Trzy procent – w praktyce tyle co nic. Starczy na tyle fotosyntezy, żeby jakoś utrzymać organizm przy życiu. Porządnego pędu, nie mówiąc o okazalszym pniu, wypuścić się nie da. Bunt przeciwko tak surowemu wychowaniu jest niemożliwy, bo brakuje na to energii. Wychowaniu? Tak, rzeczywiście chodzi tu o metodę pedagogiczną, która służy wyłącznie dobru malucha. Pojęcie to zresztą nie jest wzięte z sufitu, tylko już od pokoleń służy niemieckim leśnikom do określenia tego zjawiska.
Środkiem wychowawczym jest przykręcenia światła. Ale czemu służy to ograniczenie? Czyżby rodzice nie chcieli, by ich potomstwo jak najszybciej się usamodzielniło? Najwyraźniej drzewa mają w tej sprawie inne poglądy, a niedawno uzyskały jeszcze wsparcie ze strony nauki. Stwierdziła ona, że powolny wzrost w młodości jest warunkiem osiągnięcia podeszłego wieku. My ludzie często gubimy się w tym, co naprawdę oznacza starość, bo nowoczesna gospodarka leśna ustala wiek maksymalny w granicach od osiemdziesięciu do dwustu lat, gdy posadzone drzewa mogą być ścięte i posadzone. Jednak w naturalnych warunkach drzewa w tym wieku są dopiero grubości ołówka i wysokości człowieka. (…) Moje buczki, które czekają na swoją kolej już co najmniej osiemdziesiąt lat, rosną pod mniej więcej dwustuletnimi drzewami rodzicielskimi. Przeliczając to na ludzką miarę, byłyby czterdziestolatkami. Niewykluczone, że mikrusy będą musiały tak jeszcze wegetować ze dwa stulecia, póki wreszcie nie rozwiną skrzydeł. Umila się im zresztą czas oczekiwania. Rodzice nawiązują z nimi kontakt poprzez korzenie i przekazują cukry oraz inne składniki pokarmowe. Można powiedzieć – karmią własną piersią drzewne oseski. (…)
CAM00152Pewnego dnia nadchodzi wreszcie pora. Drzewo rodzicielskie osiągnęło już limit wieku albo zachorowało. Albo też do zagłady dochodzi w w trakcie letniej burzy. (…) Gdy drzewo uderza o ziemię, miażdży kilka oczekujących siewek. Jednak dla reszty przedszkola powstała luka oznacza sygnał do startu, bo teraz wreszcie mogą uprawiać fotosyntezę ile dusza zapragnie. W tym celu muszą przeorientować przemianę materii, muszą przekształcić takie liście (..), które mogą wytrzymać i przerobić silniejsze światło. Trwa to od roku do trzech lat. A później trzeba się pospieszyć. Wszystkie maluchy chcą rosnąć, ale tylko te, które strzelają w górę, liczą się w dalszym wyścigu. (…) Ci, którym udało się przedostać na pośrednie piętro, nie muszą się już obawiać konkurencji, bo stali się następcami tronu, którzy przy następnej okazji wreszcie będą mogli dorosnąć.”**

Pisząc o bukowym lesie uzmysłowiłam sobie, że ja mam przecież zdjęcie z takiego lasu. Zrobiła je córka. Las był bardzo ciemny i tajemniczy. Bukowe drzewa rzeczywiście przepuszczają bardzo mało światła. Poszycie jest usłane miękkimi mchami, w których lubią rosnąć kurki. Wystawiają swoje żółte kapelusze z gęstego mchu niczym zastępy wojska, ciasno stłoczone w miejscach, gdzie jest najwięcej wilgoci.
Wędrowałyśmy po ciemnym lesie, z olbrzymi, majestatycznymi drzewami.  

Było bardzo pięknie

I niechcący zdjęcia przydały mi się do dzisiejszego wpisu.CAM00151

Bukowy las w obiektywie mojej utalentowanej córki

 

 

                 

 

 

    Piękny las w Kopalinie. Dziś już wiem, że jest też bardzo wiekowy. Ten las miał ponad 200   lat.

I piękna opowieść o bukach.

O życiu i dojrzewaniu, i oczekiwaniu na swoje miejsce w „lesie”.

Każda opowieść może mieć znaczenie terapeutyczne ;-)

 

 

Fragmenty tekstu pochodziły z książki Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”,  tłumaczenie Ewa Kochanowska, wydawnictwo OTWARTE, Kraków 2016, *s. 51, **s. 53 – 62.

Zdjęcia  na blogu autorstwa mojej córki E. Z.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka

 

Poszukiwanie zapomnianego dzieciństwa

20 kwi

W terapii cofnęłam się do dzieciństwa

I mur…

Nie pamiętam niczego, co działo się przed szóstym rokiem życia. Nic. Czarna dziura…

Postanowiłam pobawić się w detektywa i zapytać żyjącego rodzeństwa o swoje dzieciństwo. Pomyślałam, że to uruchomi jakieś trybiki, coś poruszy i runie lawina wspomnień. Zaleje mnie i nareszcie będę mogła odnaleźć swoje miejsce w rodzinie. Odnajdę te niteczki, które łączą mnie z najbliższymi, przestanę czuć się obcą wśród nich. Odnajdę swoją tożsamość. Przestanę być odmieńcem i tym „wyskrobkiem”, jak mnie nazywali. Może zobaczę wtedy matkę, która zamiast płakać, że mogła mnie abortować, nareszcie się uśmiechnie i powie, że to co chciała zrobić, jest niczym w porównaniu, z tym co ma. A miała przecież mnie…

Pomyślałam, że najlepszym momentem na takie śledztwo będą święta.

W niedzielę zadałam pytanie o moje dzieciństwo bratu.

Może zaczęłam niefortunnie. Może czas nie taki. Może poruszyłam temat siostry… Cholera wie…

Brat bardzo się zdenerwował. Popatrzył na mnie i odparował:
- Byłaś oczkiem w głowie rodziców.

I tyle…

W poniedziałek poszukiwania tożsamości ciąg dalszy… To samo pytanie zadałam siostrze.

Siostra bez namysłu odpowiedziała „bo ty chowałaś się po kątach…”

No fajnie…

No to dużo się dowiedziałam.

Dalej nic nie wiem. Dalej czuję się kukułczym pisklęciem.
Wspomnienia nie pasują do bycia „oczkiem w głowie”, raczej do „chowałaś się po kątach”.
Życie, które ułożyłam sobie jako dorosła osoba też bardziej pasuje do „chowałaś się po kątach”. Dziecko, które chowa się po kątach czegoś się boi, przed czymś ucieka, coś ma do ukrycia…
Masz, następna łamigłówka!!!

A może lepiej nie drążyć… Zostawić w cholerę całą tę przeszłość. Było, minęło…

W środę rozbawiło mnie na terapii jedno zdanie dotyczące drążenia w przeszłości: A co jak okaże się, że handlowałam śledziami na Placu Grzybowskim? Ostatecznie to nic złego, to handlowanie. Znam dziewczynę, której motto życiowe to: „Lepszy słaby handelek, niż  ciężki szpadelek”. Lepiej?! Tylko czemu tak bardzo brakuje mi tego życiowego puzzla, dlaczego taką wagę do niego przywiązuję???

Nomen, omen, czytam książkę o kobiecie, która dowiaduje się, że została porwana przez ojca. Żyła z przeświadczeniem, że jej matka nie żyje a tu okazuje się, że matka nie tylko żyje, ale że była też alkoholiczką i ojciec, aby chronić córkę, wolał ją wywieść do innego stanu.
Kobieta chce poznać swoją matkę, chce przypomnieć sobie swoje dzieciństwo w najdrobniejszych szczegółach, jakby to miało w magiczny sposób zmienić całe jej życie.
W książce jest taki fragment:
„Szkoda, że nie mogę sobie przypomnieć wszystkiego. (…) nie wiem, kim byłam” Na co odpowiada jej przyjaciel: „Rozejrzyj się dziewczyno, znasz całą rzeszę ludzi, którzy ci o tym przypomną, zacznij zadawać sobie pytanie, kim będziesz teraz, po tym wszystkim, co się stało. (…) ważniejsze jest to, gdzie będziesz mieszkała za pięć lat. Co z tego, że kiedyś miałaś na podwórku drzewko cytrynowe? Bardziej mnie interesuje, czy teraz posadzisz sobie cytryny w ogródku?
I w tym momencie wszystko stało się jasne. Jakby ktoś umył brudne okno, przez które człowiek całymi dniami bezskutecznie próbował coś wypatrzeć. Niektórzy ludzie wiedzą o sobie wszystko i są też tacy, którzy nie wiedzą o sobie nic. W rodzinach zastępczych żyje mnóstwo adoptowanych dzieci, którzy nie mają zielonego pojęcia, kim byli ich biologiczni rodzice (…) W każdej chwili życia można zacząć od nowa. I to nie jest życie na niby, to jest prawdziwe życie. Naprawdę.” *

To życie, które mam teraz jest prawdziwe i dobre i mam w dupie przeszłość. Ona nic dobrego nie przyniesie. To wiem naprawdę. Wypróbowałam to… Ale tak mi brakuje tego puzzla…

Terapeuta powiedział:
- Ty dobrze pamiętasz, co się wtedy działo…
- Nie, nie pamiętam…
- Pamiętasz…
Czyli co, jest w pamięci szufladka z napisem „wczesne dzieciństwo”, ale dla mojego dobra nie chce się otworzyć??? Kto w takim razie ma kluczyk???

 Więc szukać, czy nie? Drążyć, czy dać sobie święty spokój? Dowiedzieć się, czy lepiej nie przekraczać tej czarnej ściany zapomnienia?

 

* Jodi Picoult , Zagubiona przeszłość, Kolekcja Jodi Picoult 6, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2017.

 

************  21:56  ***************

 

Właśnie wróciliśmy

Byłam drugi raz na filmie „A Monster Calls”.  Tytuł polski, nieszczęśliwie przetłumaczony  – „7 minut po północy”.

Zajebisty film

Oglądany po raz drugi zyskał więcej „smaczków”

Bardzo terapeutyczny. BARDZO!!!

Zryczałam się jak głupia.

Teraz oglądałam go z synem. Wcześniej była córka

Po raz trzeci pójdę sama

Nie daruje

Wart jest każdej minuty oglądania

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

Poniedziałek wielkanocny – wielka moc spokoju

17 kwi

Jest poranek

Za oknem piękne słoneczko

Kot wypuszczony na poranny obchód po parku

Na dworze jest przymrozek. Trawa jest siwa od szronu…

Piękny, spokojny, świąteczny poranek.

Wczoraj popołudnie u brata.

Kawa już wypita…

Czytam kolejną powieść Jodi Picoult „Zagubiona przeszłość”. Opowieść o kobiecie, której przeszłość okazała się inna od tej jaką znała. Jak zwykle fabuła książki mocno oparta na rzeczywistości. Autorka pokazuje na czym polega wychowywanie się w rodzinie z problemem alkoholowym – matka głównej bohaterki była alkoholiczką. W dorosłym życiu Delia wybiera na męża alkoholika.
„Zagubiona przeszłość” – to przeszłość Delii i jej ojca, historia, która wraca w najmniej oczekiwanym momencie.
„Delia Hopkins jest dzieckiem szczęścia. Ma małą córeczkę, przystojnego narzeczonego, ukochanego ojca oraz psa, z którym pracuje przy poszukiwaniu zaginionych ludzi. Trwają przygotowania do ślubu. Ni stąd, ni z zowąd Delię zaczynają dręczyć wspomnienia których nie potrafi wyjaśnić ani umiejscowić w czasie i przestrzeni. A potem w jej domu nagle pojawia się policjant, przynosząc nieoczekiwana wiadomość, która rujnuje bezpieczny świat młodej kobiety”
To tyle z okładki.
Delia dowiaduje się o swojej matce alkoholiczce i o tym, że ojciec chcąc ratować ją przed matką, uprowadza ją do innego stanu, zmienia nazwisko i wychowuje sam.
Ojciec trafia do więzienia za uprowadzenie i zostaje deportowany do stanu, w którym dopuścił się przestępstwa. Delia wyjeżdża za nim a jej narzeczony, adwokat, broni przyszłego teścia.
Podążając za głównymi bohaterami możemy się zastanowić nad różnymi problemami: czy lepiej mówić prawdę, czy ukrywać ją i maskować kłamstwem; dlaczego dzieciństwo tak wpływa na dorosłe wybory; dlaczego dorośli wchodzą w związki z osobami bardzo podobnymi do własnych rodziców, po to, żeby naprawić i stworzyć relację, jakich nie mieli w dzieciństwie (jeżeli to byli „toksyczni” rodzice”); dlaczego przebaczenie i pogodzenie się z przeszłością daje ogromną ulgę.
Jeszcze nie przeczytałam książki do końca, więc nie powiem nic o zakończeniu…

Książka tak jakoś splotła się z wydarzeniami przeżywanymi przeze mnie na terapii. Wróciłam do dzieciństwa, z którego też nic nie pamiętam do 6 roku życia a to co pamiętam od tego roku, wesołe raczej nie jest. Już wiem dlaczego wybrałam takiego, a nie innego partnera, dlaczego reaguję nerwowo na święta, dlaczego nie umiem wchodzić w głębsze relacje z ludźmi.

W środę na terapii nad nami zawisło moje pytanie (retoryczne oczywiście)

CO MAM ROBIĆ, ŻEBY CZUĆ SIĘ DOBRZE WE WŁASNEJ SKÓRZE. CZUĆ SIĘ DOBRZE W MIEJSCACH. W KTÓRYCH JESTEM. CZUĆ SIĘ DOBRZE Z LUDŹMI, KTÓRZY MNIE OTACZAJĄ????

Terapeuta mi nie opowie na to pytania :-(

Odpowiedź muszę znaleźć sama

Utkwiło mi w pamięci parę słów B – o tym, że dorastam.
Taaa, baba ponad czterdziestoletnia w końcu ma szansę dorosnąć.
Dobrze, że on mi to umożliwia. Tak powinien zachowywać się ojciec, albo matka. Pozwolić na dorośnięcie, ale skoro nie dane mi było, więc obcy człowiek dokonuje tego procesu za nich.
Dobrze…

Podobno moje dorastanie charakteryzuje się tym, że zaczynam dostrzegać odcienie szarości. A dla mnie oznacza margines spokoju. Skoro nie ma bardzo złych i bardzo dobrych ludzi a są jacy są, pozwala mi to na wyciszenie się i popatrzenie na wszystko, co się dzieje dookoła mnie z odrobiną dystansu. Tak, ludzie się bronią, nawet wtedy kiedy nie muszą i atakują, nawet wtedy kiedy nie ma realnego zagrożenia. Są agresywni, opryskliwi, wrzaskliwi, kłótliwi, bo się boją. Zostali poranieni przez swoich rodziców, przez niepowodzenia życiowe, przez samotność. „Kolce” dawały możliwość przetrwania, ale teraz, kiedy nie ma zagrożenia, ranią innych. „Odcień szarości” – to strefa, gdzie biel miesza się z czernią, gdzie dostrzegamy zło i dobro, ale nie popadamy w skrajność, bo bardziej cenimy własny spokój, niż „zbawianie świata”. Pozwolić ludziom istnieć, bez potrzeby ich naprawiania. Ominąć, zamiast toczyć bój. Ludzie się nie zmienią, jeżeli tego nie chcą. Odcień szarości bardzo mi się podoba.

Rozmawialiśmy w środę o wielu rzeczach.
Rozmawialiśmy o mim eksperymencie społecznym i o jego wyniku i pierwszy raz przyznałam się do tego, że zaczynam marzyć. Dotąd nie miałam marzeń a teraz marzę o wyjazdach, ciekawych miejscach, zmianach, których przestaję się bać.

Opowiedziałam historię sprzed dwóch lat, z biletomatem, w Warszawie. Nie umiałam kupić z niego biletu na tramwaj. W przerażenie wprowadziło mnie wielość stref i to, że nie wiem jaki bilet wybrać i jak go w ogóle kupić. Byłam wtedy z córką.W planach był teatr a wcześniej wizyta u znajomej. Do wizyty nie doszło, bo mnie sparaliżował strach. Wpadłam w taką panikę, że najchętniej usiadłabym pod biletomatem i zaczęła płakać. Poczułam się jak w potrzasku. Pytani przeze mnie ludzie, w jaki sposób kupić bilet, też nie wiedzieli. Było mi wstyd przed córką. Jedyne co mogłam zrobić, to zadzwonić do znajomej i przeprosić ją, że nie przyjadę i spotkamy się przed teatrem. Byłam przerażona…

Dziś traktuje to jako doświadczenie. Bilety na tramwaj kupuję w kiosku i zawsze mam dodatkowe w portfelu, żeby znów nie spanikować.

Pytanie o swoje miejsce wciąż nade mną wisi. O poczucie siebie… Tak podobno mają dzieci DDA – uczucie wyobcowania, niezrozumienia, ostracyzmu, osamotnienia.

Wiec, dorastam…

Na to nigdy nie jest za późno…

Jestem dumna z tego, że dane mi jest dorosnąć :-)

Powoli zmieniam sytuacje, które mnie uwierają, które powodują moje „stanie w rozkroku”, bo nie umiem się zdecydować, co jest lepsze. „Rozkrok” jeszcze jest, ale różnica polega na tym, że teraz jestem go świadoma. Jest jeszcze parę rzeczy do przepracowania…
Dorosłość to umiejętność dokonywania racjonalnych wyborów, bez patrzenia „co inni powiedzą” i „czy przypadkiem kogoś nie uraziłam?”. Dorosłość to szanowanie siebie i obrona własnych granic. Dorosłość to spokój i cieszenie się własnym życiem, to relacje, które nie ranią, to odnalezienie własnego miejsca na ziemi – tak to sobie wyobrażam.
Aby wejść w fazę dorastania musiałam poświęcić prawie cztery lata terapii 8-O . Ile zajmie mi stawanie się dorosłą????

Nieważne! Nie żałuje ani jednej godziny terapii. Jestem z siebie dumna :-D

Kiedy spojrzę wstecz, na tę kobietę sprzed dwóch lat, którą byłam, zmotaną w emocjonalne relacje, przeżywającą wszystko bardzo mocno, na myśl przychodzi mi podsumowanie syna, kiedy usiedliśmy do wielkanocnego śniadania.
Młody powiedział:
- Nareszcie normalnie i w końcu przestałaś powtarzać z nerwami… – i tu zawiesił głos.

- Powtarzać co? – zapytałam ze śmiechem
- No, nie wiem, czy wypada, tak przy stole?
- Mów, bo sama jestem ciekawa.
- Przestałaś powtarzać „A ch…j z tym wszystkim”
Wytrzeszczyłam oczy i odpowiedziałam:
- Kurde ja tak mówiłam? Synu, nie bierz przykładu z mamusi. A tak na serio, w końcu zaczęło mi zależeć na czasie z wami – popatrzyłam na Maleńką i w jego kierunku – No i zaczynam dorastać! – wybuchnęliśmy wszyscy śmiechem.
Zrozumiałam, że święta to nie suto zastawiony stół, to nie baby i mazurki pieczone z wywieszonym ozorem do bladego świtu, żeby „były święta”, i nie piękne ubranie, kiedy siadamy do stołu… więc odpuściłam. Pozwoliłam, żeby święta przyszły same. Leniwie przetoczyły się przez te dwa dni, pozwoliły popatrzyć na prześliczną Małą i przystojnego Młodego, bo najważniejszy jest spokój i to, że osoby, które kochamy są jeszcze blisko nas.
Nie zawsze tak będzie…

 

 

Fragment tekstu pochodzi z książki Jodi Picoult „Zagubiona przeszłość” ,Kolekcja Jodi Picoult, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2017.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Książka, Życie

 

Wiara i nadzieja – dwie potężne siły.

26 sty

Otaczam się ciszą.
Cisza jest we mnie, wypełnia mój dom,
wychodzi z jego ścian aż do pobliskich lasów.
Jest to ta sama cisza,
która bierze swój początek we mnie
i rozchodzi się na wszystkie strony.
W ciszy słucham, patrzę,
odczuwam, uważam, obserwuję…
Potrzebuję tej ciszy. Odkrywam ją.
Alice Koller

 

Tak, teraz otaczam się ciszą…

Właściwie spokojem

Kiedyś bałam się takiego stanu. Krzyczałam, że zniknę, że mnie nie będzie. Rozedrgana, przerażona i zdołowana szukałam i żądałam spokoju, który dałby mi ktoś inny. Nie rozumiałam, że wszystko zależy ode mnie. Nie rozumiałam, że aby mieć więcej, najpierw muszę się wszystkiego wyzbyć. Pożegnać stare i znane i przywitać nowe i jak się okazało lepsze.
Ostatnio śmiałam się do znajomej, że mój dom jest jak sanatorium – jem, śpię i odpoczywam. Jestem szczęśliwa. Znajoma odpowiedziała: „Ty się tak nie chwal, bo wszystko szlak trafi”. „Nie, nie trafi” – odpowiedziałam. Nie trafi, bo to, co teraz mam, to nie dzieło przypadku, ale mojej ciężkiej pracy na terapii. I to nie są rzeczy materialne, ale moje poczucie wewnętrzne.

Cisza jest we mnie

I wcale nie zniknęłam

Mogą to poświadczyć moje dzieci :-D

 

Na jednej ze stron internetowych znalazłam opowiadanie.

 

 

Tam gdzie kończy się nadzieja

Zbigniew Żbikowski

 

 

Nie trać nadziei bo nie jesteś sam.
Ja, twój Bóg jestem z tobą. Nie jesteś
w stanie sobie nawet wyobrazić
jak potężne procesy powołałem
do życia w twojej intencji.

 

- Tam gdzie kończy się nadzieja zaczyna się śmierć! – krzyknęła do swojego pijanego męża Elżbieta.
– Ja już nie mam nadziei! Straciłam ją już dawno temu. Już nie wierzę w nic. Kiedyś polegałam na tobie. Wierzyłam, że będę miała dobre życie. Kochałam Cię. Chcę odejść stąd. Nie chcę już żyć. Mam dosyć tego ciągłego użerania się z tobą i proszenia cię o to, byś zechciał mi łaskawie dać pieniądze na jedzenie dla dzieci. Wszystko trwonisz na tą wódę!!!
– Cicho kobieto – burknął pod nosem Dariusz.
– Nie będę już cicho. Zrozum, że ja naprawdę mam dość tego odrażającego odoru z Twoich ust. Mam dosyć słuchania od innych o tym, że mnie zdradzasz. Mam dosyć tego ciągłego proszenia ciebie o pieniądze. Zobacz , zarabiasz prawie dwa tysiące złotych. Wyjaśnij mi proszę, dlaczego dziś dostaliśmy pismo ze spółdzielni o zapłatę zaległego czynszu? – podsunęła mu pisemne ponaglenie z administracji.
– Nie kochany! Nie mówimy o jednomiesięcznej zaległości. To może się zdarzyć każdemu. To bym zrozumiała. Mamy nieopłacony czynsz za 5 miesięcy. A Ty mi mówisz, że płacisz wszystko w terminie. Teraz to ja już rozumiem dlaczego nigdy nie mogłeś mi pokazać książeczki. A to zapomniałeś z radiowozu, a to znowu zostawiłeś w pracy… Wszystko to tylko po to, by ukryć przede mną prawdę.
– Cicho kobieto! – powiedział przez zęby.
– Już tobie powiedziałam, że nie będę cicho. Skończyło się. Ja chcę, byśmy się rozstali. Nie wiem co będzie dalej, ale wiem, że nie może być tak, jak jest teraz.
– No, a jak jest teraz kobieto?!! – wrzasnął zniecierpliwiony.
– Darek – powiedziała do niego czule – popatrz na nas. Popatrz na siebie. Od urodzenia Kornelki ty ciągle schodzisz do piwnicy i tam pociągasz to swoje wińsko. Tyle razy ciebie prosiłam, byś się opamiętał. Byś przestał pić. Ty mówiłeś mi, że się zmienisz, że zrobisz to dla mnie jeśli tylko dam ci jeszcze jedną szansę. Tą ostatnią.
Popatrzyła na męża z politowaniem i powiedziała:
– Czy ty wiesz chociaż ile razy dawałam ci te ostatnie szanse na poprawę. Ile razy godziłam się na to, by tobie przebaczyć, bo prosiła mnie o to Twoja mama. Obiecała mi, że z tobą porozmawia, że otworzy tobie oczy… Dzięki niej miałeś zrozumieć co możesz stracić. Czy zrozumiałeś? Nie!!! Tak naprawdę to przekręciłeś kota ogonem… Naopowiadałeś jej na mnie jakieś niestworzone historie. Powiedziałeś jej o tym, że ja cię zdradzałam. Na jakiej podstawie? Dziś ona mnie obwinia za twój upadek. Ileż to przykrych słów usłyszałam z jej ust pod swoim adresem.
Dariusz zerwał się na równe nogi i chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju, Wychodząc chwycił drzwi i trzasnął nimi tak, że umocowana w nich szyba rozleciała się na drobne kawałki. Ubrał się i wyszedł z mieszkania. Oczywiście zamknięcie drzwi odbyło się w taki sposób, że tynk odleciał od ściany.
Elżbieta rozpłakała się. Skryła twarz w dłoniach i szlochając mówiła:
– Boże, powiedz mi za co Ty mnie tak doświadczasz? Co ja Ci zrobiłam?
Oczywiście nikt nie odpowiedział na jej pytanie.
– Czy Ty w ogóle istniejesz? Gdybyś istniał, to wiedziałbyś, że jest mi źle. Gdybyś istniał to byś mi pomógł. Ale Ty mi nie pomagasz… Dlaczego tak jest!?
– Ty wiesz, jak bardzo kochałam swojego męża. A on mi się odpłacił zdradą, obelgą i… Ileż to razy widziałam jak… – żachnęła się z ogromnym bólem – … jak obmacywał inne kobiety na imprezach, na których byliśmy przecież razem. Bo przecież nigdy nie było go przy mnie na takich zabawach. Zostawiał mnie samą… Inni to widzieli i wyrażali swoje zdziwienie, że Darek tak mnie traktował. Tak długo nie chciałam wierzyć w to, co widziały moje oczy. Tak bardzo go kochałam i ufałam mu. Jak tylko był w pobliżu mnie to musiałam się do niego tulić, głaskać go i dotykać. Pragnęłam być przy nim… Tyle niespełnionych marzeń przepadło wraz z chwilą, gdy z całą siłą odepchnął mnie i rzucił na ścianę. Zwymyślał, obrzucił najgorszymi inwektywami. Czy wiesz Boże, że ja się go boję? Ty Ojcze wiesz doskonale jaka jest prawda. Dlaczego więc mnie karzesz?

Elżbieta czuła się osamotniona w swoim cierpieniu. Jedyną bliską osobą, która ją z całego serca popierała była jej starsza córka. Ta dwunastoletnia dziewczynka potrafiła już sama ocenić wagę zdarzeń, których była świadkiem. Kiedyś Magdusia powiedziała do niej:
– Mamo, czy wiesz, co powiedział dziś ksiądz na lekcji religii?
– Nie wiem… Powiesz mi?
– Zapytałam go o to, dlaczego Bóg nie wysłuchuje moich modlitw.
– Jakich modlitw nie wysłuchał Bóg? O co się modlisz córeczko?
– Kiedyś chciałam, by Bóg sprawił, żebyście ty i tatuś nadal byli razem. I Bóg mnie nie wysłuchał. Zrobił wręcz odwrotnie, bo tatuś zrobił się jeszcze gorszy, niż przed moją prośbą. Krzyczy na Ciebie, popycha i mówi do ciebie brzydkie wyrazy… Dlatego teraz proszę Boga, by tata odszedł od nas, by nas zostawił w spokoju.
– I o tym powiedziałaś księdzu na lekcjach?
– Tak.
– I co powiedział ksiądz?
– Powiedział, że Bóg zawsze wysłuchuje naszych modlitw.
– I co o tym myślisz? Zadowoliła ciebie taka odpowiedź?
– Nie, i powiedziałam o tym księdzu. A on mi powiedział, że Bóg w swej nieskończonej mądrości kieruje się wielką miłością do wszystkich istot na świecie. Powiedział mi, że dlatego nam w danej chwili może się wydawać, że Bóg nas nie wysłuchał, lub że zrobił coś zgoła innego niż to o co go prosiliśmy w modlitwie. Ale gdy poczekamy do ostatecznego rozwiązania, to się okaże, że Bóg spełnił nasze prośby najlepiej jak to było możliwe.
– Wiesz co jeszcze powiedział?
– Mów kochanie – spojrzała czule na swoją malutką mądralę.
– Że najlepiej przetrwać trudne chwile pogrążając się w ufności do Boga. Tak jak to zrobił Pan Jezus wisząc na krzyżu. Więc ja obiecałam sobie, że mu zaufam – że zaufam Bogu tak… tak mocno. Najmocniej jak umiem. I pomyślałam sobie, że skoro ufam Bogu, to mogę spokojnie mu zawierzyć, że on zna rozwiązania mojego problemu i że znajdzie sposób, by mi dopomóc. A skoro Bóg je zna, to znaczy, że one już są w jego kieszeni… Wystarczy, że sięgnie w odpowiednim czasie po nie i już. Dlatego postanowiłam, że nie będę Boga prosić, ale będę mu dziękować, za to co już mam… Ksiądz powiedział jeszcze, że Bóg zna nasze modlitwy i prośby zanim je pomyślimy.
Magda mówiąc te słowa była pełna jakiegoś wewnętrznego blasku. Jej twarz się rozpromieniła a oczy błyszczały.
– Żeby to było takie proste – pomyślała Elżbieta.
– Ty jesteś już taka mądrótka – powiedziała do córki i przytuliła ją mocno ściskając. Poczuła, jak łzy wzruszenia napływają jej do oczu.
– Oj, bo mnie wyciśniesz! – powiedziała ze śmiechem dziewczynka.
Roześmiały się obydwie. Tak rzadko się ostatnio śmieje. A przecież Elżbieta od zawsze postrzegana była jako osoba o wesołym usposobieniu. Wielokrotnie słyszała od przyjaciół i znajomych, że najpierw widać jej wielki uśmiech, a potem dopiero ją.

Teraz, po tej kolejnej scysji, Elżbieta wiedziała już, że nie chce być ze swoim mężem. Miłość odeszła, przestała istnieć. Lecz jak ma sobie poradzić ze swoją tęsknotą za szczęśliwym życiem? Mąż okazał się niezdolny do tego, by dać jej rękojmię zaufania, na której mogłaby się oprzeć przy budowie przyszłości swojej i swojej rodziny. Dzisiaj, gdy zaczęła się go szczerze bać to zrozumiała, że wspólne życie nie jest możliwe.
– Ileż razy można przejść do porządku dziennego nad groźbami, że któregoś dnia ktoś mnie zabije? – powiedziała do siebie.

Postanowiła, że sama też pójdzie do tego księdza, katechety swojej córki, by usłyszeć… Może on powie jej coś takiego, co pomoże jej przetrwać. Zajrzała do tornistra Magdy i odszukała plan lekcji swojej córki. Religia będzie w czwartek o jedenastej.
W wyznaczonym dniu stanęła pod drzwiami klasy, w której odbywały się zajęcia z religii. Gdy zadzwonił dzwonek dzieci wybiegły na korytarz. Hałas był nieznośny.
– Jak Ci nauczyciele to znoszą? – pomyślała.
Gdy zajrzała do klasy, zobaczyła szpakowatego mężczyznę w średnim wieku otoczonego gromadką roześmianych i wesołych dzieci. Widać było, że dzieci naturalnie lgną do tego człowieka w sutannie.
– Niech ksiądz powie, dlaczego Adam i Ewa popełnili grzech pierworodny?
– Pismo święte mówi, że nie posłuchali Pana Boga i dlatego Pan Bóg wygnał ich z raju.
– Ale przecież dzięki temu mogliśmy się urodzić prawda?
– Tak Jacku. To prawda – pogłaskał chłopca po głowie.
– Czy to znaczy, że nie było by nas, gdyby Adam i Ewa wtedy nie zgrzeszyli?
– To trudne pytanie, ale bardzo dobre. Myślę, że powinieneś je zadać Panu Bogu i poczekać na jego odpowiedź. Jesteś bardzo mądry. Pewnie zostaniesz filozofem, co?
W tym momencie zauważył stojącą w drzwiach klasy Elżbietę. Uśmiechnął się do niej i skinieniem głowy wskazał na dzieci, chcąc się wytłumaczyć przed nią, że najpierw musi uporać się z tą rozszczebiotaną gawiedzią. Rozłożył ręce i zaczął to stadko owieczek bożych zaganiać w stronę wyjścia.
Gdy wreszcie udało mu się wyprowadzić wszystkie dzieci z klasy, podszedł do Elżbiety wyciągnął do niej rękę i najnormalniej w świecie uścisnął jej dłoń. Elżbieta zawsze czuła się zakłopotana w kontaktach z osobami duchownymi. W tym przypadku jednak szybko się przekonała, że ma do czynienia z człowiekiem, który nie zamierza za wszelką cenę zachować barier wynikających ze swojej pozycji społecznej.
– Mam na imię Krzysztof. W czym mogę pani pomóc? – powiedział do niej z uśmiechem.
– Widzi ksiądz, ja przychodzę w nietypowej sprawie do księdza – Elżbieta nerwowo rozglądała się po klasie, co nie uszło uwadze duchownego.
– O co chodzi? – zapytał.
– Nie jest mi łatwo… Nie wiem od czego zacząć?
– Najlepiej od początku – powiedział i uśmiechając się wskazał jej miejsce w uczniowskiej ławce.
Usiadł obok.
– Proszę się nie krępować. Jeżeli tylko potrafię pomóc to z przyjemnością to uczynię. Mamy troszkę czasu, bo właściwie skończyłem zajęcia, a ta klasa nie będzie używana. Możemy tu rozmawiać.
Elżbieta spojrzała w oczy tego mężczyzny. Zauważyła w nich jakąś niewysłowioną dobroć. On położył swoją dłoń na jej dłoni i patrząc jej w oczy skinął głową na zachętę. Chwilę milczeli.
– Moja córka uczęszcza do księdza na lekcje religii… Magda z piątej c…
– Tak, wiem. Spotkaliśmy się przecież na kilku zebraniach z rodzicami, czyż nie?
– Tak, to prawda.
– Jestem zagubiona, bo świat wali mi się na głowę – powiedziała.
– Domyślam się, że wiem o czym pani chce powiedzieć. Pamiętam rozmowę z Magdą…
Elżbieta popatrzyła na księdza i skinęła głową na znak, że chodzi właśnie o sprawy rodzinne. On kontynuował:
– … kiedy powiedziała mi, że modli się o to, by jej tata… by pani mąż dał wam spokój. To smutne. Ale stanowi to dowód czegoś, czego świadkiem są Państwa dzieci. Jakże często bywa w życiu tak, że nasze otoczenie nie zdaje sobie sprawy z tego, że jesteśmy ofiarami przemocy domowej. Na pozór przykładna rodzina jest nękana przez brutalne znęcanie się nad bliskimi. Cisza trwa tak długo, jak długo wstyd ofiar jest silniejszy od bólu wyrządzanego przez oprawcę. Mogę tylko domyślać się tego, co się dzieje w pani życiu. Dobrze się jednak dzieje, że zaczęła Pani poszukiwać dróg wyjścia z tej sytuacji. Z pewnością zwykłe milczenie nie rozwiązuje problemu.
– No tak, ale co mam zrobić w tej sytuacji, proszę księdza?
– Przede wszystkim proszę nie tracić nadziei bo nie jest Pani sama. Bóg jest z Panią. Nie jest Pani w stanie sobie nawet wyobrazić jak potężne procesy powołał On do życia w Pani intencji. Czy widziała Pani gwiazdy na niebie? Czy wie Pani, że Słońce jest tylko malutką kropeczką we wszechświecie? A wszystko to zostało powołane do życia w konkretnym celu. Malutki, najmniejszy atom i najmniejsza część materii go tworzącej są Jemu znane. Bóg pamięta o wszystkim i wszystko rozumie. U niego nie ma miejsca na przypadek. Choć my tego nie jesteśmy w stanie pojąć, to „Boska Księga Żywota” jest już zapisana od początku do końca.
– Jak to możliwe? Czy to oznacza, że wszystko jest już zapisane i my nie mamy wpływu na nasze losy? A gdzie nasza wolna wola, którą ponoć Bóg nas obdarzył? – zapytała Elżbieta.
– Wiem, że trudno te dwie sprawy ze sobą pogodzić, pani Elżbieto. Nam może się to nie udać… Ale to co nie jest wykonalne dla człowieka, dla Stwórcy może być niczym przysłowiowa bułka z masłem. Kiedyś miałem ten sam dylemat. Było tak do czasu, gdy nie zagrałem w szachy z komputerem. Zastanowiło mnie, że komputer potrafił zareagować na każdy mój ruch. Zdałem sobie sprawę, że na dysku komputera są zapisane wszystkie możliwe operacje i dlatego maszyna była zdolna do reakcji adekwatnych dla moich wyborów. Może podobnie jest ze wspomnianą „Boską Księgą Żywota”? Ja dla swoich potrzeb przyjąłem, że tak jest. Dlatego potrafię zaufać Bogu w to, że On ma odpowiedź na moje wołanie. Ufam mu bezgranicznie, bo wierzę, że on mnie kocha i dlatego z pewnością działa dla mojego dobra i dąży do tego najkrótszą i najlepszą drogą. Tak naprawdę to ja nawet to wiem. Doświadczam tego w każdym momencie swojego życia. Ale nawet, gdyby miało być tak, że moje dobro nie ma tu żadnego znaczenia, to wierzę w Boski Plan. I jestem wdzięczny Panu, że powołał mnie do uczestnictwa w jego realizacji. Wierzę w absolutną mądrość stwórcy i dlatego mogę śmiało przyjąć, że plan ten jest absolutnie mądry i dobry.
Odpowiedź na moje prośby przychodziła zawsze. Często była ona bardzo zaskakująca. Przychodziła w niespodziewany sposób i z nieprzewidywalnej strony. Naprawdę jest tak, że są na tym świecie rzeczy, które się nawet filozofom nie śniły, pani Elżbieto. Proszę się zastanowić nad tym, co powiedziałem. Najcenniejsze są pani własne wnioski, które uzyskać może pani jedynie w drodze własnego doświadczenia.
Elżbieta wysłuchała uważnie tego co powiedział ksiądz Krzysztof. Wyczuwała w jego głosie szczere przekonanie o tym, o czym mówił. Nigdy wcześniej nikt z nią tak nie rozmawiał.
– Czy powiedział ksiądz, że moja ufność do Boga jest kluczem do rozwiązania moich problemów?
– Ufność do Boga daje moc przetrwania najtrudniejszych chwil w naszym życiu. Gdy powierzyłem mu swój los, gdy to przeświadczenie wypełniło moją całą istotę, to poczułem głęboką jedność z Bogiem. Zacząłem pojmować, że jest on moim życiem. Najcenniejszym darem jaki mi ofiarował jest on sam. To samo dotyczy każdego człowieka, każdego zwierzęcia, każdej rośliny i wszelkich innych istot żyjących w świecie widzialnym i niewidzialnym. Ufność… Jakże jest ona potrzebna rozbitkom na środku oceanu. Ufność jest źródłem nadziei, że Bóg nam dopomoże, że na horyzoncie pojawi się ląd lub, że w pobliżu przepłynie statek, który podejmie nas na pokład. Nadzieja… To życie pełne wiary w spełnienie naszych pragnień. Nadzieja to po prostu życie. Gdy tracimy nadzieję to tracimy także wolę wytężenia wszystkich sił potrzebnych nam do przetrwania trudnego okresu naszego życia.
– Skoro powołał się ksiądz na przykład rozbitka to chcę zauważyć, że przecież nie wszyscy rozbitkowie zostali uratowani, choć może żywili najgorętszą ufność dla Boga i pokładali w nim nadzieję – powiedziała Elżbieta.
– To prawda. Ale jestem przekonany, że mając tą nadzieję zrobili wszystko co w ich mocy, by się nie poddać, by wytrwać. Jestem przekonany, że człowiek, który pokłada nadzieję w rękach Boga otrzymuje od niego dar życia – choćby nawet je postradał w jakiejś tragicznej dla siebie sytuacji. To nie wstyd ulec, lecz źle się dzieje, gdy po prostu się poddajemy i zakładamy bezradnie ręce. Gdy ufność i nadzieja zostaną poparte czynem następuje nasze zbliżenie się do rozwiązania problemu, z którym się borykamy. Rozbitek na środku oceanu sięga po wszystko, co może mu służyć do tego, by utrzymać się na powierzchni. Jeżeli to jest człowiek ufający Bogu, to nigdy nie poświęci życia lub zdrowia innego człowieka, by ratować siebie. Tak naprawdę nie będzie dążył do pozbawienia drugiego czegokolwiek, co jest w jego posiadaniu. Raczej będzie wspierał drugiego podtrzymując go na duchu – to jest czyn. Ktoś inny, kto znajduje się w trudnej sytuacji życiowej, znajduje w sobie odwagę, by wreszcie zwrócić się o wsparcie do osób lub instytucji powołanych do niesienia pomocy. To też jest czyn zbliżający do rozwiązania. A najważniejsze moim zdaniem jest to, by nie zakopywać swoich talentów. Bóg dał talenty każdemu z nas! Pokażmy je naszym bliskim, przyjaciołom, a nawet całemu światu.
– Czy mój talent – jeżeli go posiadam… Czy on może mi być pomocnym w rozwiązaniu moich problemów rodzinnych?
– Z całym przekonaniem twierdzę, że tak. Gdy odkryje pani swoją pasję, wówczas pojawią się nowe możliwości i horyzonty, których dziś pani nie dostrzega, a dzięki którym pani życie stanie się bardziej spełnione. Spełnione życie jest źródłem szczęścia dla każdego człowieka. A szczęście… no cóż od niego zaczyna się zgodne życie rodziny i wszystkich jej członków. I tak koło się zamyka.
Ksiądz spojrzał na nią pytającym wzrokiem, jakby chciał ją zachęcić do podjęcia decyzji, czy ta rozmowa ma trwać dalej, czy też już powinna się zakończyć. Elżbieta usłyszała pogląd duchownego. Tylko czy to co usłyszała zaspokoiło jej oczekiwania co do celu tej rozmowy?
– Obawiam się, że to co usłyszałam tu dzisiaj jest zbyt ogólnikowe i jako takie nie może mi się przydać w moim konkretnym przypadku – powiedziała.
– Nie mam prawa dokonywać za panią wyboru drogi, jaką powinna pani podążyć. Mogę jedynie powiedzieć pani jak ja radzę sobie z trudnościami. Po prostu żywię nadzieję w Opatrzność Bożą i czerpię z niej siłę oraz robię wszystko co w mojej mocy, by swoim trzeźwym i przemyślanym czynem dać Bogu szansę na udzielenie mi pomocy. Dotychczas zawsze mi pomagał, a jego pomoc docierała do mnie – często z najbardziej niespodziewanych stron.
Elżbieta pokiwała głową z prawdziwym zrozumieniem tego co powiedział. Zrozumiała, że nie otrzyma od niego konkretnej odpowiedzi na temat tego, co ma uczynić ze swoim życiem, a w szczególności ze swoim małżeństwem. Trudno by było oczekiwać, by ksiądz zachęcał ją do rozstania się ze swoim mężem. Dlatego postanowiła o to go nie pytać. Ale i tak poczuła, że otrzymała wiele istotnych informacji na temat sposobu patrzenia na życie w ogóle. Wstała… Na pożegnanie zamieniła z księdzem jeszcze kilka grzecznościowych zdań i wyszła z klasy. Gdy znalazła się poza budynkiem szkolnym spojrzała w niebo i powiedziała:
– Więc dobrze! Postanowiłam, że Ci zaufam z całego serca i z całej duszy! Pokładam w Tobie całą swoją nadzieję! Tam gdzie zaczyna się nadzieja, zaczyna się życie – moje życie, którym Ty jesteś Boże.
Z taką postawą Elżbieta przeszła przez trudny okres separacji. Ostatecznie rozstała się z mężem, który przechodził sam siebie w zadawaniu jej ran cielesnych i psychicznych. Dzięki nadziei przetrwała ten ciężki czas. Dzięki nadziei znajdowała siłę by przeciwstawić się sytuacji i obronić swoje dzieci przed napadami chorego małżonka. Odkryła w sobie talent, którego się wcześniej nie spodziewała. Zaczęła się realizować w pracy na rzecz ofiar przemocy w rodzinie. Ileż to razy wypowiedziała dobrze znane sobie słowa:
– Nie trać nadziei, bo nie jesteś sam. Twój Bóg jest z tobą. Nie jesteś w stanie sobie nawet wyobrazić jak potężne procesy powołał On do życia w twojej intencji.



 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Książka, Poezja, Życie

 

Jeśli życie to odcinek, w którym start to moment narodzin, a meta to chwila śmierci, czy opłaca Ci się biec?

12 sty

Boże, jak pięknie za oknem. Pada śnieg!!!!

Rano musiałam odśnieżyć mojego rudego rumaka… a właściwie jeżeli audi jest rodzajem żeńskim, to moją mocno dojrzałą kasztankę. Latałam dookoła ze szczotką i zgarniałam śnieg. I przypomniał mi się mój ojciec, który szczotkował swoją siwą kobyłkę. Dlaczego? Nie wiem, ale właśnie on pojawił się w mojej pamięci.

Odwiozłam córkę do szkoły

Przyjechałam do domu. Zrobiłam sobie pyszną kawkę i zajrzałam do poczty a tam mail od Pozytywnej Egoistki, czyli od Dagmary Skalskiej. Fajna babka. Bardzo pozytywna osoba. Przeżyła wielką traumą – jej mąż zmarł na nowotwór. Ona dalej kontynuuje jego dzieło – pozytywne postrzeganie życia.

Ale przejdźmy do maila…

Bardzo pozytywnego:

***

Witaj Kochana!

Czy pamiętasz, że zaczynamy wspólnie Rok Pozytywnej Zmiany? Obiecałam Ci, że podzielę się z Tobą swoimi sposobami na to jak zbudowałam pozytywne nastawienie do wyzwań codzienności, życiowych sztormów i osiągnęłam trwałe szczęście.

W pierwszej wiadomości chcę powiedzieć ci coś istotnego…

Zmiana nastawienia jest PROCESEM. Zmiana sposobu życia jest PROCESEM. Zdobywanie mądrości jest PROCESEM. Rozluźnianie umysłu jest PROCESEM. Życie jest nieustającym PROCESEM odkrywania, próbowania, sprawdzania. Budowanie zaufania do siebie jest PROCESEM.

Oczywiście na początku, gdy brakuje nam jeszcze mądrości, gubimy się, podejmujemy decyzje, których rezultaty nas smucą lub przerażają. Jednak w miarę rozwoju, gdy przybywa nam zdolności – świadomości (wszak wiele razy zdecydowałyśmy podobnie i skutki nie uczyniły nas szczęśliwszymi) – możemy zacząć podejmować mądre decyzje. „Ale ja się boję, że uzyskam skutki, których nie chcę!” – pochlipuje nasze ego. Nie będziemy jednak szczególnie się nad nim użalać. To nie byłby przejaw mądrości, lecz głupoty – gdybyśmy go wiecznie słuchały, nie mogłybyśmy przecież niczego się nauczyć i wciąż tkwiłybyśmy w błędnym kole: głupie decyzje = cierpienie = głupie decyzje. Przecież my jesteśmy nieustraszone! (W przeciwnym razie nie zapisałabyś się do tego programu). Chcemy zdobyć mądrość i dlatego dajemy sobie prawo do popełniania błędów!

Aby rozluźnić się w tym procesie, przypomnij sobie teraz siebie, gdy miałaś roczek i uczyłaś się chodzić. Czy od razu wstałaś i przebiegłaś maraton? A może raczej był to proces ciągłych wywrotek, czołgania, pełzania lub kurczowego trzymania się spódnicy mamy? Odważę się postawić tezę, że u dziewięćdziesięciu dziewięciu procent populacji ssaków mniej więcej tak ten proces przebiega. Możesz więc odetchnąć z ulgą – nie jesteś w tych doświadczeniach osamotniona! Przecież gdybyśmy nie pozwoliły sobie na „etap przejściowy” (choć trafniej byłoby go nazwać „etapem ślizgowym”), do tej pory jeździłybyśmy w wózkach i potrzebowałybyśmy opieki. Niezbyt zachęcająca wizja, prawda? Małe dzieci są jednak niezwykle nieustraszone i mają w sobie tak silny pęd do rozwoju i dojrzewania, że nikt i nic nie może ich powstrzymać! Nawet barierki przy schodach, gumki na szufladach i zatyczki w kontaktach – wiedzą coś o tym zatroskani rodzice.

Mam propozycję nie do odrzucenia: pozbądźmy się wszystkich ograniczających przekonań, lęków oraz sztywnych koncepcji i obudźmy w sobie na powrót nieustraszoność dwulatka! Może nieco się zagalopowałam, ale kierunek jest jak najbardziej słuszny. Codziennie obserwujmy z uwagą skutki własnych decyzji i dojrzewajmy do mądrości. Przyjdzie chwila, w której odkryjemy, że większość naszych działań rodzi dobre skutki dla nas i dla innych ludzi, a wówczas odetchniemy z ulgą, wykrzykniemy: „Nareszcie! Udało się!” i zaufamy sobie w pełni. Wtedy natychmiast poczujemy, jak nasz umysł cudownie się rozluźnia, przeciąga i odpręża. Nalewa sobie szklaneczkę whisky i z nieukrywaną dumą pisze list do swojego kolegi intelektu

Czego potrzebujesz zatem aby PROCES zmiany trwał?

  1. Bądź konsekwentna - wracaj do zadań nawet gdy przez chwilę odpuścisz, zapomnisz, odsuniesz się.
  2. Bądź cierpliwa - nie oceniaj efektów od razu! Pojawią się we właściwym czasie. Gwarantuję Ci to.
  3. Otwórz swój umysł - na słowa, które do Ciebie wysyłam. Na nowe pomysły, propozycje.
  4. Nie walcz – z niczym co się pojawia. Obserwuj!
  5. Akceptuj efekty - nawet jeśli nie są zgodne z twoimi oczekiwaniami. Wdech…Wydech… Rozluźniasz się i puszczasz!
  6. Odpuść sobie - nie próbuj się rozliczać, karać za to czego nie zrobiłaś. Wszystko jest cenną lekcją – cokolwiek się pojawi. Nawet chwilowy brak zaangażowania jest cenną informacją. 

Zaufaj sobie - nie szukaj u innych potwierdzenia. W Tobie jest odpowiedź!

CYTAT NA 1 TYDZIEŃ ROKU POZYTYWNEJ ZMIANY

Wydrukuj tę myśl i przypnij na tablicy w widocznym miejscu:

Jeśli życie to odcinek, w którym start to moment narodzin, a meta to chwila śmierci, czy opłaca Ci się biec?

Niech ta myśl dźwięczy Ci w uszach, gdy będziesz traciła uważność i zaczynała biec w życiowym wyścigu. W jaki sposób to się przejawia? Zaczynasz odczuwać napięcie, stres i presję czasu. Gdy tylko zaobserwujesz takie objawy weź głęboki oddech, poczuj strumień powietrza na czubku nosa, skup uwagę na zmysłach i przeczytaj powyższą myśl ode mnie.

ZADANIE TYGODNIA

Bądź obecna w każdej sekundzie swojego życia. Choć brzmi to trudno tak naprawdę jest niezwykle proste. To ćwiczenie jest zupełnie pozbawione wysiłku polega wyłącznie na zauważaniu. Nie musisz robić nic więcej! Po prostu zauważaj.
Po prostu zauważaj swoje myśli.
Po prostu zauważaj emocje, które pojawiają się w Tobie.
Po prostu zauważaj oceny, które wypowiadasz.
Po prostu zauważaj gdy zaczynasz planować.
Po prostu zauważaj gdy zaczynasz wspominać.
Po prostu zauważaj gdy jest ci smutno.
Po prostu zauważaj gdy jesteś zła.
Po prostu zauważaj gdy pojawia się w Tobie napięcie.
Po prostu zauważaj gdy pojawia się w Tobie pragnienie.
Po prostu zauważaj gdy myślisz, że nie dasz rady.
Po prostu zauważaj gdy szukasz u innych potwierdzenia swojej decyzji.
Po prostu zauważaj gdy zaczynasz się martwić.
Po prostu zauważaj gdy twój oddech przyśpiesza.
Po prostu zauważaj gdy zaczynasz się bać.
Po prostu zauważaj gdy masz ochotę uciec.
Po prostu zauważaj gdy zaczynasz bronić swoich racji i walczysz.
Po prostu zauważaj gdy zaczynasz się kłócić z bliskimi.
Po prostu zauważaj gdy zaczynasz wymagać od partnera zbyt wiele.
Po prostu zauważaj gdy zaczynasz marudzić i narzekać.
Po prostu zauważaj gdy się śpieszysz.
Po prostu zauważaj gdy boli cię głowa.
Po prostu zauważaj gdy zaczynasz sobie szkodzić.

Po prostu zauważanie jest wyzwalającą praktyką! Wykonuj ją przez cały tydzień tak często jak potrafisz a przekonasz się jak bardzo jest to skuteczne.

Ustaw sobie w tym tygodniu przypomnienie w telefonie: „Po prostu zauważam”.

INSPIRACJA TYGODNIA

Odsłuchaj rozmowę ze mną wieczorem do snu. Poszukaj w niej wskazówek.


https://www.mixcloud.com/RadioBook/dagmara-skalska-w-radiu-zet-chilli/

Kochana widzimy się na FB i za tydzień.

Jestem  z Tobą codziennie myślami. Wysyłam Ci dobra energię w trakcie medytacji. Już włączyłam Cie do mojego pola uwagi ♥

To jest pierwszy tydzień Twojego nowego życia!

Dagmara”

***

Kiedy to przeczytałam usłyszałam echo wypowiedzi de Mello, echo filozofii wschodu, zwłaszcza metody „tu i teraz”, ale to piękne echa i warte uwagi.
Mamy tylko dzień dzisiejszy. Jutro niepewne. Wczoraj już było. Bądźmy pozytywnymi egoistkami. Uważnymi na „tu i teraz” – warto!

A tak między nami, tego też uczyłam się przez dłuższy czas na terapii :-D

Bo czy nie piękny jest sypiący z nieba śnieg?!

A kawa? Pita w zaciszu domowym, czy nie smakuje wyśmienicie?!

A muzyka, która sączy się z głośników? Czy nie jest akurat najpiękniejsza na świecie???

Po prostu uważajmy! Bądźmy otwarci na własne doznania ♥

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie

 

Środa z potworem w tle…

04 sty

No i po…

Dreptanie w miejscu

Dawałam sobie czas i chrzaniłam o głupotach

Nieistotnych rzeczach

O rozwiezionych w sylwestra dzieciach i samotnym, spokojnym wieczorze.

O tym, że uczniowie zamiast serduszek (tak rysowali kiedyś na samochodzie, na śniegu ) rysują coś zupełnie przeciwnego. No, tak… Zbliża się półrocze a że ja w tym roku nie jestem „wspierająca” dla nich, więc rysują penisy. Miałam duży okaz narysowany na dachu i tylnej szybie. Syn się wkurzył a ja, dziwne, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Oczywiście, starałam się usunąć zamarznięty śnieg z dachu razem z rysunkiem, ale  złości nie czułam. Zrobiłam nawet ogromny wytrysk a później napisałam dużymi literami XD. Ich prawo pokazywać swoje emocje a moim prawem będzie ich udupić (czytaj: zastosować metody wychowawcze) na półrocze za ogromne lenistwo, lekceważenie przedmiotu i wulgarne zachowanie. Oni mają swoją satysfakcję a ja swoją… Ing i jang… Jest równowaga… :-D

Sesja na luzie (prawie)

Tylko kiedy się kończyła, poczułam ogromny żal, że już koniec a ja tylko wyglądam zza muru, który zbudowałam. Solidnego muru…

Ale na razie czuję ogromny strach, panikę… Czuję ogromną próżnię, pustkę, coś nieokreślonego, ale bardzo wielkiego, jak przepaść widzianą ze zbocza ogromnej góry. Nie widać nawet dna … Boję się rozpadania na kawałki i uczucia rozjeżdżania się… Przez moment zaczęło mi się kręcić w głowie. Łapałam powietrze i widziałam wręcz tę przepaść. Czarną, wciągającą próżnię. Niebyt. Cienki lód, kruszący się pod nogami a tam… Nie wiem, płytko, czy głęboko, bezpiecznie czy czarna, oblepiająca usta woda, wdzierająca się do płuc. Nie wiem… I na razie nie chcę sprawdzać. Na razie za bardzo się boję. A co jak ta otchłań mnie pochłonie???

Oczywiście były dywagacje nad tym kogo chronię przed swoją złością… Mówił, że chronię jego… Tak, ma rację… Ale też zaraz pojawiają się obrazy wściekłych, bliskich osób. Pojawia się strach, panika, przerażenie, ból… Ucieczka w nieznane…

Bardzo często słyszę to zdanie „swoim milczeniem i uśmiechem chronisz mnie”. Otwiera mi furtkę do okazania emocji, którą ja szybko i głośno zamykam. Mam być miła… To co myślę i czuję, to moja sprawa.
Ja to wszystko pomieszczę i przykryję uśmiechem.
No i co, że później nerwica, depresja, przepłakane dni i niechęć do życia. Ja to pomieszczę, uniosę, ukryję…
Łatwo się mówi i pisze o tym, co będę robić, jak się będę zachowywać, co powiem, ale w gabinecie pozostaje milczenie i uśmiech…

Pewnie, że chciałabym już skończyć terapię. Skończyć ją przez wyzwolenie od tego cholernego muru, tej zdradliwej, czarnej głębi, strefy cienia, czarnej przepaści pod cienkim lodem. Usiąść spokojnie, jak w sylwestra i zatopić się w cieple, zadowoleniu, spokoju, nicniemuszeniu.

45 minut uciekło bardzo szybko

Dwa tygodnie wolnego

Za tydzień terapii nie będzie.

Wczoraj znajoma zapytała mnie, czy chcę przyjść na koncert. Za free. Ja i córka. Nie chciało mi się. To będzie piątek. Chciałabym posiedzieć w domu. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Może moja odmowa ją urazi… Kurde… Zdobyłam się na odwagę i napisałam, że mam inne plany. Hahahahaha, inne plany! Siedzenie z ciepłą herbatą przed telewizorem… W zacisznym ciepełku. POWIEDZIAŁAM NIE! I nie było końca świata! Ona odpisała, że ok, tak tylko pomyślała, bo zaproszona osoba dobrze śpiewa… Najważniejsze, że świat się nie skończył, kiedy powiedziałam „nie”. Rozedrganą, pełną obaw siebie gdzieś zostawiam, nie powiem, że bez strachu,bo…
Trudno mi to idzie. Zwłaszcza powiedzenie „nie” bez wyjaśnień, bez przepraszania, bez uśmiechu, bez…

„Tak” zabierało mi za dużo życia, za dużo dobrego życia. Bycie cieniem kogoś nie jest przyjemne. I nie chodzi mi tu u o koleżankę, chodzi mi o moje życie, które bardzo kocham, a oddawałam je każdemu, czy tego chciał czy nie chciał.

O tak, pociąga mnie bycie suką!

 



 

No terapeuto, doktorze Frankenstein, stworzysz potwora!

 

***

15:01

No, z tą suką to pojechałam… Na całość. Na razie to jestem szczeniakiem, który nieporadnie pokazuje kiełki.

Miałam dziś lekcję z klasą, którą podejrzewałam o wczorajszy „artystyczny” wybryk.

Weszli do sali. Sprawdziłam listę. Władczym i morderczym wzrokiem potoczyłam po chłopaczyskach. Z moich ust wydobyło się pytanie tonem, który mógłby spowodować nieoczekiwane tsunami.

- No przyznać się, który ma problem, a właściwie wybujały talent do rysowania ptaszków?
Widać było jak na chwilę zamarli. Konsternacja i zaskoczenie. Patrzyli w moją stronę jakby nic nie rozumieli.
„Kurde, chyba strzeliłam kulą w płot?” – pomyślałam
- Ale o co pani chodzi? Jakie rysowanie?
- No ten, który to zrobił powinien wiedzieć o co chodzi… Jeżeli myślicie, że uzyskacie tym brak mojej uwagi na wasze wulgarne zachowanie na lekcji, na niechodzenie, albo ni nic nie robienie, to się grubo mylicie. Nawet rysowanie penisów na moim samochodzie nie powstrzyma mnie przed wpisywaniem uwag i ocenianiem waszych osiągnięć edukacyjnych. A swoją drogą to ktoś ma ogromny kompleks, skoro nadrabia to tak ogromnymi rysunkami…
- Ale to nie my…
- A i dlatego dziś nie ma pani samochodu? – domyślał się któryś
- Niech pani zamontuje kamerę – doradzał inny
- No pewnie, już to robię… – skwitowałam złośliwie.
- A może to pan dyrektor pani narysował. Nie pasował mu pani samochód na tym miejscu i chciał panią wkurzyć. Ja bym zamontował kamerę…
- Ok, dość. Zabieramy się za lekcję…
- Zaraz, zaraz a może to pani pedagog narysowała tego penisa, żeby pani zabrała samochód i ona mogła postawić swój. Dziś na pani miejscu stoi jej samochód – dywagował następny.
Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.
Tak się rodzi spiskowa teoria dziejów…
Jedno trzeba im przyznać – po mistrzowsku potrafią wkurzać i po mistrzowsku potrafią rozśmieszać.

W tym roku nie odpuszczam tym, którzy sprawiają problemy wychowawcze. Efekt jest. Najgorsza klasa zawodowa zmieniła zachowanie. Tak jak kiedyś nie można było z nimi wytrzymać, tak teraz można poprowadzić lekcję. Oceny są gorsze, ale jak to oni mówią „wiemy, że wystawione sprawiedliwie”.

Mniej się uśmiecham, ale mam więcej spokoju.

Co będzie, kiedy przestanę się uśmiechać całkowicie???

***

21:01

Dziś dopisuje tekst w odcinkach.

Parę słów o przyszłej pani doktor psychologii, która zwróciła się do mnie z prośbą o wypełnienie ankiet.
Wypełniłam i mocno się zdziwiłam, bo…

Inaczej brzmiałyby odpowiedzi trzy lata temu, przed rozpoczęciem terapii a inaczej odpowiedziałabym teraz, dlatego swoje odpowiedzi umieściłam w tabeli. W jednej kolumnie umieściłam napis „przed terapią” a w drugiej”po trzech latach terapii”. Odpowiedzi różniły się znacznie wartościami punktowymi. Poprawiła się jakość życia. Pozostałe dwie ankiety też pokazywały wzrost pozytywny. Czyli terapia działa i ta poprawa jest mierzalna. Wiem, że studentka później będzie to przekładać na wartości liczbowe i procentowe.
W trudnych chwilach, kiedy będę miała załamania związane z wiarą w skuteczność terapii zajrzę do ankiet i w sposób namacalny będę wiedziała, że terapia działa. Wiem, że poprawa nie jest natychmiastowa, jest rozciągnięta w czasie i że ciężko trzeba na nią pracować, ale jest warto.

Dziś, w gabinecie też nie było lekko, chociaż tak wyglądało.

Malkontent mógłby powiedzieć, że każdy po trzech latach ogarnąłby się sam. Znając siebie wiem, że te trzy lata, które minęły wcale tak gładko by nie minęły a dokonane wybory byłyby zupełnie inne – bardziej raniące. Jeżeli ktoś, kto to czyta pomyślał, że to skutki doradzania terapeuty to muszę go rozczarować – on niczego mi nie doradza, niczego nie krytykuje, nie mówi, jak mam żyć. Najczęściej siedzi i słucha i niestety milczy. Niekiedy milczymy oboje… Poproszony o radę rozkłada ręce i odpowiada, że on nie jest od tego. Dziwnie, nie… Niby on nic nie robi a terapia działa… No i w tym cała tajemnica, której tylko w gabinecie można doświadczyć.

Dlaczego to piszę?

Belferskie przyzwyczajenie – uczyć kogoś. Czasami wpadam w mentorski ton…

Żeby iść na terapię trzeba przełamać wiele barier. Przede wszystkim wstyd, uprzedzenie, dumę i poczucie, że się wszystko ogarnie samemu.

 

Na dworze napadało mnóstwo śniegu a w piątek ma być -25 stopni C. Zima sobie o nas przypomniała i jak zwykle zaskoczyła drogowców. Ale co tam drogowcy – śnieg zasypał „satelitę” i telewizor śnieży ;-) No, nie śnieży. Nie ma w ogóle obrazu. W przerwach pomiędzy obowiązkami domowymi dopadam do laptopa i piszę. 

Na dziś koniec, to chyba ostatni odcinek ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Opowieść przedwigilijna – najważniejsze jest dzisiaj

23 gru

Na Facebooku należę do grupy samopomocy dla dorosłych dzieci alkoholików DDA.
Moderator grupy zadał pytanie: „Jak wspominacie Święta z dzieciństwa? Jak one wyglądają u Was teraz?”
Ludzie piszą odpowiedzi…
Bardzo przygnębiające odpowiedzi…

Ja napisałam swoją:

Czytam wszystkie wypowiedzi…
Moje święta były podobne a czasami takie same jak wasze.
W zeszłym roku, kiedy się przeprowadzaliśmy do kolejnego mieszkania i miałam ogrom pracy, byłam mega wqna, chodziłam i bluzgałam, bo wszystko było na mojej głowie i jeszcze te pieprzone święta, których szczerze nienawidziłam…
Nie zwracałam nawet uwagi na dwoje moich dorastających dzieci (14 i 17 lat), bo ja i moja złość były najważniejsze, itd.
Akurat przed świętami miałam kolejną sesję terapeutyczną. Poszłam na spotkanie. Tam opowiedziałam o moim szarpaniu się ze świętami, że ich nienawidzę, bo remont, bo nie zdążę z przeprowadzką, bo nie będzie miejsca, żeby zjeść kolację wigilijną, że nie chce mi się żyć, itd…
Usłyszałam od terapeuty: „Kolację wigilijną możecie zjeść na nowym miejscu. Zamówcie picę i zjedzcie ją siedząc na podłodze, dajcie sobie prezenty, puśćcie jakąś muzykę… I pomyśl, że może nie będzie możliwości przeżycia świąt w takim gronie, że następnych świąt może nie być…
I coś we mnie pękło.
Zdałam sobie sprawę, że przez upiory z przeszłości nie pozwalam na miłość do tych, którzy są obecni teraz ze mną, że moja złość rozwala im święta, że chcę dla nich spokoju a tym czasem wyciągam trupy z szafy i oddaje im cześć a kolejnych świąt może już nie być.
Wróciłam do domu.
Przestałam się miotać i krzyczeć.
Następnego dnia, w wigilię wręczyliśmy sobie prezenty, jeszcze w starym mieszkaniu.
Jakieś drobiazgi.
Córka jak zwykle wszystko zrobione własnoręcznie.
Wszyscy mieliśmy łzy w oczach.
To były najwspanialsze święta w moim życiu – chociaż bez wypasionej wigilii, z kartonami w pomieszczeniach, bez choinki.
Byliśmy my i nasza miłość do siebie.
Był spokój i miłość.
Dziś córcia już ubiera choinkę, ja robię listę zakupów, prezenty pochowane po kątach.
Jutro wigilia – nasza wigilia.
Wigilia, której w następnym roku może już nie być.
Upiory dawnych świąt niech zamienią się w kupkę popiołu. Mamy tylko dziś i te dziś trzeba smakować i cenić. Jutra jeszcze nie ma a wczoraj było.
Pozdrawiam wszystkich z grupy i życzę najwspanialszych świąt – mimo wszystko.

 

Pozdrawiam wszystkich czytających bloga a na życzenia jeszcze będzie czas

Lecę robić zakupy na żarełko świąteczne :-)

A na poprawę humoru, trochę nostalgicznie, Leonard Cohen



 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

„Jeżeli nie możesz pokonać muru, zbuduj drzwi”

13 paź

Złota polska jesień

Jesień przebogata…

Ktoś to śpiewał, albo gdzieś przeczytałam taki wiersz???

Klenczon, jak on pięknie śpiewał

Dziś słoneczko. Słoneczko za oknem i piękna żółć klonowych liści.

Powoli puszcza ta moja deprecha

Przynajmniej tak mi się wydaje

Wczorajsza sesja, bardzo trudna zresztą, bardzo się dłużyła. B nie pomagał i nie wspierał. Czasami był tak wkurzający jak życie, z którym się borykam.
Taki trening…

Minął trzeci rok terapii…
Na moje słowa, że „to wszystko jest bez sensu”, B odpowiedział z sarkazmem „Tak, bez sensu. Zakończenie toksycznej relacji, przeniesienie się do bezpiecznego mieszkania, utrzymanie pracy, poprawa relacji z dziećmi, zwłaszcza z córką. To wszystko jest bez sensu?”
I cały ten dół z powodu jednej opinii biegłych…

Przeszłość mnie odnalazła.
Na nic zdało się zniknięcie na pół roku. Nie podając nowego adresu „schowałam się” na pół roku. Gdybym tego nie zrobiła, złe wiadomości byłyby stopniowane a tak uderzyły we mnie z siłą huraganu.  Następna lekcja dla mnie - nie należy uciekać od problemów.

A tak a propos ucieczki od problemów fajny tekst poniżej:

Jeżeli próbujemy uciec od niepowodzeń, wtedy cofamy się w naszym życiu i nie uczymy się niczego.

Z drugiej strony, jeżeli stawiamy czoła niepowodzeniom – i nie ważne czy je pokonamy czy chwilowo będziemy pokonani – możemy dzięki tym doświadczeniom dużo się nauczyć i wzrosnąć.

Chociaż, wolelibyśmy iść przez życie nie doświadczając na swojej drodze niepowodzeń, te niepowodzenia kształtują naszą osobowość. Całkiem często sposób, w jaki nasze niepowodzenia nas ukształtują, może być dla nas dobry jeżeli tylko nauczymy się żyć ponad nimi, zamiast przytłoczeni ich ciężarem.

Bez niepowodzeń nigdy nie poczulibyśmy się zmuszeni do osiągnięcia naszego pełnego potencjału, żyjąc w wygodnych, cieplarnianych warunkach.

Charles C. Lever – „Jeżeli nie możesz pokonać muru, zbuduj drzwi”

Ze strony: żyjswiadomie.eu

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Internet, Życie

 

Nowy rok. Taki myk, że mam znów nowy rok ☺

01 wrz

Minęły wspaniałe wakacje

Mega odpoczynek

Spacery do lasu na jagody

Wyjazd nad morze

Przepiękne Kopalino i magnetyczny szum morskich fal

Wszystko co dobre szybko się kończy

Za szybko

Jutro pierwsze lekcje

Życie mknie do przodu

Po środowej terapii przyszłam do domu i wprost zapytałam dzieciaki, czy widzą we mnie jakąś zmianę. Nie zastanawiały się długo. Młody powiedział:
- Mniej się denerwujesz a jak się denerwujesz to nie krzyczysz. Nareszcie można z tobą normalnie porozmawiać. Niczego nie nakazujesz i bezwzględnie nie wymagasz. Kiedyś nie do pomyślenia… Więcej się uśmiechasz
- E a ty widzisz jakąś zmianę?
- Jesteś szczęśliwsza… – i uśmiechnęła się do mnie promiennie
- A mnie się wydawało, że jestem taka sama?
- Nie, jest więcej spokoju – odpowiedzieli prawie równo.

W moich oczach pojawiły się łzy… Łzy szczęścia – nareszcie mogą mieć normalne dzieciństwo

Jakieś echa ze środowej terapii wciąż pobrzmiewają w głowie

Słowa terapeuty i jego zadowolenie, że nareszcie się otwieram. Przestałam milczeć

Moje rozgadanie na sesji pomimo wielkiego spięcia i nerwów. Nareszcie zaczęłam mówić otwarcie o tym co mi przeszkadza i co mnie denerwuje w relacji terapeutycznej. Nazywałam uczucia jakie się pojawiały podczas rozmowy. Powoli, metodycznie, punk po punkcie. Przełamywałam paraliżujący strach. Byłam tam obecna i świadoma.

Ta sesja była jakaś inna

Jeszcze nie umiem tego nazwać

Jeszcze bardziej czuję

W pewnym momencie powiedziałam, że tak naprawdę nie mówię głośno o tym co się ze mną dzieje jemu, tylko samej sobie. Mówię to na głos a on potrzebny jest tylko po to, żeby słyszeć, żeby powtórzyć, abym ja słyszała lepiej. Jego obecność jest potrzebna i bardzo dobrze, że siedzi cicho, że nie komentuje, niczego nie doradza. BARDZO DOBRZE! Taka postawa daje mi ogromną siłę. „Potykam” się w jego obecności, milczę, chcę wyjść a nawet wychodzę (raz), szarpię się ze sobą i widzę, że jestem tylko człowiekiem, że mam prawo popełniać błędy i podnosić się z nich w swoim tempie. On nie pogania i najważniejsze, że nie użala się nade mną i nie leci z pomaganiem. Nie wyciąga ramion, na których ja mogłabym się uwiesić i uzależnić od następnej osoby. Jest jak skała – zimny, ale bezpieczny. No i staje się coraz mocniejsza, odporniejsza i pewniejsza siebie. Zaczynam poznawać swoją wartość i siłę i TO bardzo mi się podoba.

Powiedział coś o rezultatach terapii. Zapamiętałam, że nie uchroni nas od nerwów i nie da szczęśliwego, bezstresowego życia, ale pozwoli na te nerwy spojrzeć z innej perspektywy a to głośne mówienie do siebie określił jako zwracanie się do jednej ze stron naszej świadomości. Prawie tego samego dnia zobaczyłam na jednej ze stron internetowych taki tekst:

„Czy warto więc przechodzić przez wewnętrzną drogą, skoro nie wyzwoli nas ona z negatywnych odczuć?  Myślę, że tak. Musimy zrozumieć, że w stanie nadświadomości nie zmienia się życie, a jedynie nasz punkt patrzenia na nie. Jesteśmy wtedy w stanie wyjść ponad problemy. Tak ujęła to w dr Jolande Jacobi: To co na niższym szczeblu było okazją do najdzikszych konfliktów i panicznych afektów, teraz, obserwowane z wyższego poziomu osobowości wydaje się jak burza w dolinie, na którą patrzymy ze szczytu wysokiej góry. Nie znaczy to, że burza straciła swą rzeczywistość, ale że człowiek znajduje się już nie w niej, ale ponad nią.” (o innych ciekawych rzeczach można poczytać <<<tu>>>)

Owszem, nerwy i stresy są. Ciężkie dni też, ale zmieniła się moja perspektywa. Dzieje się coś dziwnego… Ja jeszcze tego nie umiem nazwać a nawet nie dostrzegam, ale dzieciaki tak.

Warto jest ciężko pracować nad sobą

Rozczuliły mnie słowa Maleńkiej i zdziwiły słowa Młodego, że teraz nie prawię kazań, ale zaczynam normalnie rozmawiać, że jestem szczęśliwa i uśmiechnięta.

A to wszystko dzięki katorżniczej pracy nad sobą :-)

Od jutra nowy rok

I nowe możliwości

Intelektualne ;-)

No i sprawdzian mojej „spokojnej” przemiany

Przez wakacje miałam komfortowe warunki a od jutra zaczyna się normalne życie :-)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Mam luksusowe życie ♥

21 sie

Rzeczywiście!!! Mam luksusowe życie!!!

Mam pracę, którą kocham! I dzięki której spełniam swoje marzenia – mogę podróżować i poznawać nowe miejsca.

Obok mnie są dwie ukochane osoby ( a nie jedna) :-D

i wiem, że mam ogromny potencjał, z którego potrafię czerpać (dzięki terapii) w temacie radzenia sobie z życiem.

Wiem, jestem nieskromna… ale szczęśliwa :-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Życie