RSS
 

Notki z tagiem ‘Wspomnienia’

Jak Alicja w krainie czarów…

18 lut

Kolejny szary dzień…

Z topniejącym śniegiem

Z mżawką

Kolejny dzień

Można spać do 12. Można nic nie robić. Można… Lenić się, przeciągać i patrzeć w okno

Nicnierobienie

Bez wyrzutów sumienia – przecież nic nie muszę! Zupełnie nic!

Po każdej sesji czuję…

No, właśnie, co czuję?

Wiem, że nic nie muszę. Że mogę korzystać z każdego pięknego dnia, bez względu jaka jest pogoda za oknem. Że bardzo mnie cieszy każdy dzień.
Wiem, że żaden dzień się nie powtórzy, że z każdym dniem jestem starsza, że miejsce, w którym jestem jest przesycone spokojem i ukojeniem – jak więc z tego bogactwa nie korzystać.

Zdziwienie zagląda do świadomości.

Bo jak to?

„Przyjaciół” mi nie przybyło a wręcz przeciwnie. A mimo to mam więcej wewnętrznego spokoju…

Korzystać z tego. Korzystać z wypracowanej przez siebie rzeczywistości. Z oceanu spokoju.

Los mi tego nie dał, ani bóg, ani karma, ani…

Dzięki sobie jestem tu, gdzie jestem i mam to, co mam.

 



 

Środowe sesje…

Po terapii zostały w pamięci sytuacje, które niczym slajdy zaczęły się wyświetlać w mojej pamięci.

Dla mnie irracjonalne, surrealistyczne, stresujące, z dualistycznym poczuciem tożsamości. Jestem ja i jest ona – mała dziewczynka. Kogo jest więcej?

Powroty do dzieciństwa

Cały czas mam opór, żeby wracać do tamtych czasów, ale te obrazy są takie wyraźne, tak mocno wryły się w moją pamięć.
B coś mówił. Nawet nie pamiętam, co.
Bardzo wyraźnie widziałam małą dziewczynkę, która utkwiła w strefie, którą ja nazwałam „okiem cyklonu”. Złudne bezpieczeństwo, złudna cisza… Bardzo złudna…
Dookoła mnie działy się straszne rzeczy – alkoholizm ojca, bójki, płacząca matka… A ja na to patrzyłam…
Tylko, i aż się przyglądałam.
– Ja nie byłam bita – powiedziałam – Ja patrzyłam. Dookoła mnie działy się te różne sytuacje… Uciekałam do ciotki, kiedy było bardzo źle. Pamiętam jak wpadałam do jej kuchni, stawałam pod ścianą i nie mogłam nic mówić. Osuwałam się po ścianie i tylko patrzyłam… Nic nie mogłam mówić. Ciotka była przerażona. Coś do mnie mówiła a ja nie mogłam odpowiedzieć – mówiłam cicho.

On coś powiedział…

Poczułam się przyparta do muru

On coś mówił…

W głowie poczułam próżnie. Nie ogarniałam jej… Nie byłam w stanie.
Jakiś stan zawieszenia z jakimś durnym pytaniem „Dlaczego?”. To pytanie wciąż wracało.  Tłukło się, jak echo.

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

On coś mówił…

Zapamiętałam słowa o rodzicach i o miłości…

Nie wiem, co to miłość

Nie wiem…

Szukałam jej, myliłam w życiu z innymi uczuciami

Dlaczego? – wróciło pytanie zadawane przez samą siebie

On coś mówił…

Nie ogarniałam tego

Totalna pustka

Próżnia

Była możliwość odbicia w inne tematy. Bardzo pociągające, na które mogłabym mówić godzinami

Nie chciałam

Ja nie chciałam. Żadnych tematów zastępczych. Erzaców. Nie!

Walczyłam sama ze sobą.

Z poczuciem wewnętrznego oporu

Buntowałam się przeciwko sobie

Przeciwko własnej niechęci

Mogłam wyjść

Mogłam nic nie mówić

Walczyłam sama ze sobą i dlatego to było takie irracjonalne, takie idiotyczne…

Nie, właściwie nie idiotyczne, ale bardzo nielogiczne, bezsensowne, niedorzeczne…

45 min minęło

Wyszłam bez słowa z gabinetu

Mała dziewczynka, której nikt nie chciał, której nikt nie poświęcał uwagi, nie chciał z nią rozmawiać, której miało nie być…

Której nikt nie przytulał i nie mówił, że ją kocha. Nikt nie dał jej poczucia bezpieczeństwa. Nie cieszył się z tego, że po prostu jest. Życie toczyło się dookoła niej. A ona była obserwatorem… Mała, przerażona dziewczynka, rezydentka oka cyklonu.

On powiedział, że gdyby ją ktoś bił, wtedy wiedziałaby, że ktoś się nią interesuje…

W odpowiedzi próżnia…

Drętwy środek, drętwe serce, które nic nie czuje, które boi się czuć.

Ona, która woli niszczyć siebie.

Ja, która dotrwałam do obecnej chwili. Ja a w moim wnętrzu drętwa, mała dziewczynka – ona.

Kosmos, którego ja nie ogarniam

Terapia nie jest miłym i spokojnym spotkaniem

Dla mnie nie jest

Mimo wszystko to był dobry dzień

To był dobry dzień

Tydzień minął

Szyyyybciutko

Dziś za oknem szaro, buro i pada deszcz. Zima z pięknym słoneczkiem i mrozem uciekła szybciutko. Jeszcze brudnymi połaciami leży śnieg, ale szybko topnieje. +4 stopnie.

Spokojnie

Kot nie daje spać. Nie wyspałam się przez sierściucha. Nie pierwszy raz. Wredne stworzenie. Kursował w tę i nazad jak wahadło, robiąc od czasu do czasu „zwód indiański” z leżeniem na plecach. Najpierw prosi o wypuszczenie a kiedy ja otwieram drzwi, on wywraca się na plecy i z łapami w górze patrzy chytrze w moją stronę.

Myślę o tych dziwnych, środowych sesjach. Bardzo nieracjonalnych. Surrealistycznych. Jakbym była w krainie czarów i nazywała się Alicja a przede mną siedział Szalony Kapelusznik.

Dziś  w sklepie przyłapałam się na dziwnych rozmyślaniach – patrzyłam przez szybę sklepu na tablice rejestracyjne samochodów. Były białe z czarnymi literami. „Zagraniczne samochody” – pomyślałam. Wszystkie na białych tablicach. „Matko, dlaczego ich tak dużo? Nasze tablicę są czarne… Zaraz… Zaraz… No, tak. Były czarne. Kiedyś, bardzo dawno temu. Obudź się, kobieto!” – skarciłam się za anachroniczne myślenie.

Na chwilę wypadły mi z głowy tych kilkanaście lat.

Lubię pogadać ze swoimi dzieciakami przed snem. O niczym. Wczoraj w nocy też poszłam do ich pokoju i zaczęłam monolog. O tym, co miałam w dzieciństwie a czego nie. A później zaczęłam słuchać ich.

Młody powiedział o swoich odczuciach, kiedy przeczytał fragment mojego pamiętnika ze wspomnieniami z ogólniaka. Jakieś dziewczyny ochlapały mnie wodą i zaczęły się ze mnie wyśmiewać a ja jedynie zapytałam, czy zrobiło im się lżej…
– Poczułem ogromny żal dla ciebie. Zrobiło mi się ciebie szkoda… – powiedział.
Niezbyt przyjemnie, ale taka jestem. W takich momentach nie atakuje…
Spadek z dzieciństwa – wycofywanie się tyłem i strach, mieszanina uczuć… Nie mogę nikogo urazić, bo oni muszą mnie lubić. To da mi szansę przeżyć we względnym spokoju…
Moje myślenie, które pakowało mnie w kolejne kłopoty.
B w takich momentach mówi o zupie pomidorowej…

Zamilkłam. Wczoraj zamilkłam. Poczułam bezsilność wspomnień. Ich bezbarwność. Beznadzieję… To dobrze. Razem z bezsilnością, wspomnienia tracą rację bytu, znika potrzeba wracania do nich i ponownego ich przeżywania. Są coraz bledsze…

Do głowy przyszła myśl o ciotce i milczenie u niej. U niej czułam się bezpiecznie, z jej dziećmi. Mogłam tam siedzieć godzinami. I to mi pozostało. Tam, gdzie czuję się bezpiecznie mogę siedzieć godzinami i nie wiem, kiedy wyjść. Staje się wtedy uciążliwym gościem.

Wszystkie moje dorosłe niepowodzenia miały źródło w dzieciństwie. Szablon terapeutyczny :-(

Wczoraj w nocy rozmawialiśmy o St-ku. Młody wspomina to miejsce bardzo pogodnie. Mówi o beztroskim i radosnym dzieciństwie, z co czteroletnimi przerywnikami, kiedy J traktował mnie jak worek bokserski.
Pamięta zielone łąki i śmiech, ale pamięta też dokładnie sceny znęcania nade mną. Słuchałam z uwagą. On powiedział „Miałem radosne dzieciństwo…”
A ja chciałabym zapomnieć te 15 lat.
Dla dzieci byłam radosną matką, czytającą im bajki, kupującą zabawki i książeczki. Roześmianą i wspierającą…
A w środku przeżywałam piekło. Szalałam z samotności i strachu. Powoli zabijałam siebie… Rozwinęła się depresja. Miała cieplarniane warunki do rozwoju… Chroniłam swoje dzieci, żeby miały radosne dzieciństwo.

Uczę się bronić. Nie chcę oszukiwać, że teraz to już jestem mega asertywna, i nie uciekam przed mówieniem prawdy i okazywaniem altruizmu każdemu, nawet największej kanalii. Kłamię ze strachu i chęci przeżycia, po to, żeby mnie zaczęli lubić, kochać… Dla „matki”… Żeby nie usłyszeć, że mogło mnie nie być, że jestem ciężarem, jestem powodem smutku i beznadziei… Dziwne? Może i tak. To takie „terapeutyczne” – zawieszenie się na pewnym etapie życia. Ja się starzeje, ale moja wewnętrzna dziewczynka nie. Ona czasami rządzi… Nie, ona rządzi cały czas…

Już nie chcę takich sytuacji.

Brrrrrr

Dzisiejsza aura – szary dzień niezbyt na mnie działa.

Chce mi się spać…

Na walentynki przyszły dwa sms-y. „Wspaniałej walentynce”, „uroczej”, „przepięknej”, ble, ble, ble… Ktoś pamiętał a nawet nie wiem, kto.

Ok, włączę sobie jakiś film. Otulę się kocem, zaparzę dobrą herbatkę i popatrzę na ekran a może nawet usnę.

Potrzebuje odpoczynku…

 

Wpisu można posłuchać w aplikacji Audio-Blog, przepięknie przeczytany przez Monikę, autorkę bloga Singiel Mama

 

logo_audioaudioblog_small_white1

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Pierwszy listopada …

01 lis

Pierwszy listopada

Co robiłam rok temu?

Remont!!!

Miałam obolałe ciało i ręce pokryte uczuleniem i byłam mega zmęczona

Jak szybko minął ten rok…

Pierwszy listopada…

Spokojny, pochmurny dzień

Złość minęła

Była wielka

Zalewała mnie ogromną falą

A może to był strach???

Strach przed rozprawą w sądzie i przed spotkaniem z J. Teraz będę czekać na informację z sądu

Najważniejsze, że w mieszkaniu nareszcie cieplutko. Grzejniki gorące. Milutko i cieplutko.

Plany na dziś???

Siedzenie w domu a później wyprawa na cmentarz. Może wieczorem nie będzie tłumów. Dobre też będzie całodzienne siedzenie w domu a wizyta na cmentarzu dopiero jutro. Rodzice poczekają, co mają do roboty… Czekaja tam już od… mama od 2001 a tata od 2004. Nareszcie jest pomiędzy nimi zgoda. Nie ma awantur i płaczu. Nareszcie spokój…

Wyłowione z sieci…

Jak bardzo prawdziwe

Epikur powiedział: „Gdzie jest śmierć, mnie nie ma a gdzie ja jestem, nie ma śmierci”, więc…

Powiedziałam do swoich dzieci: „Kiedy umrę, nie przynoście na mój grób ogromnych, sztucznych wieńców. Niech to będzie mały kwiatek, ale od serca. Niech to będzie dobre wspomnienie i szczery uśmiech a nie morze plastiku.”

Zresztą, kiedy umrę, już mnie nie będzie, więc…

Carpe diem

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie

 

„Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?”

19 sie

Dni szybko mijają.

Otulają mnie swoim spokojem.

Na jednej ze stron psychologicznych na FB przeczytałam wiersz

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat
Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?
Stanisław Barańczak

Przerabiałam (i dalej) przerabiam ten ból. Ból pozostawiania za sobą tego, co miało być na całe życie i uczę się nie przywiązywać do rzeczy materialnych. Trudno to idzie, ale idzie. Dziś wiem, że nic nie jest na zawsze, że wszystko zostanie i ulegnie zniszczeniu…

Gdzieś w tle widzę dom w S. Dom, który tak dopieszczałam… Boli. To wspomnienie boli…

W głowie dudnią słowa:

Do następnej przeprowadzki…

Dziś, gdziekolwiek jestem, czuję się tam dobrze. Jakbym była w domu

Tam dom, gdzie serce moje. Moje serce nie zostaje teraz w budynkach, miejscach, z ludźmi. Jest cały czas ze mną.

Takie wspomnienia

Z którymi się chcę oswoić

Bez bólu mojego serca, które wcale nie jest głupie ♥

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

O filozofii i muzyce słów kilka

15 maj

Wczoraj dzień w stolicy.

Ramsay zauważył, że to już ostatnie zjazdy.
- Czy wy wiecie, że to juś ostatnie zjazdy. Jeszczie tylko końcówka maja i cierwiec i juś nas razem nie bedźie – po swojemu powiedział, z żalem w oczach.

To prawda. Dwa lata minęły nie wiadomo kiedy…

Na uczelni święto. Mnóstwo ludzi. Pani z sekretariatu poczęstowała mnie kanapeczkami.  Jedząc je miałam możliwość porozmawiać z naszym zakręconym wykładowcą filozofii. A rozmawialiśmy o … No, nikt nie zgadnie… Hahahaha… Nie, to nie to o czym myślicie :lol: Rozmawialiśmy o metaksie, napoju filozofów (jak zapewnia nas uroczy i mocno zakręcony profesor). O  metaxie i serach…- Najlepsza jest metaxa trzygwiazdkowa, bo te siedmio, czy dwunasto gwiazdkowe są za wytrawne…
- Więc metaxa należy do win? – zdziwiłam się
- Oczywiście. Produkowana jest z soku z winogron. A najlepsza jest z sokiem gruszkowym, najlepiej własnej produkcji… A do tego deska serów – roześmiał się profesor – bo wie pani, ja na przyjęciach zaczynam potrawy nietypowo. Najpierw od słodkiego, później dania główne a na końcu metaxa i deska serów, różnego rodzaju, krojone w kosteczki – to deser wart podniebienia bogów… Bo wie pani – tu spojrzał na małą kanapeczkę – ser położony na pieczywo traci swój smak. Pieczywo go zabija a w czystej postaci i jeszcze z tą metaxą z sokiem gruszkowym to… – i spojrzał rozanielonym wzrokiem, jakby właśnie takim poczęstunkiem się delektował – to coś nieziemskiego.
- A co oznaczają te gwiazdki?
- To lata leżakowania wina, im więcej gwiazdek tym bardziej wytrawna.

Parę wiadomości na temat metaxy <<<tu>>> Rzeczywiście napój wymyślony przez Greka – stąd może takie umiłowanie go przez profesora (napoju, nie Greka), w sumie filozofię wymyślili Grecy. W godle wytwórni widnieje wojownik z Salaminy a sama wytwórnia znajduje się w Pireusie… Czujecie?! Jak to, co czujecie?! Te greckie, filozoficzne klimaty… Czujecie? Bo ja tak!

Dziś co prawda wielkie sklepy pozamykane – Zielone Świątki – ale jutro jadę po metaxę i sok gruszkowy i sery… Będzie uczta filozofów. W sumie ja też lubię filozofować… o życiu ;-)

Mam! Mam! Mam!  Pomysł na ostatnie spotkanie naszej grupy – uczta bogów, czyli metaxa i sery :lol:

Po wykładach miałam jeszcze godzinę do odjazdu autobusu, więc poleciałam do Empiku – moje ostatnie uzależnienie.
W portfelu ostatnie 60 zł a ja buszuje po półkach no i wybuszowałam: książkę Beaty Pawlikowskiej „Kurs szczęścia” (jak wygląda książka i parę kartek z jej wnętrza – zdjęcia na moim Facebooku, zapraszam), jej płytę – nie, pani Beata nie śpiewa, ale wybrała swoje ulubione piosenki i wydała je w formie płyty pod tytułem „Niebieskie migdały. Moje ulubione piosenki” a wśród nich takie perełki jak Sting, Dinah Washington, Justin Timberlake, Coldplay, Prince, Akon – cymes!!! Moje klimaty <3 

Pod spisem wykonawców słowa Pawlikowskiej: „Uwielbiam muzykę. Działa na mnie hipnotycznie. Muzyka potrafi wszystko zmienić. Potrafi leczyć emocje i dodawać siły. Zmęczony poranek zamienić w serdeczny śmiech. Przywrócić równowagę i naturalny rytm. „ W punkt!!!
Ja mówię o słuchaniu muzyki jako  o muzykoterapii i też myślę, że gdyby nie magiczne nuty, życie byłoby bezbarwne, płytkie i nieznośne. Muzyka to przestrzeń, w której można bezpiecznie i kojąco zgubić siebie.

Moi bracia nauczyli mnie słuchać muzyki. Starszy nałogowo kupował „winyle” i słuchał je na adapterze „bambino”. Płyty to były nie tylko czarne, winylowe krążki, ale też wielobarwne „pocztówki”. Do dziś pamiętam „10 w skali Beauforta” Klenczona i słowa: „Bosman tylko zapiął płaszcz i zaklął ‚ech do czorta’. Nie daje łajbie żadnych szans… 10 w skali Beauforta”
Po winylach nastał czas magnetofonów szpulowych. Wielkie, okrągłe szpule z taśmą były wkładane na specjalne prowadnice i rozlegała się muzyka. To drugi z braci sprawił sobie ówczesną nowość. Z tego czasu pamiętam test stereo i słowa o szumie „głośnik lewy a teraz szum – głośnik prawy”. Drugi brat grał tak głośno, że trzęsły się szyby. Czego słuchał? Nie pamiętam. Pamiętam tylko to, że muzyka była ogłuszająca. Ja, później, kiedy miałam jakiś problem, wpadałam do domu i słuchałam muzyki na cały regulator, ogłuszająco. Taki nawyk zapożyczony od brata.
Swojego pierwszego chłopaka pamiętam przez muzykę jakiej słuchał. On pokazał mi np. TOTO, Pata Metheny, Alan Parson Project. Nagrał mi parę kaset… Kto dziś słucha kaset? Dziś są CD… Lepiej, bo taśma nie wkręca się w głowice :-D
I ostatni zakup – „Jazz & the city” 62 utwory na 4 CD!!!!
W portfelu pozostało 2 zł.

I do domu.
U mnie, w mieście, lał deszcz.
W DOMU, na wsi, też…
Oczywiście na zewnątrz ;-)

Fragment książki pani Beaty Pawlikowskiej:

„Kiedy glina leży na podwórku, sama nie zmieni się w dzbanek.Potrzebne są do tego ręce rzeźbiarza.
I tak samo jest z twoim życiem.
Leżysz na podwórku jak kupka gliny i miauczysz, że jest ci źle.
Czekasz na ręce, które cię wygładzą i nadadzą ci piękny kształt.
W rzeczywistości ty jesteś zarówno gliną, jak i rzeźbiarzem.
Ty swoimi własnymi rękami masz moc ukształtowania swojego życia”

Beata Pawlikowska, Kurs szczęścia, G+J Gruner Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa,                  Warszawa 2013. s. 247

A bosman tylko zapiął płaszcz i zaklął „Ech do czorta…”

Przedziwne sny się czasem ma…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Muzyka, Życie

 

Poniedziałek, bardzo świąteczny <3

28 mar

OOOOO Mamusiu, święta, śnięta, śmingus dyngus, hahahahaha

Odlot!!!!

Maleńka robi piękne zdjęcia – dowód na Facebooku! :-D

Młody robi pyszności w kuchni :-D

A ja właśnie kończę 44 lata!!!!

Mam nadzieję, że urodziłam się rano. Za oknem świeciło wspaniałe słońce a mama była szczęśliwa, że mnie urodziła. Tak mogło być!

Rzeczywistość była trochę inna, ale… Po mnie, urodzoną, zamiast taty przyjechał najstarszy, 18 letni brat. Siostry w szpitalu dziwiły się, że mama ma takiego młodego męża. Śmieszne!!! Ona miała 42 lata!!!

Dwa tygodnie później siostra urodziła córkę. Wychowywała nas – mnie i Re, jak bliźniaczki. Mam nawet zdjęcie, kiedy miałyśmy po 5 lat i jesteśmy ubrane w takie same, pasiaste sweterki.

Jadę dziś do niej, mojej siostrzyczki. Dziś też mogłaby zastępować mi matkę. Mama zmarła 16 lat temu. Wczoraj z dzieciakami pojechaliśmy do dziadków na… cmentarz.

Z trójki rodzeństwa zostało mi dwoje. Czas leci nieubłaganie i zabiera mi najbliższe osoby, też nieubłaganie. Tych, których już nie ma, noszę głęboko w sercu. Opowiadam o nich dzieciom.

Wczoraj, na cmentarzu powiedziałam, że dziadkowie bardzo by się z nich  cieszyli. Dziadek, jak zwykle, z dumą, prezentowałby konia a babcia dawała praktyczne prezenty i zaskoczona, na posiłek, przygotowałaby jajecznicę. Hahahaha, no tu przesadziłam. Byłby bigos, flaki, sałatka warzywna i morze alkoholu, czyli coś czego oni (dzieciaki) nie znoszą a ja (oprócz alkoholu) uwielbiam. 

Nie ma ich, nie ma nawet ich ducha w miejscu rodzinnego domu. Dom stoi opuszczony, niszczejący. Stodoła i chlewy dawno zostały rozebrane. Studnia z czystą i smaczną wodą jest zasypana piachem. „Posiadłość” odziedziczył brat. Jego ogromny dom stoi obok maleńkiego, rodzinnego domku.

Rośnie już czwarte pokolenie naszego rodu…

Hmmm

Piękny dzień…

Nieprawdaż?!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Wszystko co dobre szybko się kończy :-(

16 sie

Właśnie. Wszystko co dobre szybko się kończy! Niestety. W sobotę wróciłyśmy do domu. Do naszego małego, gorącego miasteczka, do dziupli na 4 piętrze. Wspaniale było nad morzem. Kwatera u bardzo miłego mati.jpggospodarza. Dom przystosowany do wynajmowania pokoi. „Mati” . Ładnie, czyściutko, spokojnie. Dookoła domu zadbany ogród z altanką, miejscem na grila, huśtawkami, piaskownicą i zjeżdżalnią dla najmłodszych. Jest też drewniany stół z ławami do siedzenia. Dookoła stary las. Cicho, pięknie, zielono i klimatycznie. Polecam z całego serca.

Następnym miejscem które bardzo nam się podobało to stołówka ;-) w kompleksie agroturystycznym „Lila”. Smaczne posiłki w dużych porcjach i niedrogo. Można zjeść śniadanie (szwedzki stół), obiad i kolację. Wspaniała i miła obsługa. „Lila” to też domki do wynajęcia, pokoje i apartamenty. Domki są niedaleko morza.

Kopalino to piękna i spokojna miejscowość. Na plażę idzie się ścieżką przez stary, malowniczy las. Pas nadmorski nie jest zatłoczony a woda ciepła i czysta, ale o tym już pisałam. Jest też stadnina koni i możliwość jazdy lato11.JPGkonnej. Dla lubiących wypoczynek aktywny: ścieżki rowerowe do atrakcyjnych miejsc takich jak Latarnia morska Stilo, Łeba, Żarnowiec, Gniewino, trasy nordic walking, oraz możliwość wędkowania na okolicznych jeziorach. Lasy są bogate w jagody i grzyby. Nasi sąsiedzi nazbierali kosz przepięknych borowików. My widziałyśmy przepiękne, czerwone borówki znakomite doborówka.jpg mięs. Wystarczy iść do lasu, aby wrócić z koszem „owoców” leśnych. 

Pięć dni minęło jak z bicza strzelił. W pamięci zostanie widok morza, spacer (13 km) do latarni morskiej, piękny i pachnący igliwiem las, gorący, biały piasek i przede wszystkim roześmiana buzia mojej córki, bardzo charakternej istotki.

W następnym roku przyjeżdżamy tam na co najmniej dwa tygodnie. Od następnego miesiąca będę odkładać określona sumę :-) Tak też powiedziałam gospodarzowi, który wynajął nam pokój. Roześmiał się:

- Tylko musi pani odkładać w żelazną świnkę, żeby nie można było jej rozbić ani wyjąć pieniędzy!

Spoko! Znajdę taką świnkę, której nie rozbiję a pieniądze odłożę, bo warto przyjechać do takiej miejscowości!

Stilo2.JPG

11853952_385040758360766_1316874389_n.jpg

11853965_385040918360750_333393518_n.jpg

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Życie

 

Dobre wspomnienia z dzieciństwa.

03 sie

Czytałam książkę dotyczącą sposobów odnalezienie naszego wewnętrznego dziecka Johna Bradshaw i próbowałam przypomnieć sobie poszczególne etapy swojego dzieciństwa i przyznam, że w moim przypadku jest to bardzo trudne. Nie mogę sobie przypomnieć niczego przed szóstym rokiem życia. Kiedy skończyłam 6 lat z domu wyprowadziła się siostra a że ona się mną opiekowała, więc dla mnie musiało to być wielkim przeżyciem. Pamięć uaktywniła się po jej odejściu.

Byłam ciekawa jak to jest w przypadku moich dzieci.

- Jakie jest twoje najwcześniejsze wspomnienie? – zapytałam Juniora.

Popatrzył na mnie i jego buzia się rozjaśniła.

- Pamiętam zieloną, wykoszoną trawę na podwórku i to że było ogromne i takie zielone. Pamiętam jak tata kupił mi rower, też zielony. Cieszyłem się z tego rowerku i jeździłem nim przez cały dzień – opowiadał z roziskrzonymi oczami.

- Pamiętam jak tata robił ze mną łuk i jak wybieraliśmy specjalne gałęzie na ten łuk, żeby nie pękał. Pamiętam też pierwszy dzień w przedszkolu i to, że nie chciałem wracać do domu, bo siedziałem na ogromnym ciągniku a w domu takiego nie miałem.

Patrzyłam na niego z uśmiechem.

- To piękne wspomnienia – powiedziałam i zadumałam się. Wspomnienie z rowerkiem pochodziło z czasów kiedy syn miał trzy latka. Do przedszkola poszedł w wieku pięciu lat a łuk robili kiedy miał siedem, albo osiem.

Dobrze, że zapamiętał dobre momenty związane z ojcem.

- E. a ty jakie masz najwcześniejsze wspomnienie? – zapytałam Maleństwo.

Maleństwo było akurat zajęte kreatywnym tworzeniem. Popatrzyła na mnie i rzuciła: Daj spokój mamo!

Więc dałam spokój. Podpytywałam jeszcze później, ale zbywała mnie innymi tematami.

Gdzieś w internecie znalazłam fajny tekst:

w tym domu

Wydrukowałam go i przypięłam do lodówki. To tak a propos mojej bezsilności, kiedy burza hormonów wieku dorastania u mojego Juniora przybiera na sile i relacje rodzeństwa aż iskrzą od emocji. Podczas takich burz moja rodzicielska cierpliwość wystawiana jest na ogromną próbę i nie ukrywam, że czasami ryczałabym jak rozjuszony lew w sawannie, albo niedźwiedź w jaskini. Krzyk się wyrywa (niestety), ale najpierw próbuję tłumaczyć, zanim wydrę się, że mam dość i kapituluję. I wtedy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki burza ucicha.

Maleństwo na kartce przyklejonej do lodówki napisało dużymi literami NIE! Czyżby zaczynał się czas dojrzewania i negacji wszystkiego? Zaczyna trzynaście lat…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie

 

Rekolekcje w Zambrowie z ojcem Bashobora – trzy cudowne dni.

20 lip

BashoboraMiałam jechać tylko na jeden dzień – na piątek. Nie chciałam na trzy dni.

- A po co – myślałam z niechęcią. Ja myślałam a Ten wyżej jak zwykle miał dla mnie inny plan. Pojechałam na trzy dni i nie pojechałam sama – nasza grupa liczyła  w sumie osiem osób. Chyba Najwyższy wiedział, że gdybym była sam, to nie pojechałabym w ogóle. Wycofałabym się.

Trzy dni pełne radości, obecności wśród wielu ludzi pod przewodnictwem charyzmatyka z Ugandy – ojca Johna Bashobora.

Ojciec John jest drobny, niski, niepozorny. Cicho i skromnie przechodzi obok ludzi. Nie chce zwracać na siebie uwagi, ale ludzie do niego „lgną”. Mam wrażenie, że nie lubi rozgłosu wokoło siebie, bo tych, którzy chcą go dotknąć w sposób szorstki i energiczny odpycha. Nie pozwala. Na ołtarzu (scenie) zmienia się. Tam wydaję się postawny, jasny, przyciąga uwagę.

Trzy wspaniałe dni podczas których uczyliśmy się otwierać na wspólnotę, radość, miłość i wiarę. Uczyliśmy się korzystać z Pisma Świętego.

- Gdzie wasze Pismo św. , gdzie wasza broń! – grzmiał Bashobora, kiedy zobaczył, jak niewielu ludzi przywiozło ze sobą Biblię.

- Do domu – karcił po polsku i zrobił wtręt o żołnierzach, którzy zostali wysłani na misję obrony granic swojego kraju przed zagrożeniem ze strony wroga a na granicy okazuje się, że nie wzięli karabinów. Nie mają broni.

- Do domu – grzmiał, pokazując jak bardzo jesteśmy teraz bezbronni, bezużyteczni, odsłonięci na ataki złego. Dał nam lekcję – pierwszą – Biblia jest wspaniałą bronią przed złem, depresją, odtrąceniem, poniżeniem, samotnością. Wystarczy ją otworzyć i zacząć czytać. Tam znajdziemy klucz do rozwiązywania naszych problemów – każdego rodzaju, na każdą sytuację życiową mamy tam rozwiązanie, ale niestety jesteśmy zbyt leniwi, aby korzystać z tego klucza. Zbyt egoistycznie chcemy budować życie po swojemu, według swojej biblii, swoich zasad i wychodzimy na tym wiadomo jak… Ojciec często sięgał po Biblię – słuchaliśmy różnych jej fragmentów, np. fragment, który był mottem przewodnim spotkania Mk 16,16 ze słowem często powtarzanym podczas rekolekcji „idźcie”następny fragment Mt 28za ołtarzem zawieszony był baner z hasłem: Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie.  Spotkanie było często porównywane do sytuacji apostołów w Wieczerniku i słowo wieczernik było często powtarzane, w związku z tym przeczytany był fragment z Ewangelii św. Jana. Była też mowa o mocy Ducha Świętego we Fragmencie Dziejów Apostolskich, a także fragment z Księgi Izajasza – fragment o chorobie i uzdrowieniu Ezechiasza. Biblia towarzyszyła nam przez trzy dni.

Ojciec John potrafił nas też zawstydzić krytykując naszą postawę wobec premiera i prezydenta.

- Dlaczego, kiedy mówię „premier Tusk” albo prezydent wy krytycznie kręcicie głowami, albo mówicie „yyy”. Nie możecie krytykować premiera Tusk, bo on reprezentuje naród, reprezentuje was. To wy go wybraliście a więc krytykujecie samych siebie, mówicie źle o samych sobie. Możecie go krytykować kiedy mówicie „pan Tusk”, bo wtedy jest to osoba prywatna, taka jak wy, ale głowy państwa się nie krytykuje, bo to uderza w was – dał nam lekcję drugą.

Pierwszy dzień był bardzo trudny. Dużo osób na konferencji odczuwało zmęczenie, ospałość, trudność z koncentracją, ale drugi dzień przebiegał w radości, przebudzeniu i uwadze. Z drugiego dnia w pamięci została lekcja trzecia – historia o kobiecie (o nas), która nie chciała zostać uzdrowiona. Ojciec John na jednej ze swoich mszy spotkał kobietę na wózku inwalidzkim. Na pytanie (stwierdzenie), że Bóg ją uzdrawia kobieta szybko odpowiedziała:

- Nie, nie, nie. Ja nie chcę być uzdrowiona. Ja muszę cierpieć! Muszę cierpieć za moje córki, które odeszły od Kościoła, przestały wierzyć w Boga!

- Chcesz być jak Jezus? – zapytał

- Tak, tak. Może wtedy się nawrócą. Ja muszę cierpieć.

- A może nawrócą się, kiedy zobaczą cud uzdrowienia, zobaczą twoją radość a nie smutek.

Kobieta została uzdrowiona a córki nawróciły się. Taka jest wiara płynąca z radości i takiej wiary oczekuje od nas Chrystus. Wiary radosnej.

Tego dnia na zakończenie wystawiony był Najświętszy Sakrament i odbyła się adoracja z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie. Ciekawskich muszę rozczarować. Nie działo się nic spektakularnego – niewidomi nie zaczęli widzieć, ludzie na wózkach nie wstawali i nie chodzili, złamane kończyny nie zrastały się cudownie,opętani nie wili się w konwulsjach po trawie. NIE! To co najważniejsze działo się w naszych sercach i w naszych umysłach. Pod namiotem powstała jedna wielka rodzina, jedna wielka wspólnota, gdzie jeden troszczył się o drugiego. Zwracaliśmy się w kierunku obcych nam osób.Patrzyliśmy na siebie, patrzyliśmy sobie w oczy, dotykaliśmy nawzajem głów, dłoni, ramion. Dotykaliśmy z wielką troską, uwagą, miłością, uśmiechem. Z oczu płynęły łzy. Staliśmy się  jedną wielką rodziną, wspólnotą, Kościołem. Stał się cud. Lekcja czwarta – w Kościele stajemy się rodziną, troszczymy się o siebie z miłością i otwartością ( na co dzień trudne i widać to w kościele podczas „normalnej” mszy, gdzie każdy broni dostępu do siebie, mówi „pokój z tobą” a myśli „pokój ze mną”).

Modlitwa – czuwanie – zakończyła się salwami śmiechu. Ojciec John modlił się a z ludzi spadał „pancerz sztywności”. Najpierw dało się słyszeć pojedyncze śmieszki, później odważniejszy śmiech, aby w końcu usłyszeć ogólny, zaraźliwy, radosny i głośny śmiech. Nikt nie mówił kawałów, nikt nikogo nie próbował rozbawić a śmiali się wszyscy. Otworzyliśmy się na radość, na radość bycia dzieckiem Bożym. Nie śmiałam się tak od dawna. W głos, z całych sił, aż bolał brzuch. Ta radość nie uleciała. Pozostała we mnie. Radość i spokój, lekkość. Kiedy trzeciego dnia składałam świadectwo jak te rekolekcje wpłynęły na mnie powiedziałam o tej radości. Stojąc na scenie oczywiście chciałam się rozgadać. Przygotowałam nawet tekst, ale do akcji wkroczył ojciec Bashobora z pytaniem:

- Co te rekolekcje dały tobie? Tobie…

Aby przerwać mój słowotok ojciec mnie dotknął (tak myślałam), ale dopiero na filmie zobaczyłam, że to ja trzymałam go za rękę, patrzyłam mu w oczy i mówiłam o wielkiej radości, spokoju, o swoim oczyszczającym śmiechu. On miał oczy spuszczone. Szybko skończyłam swoje słowa, ale w myślach dodawałam słowa „radość po depresji, pustce, strachu, po ciężkich przejściach”. Nie przeczytałam wszystkiego co miałam na kartce, ale to dobrze, bo nie to było najważniejsze. Ważne było moje wyjście, wyjście z „pustyni”.

Ojciec podczas rekolekcji często powtarzał słowa „Wieczernik” i słowo „idźcie”. Zwracał uwagę na to, że jesteśmy apostołami i mamy do wykonania misję – misję zbliżania ludzi do Boga, misję Ewangelizacji.

- Idźcie – powtarzał i uczył nas płynącej z wiary radości i bycia we wspólnocie.

I na koniec to, co napisałam w sobotę rano po piątkowym wieczorze. Wieczorze pełnym radości.

Jak wielu ludzi żyje w grobach. Żyją, mają Bożą miłość, „mają oczy, ale nie widzą, mają uszy, ale nie słyszą”. Wolą swoje groby: groby smutku, przygnębienia, poczucia bycia gorszymi, kompleksów, żalów, zazdrości, pogoni za pieniędzmi, bycia najlepszymi, najpiękniejszymi i te najgorsze groby, bolesne groby utraty kogoś, lub czegoś. Utraty, z którą nie potrafią się pogodzić, która dla nich staje się bogiem, staje się najważniejsza.

W Biblii jest napisane „Dlatego radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń.  Przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota, które przecież próbuje się w ogniu, na sławę, chwałę i cześć przy objawieniu Jezusa Chrystusa”, ale ludzie  wolą swoje groby żalu i smutku a o radości nie chcą słyszeć. „Mają uszy, ale nie słyszą”. Jesteśmy w Wieczerniku, a wiadomo co działo się z uczniami w Wieczerniku po śmierci Chrystusa. Pora wyjść!

Gdybyście wiedzieli, jak bardzo kocha was Bóg, tańczylibyście z radości, śpiewali, śmiali się, lecieli na skrzydłach do nieba. Jezus do uczniów powiedział „O nierozumni, dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych”.

Ludzie czemu schodzicie do grobów?

Czemu się smucicie?

Jezus żyje!

Nie ma Go wśród umarłych!

Radujcie się!

Miłość Boża jest wielka!

Wszechogarniająca!

Darmowa!

Chodźcie do tej Studni i  niech każdy wody życia darmo zaczerpnie!

Za darmo! Bez pieniędzy!

Czerpcie Bożą miłość cieszcie się miłosierdziem!

To wszystko jest darmowe, wieczne, nieprzemijające!

Dlaczego nie chcecie? Dlaczego podobają się wam wasze groby? Tam jest zimno i ciemno. Tam są wasze kompleksy, depresje, choroby. A tu jest Światło, szczęście za darmo. Dlaczego tego nie chcecie? Myślicie – jest darmowe – więc nic nie warte. A tam jest grób „wybudowany” za ogromną „kasę”, wartościowy.

O nierozumni!

Tak, to napisałam ja – osoba, która zadeklarowała się jako agnostyk. Mam nadzieję, że nie zwariowałam :-). Nadal nie chcę nikogo nawracać i wtykać wiary na siłę. NIE CHCĘ! Każdy wybiera sam a ja szanuję wybór każdego. Możecie krytykować, śmiać się, nie zgadzać. Możecie – jesteście wolni. Wszystko co opisałam to moje subiektywne odczucia. Spojrzenie obiektywne zawsze będzie inne.

Powiem jedno – te rekolekcje były cudowne!

Podaję stronę o. Johona Baschobora: www.ojciecjohnbashobora.pl.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Życie

 

Wakacje, wakacje, wakacje.

27 cze

wakacje

Ostatni dzwonek w szkole! 

Mamy wakacje – ja i dzieci – nareszcie! W planach wyjazd w góry. Mam nadzieję, że w tym roku dotrzemy tam bez przygód. W zeszłym roku, po 100 km drogi coś zaczęło nam łomotać w prawym kole. W samochodzie czworo dzieci i ja, tzw. baba, ale baba z tych upartych. Zjechałam do pierwszej stacji benzynowej i zaczęłam rozpytywać o najbliższy warsztat. Okazało się, że był niemal za stacją. Zjechaliśmy do pana mechanika. Pan obejrzał, zdjął koło i okazało się, że z tarczy hamulcowej „odpadł” kawał metalu. Co robić? Wracać? Oczywiście, że NIE! Nie po to jechaliśmy 100 km, żeby się wracać, chociaż przed nami ponad 400 km. Mechanik oddał tarczę do przetoczenia, założył w koło i w drogę. Mnie interesowało jedynie, czy na takiej tarczy mogę jechać w góry i czy dam radę tam jeździć, bez strachu, że coś się stanie.

- Oczywiście. Może pani jeździć, tylko po przyjeździe do domu proszę to jak najszybciej zrobić.

Hurra! No to w drogę – do Gliczarowa Dolnego, do najpiękniejszej i najlepszej Józi. Do widoków, górskich wędrówek, pysznego jedzenia i rodzinnej atmosfery. Już tęsknię za tamtymi klimatami. Już tęsknię…

P1020286

P1020279

P1020287

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Życie

 

Chronologia według Anuli. Moja mała rocznica.

23 cze

26 czerwca 2013 roku w nocy urodziłam się na nowo.  

28 czerwca 2013 roku zamieszkałam w Dziupli na czwartym piętrze.

Jak ten rok szybko minął.

Czerwiec 2014 

Jak dziecko uczyłam się (i uczę się) wszystkiego od nowa. Ponieważ nie lubię nagłych zmian, do wszystkiego długo się przygotowuję to ta zmiana była dla mnie szokiem. Bez wsparcia rodziny. Tylko ja i dzieci. Słyszałam krytykę od osób, które wydawały mi się bliskie. Miałam ogromne poczucie winy. Słyszałam, że nie cieszę się z przeprowadzki, że za dużo płaczę, ktoś oczekiwał innej reakcji po mnie. Więc się starałam. Ogarniałam. Miało być lepiej… Zostałam sama z dziećmi. Ta samotność mnie przerażała.

Planowałam to odejście dużo wcześniej. Wygrywało poczucie obowiązku, wdrukowane wzorce zachowań, wiara w zmianę ludzi i ich zachowań (mąż i jego rodzina,moja rodzina), religia. Mnóstwo rzeczy trzymało mnie w starym „ciepełku” i gdyby nie zwierzęcy instynkt przetrwania i chronienia dzieci dalej bym tkwiła w starym. Ktoś może powiedzieć – wytrzymałaś 15 lat i co, tak nagle zdecydowałaś, że już dość. Tak. Już dość. Jest niepewność, jakieś lęki, ale nasza trójka nareszcie jest bezpieczna.

Planowałam to odejście. Planowałam od pierwszego epizodu schizofrenicznego męża w 2004 roku. Planowałam, kiedy zobaczyłam, że mąż przestał brać leki. Kolejna „polka galopka” miała się rozegrać.Trzy miesiące nieprzespanych nocy, ogromnego lęku, szukania pomocy i oczekiwania na najgorsze.

Rozpytywałam o mieszkanie. Uprzedziłam drugiego pracodawcę o moich zamiarach – taką mam pracę, że muszę się nienagannie „prowadzić”, być przykładem moralności a tu konsternacja – zostawiam chorego męża, ojca dwójki dzieci. Jak mogę?! Przeczytałam wtedy artykuł w gazecie i zapamiętałam słowa: „Nie ma takiej miłości, czy wiary, w imię której mamy być poddani przemocy.” Powtarzałam to jak mantrę. Już dość…

Pytałam jednego ze swoich znajomych o wynajem:

- Może coś wiesz? Potrzebuję mieszkania.

Ot tak, na razie niezobowiązująco. Tydzień później, we wtorek po świętach wielkanocnych poszłam do tego znajomego z córką. Obydwie przerażone. Ona usiadła na krześle pod ścianą a ja z przerażeniem w oczach wykrztusiłam:

- Pomódl się za mnie!

- A o co chodzi? – zapytał z kpiącym uśmiechem, jakbym opowiedziała dobry żart.

- Pomódl się za mnie! Mąż przestał brać leki! Boję się…

Spoważniał. Spojrzał na mnie i na córkę.

- Mam mieszkanie. Mogę ci udostępnić.

Zaniemówiłam. Poczułam się , jakby mi złożył niemoralną propozycję, a w głowie pojawiła się myśl:

- Nie mogę, przecież jestem mężatką. Zostawić chorego męża…

- Nie wiem… – wykrztusiłam.

- Pomyśl. Mieszkanie będzie czekać.

- Proszę pomódl się za mnie – wymamrotałam i wycofałam się do córki. Złapałam ją za rękę i pociągnęłam do wyjścia.

- Pomyśl o tym mieszkaniu – zawołał za nami znajomy.

- Pomyślę… nie wiem… boję się… – mamrotałam.

Czułam się tak, jakbym zdradzała męża. Wstyd, strach, wina i chęć normalnego życia. Jak w matni.

Nie zrozumie tego nikt, kto przez to nie przeszedł.

Przez ostatnie dni przeżywam „ostrą melancholię”. Siadam w kuchni i spoglądam przez okno. Na parapecie stoją moje ulubione (po fiołkach oczywiście) orchidee. Zakwitły…

Za oknem kępa zielonych drzew – klon i trzy brzozy. Podobno kolor zielony jest kolorem nadziei…

Jest dobrze i niech tak zostanie.   P1030145

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Życie