RSS
 

Notki z tagiem ‘Zmiany’

Portret kobiety…

26 lut

„Portret kobiecy”

„Musi być do wyboru.
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.”

Wisława Szymborska

I jeszcze

Jestem kobietą… Nieważne ile mam lat…
„Jestem na tym etapie życia, kiedy nie muszę nikomu dłużej imponować. Jestem jaka jestem i nie obchodzi mnie co myślą o mnie inni.
Nie potrzebuję kostiumów, nie muszę nikogo nabierać ani udawać. Ponieważ mogę być tym, kim naprawdę jestem.
Nie muszę się śmiać i sprawiać by ludzie myśleli, że nigdy nie płaczę. Nie zawsze muszę być silna, ani ciągle miła.
Nie muszę być taka jak każdy, a przede wszystkim akceptuje siebie taką, jaka jestem. Z moimi zaletami, jak i niedociągnięciami.
Chociaż nie mogę być doskonała, to zawsze jestem sobą.
Akceptuję i kocham to kim jestem i kim jeszcze mogę być.”
-Anonim-

 

Hmmm

Kobietą być jest pięknie :-D

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Muzyka

 

Jak Alicja w krainie czarów…

18 lut

Kolejny szary dzień…

Z topniejącym śniegiem

Z mżawką

Kolejny dzień

Można spać do 12. Można nic nie robić. Można… Lenić się, przeciągać i patrzeć w okno

Nicnierobienie

Bez wyrzutów sumienia – przecież nic nie muszę! Zupełnie nic!

Po każdej sesji czuję…

No, właśnie, co czuję?

Wiem, że nic nie muszę. Że mogę korzystać z każdego pięknego dnia, bez względu jaka jest pogoda za oknem. Że bardzo mnie cieszy każdy dzień.
Wiem, że żaden dzień się nie powtórzy, że z każdym dniem jestem starsza, że miejsce, w którym jestem jest przesycone spokojem i ukojeniem – jak więc z tego bogactwa nie korzystać.

Zdziwienie zagląda do świadomości.

Bo jak to?

„Przyjaciół” mi nie przybyło a wręcz przeciwnie. A mimo to mam więcej wewnętrznego spokoju…

Korzystać z tego. Korzystać z wypracowanej przez siebie rzeczywistości. Z oceanu spokoju.

Los mi tego nie dał, ani bóg, ani karma, ani…

Dzięki sobie jestem tu, gdzie jestem i mam to, co mam.

 



 

Środowe sesje…

Po terapii zostały w pamięci sytuacje, które niczym slajdy zaczęły się wyświetlać w mojej pamięci.

Dla mnie irracjonalne, surrealistyczne, stresujące, z dualistycznym poczuciem tożsamości. Jestem ja i jest ona – mała dziewczynka. Kogo jest więcej?

Powroty do dzieciństwa

Cały czas mam opór, żeby wracać do tamtych czasów, ale te obrazy są takie wyraźne, tak mocno wryły się w moją pamięć.
B coś mówił. Nawet nie pamiętam, co.
Bardzo wyraźnie widziałam małą dziewczynkę, która utkwiła w strefie, którą ja nazwałam „okiem cyklonu”. Złudne bezpieczeństwo, złudna cisza… Bardzo złudna…
Dookoła mnie działy się straszne rzeczy – alkoholizm ojca, bójki, płacząca matka… A ja na to patrzyłam…
Tylko, i aż się przyglądałam.
– Ja nie byłam bita – powiedziałam – Ja patrzyłam. Dookoła mnie działy się te różne sytuacje… Uciekałam do ciotki, kiedy było bardzo źle. Pamiętam jak wpadałam do jej kuchni, stawałam pod ścianą i nie mogłam nic mówić. Osuwałam się po ścianie i tylko patrzyłam… Nic nie mogłam mówić. Ciotka była przerażona. Coś do mnie mówiła a ja nie mogłam odpowiedzieć – mówiłam cicho.

On coś powiedział…

Poczułam się przyparta do muru

On coś mówił…

W głowie poczułam próżnie. Nie ogarniałam jej… Nie byłam w stanie.
Jakiś stan zawieszenia z jakimś durnym pytaniem „Dlaczego?”. To pytanie wciąż wracało.  Tłukło się, jak echo.

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

On coś mówił…

Zapamiętałam słowa o rodzicach i o miłości…

Nie wiem, co to miłość

Nie wiem…

Szukałam jej, myliłam w życiu z innymi uczuciami

Dlaczego? – wróciło pytanie zadawane przez samą siebie

On coś mówił…

Nie ogarniałam tego

Totalna pustka

Próżnia

Była możliwość odbicia w inne tematy. Bardzo pociągające, na które mogłabym mówić godzinami

Nie chciałam

Ja nie chciałam. Żadnych tematów zastępczych. Erzaców. Nie!

Walczyłam sama ze sobą.

Z poczuciem wewnętrznego oporu

Buntowałam się przeciwko sobie

Przeciwko własnej niechęci

Mogłam wyjść

Mogłam nic nie mówić

Walczyłam sama ze sobą i dlatego to było takie irracjonalne, takie idiotyczne…

Nie, właściwie nie idiotyczne, ale bardzo nielogiczne, bezsensowne, niedorzeczne…

45 min minęło

Wyszłam bez słowa z gabinetu

Mała dziewczynka, której nikt nie chciał, której nikt nie poświęcał uwagi, nie chciał z nią rozmawiać, której miało nie być…

Której nikt nie przytulał i nie mówił, że ją kocha. Nikt nie dał jej poczucia bezpieczeństwa. Nie cieszył się z tego, że po prostu jest. Życie toczyło się dookoła niej. A ona była obserwatorem… Mała, przerażona dziewczynka, rezydentka oka cyklonu.

On powiedział, że gdyby ją ktoś bił, wtedy wiedziałaby, że ktoś się nią interesuje…

W odpowiedzi próżnia…

Drętwy środek, drętwe serce, które nic nie czuje, które boi się czuć.

Ona, która woli niszczyć siebie.

Ja, która dotrwałam do obecnej chwili. Ja a w moim wnętrzu drętwa, mała dziewczynka – ona.

Kosmos, którego ja nie ogarniam

Terapia nie jest miłym i spokojnym spotkaniem

Dla mnie nie jest

Mimo wszystko to był dobry dzień

To był dobry dzień

Tydzień minął

Szyyyybciutko

Dziś za oknem szaro, buro i pada deszcz. Zima z pięknym słoneczkiem i mrozem uciekła szybciutko. Jeszcze brudnymi połaciami leży śnieg, ale szybko topnieje. +4 stopnie.

Spokojnie

Kot nie daje spać. Nie wyspałam się przez sierściucha. Nie pierwszy raz. Wredne stworzenie. Kursował w tę i nazad jak wahadło, robiąc od czasu do czasu „zwód indiański” z leżeniem na plecach. Najpierw prosi o wypuszczenie a kiedy ja otwieram drzwi, on wywraca się na plecy i z łapami w górze patrzy chytrze w moją stronę.

Myślę o tych dziwnych, środowych sesjach. Bardzo nieracjonalnych. Surrealistycznych. Jakbym była w krainie czarów i nazywała się Alicja a przede mną siedział Szalony Kapelusznik.

Dziś  w sklepie przyłapałam się na dziwnych rozmyślaniach – patrzyłam przez szybę sklepu na tablice rejestracyjne samochodów. Były białe z czarnymi literami. „Zagraniczne samochody” – pomyślałam. Wszystkie na białych tablicach. „Matko, dlaczego ich tak dużo? Nasze tablicę są czarne… Zaraz… Zaraz… No, tak. Były czarne. Kiedyś, bardzo dawno temu. Obudź się, kobieto!” – skarciłam się za anachroniczne myślenie.

Na chwilę wypadły mi z głowy tych kilkanaście lat.

Lubię pogadać ze swoimi dzieciakami przed snem. O niczym. Wczoraj w nocy też poszłam do ich pokoju i zaczęłam monolog. O tym, co miałam w dzieciństwie a czego nie. A później zaczęłam słuchać ich.

Młody powiedział o swoich odczuciach, kiedy przeczytał fragment mojego pamiętnika ze wspomnieniami z ogólniaka. Jakieś dziewczyny ochlapały mnie wodą i zaczęły się ze mnie wyśmiewać a ja jedynie zapytałam, czy zrobiło im się lżej…
– Poczułem ogromny żal dla ciebie. Zrobiło mi się ciebie szkoda… – powiedział.
Niezbyt przyjemnie, ale taka jestem. W takich momentach nie atakuje…
Spadek z dzieciństwa – wycofywanie się tyłem i strach, mieszanina uczuć… Nie mogę nikogo urazić, bo oni muszą mnie lubić. To da mi szansę przeżyć we względnym spokoju…
Moje myślenie, które pakowało mnie w kolejne kłopoty.
B w takich momentach mówi o zupie pomidorowej…

Zamilkłam. Wczoraj zamilkłam. Poczułam bezsilność wspomnień. Ich bezbarwność. Beznadzieję… To dobrze. Razem z bezsilnością, wspomnienia tracą rację bytu, znika potrzeba wracania do nich i ponownego ich przeżywania. Są coraz bledsze…

Do głowy przyszła myśl o ciotce i milczenie u niej. U niej czułam się bezpiecznie, z jej dziećmi. Mogłam tam siedzieć godzinami. I to mi pozostało. Tam, gdzie czuję się bezpiecznie mogę siedzieć godzinami i nie wiem, kiedy wyjść. Staje się wtedy uciążliwym gościem.

Wszystkie moje dorosłe niepowodzenia miały źródło w dzieciństwie. Szablon terapeutyczny :-(

Wczoraj w nocy rozmawialiśmy o St-ku. Młody wspomina to miejsce bardzo pogodnie. Mówi o beztroskim i radosnym dzieciństwie, z co czteroletnimi przerywnikami, kiedy J traktował mnie jak worek bokserski.
Pamięta zielone łąki i śmiech, ale pamięta też dokładnie sceny znęcania nade mną. Słuchałam z uwagą. On powiedział „Miałem radosne dzieciństwo…”
A ja chciałabym zapomnieć te 15 lat.
Dla dzieci byłam radosną matką, czytającą im bajki, kupującą zabawki i książeczki. Roześmianą i wspierającą…
A w środku przeżywałam piekło. Szalałam z samotności i strachu. Powoli zabijałam siebie… Rozwinęła się depresja. Miała cieplarniane warunki do rozwoju… Chroniłam swoje dzieci, żeby miały radosne dzieciństwo.

Uczę się bronić. Nie chcę oszukiwać, że teraz to już jestem mega asertywna, i nie uciekam przed mówieniem prawdy i okazywaniem altruizmu każdemu, nawet największej kanalii. Kłamię ze strachu i chęci przeżycia, po to, żeby mnie zaczęli lubić, kochać… Dla „matki”… Żeby nie usłyszeć, że mogło mnie nie być, że jestem ciężarem, jestem powodem smutku i beznadziei… Dziwne? Może i tak. To takie „terapeutyczne” – zawieszenie się na pewnym etapie życia. Ja się starzeje, ale moja wewnętrzna dziewczynka nie. Ona czasami rządzi… Nie, ona rządzi cały czas…

Już nie chcę takich sytuacji.

Brrrrrr

Dzisiejsza aura – szary dzień niezbyt na mnie działa.

Chce mi się spać…

Na walentynki przyszły dwa sms-y. „Wspaniałej walentynce”, „uroczej”, „przepięknej”, ble, ble, ble… Ktoś pamiętał a nawet nie wiem, kto.

Ok, włączę sobie jakiś film. Otulę się kocem, zaparzę dobrą herbatkę i popatrzę na ekran a może nawet usnę.

Potrzebuje odpoczynku…

 

Wpisu można posłuchać w aplikacji Audio-Blog, przepięknie przeczytany przez Monikę, autorkę bloga Singiel Mama

 

logo_audioaudioblog_small_white1

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Audioblog, Życie

 

Pewnego dnia … Szeptanie Wróżki z Drzewa Życia

05 lut

Pewnego dnia zdajemy sobie sprawę, że droga się skończyła. Dochodzimy do muru lub przepaści. Dalej nie ma już nic. Albo coś nam odebrano. Zrobił to drugi człowiek lub los. Cokolwiek i za czyjąkolwiek mocą to się dzieje – boli.

Koniec pewnego etapu. Coś jest już za nami. Coś lub ktoś. Drzwi zostały zamknięte. Im dłużej stoimy przy owych drzwiach i próbujemy wrócić, im dłużej obrażamy się na los, innych, im bardziej buntujemy się przeciwko tej wielkiej niesprawiedliwości jaką było takie chociażby zepchnięcie nas z drogi – nie zrobimy nic nowego.
Owszem, trzeba sobie popłakać, trzeba przeżyć żałobę. Kończy się jakaś cząstka nas samych, ale jakby się tak dobrze przyjrzeć, czy wszystko na tej drodze było takie, jak chcieliśmy? Czy to na pewno była TA droga? może na początku tak było, może nasza wiara dodawała tej drodze, temu związkowi, relacji, firmie, pracy, wykonywanym obowiązkom skrzydeł? Z biegiem czasu widzieliśmy, że nie wszystko jest idealne, ale szliśmy, bo przecież trzeba przezwyciężać góry…

Ano trzeba, tylko nadchodzi taki dzień, w którym dobrze sobie zadać pytanie: czy nie lepiej przestać sobie udowadniać, że dam radę, czy nie lepiej odejść od dawno zamkniętych drzwi? Czy nie lepiej wyruszyć przed siebie i szukać nowych dróg? Może ta nowa okaże się o wiele lepsza?

Warto zostawić za sobą to, co było…
Nie oglądać się za siebie, pożegnać się, podziękować za dany nam czas w zamykającej się rzeczywistości i iść naprzód…

Pięknej niedzieli ♥
wróżka drzew
P.C-Szept

 

Tak!

Przychodzi taki dzień, że wszystko odpuszczamy

A nowa droga okazuje się dużo lepsza, spokojniejsza, bezpieczniejsza.

Staje się nasza

Nie kogoś

Ale nasza

Własna

I najpiękniejsza

I nie wszystko trzeba rozumieć

Nie wszystko trzeba uzasadnić

Nie wszystko można zracjonalizować

Trzeba żyć

I to jak ktoś powiedział, żyć natychmiast, bo jest później, niż nam się wydaje.

 

 

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Facebook.com, Internet, Życie

 

Wiara i nadzieja – dwie potężne siły.

26 sty

Otaczam się ciszą.
Cisza jest we mnie, wypełnia mój dom,
wychodzi z jego ścian aż do pobliskich lasów.
Jest to ta sama cisza,
która bierze swój początek we mnie
i rozchodzi się na wszystkie strony.
W ciszy słucham, patrzę,
odczuwam, uważam, obserwuję…
Potrzebuję tej ciszy. Odkrywam ją.
Alice Koller

 

Tak, teraz otaczam się ciszą…

Właściwie spokojem

Kiedyś bałam się takiego stanu. Krzyczałam, że zniknę, że mnie nie będzie. Rozedrgana, przerażona i zdołowana szukałam i żądałam spokoju, który dałby mi ktoś inny. Nie rozumiałam, że wszystko zależy ode mnie. Nie rozumiałam, że aby mieć więcej, najpierw muszę się wszystkiego wyzbyć. Pożegnać stare i znane i przywitać nowe i jak się okazało lepsze.
Ostatnio śmiałam się do znajomej, że mój dom jest jak sanatorium – jem, śpię i odpoczywam. Jestem szczęśliwa. Znajoma odpowiedziała: „Ty się tak nie chwal, bo wszystko szlak trafi”. „Nie, nie trafi” – odpowiedziałam. Nie trafi, bo to, co teraz mam, to nie dzieło przypadku, ale mojej ciężkiej pracy na terapii. I to nie są rzeczy materialne, ale moje poczucie wewnętrzne.

Cisza jest we mnie

I wcale nie zniknęłam

Mogą to poświadczyć moje dzieci :-D

 

Na jednej ze stron internetowych znalazłam opowiadanie.

 

 

Tam gdzie kończy się nadzieja

Zbigniew Żbikowski

 

 

Nie trać nadziei bo nie jesteś sam.
Ja, twój Bóg jestem z tobą. Nie jesteś
w stanie sobie nawet wyobrazić
jak potężne procesy powołałem
do życia w twojej intencji.

 

- Tam gdzie kończy się nadzieja zaczyna się śmierć! – krzyknęła do swojego pijanego męża Elżbieta.
– Ja już nie mam nadziei! Straciłam ją już dawno temu. Już nie wierzę w nic. Kiedyś polegałam na tobie. Wierzyłam, że będę miała dobre życie. Kochałam Cię. Chcę odejść stąd. Nie chcę już żyć. Mam dosyć tego ciągłego użerania się z tobą i proszenia cię o to, byś zechciał mi łaskawie dać pieniądze na jedzenie dla dzieci. Wszystko trwonisz na tą wódę!!!
– Cicho kobieto – burknął pod nosem Dariusz.
– Nie będę już cicho. Zrozum, że ja naprawdę mam dość tego odrażającego odoru z Twoich ust. Mam dosyć słuchania od innych o tym, że mnie zdradzasz. Mam dosyć tego ciągłego proszenia ciebie o pieniądze. Zobacz , zarabiasz prawie dwa tysiące złotych. Wyjaśnij mi proszę, dlaczego dziś dostaliśmy pismo ze spółdzielni o zapłatę zaległego czynszu? – podsunęła mu pisemne ponaglenie z administracji.
– Nie kochany! Nie mówimy o jednomiesięcznej zaległości. To może się zdarzyć każdemu. To bym zrozumiała. Mamy nieopłacony czynsz za 5 miesięcy. A Ty mi mówisz, że płacisz wszystko w terminie. Teraz to ja już rozumiem dlaczego nigdy nie mogłeś mi pokazać książeczki. A to zapomniałeś z radiowozu, a to znowu zostawiłeś w pracy… Wszystko to tylko po to, by ukryć przede mną prawdę.
– Cicho kobieto! – powiedział przez zęby.
– Już tobie powiedziałam, że nie będę cicho. Skończyło się. Ja chcę, byśmy się rozstali. Nie wiem co będzie dalej, ale wiem, że nie może być tak, jak jest teraz.
– No, a jak jest teraz kobieto?!! – wrzasnął zniecierpliwiony.
– Darek – powiedziała do niego czule – popatrz na nas. Popatrz na siebie. Od urodzenia Kornelki ty ciągle schodzisz do piwnicy i tam pociągasz to swoje wińsko. Tyle razy ciebie prosiłam, byś się opamiętał. Byś przestał pić. Ty mówiłeś mi, że się zmienisz, że zrobisz to dla mnie jeśli tylko dam ci jeszcze jedną szansę. Tą ostatnią.
Popatrzyła na męża z politowaniem i powiedziała:
– Czy ty wiesz chociaż ile razy dawałam ci te ostatnie szanse na poprawę. Ile razy godziłam się na to, by tobie przebaczyć, bo prosiła mnie o to Twoja mama. Obiecała mi, że z tobą porozmawia, że otworzy tobie oczy… Dzięki niej miałeś zrozumieć co możesz stracić. Czy zrozumiałeś? Nie!!! Tak naprawdę to przekręciłeś kota ogonem… Naopowiadałeś jej na mnie jakieś niestworzone historie. Powiedziałeś jej o tym, że ja cię zdradzałam. Na jakiej podstawie? Dziś ona mnie obwinia za twój upadek. Ileż to przykrych słów usłyszałam z jej ust pod swoim adresem.
Dariusz zerwał się na równe nogi i chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju, Wychodząc chwycił drzwi i trzasnął nimi tak, że umocowana w nich szyba rozleciała się na drobne kawałki. Ubrał się i wyszedł z mieszkania. Oczywiście zamknięcie drzwi odbyło się w taki sposób, że tynk odleciał od ściany.
Elżbieta rozpłakała się. Skryła twarz w dłoniach i szlochając mówiła:
– Boże, powiedz mi za co Ty mnie tak doświadczasz? Co ja Ci zrobiłam?
Oczywiście nikt nie odpowiedział na jej pytanie.
– Czy Ty w ogóle istniejesz? Gdybyś istniał, to wiedziałbyś, że jest mi źle. Gdybyś istniał to byś mi pomógł. Ale Ty mi nie pomagasz… Dlaczego tak jest!?
– Ty wiesz, jak bardzo kochałam swojego męża. A on mi się odpłacił zdradą, obelgą i… Ileż to razy widziałam jak… – żachnęła się z ogromnym bólem – … jak obmacywał inne kobiety na imprezach, na których byliśmy przecież razem. Bo przecież nigdy nie było go przy mnie na takich zabawach. Zostawiał mnie samą… Inni to widzieli i wyrażali swoje zdziwienie, że Darek tak mnie traktował. Tak długo nie chciałam wierzyć w to, co widziały moje oczy. Tak bardzo go kochałam i ufałam mu. Jak tylko był w pobliżu mnie to musiałam się do niego tulić, głaskać go i dotykać. Pragnęłam być przy nim… Tyle niespełnionych marzeń przepadło wraz z chwilą, gdy z całą siłą odepchnął mnie i rzucił na ścianę. Zwymyślał, obrzucił najgorszymi inwektywami. Czy wiesz Boże, że ja się go boję? Ty Ojcze wiesz doskonale jaka jest prawda. Dlaczego więc mnie karzesz?

Elżbieta czuła się osamotniona w swoim cierpieniu. Jedyną bliską osobą, która ją z całego serca popierała była jej starsza córka. Ta dwunastoletnia dziewczynka potrafiła już sama ocenić wagę zdarzeń, których była świadkiem. Kiedyś Magdusia powiedziała do niej:
– Mamo, czy wiesz, co powiedział dziś ksiądz na lekcji religii?
– Nie wiem… Powiesz mi?
– Zapytałam go o to, dlaczego Bóg nie wysłuchuje moich modlitw.
– Jakich modlitw nie wysłuchał Bóg? O co się modlisz córeczko?
– Kiedyś chciałam, by Bóg sprawił, żebyście ty i tatuś nadal byli razem. I Bóg mnie nie wysłuchał. Zrobił wręcz odwrotnie, bo tatuś zrobił się jeszcze gorszy, niż przed moją prośbą. Krzyczy na Ciebie, popycha i mówi do ciebie brzydkie wyrazy… Dlatego teraz proszę Boga, by tata odszedł od nas, by nas zostawił w spokoju.
– I o tym powiedziałaś księdzu na lekcjach?
– Tak.
– I co powiedział ksiądz?
– Powiedział, że Bóg zawsze wysłuchuje naszych modlitw.
– I co o tym myślisz? Zadowoliła ciebie taka odpowiedź?
– Nie, i powiedziałam o tym księdzu. A on mi powiedział, że Bóg w swej nieskończonej mądrości kieruje się wielką miłością do wszystkich istot na świecie. Powiedział mi, że dlatego nam w danej chwili może się wydawać, że Bóg nas nie wysłuchał, lub że zrobił coś zgoła innego niż to o co go prosiliśmy w modlitwie. Ale gdy poczekamy do ostatecznego rozwiązania, to się okaże, że Bóg spełnił nasze prośby najlepiej jak to było możliwe.
– Wiesz co jeszcze powiedział?
– Mów kochanie – spojrzała czule na swoją malutką mądralę.
– Że najlepiej przetrwać trudne chwile pogrążając się w ufności do Boga. Tak jak to zrobił Pan Jezus wisząc na krzyżu. Więc ja obiecałam sobie, że mu zaufam – że zaufam Bogu tak… tak mocno. Najmocniej jak umiem. I pomyślałam sobie, że skoro ufam Bogu, to mogę spokojnie mu zawierzyć, że on zna rozwiązania mojego problemu i że znajdzie sposób, by mi dopomóc. A skoro Bóg je zna, to znaczy, że one już są w jego kieszeni… Wystarczy, że sięgnie w odpowiednim czasie po nie i już. Dlatego postanowiłam, że nie będę Boga prosić, ale będę mu dziękować, za to co już mam… Ksiądz powiedział jeszcze, że Bóg zna nasze modlitwy i prośby zanim je pomyślimy.
Magda mówiąc te słowa była pełna jakiegoś wewnętrznego blasku. Jej twarz się rozpromieniła a oczy błyszczały.
– Żeby to było takie proste – pomyślała Elżbieta.
– Ty jesteś już taka mądrótka – powiedziała do córki i przytuliła ją mocno ściskając. Poczuła, jak łzy wzruszenia napływają jej do oczu.
– Oj, bo mnie wyciśniesz! – powiedziała ze śmiechem dziewczynka.
Roześmiały się obydwie. Tak rzadko się ostatnio śmieje. A przecież Elżbieta od zawsze postrzegana była jako osoba o wesołym usposobieniu. Wielokrotnie słyszała od przyjaciół i znajomych, że najpierw widać jej wielki uśmiech, a potem dopiero ją.

Teraz, po tej kolejnej scysji, Elżbieta wiedziała już, że nie chce być ze swoim mężem. Miłość odeszła, przestała istnieć. Lecz jak ma sobie poradzić ze swoją tęsknotą za szczęśliwym życiem? Mąż okazał się niezdolny do tego, by dać jej rękojmię zaufania, na której mogłaby się oprzeć przy budowie przyszłości swojej i swojej rodziny. Dzisiaj, gdy zaczęła się go szczerze bać to zrozumiała, że wspólne życie nie jest możliwe.
– Ileż razy można przejść do porządku dziennego nad groźbami, że któregoś dnia ktoś mnie zabije? – powiedziała do siebie.

Postanowiła, że sama też pójdzie do tego księdza, katechety swojej córki, by usłyszeć… Może on powie jej coś takiego, co pomoże jej przetrwać. Zajrzała do tornistra Magdy i odszukała plan lekcji swojej córki. Religia będzie w czwartek o jedenastej.
W wyznaczonym dniu stanęła pod drzwiami klasy, w której odbywały się zajęcia z religii. Gdy zadzwonił dzwonek dzieci wybiegły na korytarz. Hałas był nieznośny.
– Jak Ci nauczyciele to znoszą? – pomyślała.
Gdy zajrzała do klasy, zobaczyła szpakowatego mężczyznę w średnim wieku otoczonego gromadką roześmianych i wesołych dzieci. Widać było, że dzieci naturalnie lgną do tego człowieka w sutannie.
– Niech ksiądz powie, dlaczego Adam i Ewa popełnili grzech pierworodny?
– Pismo święte mówi, że nie posłuchali Pana Boga i dlatego Pan Bóg wygnał ich z raju.
– Ale przecież dzięki temu mogliśmy się urodzić prawda?
– Tak Jacku. To prawda – pogłaskał chłopca po głowie.
– Czy to znaczy, że nie było by nas, gdyby Adam i Ewa wtedy nie zgrzeszyli?
– To trudne pytanie, ale bardzo dobre. Myślę, że powinieneś je zadać Panu Bogu i poczekać na jego odpowiedź. Jesteś bardzo mądry. Pewnie zostaniesz filozofem, co?
W tym momencie zauważył stojącą w drzwiach klasy Elżbietę. Uśmiechnął się do niej i skinieniem głowy wskazał na dzieci, chcąc się wytłumaczyć przed nią, że najpierw musi uporać się z tą rozszczebiotaną gawiedzią. Rozłożył ręce i zaczął to stadko owieczek bożych zaganiać w stronę wyjścia.
Gdy wreszcie udało mu się wyprowadzić wszystkie dzieci z klasy, podszedł do Elżbiety wyciągnął do niej rękę i najnormalniej w świecie uścisnął jej dłoń. Elżbieta zawsze czuła się zakłopotana w kontaktach z osobami duchownymi. W tym przypadku jednak szybko się przekonała, że ma do czynienia z człowiekiem, który nie zamierza za wszelką cenę zachować barier wynikających ze swojej pozycji społecznej.
– Mam na imię Krzysztof. W czym mogę pani pomóc? – powiedział do niej z uśmiechem.
– Widzi ksiądz, ja przychodzę w nietypowej sprawie do księdza – Elżbieta nerwowo rozglądała się po klasie, co nie uszło uwadze duchownego.
– O co chodzi? – zapytał.
– Nie jest mi łatwo… Nie wiem od czego zacząć?
– Najlepiej od początku – powiedział i uśmiechając się wskazał jej miejsce w uczniowskiej ławce.
Usiadł obok.
– Proszę się nie krępować. Jeżeli tylko potrafię pomóc to z przyjemnością to uczynię. Mamy troszkę czasu, bo właściwie skończyłem zajęcia, a ta klasa nie będzie używana. Możemy tu rozmawiać.
Elżbieta spojrzała w oczy tego mężczyzny. Zauważyła w nich jakąś niewysłowioną dobroć. On położył swoją dłoń na jej dłoni i patrząc jej w oczy skinął głową na zachętę. Chwilę milczeli.
– Moja córka uczęszcza do księdza na lekcje religii… Magda z piątej c…
– Tak, wiem. Spotkaliśmy się przecież na kilku zebraniach z rodzicami, czyż nie?
– Tak, to prawda.
– Jestem zagubiona, bo świat wali mi się na głowę – powiedziała.
– Domyślam się, że wiem o czym pani chce powiedzieć. Pamiętam rozmowę z Magdą…
Elżbieta popatrzyła na księdza i skinęła głową na znak, że chodzi właśnie o sprawy rodzinne. On kontynuował:
– … kiedy powiedziała mi, że modli się o to, by jej tata… by pani mąż dał wam spokój. To smutne. Ale stanowi to dowód czegoś, czego świadkiem są Państwa dzieci. Jakże często bywa w życiu tak, że nasze otoczenie nie zdaje sobie sprawy z tego, że jesteśmy ofiarami przemocy domowej. Na pozór przykładna rodzina jest nękana przez brutalne znęcanie się nad bliskimi. Cisza trwa tak długo, jak długo wstyd ofiar jest silniejszy od bólu wyrządzanego przez oprawcę. Mogę tylko domyślać się tego, co się dzieje w pani życiu. Dobrze się jednak dzieje, że zaczęła Pani poszukiwać dróg wyjścia z tej sytuacji. Z pewnością zwykłe milczenie nie rozwiązuje problemu.
– No tak, ale co mam zrobić w tej sytuacji, proszę księdza?
– Przede wszystkim proszę nie tracić nadziei bo nie jest Pani sama. Bóg jest z Panią. Nie jest Pani w stanie sobie nawet wyobrazić jak potężne procesy powołał On do życia w Pani intencji. Czy widziała Pani gwiazdy na niebie? Czy wie Pani, że Słońce jest tylko malutką kropeczką we wszechświecie? A wszystko to zostało powołane do życia w konkretnym celu. Malutki, najmniejszy atom i najmniejsza część materii go tworzącej są Jemu znane. Bóg pamięta o wszystkim i wszystko rozumie. U niego nie ma miejsca na przypadek. Choć my tego nie jesteśmy w stanie pojąć, to „Boska Księga Żywota” jest już zapisana od początku do końca.
– Jak to możliwe? Czy to oznacza, że wszystko jest już zapisane i my nie mamy wpływu na nasze losy? A gdzie nasza wolna wola, którą ponoć Bóg nas obdarzył? – zapytała Elżbieta.
– Wiem, że trudno te dwie sprawy ze sobą pogodzić, pani Elżbieto. Nam może się to nie udać… Ale to co nie jest wykonalne dla człowieka, dla Stwórcy może być niczym przysłowiowa bułka z masłem. Kiedyś miałem ten sam dylemat. Było tak do czasu, gdy nie zagrałem w szachy z komputerem. Zastanowiło mnie, że komputer potrafił zareagować na każdy mój ruch. Zdałem sobie sprawę, że na dysku komputera są zapisane wszystkie możliwe operacje i dlatego maszyna była zdolna do reakcji adekwatnych dla moich wyborów. Może podobnie jest ze wspomnianą „Boską Księgą Żywota”? Ja dla swoich potrzeb przyjąłem, że tak jest. Dlatego potrafię zaufać Bogu w to, że On ma odpowiedź na moje wołanie. Ufam mu bezgranicznie, bo wierzę, że on mnie kocha i dlatego z pewnością działa dla mojego dobra i dąży do tego najkrótszą i najlepszą drogą. Tak naprawdę to ja nawet to wiem. Doświadczam tego w każdym momencie swojego życia. Ale nawet, gdyby miało być tak, że moje dobro nie ma tu żadnego znaczenia, to wierzę w Boski Plan. I jestem wdzięczny Panu, że powołał mnie do uczestnictwa w jego realizacji. Wierzę w absolutną mądrość stwórcy i dlatego mogę śmiało przyjąć, że plan ten jest absolutnie mądry i dobry.
Odpowiedź na moje prośby przychodziła zawsze. Często była ona bardzo zaskakująca. Przychodziła w niespodziewany sposób i z nieprzewidywalnej strony. Naprawdę jest tak, że są na tym świecie rzeczy, które się nawet filozofom nie śniły, pani Elżbieto. Proszę się zastanowić nad tym, co powiedziałem. Najcenniejsze są pani własne wnioski, które uzyskać może pani jedynie w drodze własnego doświadczenia.
Elżbieta wysłuchała uważnie tego co powiedział ksiądz Krzysztof. Wyczuwała w jego głosie szczere przekonanie o tym, o czym mówił. Nigdy wcześniej nikt z nią tak nie rozmawiał.
– Czy powiedział ksiądz, że moja ufność do Boga jest kluczem do rozwiązania moich problemów?
– Ufność do Boga daje moc przetrwania najtrudniejszych chwil w naszym życiu. Gdy powierzyłem mu swój los, gdy to przeświadczenie wypełniło moją całą istotę, to poczułem głęboką jedność z Bogiem. Zacząłem pojmować, że jest on moim życiem. Najcenniejszym darem jaki mi ofiarował jest on sam. To samo dotyczy każdego człowieka, każdego zwierzęcia, każdej rośliny i wszelkich innych istot żyjących w świecie widzialnym i niewidzialnym. Ufność… Jakże jest ona potrzebna rozbitkom na środku oceanu. Ufność jest źródłem nadziei, że Bóg nam dopomoże, że na horyzoncie pojawi się ląd lub, że w pobliżu przepłynie statek, który podejmie nas na pokład. Nadzieja… To życie pełne wiary w spełnienie naszych pragnień. Nadzieja to po prostu życie. Gdy tracimy nadzieję to tracimy także wolę wytężenia wszystkich sił potrzebnych nam do przetrwania trudnego okresu naszego życia.
– Skoro powołał się ksiądz na przykład rozbitka to chcę zauważyć, że przecież nie wszyscy rozbitkowie zostali uratowani, choć może żywili najgorętszą ufność dla Boga i pokładali w nim nadzieję – powiedziała Elżbieta.
– To prawda. Ale jestem przekonany, że mając tą nadzieję zrobili wszystko co w ich mocy, by się nie poddać, by wytrwać. Jestem przekonany, że człowiek, który pokłada nadzieję w rękach Boga otrzymuje od niego dar życia – choćby nawet je postradał w jakiejś tragicznej dla siebie sytuacji. To nie wstyd ulec, lecz źle się dzieje, gdy po prostu się poddajemy i zakładamy bezradnie ręce. Gdy ufność i nadzieja zostaną poparte czynem następuje nasze zbliżenie się do rozwiązania problemu, z którym się borykamy. Rozbitek na środku oceanu sięga po wszystko, co może mu służyć do tego, by utrzymać się na powierzchni. Jeżeli to jest człowiek ufający Bogu, to nigdy nie poświęci życia lub zdrowia innego człowieka, by ratować siebie. Tak naprawdę nie będzie dążył do pozbawienia drugiego czegokolwiek, co jest w jego posiadaniu. Raczej będzie wspierał drugiego podtrzymując go na duchu – to jest czyn. Ktoś inny, kto znajduje się w trudnej sytuacji życiowej, znajduje w sobie odwagę, by wreszcie zwrócić się o wsparcie do osób lub instytucji powołanych do niesienia pomocy. To też jest czyn zbliżający do rozwiązania. A najważniejsze moim zdaniem jest to, by nie zakopywać swoich talentów. Bóg dał talenty każdemu z nas! Pokażmy je naszym bliskim, przyjaciołom, a nawet całemu światu.
– Czy mój talent – jeżeli go posiadam… Czy on może mi być pomocnym w rozwiązaniu moich problemów rodzinnych?
– Z całym przekonaniem twierdzę, że tak. Gdy odkryje pani swoją pasję, wówczas pojawią się nowe możliwości i horyzonty, których dziś pani nie dostrzega, a dzięki którym pani życie stanie się bardziej spełnione. Spełnione życie jest źródłem szczęścia dla każdego człowieka. A szczęście… no cóż od niego zaczyna się zgodne życie rodziny i wszystkich jej członków. I tak koło się zamyka.
Ksiądz spojrzał na nią pytającym wzrokiem, jakby chciał ją zachęcić do podjęcia decyzji, czy ta rozmowa ma trwać dalej, czy też już powinna się zakończyć. Elżbieta usłyszała pogląd duchownego. Tylko czy to co usłyszała zaspokoiło jej oczekiwania co do celu tej rozmowy?
– Obawiam się, że to co usłyszałam tu dzisiaj jest zbyt ogólnikowe i jako takie nie może mi się przydać w moim konkretnym przypadku – powiedziała.
– Nie mam prawa dokonywać za panią wyboru drogi, jaką powinna pani podążyć. Mogę jedynie powiedzieć pani jak ja radzę sobie z trudnościami. Po prostu żywię nadzieję w Opatrzność Bożą i czerpię z niej siłę oraz robię wszystko co w mojej mocy, by swoim trzeźwym i przemyślanym czynem dać Bogu szansę na udzielenie mi pomocy. Dotychczas zawsze mi pomagał, a jego pomoc docierała do mnie – często z najbardziej niespodziewanych stron.
Elżbieta pokiwała głową z prawdziwym zrozumieniem tego co powiedział. Zrozumiała, że nie otrzyma od niego konkretnej odpowiedzi na temat tego, co ma uczynić ze swoim życiem, a w szczególności ze swoim małżeństwem. Trudno by było oczekiwać, by ksiądz zachęcał ją do rozstania się ze swoim mężem. Dlatego postanowiła o to go nie pytać. Ale i tak poczuła, że otrzymała wiele istotnych informacji na temat sposobu patrzenia na życie w ogóle. Wstała… Na pożegnanie zamieniła z księdzem jeszcze kilka grzecznościowych zdań i wyszła z klasy. Gdy znalazła się poza budynkiem szkolnym spojrzała w niebo i powiedziała:
– Więc dobrze! Postanowiłam, że Ci zaufam z całego serca i z całej duszy! Pokładam w Tobie całą swoją nadzieję! Tam gdzie zaczyna się nadzieja, zaczyna się życie – moje życie, którym Ty jesteś Boże.
Z taką postawą Elżbieta przeszła przez trudny okres separacji. Ostatecznie rozstała się z mężem, który przechodził sam siebie w zadawaniu jej ran cielesnych i psychicznych. Dzięki nadziei przetrwała ten ciężki czas. Dzięki nadziei znajdowała siłę by przeciwstawić się sytuacji i obronić swoje dzieci przed napadami chorego małżonka. Odkryła w sobie talent, którego się wcześniej nie spodziewała. Zaczęła się realizować w pracy na rzecz ofiar przemocy w rodzinie. Ileż to razy wypowiedziała dobrze znane sobie słowa:
– Nie trać nadziei, bo nie jesteś sam. Twój Bóg jest z tobą. Nie jesteś w stanie sobie nawet wyobrazić jak potężne procesy powołał On do życia w twojej intencji.



 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Internet, Książka, Poezja, Życie

 

Środa z potworem w tle…

04 sty

No i po…

Dreptanie w miejscu

Dawałam sobie czas i chrzaniłam o głupotach

Nieistotnych rzeczach

O rozwiezionych w sylwestra dzieciach i samotnym, spokojnym wieczorze.

O tym, że uczniowie zamiast serduszek (tak rysowali kiedyś na samochodzie, na śniegu ) rysują coś zupełnie przeciwnego. No, tak… Zbliża się półrocze a że ja w tym roku nie jestem „wspierająca” dla nich, więc rysują penisy. Miałam duży okaz narysowany na dachu i tylnej szybie. Syn się wkurzył a ja, dziwne, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Oczywiście, starałam się usunąć zamarznięty śnieg z dachu razem z rysunkiem, ale  złości nie czułam. Zrobiłam nawet ogromny wytrysk a później napisałam dużymi literami XD. Ich prawo pokazywać swoje emocje a moim prawem będzie ich udupić (czytaj: zastosować metody wychowawcze) na półrocze za ogromne lenistwo, lekceważenie przedmiotu i wulgarne zachowanie. Oni mają swoją satysfakcję a ja swoją… Ing i jang… Jest równowaga… :-D

Sesja na luzie (prawie)

Tylko kiedy się kończyła, poczułam ogromny żal, że już koniec a ja tylko wyglądam zza muru, który zbudowałam. Solidnego muru…

Ale na razie czuję ogromny strach, panikę… Czuję ogromną próżnię, pustkę, coś nieokreślonego, ale bardzo wielkiego, jak przepaść widzianą ze zbocza ogromnej góry. Nie widać nawet dna … Boję się rozpadania na kawałki i uczucia rozjeżdżania się… Przez moment zaczęło mi się kręcić w głowie. Łapałam powietrze i widziałam wręcz tę przepaść. Czarną, wciągającą próżnię. Niebyt. Cienki lód, kruszący się pod nogami a tam… Nie wiem, płytko, czy głęboko, bezpiecznie czy czarna, oblepiająca usta woda, wdzierająca się do płuc. Nie wiem… I na razie nie chcę sprawdzać. Na razie za bardzo się boję. A co jak ta otchłań mnie pochłonie???

Oczywiście były dywagacje nad tym kogo chronię przed swoją złością… Mówił, że chronię jego… Tak, ma rację… Ale też zaraz pojawiają się obrazy wściekłych, bliskich osób. Pojawia się strach, panika, przerażenie, ból… Ucieczka w nieznane…

Bardzo często słyszę to zdanie „swoim milczeniem i uśmiechem chronisz mnie”. Otwiera mi furtkę do okazania emocji, którą ja szybko i głośno zamykam. Mam być miła… To co myślę i czuję, to moja sprawa.
Ja to wszystko pomieszczę i przykryję uśmiechem.
No i co, że później nerwica, depresja, przepłakane dni i niechęć do życia. Ja to pomieszczę, uniosę, ukryję…
Łatwo się mówi i pisze o tym, co będę robić, jak się będę zachowywać, co powiem, ale w gabinecie pozostaje milczenie i uśmiech…

Pewnie, że chciałabym już skończyć terapię. Skończyć ją przez wyzwolenie od tego cholernego muru, tej zdradliwej, czarnej głębi, strefy cienia, czarnej przepaści pod cienkim lodem. Usiąść spokojnie, jak w sylwestra i zatopić się w cieple, zadowoleniu, spokoju, nicniemuszeniu.

45 minut uciekło bardzo szybko

Dwa tygodnie wolnego

Za tydzień terapii nie będzie.

Wczoraj znajoma zapytała mnie, czy chcę przyjść na koncert. Za free. Ja i córka. Nie chciało mi się. To będzie piątek. Chciałabym posiedzieć w domu. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Może moja odmowa ją urazi… Kurde… Zdobyłam się na odwagę i napisałam, że mam inne plany. Hahahahaha, inne plany! Siedzenie z ciepłą herbatą przed telewizorem… W zacisznym ciepełku. POWIEDZIAŁAM NIE! I nie było końca świata! Ona odpisała, że ok, tak tylko pomyślała, bo zaproszona osoba dobrze śpiewa… Najważniejsze, że świat się nie skończył, kiedy powiedziałam „nie”. Rozedrganą, pełną obaw siebie gdzieś zostawiam, nie powiem, że bez strachu,bo…
Trudno mi to idzie. Zwłaszcza powiedzenie „nie” bez wyjaśnień, bez przepraszania, bez uśmiechu, bez…

„Tak” zabierało mi za dużo życia, za dużo dobrego życia. Bycie cieniem kogoś nie jest przyjemne. I nie chodzi mi tu u o koleżankę, chodzi mi o moje życie, które bardzo kocham, a oddawałam je każdemu, czy tego chciał czy nie chciał.

O tak, pociąga mnie bycie suką!

 



 

No terapeuto, doktorze Frankenstein, stworzysz potwora!

 

***

15:01

No, z tą suką to pojechałam… Na całość. Na razie to jestem szczeniakiem, który nieporadnie pokazuje kiełki.

Miałam dziś lekcję z klasą, którą podejrzewałam o wczorajszy „artystyczny” wybryk.

Weszli do sali. Sprawdziłam listę. Władczym i morderczym wzrokiem potoczyłam po chłopaczyskach. Z moich ust wydobyło się pytanie tonem, który mógłby spowodować nieoczekiwane tsunami.

- No przyznać się, który ma problem, a właściwie wybujały talent do rysowania ptaszków?
Widać było jak na chwilę zamarli. Konsternacja i zaskoczenie. Patrzyli w moją stronę jakby nic nie rozumieli.
„Kurde, chyba strzeliłam kulą w płot?” – pomyślałam
- Ale o co pani chodzi? Jakie rysowanie?
- No ten, który to zrobił powinien wiedzieć o co chodzi… Jeżeli myślicie, że uzyskacie tym brak mojej uwagi na wasze wulgarne zachowanie na lekcji, na niechodzenie, albo ni nic nie robienie, to się grubo mylicie. Nawet rysowanie penisów na moim samochodzie nie powstrzyma mnie przed wpisywaniem uwag i ocenianiem waszych osiągnięć edukacyjnych. A swoją drogą to ktoś ma ogromny kompleks, skoro nadrabia to tak ogromnymi rysunkami…
- Ale to nie my…
- A i dlatego dziś nie ma pani samochodu? – domyślał się któryś
- Niech pani zamontuje kamerę – doradzał inny
- No pewnie, już to robię… – skwitowałam złośliwie.
- A może to pan dyrektor pani narysował. Nie pasował mu pani samochód na tym miejscu i chciał panią wkurzyć. Ja bym zamontował kamerę…
- Ok, dość. Zabieramy się za lekcję…
- Zaraz, zaraz a może to pani pedagog narysowała tego penisa, żeby pani zabrała samochód i ona mogła postawić swój. Dziś na pani miejscu stoi jej samochód – dywagował następny.
Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.
Tak się rodzi spiskowa teoria dziejów…
Jedno trzeba im przyznać – po mistrzowsku potrafią wkurzać i po mistrzowsku potrafią rozśmieszać.

W tym roku nie odpuszczam tym, którzy sprawiają problemy wychowawcze. Efekt jest. Najgorsza klasa zawodowa zmieniła zachowanie. Tak jak kiedyś nie można było z nimi wytrzymać, tak teraz można poprowadzić lekcję. Oceny są gorsze, ale jak to oni mówią „wiemy, że wystawione sprawiedliwie”.

Mniej się uśmiecham, ale mam więcej spokoju.

Co będzie, kiedy przestanę się uśmiechać całkowicie???

***

21:01

Dziś dopisuje tekst w odcinkach.

Parę słów o przyszłej pani doktor psychologii, która zwróciła się do mnie z prośbą o wypełnienie ankiet.
Wypełniłam i mocno się zdziwiłam, bo…

Inaczej brzmiałyby odpowiedzi trzy lata temu, przed rozpoczęciem terapii a inaczej odpowiedziałabym teraz, dlatego swoje odpowiedzi umieściłam w tabeli. W jednej kolumnie umieściłam napis „przed terapią” a w drugiej”po trzech latach terapii”. Odpowiedzi różniły się znacznie wartościami punktowymi. Poprawiła się jakość życia. Pozostałe dwie ankiety też pokazywały wzrost pozytywny. Czyli terapia działa i ta poprawa jest mierzalna. Wiem, że studentka później będzie to przekładać na wartości liczbowe i procentowe.
W trudnych chwilach, kiedy będę miała załamania związane z wiarą w skuteczność terapii zajrzę do ankiet i w sposób namacalny będę wiedziała, że terapia działa. Wiem, że poprawa nie jest natychmiastowa, jest rozciągnięta w czasie i że ciężko trzeba na nią pracować, ale jest warto.

Dziś, w gabinecie też nie było lekko, chociaż tak wyglądało.

Malkontent mógłby powiedzieć, że każdy po trzech latach ogarnąłby się sam. Znając siebie wiem, że te trzy lata, które minęły wcale tak gładko by nie minęły a dokonane wybory byłyby zupełnie inne – bardziej raniące. Jeżeli ktoś, kto to czyta pomyślał, że to skutki doradzania terapeuty to muszę go rozczarować – on niczego mi nie doradza, niczego nie krytykuje, nie mówi, jak mam żyć. Najczęściej siedzi i słucha i niestety milczy. Niekiedy milczymy oboje… Poproszony o radę rozkłada ręce i odpowiada, że on nie jest od tego. Dziwnie, nie… Niby on nic nie robi a terapia działa… No i w tym cała tajemnica, której tylko w gabinecie można doświadczyć.

Dlaczego to piszę?

Belferskie przyzwyczajenie – uczyć kogoś. Czasami wpadam w mentorski ton…

Żeby iść na terapię trzeba przełamać wiele barier. Przede wszystkim wstyd, uprzedzenie, dumę i poczucie, że się wszystko ogarnie samemu.

 

Na dworze napadało mnóstwo śniegu a w piątek ma być -25 stopni C. Zima sobie o nas przypomniała i jak zwykle zaskoczyła drogowców. Ale co tam drogowcy – śnieg zasypał „satelitę” i telewizor śnieży ;-) No, nie śnieży. Nie ma w ogóle obrazu. W przerwach pomiędzy obowiązkami domowymi dopadam do laptopa i piszę. 

Na dziś koniec, to chyba ostatni odcinek ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Muzyka, Życie

 
 

  • RSS