RSS
 

Notki z tagiem ‘Wspomnienia’

Jak Alicja w krainie czarów…

18 lut

Kolejny szary dzień…

Z topniejącym śniegiem

Z mżawką

Kolejny dzień

Można spać do 12. Można nic nie robić. Można… Lenić się, przeciągać i patrzeć w okno

Nicnierobienie

Bez wyrzutów sumienia – przecież nic nie muszę! Zupełnie nic!

Po każdej sesji czuję…

No, właśnie, co czuję?

Wiem, że nic nie muszę. Że mogę korzystać z każdego pięknego dnia, bez względu jaka jest pogoda za oknem. Że bardzo mnie cieszy każdy dzień.
Wiem, że żaden dzień się nie powtórzy, że z każdym dniem jestem starsza, że miejsce, w którym jestem jest przesycone spokojem i ukojeniem – jak więc z tego bogactwa nie korzystać.

Zdziwienie zagląda do świadomości.

Bo jak to?

„Przyjaciół” mi nie przybyło a wręcz przeciwnie. A mimo to mam więcej wewnętrznego spokoju…

Korzystać z tego. Korzystać z wypracowanej przez siebie rzeczywistości. Z oceanu spokoju.

Los mi tego nie dał, ani bóg, ani karma, ani…

Dzięki sobie jestem tu, gdzie jestem i mam to, co mam.

 



 

Środowe sesje…

Po terapii zostały w pamięci sytuacje, które niczym slajdy zaczęły się wyświetlać w mojej pamięci.

Dla mnie irracjonalne, surrealistyczne, stresujące, z dualistycznym poczuciem tożsamości. Jestem ja i jest ona – mała dziewczynka. Kogo jest więcej?

Powroty do dzieciństwa

Cały czas mam opór, żeby wracać do tamtych czasów, ale te obrazy są takie wyraźne, tak mocno wryły się w moją pamięć.
B coś mówił. Nawet nie pamiętam, co.
Bardzo wyraźnie widziałam małą dziewczynkę, która utkwiła w strefie, którą ja nazwałam „okiem cyklonu”. Złudne bezpieczeństwo, złudna cisza… Bardzo złudna…
Dookoła mnie działy się straszne rzeczy – alkoholizm ojca, bójki, płacząca matka… A ja na to patrzyłam…
Tylko, i aż się przyglądałam.
– Ja nie byłam bita – powiedziałam – Ja patrzyłam. Dookoła mnie działy się te różne sytuacje… Uciekałam do ciotki, kiedy było bardzo źle. Pamiętam jak wpadałam do jej kuchni, stawałam pod ścianą i nie mogłam nic mówić. Osuwałam się po ścianie i tylko patrzyłam… Nic nie mogłam mówić. Ciotka była przerażona. Coś do mnie mówiła a ja nie mogłam odpowiedzieć – mówiłam cicho.

On coś powiedział…

Poczułam się przyparta do muru

On coś mówił…

W głowie poczułam próżnie. Nie ogarniałam jej… Nie byłam w stanie.
Jakiś stan zawieszenia z jakimś durnym pytaniem „Dlaczego?”. To pytanie wciąż wracało.  Tłukło się, jak echo.

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

On coś mówił…

Zapamiętałam słowa o rodzicach i o miłości…

Nie wiem, co to miłość

Nie wiem…

Szukałam jej, myliłam w życiu z innymi uczuciami

Dlaczego? – wróciło pytanie zadawane przez samą siebie

On coś mówił…

Nie ogarniałam tego

Totalna pustka

Próżnia

Była możliwość odbicia w inne tematy. Bardzo pociągające, na które mogłabym mówić godzinami

Nie chciałam

Ja nie chciałam. Żadnych tematów zastępczych. Erzaców. Nie!

Walczyłam sama ze sobą.

Z poczuciem wewnętrznego oporu

Buntowałam się przeciwko sobie

Przeciwko własnej niechęci

Mogłam wyjść

Mogłam nic nie mówić

Walczyłam sama ze sobą i dlatego to było takie irracjonalne, takie idiotyczne…

Nie, właściwie nie idiotyczne, ale bardzo nielogiczne, bezsensowne, niedorzeczne…

45 min minęło

Wyszłam bez słowa z gabinetu

Mała dziewczynka, której nikt nie chciał, której nikt nie poświęcał uwagi, nie chciał z nią rozmawiać, której miało nie być…

Której nikt nie przytulał i nie mówił, że ją kocha. Nikt nie dał jej poczucia bezpieczeństwa. Nie cieszył się z tego, że po prostu jest. Życie toczyło się dookoła niej. A ona była obserwatorem… Mała, przerażona dziewczynka, rezydentka oka cyklonu.

On powiedział, że gdyby ją ktoś bił, wtedy wiedziałaby, że ktoś się nią interesuje…

W odpowiedzi próżnia…

Drętwy środek, drętwe serce, które nic nie czuje, które boi się czuć.

Ona, która woli niszczyć siebie.

Ja, która dotrwałam do obecnej chwili. Ja a w moim wnętrzu drętwa, mała dziewczynka – ona.

Kosmos, którego ja nie ogarniam

Terapia nie jest miłym i spokojnym spotkaniem

Dla mnie nie jest

Mimo wszystko to był dobry dzień

To był dobry dzień

Tydzień minął

Szyyyybciutko

Dziś za oknem szaro, buro i pada deszcz. Zima z pięknym słoneczkiem i mrozem uciekła szybciutko. Jeszcze brudnymi połaciami leży śnieg, ale szybko topnieje. +4 stopnie.

Spokojnie

Kot nie daje spać. Nie wyspałam się przez sierściucha. Nie pierwszy raz. Wredne stworzenie. Kursował w tę i nazad jak wahadło, robiąc od czasu do czasu „zwód indiański” z leżeniem na plecach. Najpierw prosi o wypuszczenie a kiedy ja otwieram drzwi, on wywraca się na plecy i z łapami w górze patrzy chytrze w moją stronę.

Myślę o tych dziwnych, środowych sesjach. Bardzo nieracjonalnych. Surrealistycznych. Jakbym była w krainie czarów i nazywała się Alicja a przede mną siedział Szalony Kapelusznik.

Dziś  w sklepie przyłapałam się na dziwnych rozmyślaniach – patrzyłam przez szybę sklepu na tablice rejestracyjne samochodów. Były białe z czarnymi literami. „Zagraniczne samochody” – pomyślałam. Wszystkie na białych tablicach. „Matko, dlaczego ich tak dużo? Nasze tablicę są czarne… Zaraz… Zaraz… No, tak. Były czarne. Kiedyś, bardzo dawno temu. Obudź się, kobieto!” – skarciłam się za anachroniczne myślenie.

Na chwilę wypadły mi z głowy tych kilkanaście lat.

Lubię pogadać ze swoimi dzieciakami przed snem. O niczym. Wczoraj w nocy też poszłam do ich pokoju i zaczęłam monolog. O tym, co miałam w dzieciństwie a czego nie. A później zaczęłam słuchać ich.

Młody powiedział o swoich odczuciach, kiedy przeczytał fragment mojego pamiętnika ze wspomnieniami z ogólniaka. Jakieś dziewczyny ochlapały mnie wodą i zaczęły się ze mnie wyśmiewać a ja jedynie zapytałam, czy zrobiło im się lżej…
– Poczułem ogromny żal dla ciebie. Zrobiło mi się ciebie szkoda… – powiedział.
Niezbyt przyjemnie, ale taka jestem. W takich momentach nie atakuje…
Spadek z dzieciństwa – wycofywanie się tyłem i strach, mieszanina uczuć… Nie mogę nikogo urazić, bo oni muszą mnie lubić. To da mi szansę przeżyć we względnym spokoju…
Moje myślenie, które pakowało mnie w kolejne kłopoty.
B w takich momentach mówi o zupie pomidorowej…

Zamilkłam. Wczoraj zamilkłam. Poczułam bezsilność wspomnień. Ich bezbarwność. Beznadzieję… To dobrze. Razem z bezsilnością, wspomnienia tracą rację bytu, znika potrzeba wracania do nich i ponownego ich przeżywania. Są coraz bledsze…

Do głowy przyszła myśl o ciotce i milczenie u niej. U niej czułam się bezpiecznie, z jej dziećmi. Mogłam tam siedzieć godzinami. I to mi pozostało. Tam, gdzie czuję się bezpiecznie mogę siedzieć godzinami i nie wiem, kiedy wyjść. Staje się wtedy uciążliwym gościem.

Wszystkie moje dorosłe niepowodzenia miały źródło w dzieciństwie. Szablon terapeutyczny :-(

Wczoraj w nocy rozmawialiśmy o St-ku. Młody wspomina to miejsce bardzo pogodnie. Mówi o beztroskim i radosnym dzieciństwie, z co czteroletnimi przerywnikami, kiedy J traktował mnie jak worek bokserski.
Pamięta zielone łąki i śmiech, ale pamięta też dokładnie sceny znęcania nade mną. Słuchałam z uwagą. On powiedział „Miałem radosne dzieciństwo…”
A ja chciałabym zapomnieć te 15 lat.
Dla dzieci byłam radosną matką, czytającą im bajki, kupującą zabawki i książeczki. Roześmianą i wspierającą…
A w środku przeżywałam piekło. Szalałam z samotności i strachu. Powoli zabijałam siebie… Rozwinęła się depresja. Miała cieplarniane warunki do rozwoju… Chroniłam swoje dzieci, żeby miały radosne dzieciństwo.

Uczę się bronić. Nie chcę oszukiwać, że teraz to już jestem mega asertywna, i nie uciekam przed mówieniem prawdy i okazywaniem altruizmu każdemu, nawet największej kanalii. Kłamię ze strachu i chęci przeżycia, po to, żeby mnie zaczęli lubić, kochać… Dla „matki”… Żeby nie usłyszeć, że mogło mnie nie być, że jestem ciężarem, jestem powodem smutku i beznadziei… Dziwne? Może i tak. To takie „terapeutyczne” – zawieszenie się na pewnym etapie życia. Ja się starzeje, ale moja wewnętrzna dziewczynka nie. Ona czasami rządzi… Nie, ona rządzi cały czas…

Już nie chcę takich sytuacji.

Brrrrrr

Dzisiejsza aura – szary dzień niezbyt na mnie działa.

Chce mi się spać…

Na walentynki przyszły dwa sms-y. „Wspaniałej walentynce”, „uroczej”, „przepięknej”, ble, ble, ble… Ktoś pamiętał a nawet nie wiem, kto.

Ok, włączę sobie jakiś film. Otulę się kocem, zaparzę dobrą herbatkę i popatrzę na ekran a może nawet usnę.

Potrzebuje odpoczynku…

 

Wpisu można posłuchać w aplikacji Audio-Blog, przepięknie przeczytany przez Monikę, autorkę bloga Singiel Mama

 

logo_audioaudioblog_small_white1

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Pierwszy listopada …

01 lis

Pierwszy listopada

Co robiłam rok temu?

Remont!!!

Miałam obolałe ciało i ręce pokryte uczuleniem i byłam mega zmęczona

Jak szybko minął ten rok…

Pierwszy listopada…

Spokojny, pochmurny dzień

Złość minęła

Była wielka

Zalewała mnie ogromną falą

A może to był strach???

Strach przed rozprawą w sądzie i przed spotkaniem z J. Teraz będę czekać na informację z sądu

Najważniejsze, że w mieszkaniu nareszcie cieplutko. Grzejniki gorące. Milutko i cieplutko.

Plany na dziś???

Siedzenie w domu a później wyprawa na cmentarz. Może wieczorem nie będzie tłumów. Dobre też będzie całodzienne siedzenie w domu a wizyta na cmentarzu dopiero jutro. Rodzice poczekają, co mają do roboty… Czekaja tam już od… mama od 2001 a tata od 2004. Nareszcie jest pomiędzy nimi zgoda. Nie ma awantur i płaczu. Nareszcie spokój…

Wyłowione z sieci…

Jak bardzo prawdziwe

Epikur powiedział: „Gdzie jest śmierć, mnie nie ma a gdzie ja jestem, nie ma śmierci”, więc…

Powiedziałam do swoich dzieci: „Kiedy umrę, nie przynoście na mój grób ogromnych, sztucznych wieńców. Niech to będzie mały kwiatek, ale od serca. Niech to będzie dobre wspomnienie i szczery uśmiech a nie morze plastiku.”

Zresztą, kiedy umrę, już mnie nie będzie, więc…

Carpe diem

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Życie

 

„Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?”

19 sie

Dni szybko mijają.

Otulają mnie swoim spokojem.

Na jednej ze stron psychologicznych na FB przeczytałam wiersz

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat
Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?
Stanisław Barańczak

Przerabiałam (i dalej) przerabiam ten ból. Ból pozostawiania za sobą tego, co miało być na całe życie i uczę się nie przywiązywać do rzeczy materialnych. Trudno to idzie, ale idzie. Dziś wiem, że nic nie jest na zawsze, że wszystko zostanie i ulegnie zniszczeniu…

Gdzieś w tle widzę dom w S. Dom, który tak dopieszczałam… Boli. To wspomnienie boli…

W głowie dudnią słowa:

Do następnej przeprowadzki…

Dziś, gdziekolwiek jestem, czuję się tam dobrze. Jakbym była w domu

Tam dom, gdzie serce moje. Moje serce nie zostaje teraz w budynkach, miejscach, z ludźmi. Jest cały czas ze mną.

Takie wspomnienia

Z którymi się chcę oswoić

Bez bólu mojego serca, które wcale nie jest głupie ♥

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Poezja, Życie

 

O filozofii i muzyce słów kilka

15 maj

Wczoraj dzień w stolicy.

Ramsay zauważył, że to już ostatnie zjazdy.
- Czy wy wiecie, że to juś ostatnie zjazdy. Jeszczie tylko końcówka maja i cierwiec i juś nas razem nie bedźie – po swojemu powiedział, z żalem w oczach.

To prawda. Dwa lata minęły nie wiadomo kiedy…

Na uczelni święto. Mnóstwo ludzi. Pani z sekretariatu poczęstowała mnie kanapeczkami.  Jedząc je miałam możliwość porozmawiać z naszym zakręconym wykładowcą filozofii. A rozmawialiśmy o … No, nikt nie zgadnie… Hahahaha… Nie, to nie to o czym myślicie :lol: Rozmawialiśmy o metaksie, napoju filozofów (jak zapewnia nas uroczy i mocno zakręcony profesor). O  metaxie i serach…- Najlepsza jest metaxa trzygwiazdkowa, bo te siedmio, czy dwunasto gwiazdkowe są za wytrawne…
- Więc metaxa należy do win? – zdziwiłam się
- Oczywiście. Produkowana jest z soku z winogron. A najlepsza jest z sokiem gruszkowym, najlepiej własnej produkcji… A do tego deska serów – roześmiał się profesor – bo wie pani, ja na przyjęciach zaczynam potrawy nietypowo. Najpierw od słodkiego, później dania główne a na końcu metaxa i deska serów, różnego rodzaju, krojone w kosteczki – to deser wart podniebienia bogów… Bo wie pani – tu spojrzał na małą kanapeczkę – ser położony na pieczywo traci swój smak. Pieczywo go zabija a w czystej postaci i jeszcze z tą metaxą z sokiem gruszkowym to… – i spojrzał rozanielonym wzrokiem, jakby właśnie takim poczęstunkiem się delektował – to coś nieziemskiego.
- A co oznaczają te gwiazdki?
- To lata leżakowania wina, im więcej gwiazdek tym bardziej wytrawna.

Parę wiadomości na temat metaxy <<<tu>>> Rzeczywiście napój wymyślony przez Greka – stąd może takie umiłowanie go przez profesora (napoju, nie Greka), w sumie filozofię wymyślili Grecy. W godle wytwórni widnieje wojownik z Salaminy a sama wytwórnia znajduje się w Pireusie… Czujecie?! Jak to, co czujecie?! Te greckie, filozoficzne klimaty… Czujecie? Bo ja tak!

Dziś co prawda wielkie sklepy pozamykane – Zielone Świątki – ale jutro jadę po metaxę i sok gruszkowy i sery… Będzie uczta filozofów. W sumie ja też lubię filozofować… o życiu ;-)

Mam! Mam! Mam!  Pomysł na ostatnie spotkanie naszej grupy – uczta bogów, czyli metaxa i sery :lol:

Po wykładach miałam jeszcze godzinę do odjazdu autobusu, więc poleciałam do Empiku – moje ostatnie uzależnienie.
W portfelu ostatnie 60 zł a ja buszuje po półkach no i wybuszowałam: książkę Beaty Pawlikowskiej „Kurs szczęścia” (jak wygląda książka i parę kartek z jej wnętrza – zdjęcia na moim Facebooku, zapraszam), jej płytę – nie, pani Beata nie śpiewa, ale wybrała swoje ulubione piosenki i wydała je w formie płyty pod tytułem „Niebieskie migdały. Moje ulubione piosenki” a wśród nich takie perełki jak Sting, Dinah Washington, Justin Timberlake, Coldplay, Prince, Akon – cymes!!! Moje klimaty <3 

Pod spisem wykonawców słowa Pawlikowskiej: „Uwielbiam muzykę. Działa na mnie hipnotycznie. Muzyka potrafi wszystko zmienić. Potrafi leczyć emocje i dodawać siły. Zmęczony poranek zamienić w serdeczny śmiech. Przywrócić równowagę i naturalny rytm. „ W punkt!!!
Ja mówię o słuchaniu muzyki jako  o muzykoterapii i też myślę, że gdyby nie magiczne nuty, życie byłoby bezbarwne, płytkie i nieznośne. Muzyka to przestrzeń, w której można bezpiecznie i kojąco zgubić siebie.

Moi bracia nauczyli mnie słuchać muzyki. Starszy nałogowo kupował „winyle” i słuchał je na adapterze „bambino”. Płyty to były nie tylko czarne, winylowe krążki, ale też wielobarwne „pocztówki”. Do dziś pamiętam „10 w skali Beauforta” Klenczona i słowa: „Bosman tylko zapiął płaszcz i zaklął ‚ech do czorta’. Nie daje łajbie żadnych szans… 10 w skali Beauforta”
Po winylach nastał czas magnetofonów szpulowych. Wielkie, okrągłe szpule z taśmą były wkładane na specjalne prowadnice i rozlegała się muzyka. To drugi z braci sprawił sobie ówczesną nowość. Z tego czasu pamiętam test stereo i słowa o szumie „głośnik lewy a teraz szum – głośnik prawy”. Drugi brat grał tak głośno, że trzęsły się szyby. Czego słuchał? Nie pamiętam. Pamiętam tylko to, że muzyka była ogłuszająca. Ja, później, kiedy miałam jakiś problem, wpadałam do domu i słuchałam muzyki na cały regulator, ogłuszająco. Taki nawyk zapożyczony od brata.
Swojego pierwszego chłopaka pamiętam przez muzykę jakiej słuchał. On pokazał mi np. TOTO, Pata Metheny, Alan Parson Project. Nagrał mi parę kaset… Kto dziś słucha kaset? Dziś są CD… Lepiej, bo taśma nie wkręca się w głowice :-D
I ostatni zakup – „Jazz & the city” 62 utwory na 4 CD!!!!
W portfelu pozostało 2 zł.

I do domu.
U mnie, w mieście, lał deszcz.
W DOMU, na wsi, też…
Oczywiście na zewnątrz ;-)

Fragment książki pani Beaty Pawlikowskiej:

„Kiedy glina leży na podwórku, sama nie zmieni się w dzbanek.Potrzebne są do tego ręce rzeźbiarza.
I tak samo jest z twoim życiem.
Leżysz na podwórku jak kupka gliny i miauczysz, że jest ci źle.
Czekasz na ręce, które cię wygładzą i nadadzą ci piękny kształt.
W rzeczywistości ty jesteś zarówno gliną, jak i rzeźbiarzem.
Ty swoimi własnymi rękami masz moc ukształtowania swojego życia”

Beata Pawlikowska, Kurs szczęścia, G+J Gruner Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa,                  Warszawa 2013. s. 247

A bosman tylko zapiął płaszcz i zaklął „Ech do czorta…”

Przedziwne sny się czasem ma…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Książka, Muzyka, Życie

 

Poniedziałek, bardzo świąteczny <3

28 mar

OOOOO Mamusiu, święta, śnięta, śmingus dyngus, hahahahaha

Odlot!!!!

Maleńka robi piękne zdjęcia – dowód na Facebooku! :-D

Młody robi pyszności w kuchni :-D

A ja właśnie kończę 44 lata!!!!

Mam nadzieję, że urodziłam się rano. Za oknem świeciło wspaniałe słońce a mama była szczęśliwa, że mnie urodziła. Tak mogło być!

Rzeczywistość była trochę inna, ale… Po mnie, urodzoną, zamiast taty przyjechał najstarszy, 18 letni brat. Siostry w szpitalu dziwiły się, że mama ma takiego młodego męża. Śmieszne!!! Ona miała 42 lata!!!

Dwa tygodnie później siostra urodziła córkę. Wychowywała nas – mnie i Re, jak bliźniaczki. Mam nawet zdjęcie, kiedy miałyśmy po 5 lat i jesteśmy ubrane w takie same, pasiaste sweterki.

Jadę dziś do niej, mojej siostrzyczki. Dziś też mogłaby zastępować mi matkę. Mama zmarła 16 lat temu. Wczoraj z dzieciakami pojechaliśmy do dziadków na… cmentarz.

Z trójki rodzeństwa zostało mi dwoje. Czas leci nieubłaganie i zabiera mi najbliższe osoby, też nieubłaganie. Tych, których już nie ma, noszę głęboko w sercu. Opowiadam o nich dzieciom.

Wczoraj, na cmentarzu powiedziałam, że dziadkowie bardzo by się z nich  cieszyli. Dziadek, jak zwykle, z dumą, prezentowałby konia a babcia dawała praktyczne prezenty i zaskoczona, na posiłek, przygotowałaby jajecznicę. Hahahaha, no tu przesadziłam. Byłby bigos, flaki, sałatka warzywna i morze alkoholu, czyli coś czego oni (dzieciaki) nie znoszą a ja (oprócz alkoholu) uwielbiam. 

Nie ma ich, nie ma nawet ich ducha w miejscu rodzinnego domu. Dom stoi opuszczony, niszczejący. Stodoła i chlewy dawno zostały rozebrane. Studnia z czystą i smaczną wodą jest zasypana piachem. „Posiadłość” odziedziczył brat. Jego ogromny dom stoi obok maleńkiego, rodzinnego domku.

Rośnie już czwarte pokolenie naszego rodu…

Hmmm

Piękny dzień…

Nieprawdaż?!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Życie