RSS
 

Notki z tagiem ‘Wiara’

Środa z potworem w tle…

04 sty

No i po…

Dreptanie w miejscu

Dawałam sobie czas i chrzaniłam o głupotach

Nieistotnych rzeczach

O rozwiezionych w sylwestra dzieciach i samotnym, spokojnym wieczorze.

O tym, że uczniowie zamiast serduszek (tak rysowali kiedyś na samochodzie, na śniegu ) rysują coś zupełnie przeciwnego. No, tak… Zbliża się półrocze a że ja w tym roku nie jestem „wspierająca” dla nich, więc rysują penisy. Miałam duży okaz narysowany na dachu i tylnej szybie. Syn się wkurzył a ja, dziwne, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Oczywiście, starałam się usunąć zamarznięty śnieg z dachu razem z rysunkiem, ale  złości nie czułam. Zrobiłam nawet ogromny wytrysk a później napisałam dużymi literami XD. Ich prawo pokazywać swoje emocje a moim prawem będzie ich udupić (czytaj: zastosować metody wychowawcze) na półrocze za ogromne lenistwo, lekceważenie przedmiotu i wulgarne zachowanie. Oni mają swoją satysfakcję a ja swoją… Ing i jang… Jest równowaga… :-D

Sesja na luzie (prawie)

Tylko kiedy się kończyła, poczułam ogromny żal, że już koniec a ja tylko wyglądam zza muru, który zbudowałam. Solidnego muru…

Ale na razie czuję ogromny strach, panikę… Czuję ogromną próżnię, pustkę, coś nieokreślonego, ale bardzo wielkiego, jak przepaść widzianą ze zbocza ogromnej góry. Nie widać nawet dna … Boję się rozpadania na kawałki i uczucia rozjeżdżania się… Przez moment zaczęło mi się kręcić w głowie. Łapałam powietrze i widziałam wręcz tę przepaść. Czarną, wciągającą próżnię. Niebyt. Cienki lód, kruszący się pod nogami a tam… Nie wiem, płytko, czy głęboko, bezpiecznie czy czarna, oblepiająca usta woda, wdzierająca się do płuc. Nie wiem… I na razie nie chcę sprawdzać. Na razie za bardzo się boję. A co jak ta otchłań mnie pochłonie???

Oczywiście były dywagacje nad tym kogo chronię przed swoją złością… Mówił, że chronię jego… Tak, ma rację… Ale też zaraz pojawiają się obrazy wściekłych, bliskich osób. Pojawia się strach, panika, przerażenie, ból… Ucieczka w nieznane…

Bardzo często słyszę to zdanie „swoim milczeniem i uśmiechem chronisz mnie”. Otwiera mi furtkę do okazania emocji, którą ja szybko i głośno zamykam. Mam być miła… To co myślę i czuję, to moja sprawa.
Ja to wszystko pomieszczę i przykryję uśmiechem.
No i co, że później nerwica, depresja, przepłakane dni i niechęć do życia. Ja to pomieszczę, uniosę, ukryję…
Łatwo się mówi i pisze o tym, co będę robić, jak się będę zachowywać, co powiem, ale w gabinecie pozostaje milczenie i uśmiech…

Pewnie, że chciałabym już skończyć terapię. Skończyć ją przez wyzwolenie od tego cholernego muru, tej zdradliwej, czarnej głębi, strefy cienia, czarnej przepaści pod cienkim lodem. Usiąść spokojnie, jak w sylwestra i zatopić się w cieple, zadowoleniu, spokoju, nicniemuszeniu.

45 minut uciekło bardzo szybko

Dwa tygodnie wolnego

Za tydzień terapii nie będzie.

Wczoraj znajoma zapytała mnie, czy chcę przyjść na koncert. Za free. Ja i córka. Nie chciało mi się. To będzie piątek. Chciałabym posiedzieć w domu. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Może moja odmowa ją urazi… Kurde… Zdobyłam się na odwagę i napisałam, że mam inne plany. Hahahahaha, inne plany! Siedzenie z ciepłą herbatą przed telewizorem… W zacisznym ciepełku. POWIEDZIAŁAM NIE! I nie było końca świata! Ona odpisała, że ok, tak tylko pomyślała, bo zaproszona osoba dobrze śpiewa… Najważniejsze, że świat się nie skończył, kiedy powiedziałam „nie”. Rozedrganą, pełną obaw siebie gdzieś zostawiam, nie powiem, że bez strachu,bo…
Trudno mi to idzie. Zwłaszcza powiedzenie „nie” bez wyjaśnień, bez przepraszania, bez uśmiechu, bez…

„Tak” zabierało mi za dużo życia, za dużo dobrego życia. Bycie cieniem kogoś nie jest przyjemne. I nie chodzi mi tu u o koleżankę, chodzi mi o moje życie, które bardzo kocham, a oddawałam je każdemu, czy tego chciał czy nie chciał.

O tak, pociąga mnie bycie suką!

 



 

No terapeuto, doktorze Frankenstein, stworzysz potwora!

 

***

15:01

No, z tą suką to pojechałam… Na całość. Na razie to jestem szczeniakiem, który nieporadnie pokazuje kiełki.

Miałam dziś lekcję z klasą, którą podejrzewałam o wczorajszy „artystyczny” wybryk.

Weszli do sali. Sprawdziłam listę. Władczym i morderczym wzrokiem potoczyłam po chłopaczyskach. Z moich ust wydobyło się pytanie tonem, który mógłby spowodować nieoczekiwane tsunami.

- No przyznać się, który ma problem, a właściwie wybujały talent do rysowania ptaszków?
Widać było jak na chwilę zamarli. Konsternacja i zaskoczenie. Patrzyli w moją stronę jakby nic nie rozumieli.
„Kurde, chyba strzeliłam kulą w płot?” – pomyślałam
- Ale o co pani chodzi? Jakie rysowanie?
- No ten, który to zrobił powinien wiedzieć o co chodzi… Jeżeli myślicie, że uzyskacie tym brak mojej uwagi na wasze wulgarne zachowanie na lekcji, na niechodzenie, albo ni nic nie robienie, to się grubo mylicie. Nawet rysowanie penisów na moim samochodzie nie powstrzyma mnie przed wpisywaniem uwag i ocenianiem waszych osiągnięć edukacyjnych. A swoją drogą to ktoś ma ogromny kompleks, skoro nadrabia to tak ogromnymi rysunkami…
- Ale to nie my…
- A i dlatego dziś nie ma pani samochodu? – domyślał się któryś
- Niech pani zamontuje kamerę – doradzał inny
- No pewnie, już to robię… – skwitowałam złośliwie.
- A może to pan dyrektor pani narysował. Nie pasował mu pani samochód na tym miejscu i chciał panią wkurzyć. Ja bym zamontował kamerę…
- Ok, dość. Zabieramy się za lekcję…
- Zaraz, zaraz a może to pani pedagog narysowała tego penisa, żeby pani zabrała samochód i ona mogła postawić swój. Dziś na pani miejscu stoi jej samochód – dywagował następny.
Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.
Tak się rodzi spiskowa teoria dziejów…
Jedno trzeba im przyznać – po mistrzowsku potrafią wkurzać i po mistrzowsku potrafią rozśmieszać.

W tym roku nie odpuszczam tym, którzy sprawiają problemy wychowawcze. Efekt jest. Najgorsza klasa zawodowa zmieniła zachowanie. Tak jak kiedyś nie można było z nimi wytrzymać, tak teraz można poprowadzić lekcję. Oceny są gorsze, ale jak to oni mówią „wiemy, że wystawione sprawiedliwie”.

Mniej się uśmiecham, ale mam więcej spokoju.

Co będzie, kiedy przestanę się uśmiechać całkowicie???

***

21:01

Dziś dopisuje tekst w odcinkach.

Parę słów o przyszłej pani doktor psychologii, która zwróciła się do mnie z prośbą o wypełnienie ankiet.
Wypełniłam i mocno się zdziwiłam, bo…

Inaczej brzmiałyby odpowiedzi trzy lata temu, przed rozpoczęciem terapii a inaczej odpowiedziałabym teraz, dlatego swoje odpowiedzi umieściłam w tabeli. W jednej kolumnie umieściłam napis „przed terapią” a w drugiej”po trzech latach terapii”. Odpowiedzi różniły się znacznie wartościami punktowymi. Poprawiła się jakość życia. Pozostałe dwie ankiety też pokazywały wzrost pozytywny. Czyli terapia działa i ta poprawa jest mierzalna. Wiem, że studentka później będzie to przekładać na wartości liczbowe i procentowe.
W trudnych chwilach, kiedy będę miała załamania związane z wiarą w skuteczność terapii zajrzę do ankiet i w sposób namacalny będę wiedziała, że terapia działa. Wiem, że poprawa nie jest natychmiastowa, jest rozciągnięta w czasie i że ciężko trzeba na nią pracować, ale jest warto.

Dziś, w gabinecie też nie było lekko, chociaż tak wyglądało.

Malkontent mógłby powiedzieć, że każdy po trzech latach ogarnąłby się sam. Znając siebie wiem, że te trzy lata, które minęły wcale tak gładko by nie minęły a dokonane wybory byłyby zupełnie inne – bardziej raniące. Jeżeli ktoś, kto to czyta pomyślał, że to skutki doradzania terapeuty to muszę go rozczarować – on niczego mi nie doradza, niczego nie krytykuje, nie mówi, jak mam żyć. Najczęściej siedzi i słucha i niestety milczy. Niekiedy milczymy oboje… Poproszony o radę rozkłada ręce i odpowiada, że on nie jest od tego. Dziwnie, nie… Niby on nic nie robi a terapia działa… No i w tym cała tajemnica, której tylko w gabinecie można doświadczyć.

Dlaczego to piszę?

Belferskie przyzwyczajenie – uczyć kogoś. Czasami wpadam w mentorski ton…

Żeby iść na terapię trzeba przełamać wiele barier. Przede wszystkim wstyd, uprzedzenie, dumę i poczucie, że się wszystko ogarnie samemu.

 

Na dworze napadało mnóstwo śniegu a w piątek ma być -25 stopni C. Zima sobie o nas przypomniała i jak zwykle zaskoczyła drogowców. Ale co tam drogowcy – śnieg zasypał „satelitę” i telewizor śnieży ;-) No, nie śnieży. Nie ma w ogóle obrazu. W przerwach pomiędzy obowiązkami domowymi dopadam do laptopa i piszę. 

Na dziś koniec, to chyba ostatni odcinek ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Sacrum i profanum dnia powszedniego

02 lut

Ostatni wpis o pozytywnym myśleniu, wcale niepozytywny, siedzi mi w głowie. Jak na ironię znalazłam parę stron z odnośnikami (linkami) do książek o pozytywnych zmianach, pozytywnymi blogami, np. Basi W. Sama jestem realistką, ale żeby się podbudować myślę pozytywnymi kategoriami, bo gdyby patrzeć ultra realnie, zamęczyłabym się.

Co jeszcze siedzi mi w głowie? Myśl o wpisie na temat modlitwy. Pomysł zaczerpnięty z ostatnich „Medytacji”. Dojrzewa powoli. Będzie. Kocham w szarzyźnie życia ogromną moc sacrum. Ona podnosi na duchu, powoduje, że człowiek sam nabiera blasku i wewnętrznej siły. Pamiętam rekolekcje z księdzem Kralką i to na jakie wyżyny sacrum potrafił zabrać wszystkich zgromadzonych. To były piękne przeżycia. Jeżeli będziecie mięli możliwość uczestniczenia w rekolekcjach, albo mszy prowadzonej przez księdza Kralkę, nie zastanawiajcie się i idźcie. Ten, kto nie wierzy też może iść, bo podczas tego czasu zatopicie się w takim blasku sacrum, że zapomnicie o wszystkim. (o księdzu pisałam tu ………..)

Wczoraj po raz pierwszy zapłaciłam rachunek za DOM. Odliczyli go bezpośrednio z mojej wypłaty, oczywiście bez stówy czynszu. Czynsz będę płacić dopiero od kwietnia. Najwięcej wyszło za energię, bo nią ogrzewamy wodę, pomieszczenia i różnorakie żarłoczne media, typu tv, albo komputery. No, zabolało! Czyli przechodzimy do profanum, niestety :-( Uroki normalnego życia. We trójkę omówiliśmy strategię korzystania z energii, tej elektrycznej, oczywiście. Doszliśmy do konsensusu!!! Bojler (największy pochłaniacz) jest wyłączany na cały dzień i włączany tylko na wieczór na dwie godziny. Zobaczymy efekty w marcu przy następnym rachunku.

Wczoraj też wznowiłam moje marsze z kijami. Poznałam nowe trasy i rozruszałam kości. Znów odzywa się kręgosłup a nordic to wspaniałe panaceum na problemy z kręgosłupem. Polecam

Miesiąc miodowy minął! 36 dni w DOMU.

Kot rozrabia

Dzieci jeszcze spią

A ja jak zwykle – internecik i kawka

widok z kuchennego okna

ale teraz za oknem mam piękny widok i słychać szum drzew

Sacrum miesza się z profanum

Którego jest więcej? To zależy ode mnie i mojego poczucia rzeczywistości

motywacja1A tak między nami myślę nad tematem umiejętnego motywowania do zamian w życiu, bez słów: „musisz”, „teraz albo nigdy”, „zrobisz to”, „nie bój się”, „uśmiechnij się”, itp. Może to następny kierunek po obecnych studiach. Kiedyś byłam na szkoleniu, gdzie jeden z paneli prowadziła pani od motywacji do zmian. Wcale nie trzeba używać krzykliwych sloganów, aby kogoś zmotywować. Umiejętnie poprowadzona rozmowa, stworzenie dobrego klimatu i empatia w stosunku do drugiej osoby dają lepsze rezultaty, niż słowa typu „nie martw się, jutro będzie lepiej”. Przydałyby się jeszcze podobne warsztaty. Pracuję z młodzieżą, wychowuje swoją młodzież (moje latorośle) i wiem jakim delikatnym są „materiałem”. Czasami słowem mogę zabić ich całą nadzieję na lepsze jutro i ich dobrą samoocenę. Super by było, gdyby wszyscy nauczyciele mogli takie szkolenia mieć bezpłatnie, ale to zostanie w kategorii marzeń.

Muszę najpierw skończyć obecne podyplomowe a później poszukam tych od motywacji. No, czyli jednak mam jakieś plany na przyszłość :-)

oooo młodzież się budzi

która to godzina???

10:09

No to Pa!

Wracam do reala

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Mistrz pierwszego wrażenia.

11 mar

Dzisiaj spojrzałam na swoją sytuację z boku i stwierdziłam, że jest straszna, trochę groteskowa, bo zdeformowała moją rzeczywistość, zaburzyła proporcje, odwróciła hierarchię wartości (ale w tym nieśmiesznym znaczeniu) i po raz pierwszy poczułam odrazę do opowiadania jej jeszcze jednej osobie, i jeszcze jednej, i jeszcze jednej, i jeszcze… Sytuacji tym nie zmienię a tylko gmeram w ranie, która cholernie boli. I widzę przerażenie na twarzy tych, co słuchają. Straszę…

W sobotę pojechałam na „podyplomowe”, po dość długiej nieobecności. Nie było mnie przez dwa zjazdy (miesiąc) i zastanawiałam się, czy nie zrezygnować, bo… I tu padłyby argumenty „przemyślane” przeze mnie. Czekała mnie miłą niespodzianka. Grupa przywitała mnie bardzo gorąco. Usłyszałam, że bardzo mnie brakowało, że bali się (choroba – nawet się bali), że zrezygnowałam i że bardzo się cieszą, że jestem. Jedna z koleżanek nawet „dostała zawału”, kiedy nie było mnie na kolejnych zajęciach . To było mega przyjemne. Moje ego „upasło” się na dźwięk tylu miłych słów. Nie znają mojej sytuacji, nie wiedzą przez co przeszłam a więc to nie był objaw litowania się i współczucia. Oni mnie po prostu lubią!  :lol:

Biorę udział w próbach przedstawienia. Przedstawienie było pokazywane w zeszłym roku przed Wielkanocą a teraz będzie nagrywane przez jedną z katolickich telewizji i usłyszałam newsa. Facet, Przeczytaj resztę notki »

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 

Studiowanie jest super, ale… życie potrafi dokopać.

29 paź

Miałam napisać o studiach. O tym, jak wiele radości mi to sprawia. Miałam… Jeszcze dziś w nocy zasypiałam z poczuciem spokoju… Ranek przywitała mnie wydarzeniami, których nie napisałby najlepszy scenarzysta. Ot, życie! 

Piszę o poniedziałkowym ranku. Wpis zaczęłam robić w niedzielę, poniedziałek minął a dzisiaj jest wtorek. Kiedy go opublikuję? Tekst musi dojrzeć, ja muszę dojrzeć do wypuszczenia mojego „dziecka”. Decyzja musi dojrzeć…

W zeszłym tygodniu, w programie telewizyjnym „Świat się kręci” Maciej Kurzajewski zaprosił do programu Magdalenę Środę. Nie będę opisywać kim jest pani Magdalena, bo to wiedzą wszyscy. Mnie zainteresowało zupełnie co innego a mianowicie temat dotyczący  Konwencji Rady Europy nt. zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej i to jak Polacy podzielili się w tak ważnej i trudnej sprawie, jaką jest cierpienie kobiet i rodzin dotkniętych przemocą domową. Jak zwykle nieważni są poszkodowani, ważny jest fakt „darcia kotów” i podkreślanie kto ma więcej racji. Gdzie zdrowy konsensus między tymi dwoma obozami. jak zwykle podział na zdrową prawicę i chorą lewicę, ja mam rację a ty jesteś osioł, dureń, innowierca, itd., itd. a gdzieś w środku tych durnych przepychanek cierpią kobiety i dzieci. Rozgrywają się sceny, których najlepszy reżyser by nie stworzył. Rozgrywają się tragedie i koszmary. Jest strach, ból, łzy, poczucie niemocy, bezsensu. Rozgrywa się piekło na ziemi…

Sama byłam w takim piekle i to piekło upomniało się o mnie w poniedziałek. Miałam wiele szczęścia, albo mocnego Anioła Stróża, bo wyszłam z tego bez szwanku fizycznego a jedynie z wielkim strachem psychicznym – chociaż i on w tym przypadku nie jest dobry. Jeszcze raz mi się udało… Tak udało się, bo państwo ma wiele papierowych praw, które w życiu nie mają zastosowania.

Przemoc domowa – jest, była i będzie, jak Polska Polską a Polak Polakiem. 

Udało mi się uciec. Wyprowadzić ze złego domu a później przejść przez kolejne komisje „pomocowe”, sprawy w sądzie, wizyty kuratora i obserwowanie, tego jak sobie radzę. Na komisjach słyszałam:

- Czego pani od nas oczekuje? – i pytanie:

- Czy mąż pije?

- Nie – odpowiadałam zgodnie z prawdą – jest chory psychicznie i jest agresywny w stosunku do mnie. Proszę o pomoc, o zakaz zbliżania, o dozór policyjny, chcę poczuć się bezpiecznie.

- Proszę pani, gdyby mąż pił byłoby łatwiej a tu… No cóż, zrobimy co będziemy mogli, ale…  - i zawieszenie głosu a ja czułam się pozostawiona na lodzie.

Kolejne sprawy w sądzie. Pisałam o nich na blogu. Kolejne opinie biegłych psychiatrów w sprawie męża i brak rozstrzygnięcia w sprawie dotyczącej leczenia. On na wolności, albo umieszczany na krótkich pobytach w szpitalach. Miesiąc, dwa i do domu. Chory sam miał decydować o braniu leków. Parodia. Chora sytuacji. Nieważne było to, co ja mówiłam, o co prosiłam. Nieważny był mój strach i moje bezpieczeństwo. Chory ma prawo, a w podtekście spychologia, tak powszechnie stosowana…Gdzie te prawa, gdzie Konwencja?

To prawda – na papierze mamy mnóstwo mądrych praw i wiele wytycznych, jak reagować w określonych sytuacjach, ale nikt nie bierze „czynnika ludzkiego”, czyli jak są wykonywane te piękne prawa, nakazy, zakazy. Zbyt wiele emocji we mnie. Na usta cisną się niecenzuralne słowa… Doszło do tragedii

Człowiek, z którym wytrzymałam 15 lat wczoraj w chorym amoku zabił swoją matkę. To miałam być ja. Czekał na mnie rano na klatce schodowej. Udało mi się przemknąć obok niego niepostrzeżenie. Dzięki Bogu patrzył w inną stronę. Nie mógł się doczekać a później zaczęło się kręcić za dużo ludzi. Wrócił do domu i swoją agresję wyładował na matce i siostrze. Pierwsza tego nie przeżyła, druga zdążyła uciec… Potrzebna była ta tragedia????

Papierowe prawa… Kłótnie i przepychanki na górze, spychologia w urzędach i  ciche tragedie rodzin dotkniętych przemocą.

Nasza kochana Polska… Może najpierw zgoda, która pomoże zbudować coś mądrego wspólnie, tylko kto dzisiaj myśli o zgodzie, kiedy na porządku dziennym jest żarcie się między sobą? 

Życie…

Nie jest i nie będzie łatwe…

Dziś pogrzeb teściowej. Tym, do których się skarżyłam, żebrałam o pomoc, którzy o wszystkim wiedzieli, otwierają się oczy i zdziwieni mówią:

- Jak ty to wytrzymywałaś tak długo. Podziwiam cię…

Potrzeba było tragedii a teraz „podziwiania”, żeby zobaczyć. Papierowe prawa i ślepi ludzie. Rodziny „hermetyczne” na najbliższych, którzy potrzebują pomocy. Rodziny w których nie ma bliskości i zrozumienia, nie ma miłości i słuchania, empatii. 

Mam dość…

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Rekolekcje w Zambrowie z ojcem Bashobora – trzy cudowne dni.

20 lip

BashoboraMiałam jechać tylko na jeden dzień – na piątek. Nie chciałam na trzy dni.

- A po co – myślałam z niechęcią. Ja myślałam a Ten wyżej jak zwykle miał dla mnie inny plan. Pojechałam na trzy dni i nie pojechałam sama – nasza grupa liczyła  w sumie osiem osób. Chyba Najwyższy wiedział, że gdybym była sam, to nie pojechałabym w ogóle. Wycofałabym się.

Trzy dni pełne radości, obecności wśród wielu ludzi pod przewodnictwem charyzmatyka z Ugandy – ojca Johna Bashobora.

Ojciec John jest drobny, niski, niepozorny. Cicho i skromnie przechodzi obok ludzi. Nie chce zwracać na siebie uwagi, ale ludzie do niego „lgną”. Mam wrażenie, że nie lubi rozgłosu wokoło siebie, bo tych, którzy chcą go dotknąć w sposób szorstki i energiczny odpycha. Nie pozwala. Na ołtarzu (scenie) zmienia się. Tam wydaję się postawny, jasny, przyciąga uwagę.

Trzy wspaniałe dni podczas których uczyliśmy się otwierać na wspólnotę, radość, miłość i wiarę. Uczyliśmy się korzystać z Pisma Świętego.

- Gdzie wasze Pismo św. , gdzie wasza broń! – grzmiał Bashobora, kiedy zobaczył, jak niewielu ludzi przywiozło ze sobą Biblię.

- Do domu – karcił po polsku i zrobił wtręt o żołnierzach, którzy zostali wysłani na misję obrony granic swojego kraju przed zagrożeniem ze strony wroga a na granicy okazuje się, że nie wzięli karabinów. Nie mają broni.

- Do domu – grzmiał, pokazując jak bardzo jesteśmy teraz bezbronni, bezużyteczni, odsłonięci na ataki złego. Dał nam lekcję – pierwszą – Biblia jest wspaniałą bronią przed złem, depresją, odtrąceniem, poniżeniem, samotnością. Wystarczy ją otworzyć i zacząć czytać. Tam znajdziemy klucz do rozwiązywania naszych problemów – każdego rodzaju, na każdą sytuację życiową mamy tam rozwiązanie, ale niestety jesteśmy zbyt leniwi, aby korzystać z tego klucza. Zbyt egoistycznie chcemy budować życie po swojemu, według swojej biblii, swoich zasad i wychodzimy na tym wiadomo jak… Ojciec często sięgał po Biblię – słuchaliśmy różnych jej fragmentów, np. fragment, który był mottem przewodnim spotkania Mk 16,16 ze słowem często powtarzanym podczas rekolekcji „idźcie”następny fragment Mt 28za ołtarzem zawieszony był baner z hasłem: Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie.  Spotkanie było często porównywane do sytuacji apostołów w Wieczerniku i słowo wieczernik było często powtarzane, w związku z tym przeczytany był fragment z Ewangelii św. Jana. Była też mowa o mocy Ducha Świętego we Fragmencie Dziejów Apostolskich, a także fragment z Księgi Izajasza – fragment o chorobie i uzdrowieniu Ezechiasza. Biblia towarzyszyła nam przez trzy dni.

Ojciec John potrafił nas też zawstydzić krytykując naszą postawę wobec premiera i prezydenta.

- Dlaczego, kiedy mówię „premier Tusk” albo prezydent wy krytycznie kręcicie głowami, albo mówicie „yyy”. Nie możecie krytykować premiera Tusk, bo on reprezentuje naród, reprezentuje was. To wy go wybraliście a więc krytykujecie samych siebie, mówicie źle o samych sobie. Możecie go krytykować kiedy mówicie „pan Tusk”, bo wtedy jest to osoba prywatna, taka jak wy, ale głowy państwa się nie krytykuje, bo to uderza w was – dał nam lekcję drugą.

Pierwszy dzień był bardzo trudny. Dużo osób na konferencji odczuwało zmęczenie, ospałość, trudność z koncentracją, ale drugi dzień przebiegał w radości, przebudzeniu i uwadze. Z drugiego dnia w pamięci została lekcja trzecia – historia o kobiecie (o nas), która nie chciała zostać uzdrowiona. Ojciec John na jednej ze swoich mszy spotkał kobietę na wózku inwalidzkim. Na pytanie (stwierdzenie), że Bóg ją uzdrawia kobieta szybko odpowiedziała:

- Nie, nie, nie. Ja nie chcę być uzdrowiona. Ja muszę cierpieć! Muszę cierpieć za moje córki, które odeszły od Kościoła, przestały wierzyć w Boga!

- Chcesz być jak Jezus? – zapytał

- Tak, tak. Może wtedy się nawrócą. Ja muszę cierpieć.

- A może nawrócą się, kiedy zobaczą cud uzdrowienia, zobaczą twoją radość a nie smutek.

Kobieta została uzdrowiona a córki nawróciły się. Taka jest wiara płynąca z radości i takiej wiary oczekuje od nas Chrystus. Wiary radosnej.

Tego dnia na zakończenie wystawiony był Najświętszy Sakrament i odbyła się adoracja z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie. Ciekawskich muszę rozczarować. Nie działo się nic spektakularnego – niewidomi nie zaczęli widzieć, ludzie na wózkach nie wstawali i nie chodzili, złamane kończyny nie zrastały się cudownie,opętani nie wili się w konwulsjach po trawie. NIE! To co najważniejsze działo się w naszych sercach i w naszych umysłach. Pod namiotem powstała jedna wielka rodzina, jedna wielka wspólnota, gdzie jeden troszczył się o drugiego. Zwracaliśmy się w kierunku obcych nam osób.Patrzyliśmy na siebie, patrzyliśmy sobie w oczy, dotykaliśmy nawzajem głów, dłoni, ramion. Dotykaliśmy z wielką troską, uwagą, miłością, uśmiechem. Z oczu płynęły łzy. Staliśmy się  jedną wielką rodziną, wspólnotą, Kościołem. Stał się cud. Lekcja czwarta – w Kościele stajemy się rodziną, troszczymy się o siebie z miłością i otwartością ( na co dzień trudne i widać to w kościele podczas „normalnej” mszy, gdzie każdy broni dostępu do siebie, mówi „pokój z tobą” a myśli „pokój ze mną”).

Modlitwa – czuwanie – zakończyła się salwami śmiechu. Ojciec John modlił się a z ludzi spadał „pancerz sztywności”. Najpierw dało się słyszeć pojedyncze śmieszki, później odważniejszy śmiech, aby w końcu usłyszeć ogólny, zaraźliwy, radosny i głośny śmiech. Nikt nie mówił kawałów, nikt nikogo nie próbował rozbawić a śmiali się wszyscy. Otworzyliśmy się na radość, na radość bycia dzieckiem Bożym. Nie śmiałam się tak od dawna. W głos, z całych sił, aż bolał brzuch. Ta radość nie uleciała. Pozostała we mnie. Radość i spokój, lekkość. Kiedy trzeciego dnia składałam świadectwo jak te rekolekcje wpłynęły na mnie powiedziałam o tej radości. Stojąc na scenie oczywiście chciałam się rozgadać. Przygotowałam nawet tekst, ale do akcji wkroczył ojciec Bashobora z pytaniem:

- Co te rekolekcje dały tobie? Tobie…

Aby przerwać mój słowotok ojciec mnie dotknął (tak myślałam), ale dopiero na filmie zobaczyłam, że to ja trzymałam go za rękę, patrzyłam mu w oczy i mówiłam o wielkiej radości, spokoju, o swoim oczyszczającym śmiechu. On miał oczy spuszczone. Szybko skończyłam swoje słowa, ale w myślach dodawałam słowa „radość po depresji, pustce, strachu, po ciężkich przejściach”. Nie przeczytałam wszystkiego co miałam na kartce, ale to dobrze, bo nie to było najważniejsze. Ważne było moje wyjście, wyjście z „pustyni”.

Ojciec podczas rekolekcji często powtarzał słowa „Wieczernik” i słowo „idźcie”. Zwracał uwagę na to, że jesteśmy apostołami i mamy do wykonania misję – misję zbliżania ludzi do Boga, misję Ewangelizacji.

- Idźcie – powtarzał i uczył nas płynącej z wiary radości i bycia we wspólnocie.

I na koniec to, co napisałam w sobotę rano po piątkowym wieczorze. Wieczorze pełnym radości.

Jak wielu ludzi żyje w grobach. Żyją, mają Bożą miłość, „mają oczy, ale nie widzą, mają uszy, ale nie słyszą”. Wolą swoje groby: groby smutku, przygnębienia, poczucia bycia gorszymi, kompleksów, żalów, zazdrości, pogoni za pieniędzmi, bycia najlepszymi, najpiękniejszymi i te najgorsze groby, bolesne groby utraty kogoś, lub czegoś. Utraty, z którą nie potrafią się pogodzić, która dla nich staje się bogiem, staje się najważniejsza.

W Biblii jest napisane „Dlatego radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń.  Przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota, które przecież próbuje się w ogniu, na sławę, chwałę i cześć przy objawieniu Jezusa Chrystusa”, ale ludzie  wolą swoje groby żalu i smutku a o radości nie chcą słyszeć. „Mają uszy, ale nie słyszą”. Jesteśmy w Wieczerniku, a wiadomo co działo się z uczniami w Wieczerniku po śmierci Chrystusa. Pora wyjść!

Gdybyście wiedzieli, jak bardzo kocha was Bóg, tańczylibyście z radości, śpiewali, śmiali się, lecieli na skrzydłach do nieba. Jezus do uczniów powiedział „O nierozumni, dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych”.

Ludzie czemu schodzicie do grobów?

Czemu się smucicie?

Jezus żyje!

Nie ma Go wśród umarłych!

Radujcie się!

Miłość Boża jest wielka!

Wszechogarniająca!

Darmowa!

Chodźcie do tej Studni i  niech każdy wody życia darmo zaczerpnie!

Za darmo! Bez pieniędzy!

Czerpcie Bożą miłość cieszcie się miłosierdziem!

To wszystko jest darmowe, wieczne, nieprzemijające!

Dlaczego nie chcecie? Dlaczego podobają się wam wasze groby? Tam jest zimno i ciemno. Tam są wasze kompleksy, depresje, choroby. A tu jest Światło, szczęście za darmo. Dlaczego tego nie chcecie? Myślicie – jest darmowe – więc nic nie warte. A tam jest grób „wybudowany” za ogromną „kasę”, wartościowy.

O nierozumni!

Tak, to napisałam ja – osoba, która zadeklarowała się jako agnostyk. Mam nadzieję, że nie zwariowałam :-). Nadal nie chcę nikogo nawracać i wtykać wiary na siłę. NIE CHCĘ! Każdy wybiera sam a ja szanuję wybór każdego. Możecie krytykować, śmiać się, nie zgadzać. Możecie – jesteście wolni. Wszystko co opisałam to moje subiektywne odczucia. Spojrzenie obiektywne zawsze będzie inne.

Powiem jedno – te rekolekcje były cudowne!

Podaję stronę o. Johona Baschobora: www.ojciecjohnbashobora.pl.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Życie

 
 

  • RSS